poniedziałek, 24 lipca 2017

"Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały" Arael Zurli

Odbrązawiania Kossaków ciąg dalszy? Niezupełnie. Z "Bagiennej niezapominajki" rzeczywiście wyłoniła się Maria Pawlikowska-Jasnorzewska nie jako wrażliwa i czuła poetka, ale złośliwa, niezaradna i czasami nieco wulgarna hipochondryczka. Tymczasem w przypadku Wojciecha Kossaka tak wyraźnie nie uderzono w cokół. Mam wrażenie, że Arael Zurli darzy go jakąś sympatią. Na plus w porównaniu z "Bagienną niezapominajką" można uznać większy dystans biografa w stosunku do prezentowanej postaci. W przypadku Kossaka czytelnik otrzymuje opowieść o życiu malarza, ale bez oceny czy nawet praktycznie bez sugestii, w którą stronę mogłaby pójść ta ocena (cytat z zakończenia jest pewnym wyjątkiem, ale to naprawdę niewiele jak na czterysta stron tekstu). 

Mam wrażenie, że tytuł powstał naprędce. Nijak nie pasuje mi on do książki. Wcale nie wybrzmiało to, że Kossak był "malarzem polskiej chwały". Oczywiście przewijają się co rusz wzmianki o kolejnych obrazach, ale nie powiedziałbym, że wysuwają się na pierwszy plan. Po skończonej lekturze wcale nie przychodzi mi na myśl jako pierwsze określenie użyte w tytule. Poza tytułem dziwi mnie układ treści. Arael Zurli chronologicznie przedstawia życie batalisty. Nie rozumiem, po co jednemu rokowi poświęca po kilka rozdziałów. Jeśli już każdy rok (ewentualnie kilka lat razem) wyszczególnia się osobno, to można by w takiej części zawrzeć wszystko z tego okresu, ewentualnie z zastosowaniem podpunktów. 

Powyższe uwagi adresuję do biografa. Nie są to oczywiście kwestie wpływające znacząco na mój odbiór "Wojciecha Kossaka...". Zaznaczam po prostu drobne uwagi, które nasunęły mi się podczas lektury. Zanim przejdę do samego tekstu słów jeszcze kilka o wydaniu. Niestety wydawnictwo Iskry nie popisało się tym razem. Dziwi mnie to, ponieważ mam na półce tak pięknie wydaną książkę jak "Życie polskie w dawnych wiekach". Bardzo nie lubię, gdy okładka ma inną grafikę niż obwoluta. Wiadomo, że obwoluta prędzej czy później zniszczy się (co widać na załączonym zdjęciu). I co wtedy? Zostaje nam książka, która wygląda jak stary słownik. A już kompletnie nie rozumiem takiej oszczędności jeśli chodzi o reprodukcje. Z ogromnym zniechęceniem czytałem opisy obrazów w biografii. Arael Zurli często przedstawia je naprawdę szczegółowo. Czy nie można było ich pokazać? Nie chodzi chyba o koszty? Wydaje mi się, że prawa autorskie do reprodukcji obrazów Wojciecha Kossaka już wygasły. Zamieszczono co prawda wkładkę ze zdjęciami, ale zachodzę w głowę, co kierowało grafikiem (czy tam kimś innym, kto jest za to odpowiedzialny). Czy nie można było tych obrazów wrzucić do tekstu? Rozumiem, gdy reprodukcje są na papierze kredowym. Tymczasem w tym przypadku są na zwykłym papierze! Po co więc wydzielać je z tekstu i dodawać na końcu?

Sama książka jest ciekawa, choć mnie nie porwała. Może to kwestia tego, że wiedziałem już co nieco o bohaterze i całkiem niedawno przeczytałem inną biografię poświęconą mu? Nie wiem. Na pewno "Bagienną niezapominajkę" czytało mi się lepiej. Cenię Arael Zurli za to, że nie narzuca swojego zdania. Dostajemy opowieść bez zbędnych komentarzy. Czytelnik sam może ustosunkować się do postaci batalisty. Warto też zwrócić uwagę na bogatą bibliografię i wykorzystanie wielu materiałów źródłowych.


Kossak w porównaniu do starszej córki był na pewno wyważony i kulturalny. W zapiskach nie pozostawił złośliwych komentarzy. Poza tym odznaczał się ogromną pracowitością i wytrzymałością. Mam wrażenie, że nie był zbyt skomplikowaną osobą. W kolejnych latach pojawia się jeden cel - zdobycie fortuny. Z tego powodu wyjeżdżał kilkukrotnie do Stanów Zjednoczonych, Paryża, Londynu i malował dla cesarzy. Być może czuł się zobowiązany spełnić niekończące się oczekiwania rodziny. Choć trzeba przyznać, że sam też lubił luksus. Przykre jest to, że niewątpliwie zaprzepaścił ogromny talent. Namalował ponad 2000 obrazów. Z tego większość o wartości artystycznej zdecydowanie poniżej jego możliwości. Gdyby miał czas i nie musiał pracować w "fabryczce" portretów, ile wybitnych dzieł mógłby po sobie pozostawić? Wybrał jednak inną drogę. Całe życie gonił za pieniędzmi. Wydaje się, że bardzo niesprawiedliwie oceniał teściów córki Magdaleny, nazywając ich "filistrami". O nim też mógłby tak ktoś powiedzieć na podstawie tego, co po sobie pozostawił...

Tak wyglądała praca we wspomnianej "fabryczce" portretów:
Współpraca z synem rozwinęła się w pełni i wyglądała w ten sposób, że Wojciech tworzył projekty niedużych obrazków o formacie ujednoliconym dla łatwiejszego transportu, po czym posyłał je Jurkowi, który osobiście albo przy pomocy pracowników przenosił je na przezroczystą kalkę, służącą następnie do odbijania w wielu egzemplarzach na zagruntowanym płótnie. Po wykonaniu podmalówki, często bardzo niedbałej, gdyż Wojciech wielokrotnie prosił o większą staranność przy tej pracy, obraz wracał do Kossaka-seniora, gdzie otrzymywał niezbędne poprawki i najistotniejszy akcent: jego podpis. 
Okładka bez obwoluty
Niezmiennie przyjemnie czytało mi się fragmenty wspomnień Magdaleny Samozwaniec. Choćby ten o babci Kossakowej:
Babcia Kossakowa, matrona starej daty, bardzo często dostawała tak zwanych "spazmów". Wystarczyło, że ktoś się jej sprzeciwił albo odpowiedział niegrzecznie - i już atak gotowy, twarz bladła, białka wywracały się do góry, a z ust wydobywało się: ach, ach, ach, ach! - które przechodziło w głośny szloch. Za każdym razem robiło to na domownikach szalone wrażenie, służące zaalarmowane biegały po zimną wodę, Mama drżącymi rękami rozpinała stanik Musi, a dziewczynki podsuwały jej pod nos sole angielskie, pachnące silnie mentolem.
Albo ten o swojej matce, która zasiadała do fortepianu i grała:
(...) przeważnie Szopena, staroświeckim stylem - rzewnie, rozwlekle i lirycznie, a tak rozdzierająco smutnie, że gdy grała preludia czy nokturny, obie dziewczynki, płacząc, zbiegały z pięterka na dół przepraszać Mamę za jakieś widocznie popełnione winy.
- Już niiigdy nie będziemy niegrzeczne - wołały, całując Matkę po rękach - tylko niech Mamidło nie gra tak smutnie, bo nam się serca krają! 
Praca Arael Zurli wydaje się obecnie najbardziej rzetelną i najobszerniejszą biografią Wojciecha Kossaka. Bogata w fakty, z porządną bibliografią i indeksem osobowym. Dobrze się ją czyta, choć nie ujęła mnie tak jak "Bagienna niezapominajka". Co do samego Kossaka to warto na koniec przytoczyć zdanie pejzażysty Jana Stanisławskiego: "Mógłby być pierwszym polskim malarzem, a wszystko robi, co może, by nikt się tego nigdy nie domyślił!". 

4 komentarze:

  1. Lubię tego typu opracowania, więc chętnie sięgnę po Kossaka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miłej lektury :) Arael Zurli to moje ostatnie czytelnicze odkrycie. Chętnie sięgnę jeszcze po biografię Gabrieli Zapolskiej.

      Usuń
  2. Chciałabym, bardzo bym chciała to przeczytać. Sama nie kupię, ale może namówię moją bibliotekę?
    Przy okazji, a znasz "Dziedzictwo" Zofii Kossak o początkach rodu Kossakow? Tam jest dokładnie napisane, jakie byly początki z Juliuszem malującym konie i tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mojej Kossak był, ale niestety nie ma biografii Zapolskiej. Być może pojawi się niedługo.
      O "Dziedzictwie" wczoraj właśnie myślałem. Zastanawiałem się na ile będzie dla mnie ciekawa. To jest taka monografia rodziny naszpikowana faktami czy raczej luźne wspomnienia w stylu Samozwaniec? Na taką "naukową" książkę o Kossakach nie mam ochoty. Coś lekkiego mógłbym przeczytać.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...