poniedziałek, 24 lipca 2017

"Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały" Arael Zurli

Odbrązawiania Kossaków ciąg dalszy? Niezupełnie. Z "Bagiennej niezapominajki" rzeczywiście wyłoniła się Maria Pawlikowska-Jasnorzewska nie jako wrażliwa i czuła poetka, ale złośliwa, niezaradna i czasami nieco wulgarna hipochondryczka. Tymczasem w przypadku Wojciecha Kossaka tak wyraźnie nie uderzono w cokół. Mam wrażenie, że Arael Zurli darzy go jakąś sympatią. Na plus w porównaniu z "Bagienną niezapominajką" można uznać większy dystans biografa w stosunku do prezentowanej postaci. W przypadku Kossaka czytelnik otrzymuje opowieść o życiu malarza, ale bez oceny czy nawet praktycznie bez sugestii, w którą stronę mogłaby pójść ta ocena (cytat z zakończenia jest pewnym wyjątkiem, ale to naprawdę niewiele jak na czterysta stron tekstu). 

Mam wrażenie, że tytuł powstał naprędce. Nijak nie pasuje mi on do książki. Wcale nie wybrzmiało to, że Kossak był "malarzem polskiej chwały". Oczywiście przewijają się co rusz wzmianki o kolejnych obrazach, ale nie powiedziałbym, że wysuwają się na pierwszy plan. Po skończonej lekturze wcale nie przychodzi mi na myśl jako pierwsze określenie użyte w tytule. Poza tytułem dziwi mnie układ treści. Arael Zurli chronologicznie przedstawia życie batalisty. Nie rozumiem, po co jednemu rokowi poświęca po kilka rozdziałów. Jeśli już każdy rok (ewentualnie kilka lat razem) wyszczególnia się osobno, to można by w takiej części zawrzeć wszystko z tego okresu, ewentualnie z zastosowaniem podpunktów. 

Powyższe uwagi adresuję do biografa. Nie są to oczywiście kwestie wpływające znacząco na mój odbiór "Wojciecha Kossaka...". Zaznaczam po prostu drobne uwagi, które nasunęły mi się podczas lektury. Zanim przejdę do samego tekstu słów jeszcze kilka o wydaniu. Niestety wydawnictwo Iskry nie popisało się tym razem. Dziwi mnie to, ponieważ mam na półce tak pięknie wydaną książkę jak "Życie polskie w dawnych wiekach". Bardzo nie lubię, gdy okładka ma inną grafikę niż obwoluta. Wiadomo, że obwoluta prędzej czy później zniszczy się (co widać na załączonym zdjęciu). I co wtedy? Zostaje nam książka, która wygląda jak stary słownik. A już kompletnie nie rozumiem takiej oszczędności jeśli chodzi o reprodukcje. Z ogromnym zniechęceniem czytałem opisy obrazów w biografii. Arael Zurli często przedstawia je naprawdę szczegółowo. Czy nie można było ich pokazać? Nie chodzi chyba o koszty? Wydaje mi się, że prawa autorskie do reprodukcji obrazów Wojciecha Kossaka już wygasły. Zamieszczono co prawda wkładkę ze zdjęciami, ale zachodzę w głowę, co kierowało grafikiem (czy tam kimś innym, kto jest za to odpowiedzialny). Czy nie można było tych obrazów wrzucić do tekstu? Rozumiem, gdy reprodukcje są na papierze kredowym. Tymczasem w tym przypadku są na zwykłym papierze! Po co więc wydzielać je z tekstu i dodawać na końcu?

Sama książka jest ciekawa, choć mnie nie porwała. Może to kwestia tego, że wiedziałem już co nieco o bohaterze i całkiem niedawno przeczytałem inną biografię poświęconą mu? Nie wiem. Na pewno "Bagienną niezapominajkę" czytało mi się lepiej. Cenię Arael Zurli za to, że nie narzuca swojego zdania. Dostajemy opowieść bez zbędnych komentarzy. Czytelnik sam może ustosunkować się do postaci batalisty. Warto też zwrócić uwagę na bogatą bibliografię i wykorzystanie wielu materiałów źródłowych.


Kossak w porównaniu do starszej córki był na pewno wyważony i kulturalny. W zapiskach nie pozostawił złośliwych komentarzy. Poza tym odznaczał się ogromną pracowitością i wytrzymałością. Mam wrażenie, że nie był zbyt skomplikowaną osobą. W kolejnych latach pojawia się jeden cel - zdobycie fortuny. Z tego powodu wyjeżdżał kilkukrotnie do Stanów Zjednoczonych, Paryża, Londynu i malował dla cesarzy. Być może czuł się zobowiązany spełnić niekończące się oczekiwania rodziny. Choć trzeba przyznać, że sam też lubił luksus. Przykre jest to, że niewątpliwie zaprzepaścił ogromny talent. Namalował ponad 2000 obrazów. Z tego większość o wartości artystycznej zdecydowanie poniżej jego możliwości. Gdyby miał czas i nie musiał pracować w "fabryczce" portretów, ile wybitnych dzieł mógłby po sobie pozostawić? Wybrał jednak inną drogę. Całe życie gonił za pieniędzmi. Wydaje się, że bardzo niesprawiedliwie oceniał teściów córki Magdaleny, nazywając ich "filistrami". O nim też mógłby tak ktoś powiedzieć na podstawie tego, co po sobie pozostawił...

Tak wyglądała praca we wspomnianej "fabryczce" portretów:
Współpraca z synem rozwinęła się w pełni i wyglądała w ten sposób, że Wojciech tworzył projekty niedużych obrazków o formacie ujednoliconym dla łatwiejszego transportu, po czym posyłał je Jurkowi, który osobiście albo przy pomocy pracowników przenosił je na przezroczystą kalkę, służącą następnie do odbijania w wielu egzemplarzach na zagruntowanym płótnie. Po wykonaniu podmalówki, często bardzo niedbałej, gdyż Wojciech wielokrotnie prosił o większą staranność przy tej pracy, obraz wracał do Kossaka-seniora, gdzie otrzymywał niezbędne poprawki i najistotniejszy akcent: jego podpis. 
Okładka bez obwoluty
Niezmiennie przyjemnie czytało mi się fragmenty wspomnień Magdaleny Samozwaniec. Choćby ten o babci Kossakowej:
Babcia Kossakowa, matrona starej daty, bardzo często dostawała tak zwanych "spazmów". Wystarczyło, że ktoś się jej sprzeciwił albo odpowiedział niegrzecznie - i już atak gotowy, twarz bladła, białka wywracały się do góry, a z ust wydobywało się: ach, ach, ach, ach! - które przechodziło w głośny szloch. Za każdym razem robiło to na domownikach szalone wrażenie, służące zaalarmowane biegały po zimną wodę, Mama drżącymi rękami rozpinała stanik Musi, a dziewczynki podsuwały jej pod nos sole angielskie, pachnące silnie mentolem.
Albo ten o swojej matce, która zasiadała do fortepianu i grała:
(...) przeważnie Szopena, staroświeckim stylem - rzewnie, rozwlekle i lirycznie, a tak rozdzierająco smutnie, że gdy grała preludia czy nokturny, obie dziewczynki, płacząc, zbiegały z pięterka na dół przepraszać Mamę za jakieś widocznie popełnione winy.
- Już niiigdy nie będziemy niegrzeczne - wołały, całując Matkę po rękach - tylko niech Mamidło nie gra tak smutnie, bo nam się serca krają! 
Praca Arael Zurli wydaje się obecnie najbardziej rzetelną i najobszerniejszą biografią Wojciecha Kossaka. Bogata w fakty, z porządną bibliografią i indeksem osobowym. Dobrze się ją czyta, choć nie ujęła mnie tak jak "Bagienna niezapominajka". Co do samego Kossaka to warto na koniec przytoczyć zdanie pejzażysty Jana Stanisławskiego: "Mógłby być pierwszym polskim malarzem, a wszystko robi, co może, by nikt się tego nigdy nie domyślił!". 

środa, 12 lipca 2017

"Bagienna niezapominajka" Arael Zurli

Po hagiografiach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ("Maria i Magdalena", "Zalotnica niebieska" M. Samozwaniec) przyszedł czas na biografię. Książki siostry Lilki czyta się naprawdę świetnie, są pełne anegdot, ale obraz poetki jest wyidealizowany i daleki od rzeczywistości. "Bagienna niezapominajka" ("Bagienne niezapominajki" to ostatni tomik poetki, niestety zagubiony przez wydawcę) choć dotyczy zaledwie kilku ostatnich lat życia Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (od wybuchu wojny do śmierci), to pozwala inaczej spojrzeć na starszą córkę Wojciecha Kossaka. 

Chciałoby się napisać cokolwiek o autorze, ale w tym przypadku to niemożliwe. Autor bądź autorka ukrywa się pod pseudonimem "Arael Zurli". Znalazłem w sieci jeden wywiad, ale on nie zdradził nawet płci twórcy. Z recenzji poświęconej książce "Szkło i brylanty" dowiedziałem się tylko, że Arael Zurli jest prawdopodobnie kobietą (świadczy o tym podobno "żeńskie postrzeganie świata" i "duch kobiecości" w kreacji Gabrieli Zapolskiej). Może kiedyś dowiemy się czegoś więcej. Ciekaw jestem, kto to może być, bo książka okazała się świetna. Ogromnym plusem jest duży materiał źródłowy. Pawlikowską-Jasnorzewską poznajemy z jej listów i wspomnień. 

Portret autorstwa W. Kossaka [źródło]
Jakże inny portret wyłania się z "Bagiennej niezapominajki", jeśli przypomnimy sobie "Marię i Magdalenę" Magdaleny Samozwaniec. Przy okazji recenzji biografii Wojciecha Kossaka autorstwa Mai Łozińskiej zwróciłem uwagę, że prawdopodobnie był filistrem. Książka Arael Zurli potwierdziła to niestety. Cała rodzina Kossaków (tych od Wojciecha rzecz jasna; Kossak-Szczucka to inna bajka) była dość materialistyczna. Już prolog "Bagiennej niezapominajki" odnoszący się do ostatniego lata spędzonego w Juracie zdradza tę cechę rodziny: "Była to modna wówczas miejscowość wypoczynkowa, najelegantsza i najbardziej snobistyczna na Wybrzeżu, gdzie przyjeżdżało dużo znanych, a co najważniejsze majętnych osób. Na ich portretowaniu można było dobrze zarobić, pieniądze zaś były Kossakom szalenie potrzebne". 

Obie siostry ogromną wagę przykładały do wyglądu i nieustannie naciągały ojca na kosztowne stroje (nawet gdy ten miał ogromne długi). Mimo że były dorosłe Wojciech Kossak wypłacał im co miesiąc po 500 zł, nie wliczając w to oczywiście podarunków. Maria będąc w trudnej sytuacji finansowej w Anglii co rusz wydawała z trudem zaoszczędzone przez męża pieniądze na nowe futra i inne elementy garderoby. Pawlikowska-Jasnorzewska była przyzwyczajona do wygody i luksusu. Pozbawiona zupełnie zmysłu praktycznego. Kłopoty sprawiały jej najprostsze sprawy życia codziennego. Stefan Jasnorzewski przypominał w jednym z listów, żeby nie zostawiała mydła w wodzie, w innych wysłał rysunkową instrukcję nadmuchiwania poduszki oraz włączania radia! Przysyłał jej także pocztą gotowe dania (Maria w pierwszym okresie pobytu na emigracji nie potrafiła ugotować nawet najprostszej potrawy). Poetka była rozpieszczoną i kompletnie niezaradną hipochondryczką. Przekonana o swojej wiedzy medycznej lekceważyła lekarzy. Wydawało się jej, że posiada nadzwyczajne moce. Niesamowicie przesądna, bardzo często zaznaczała w listach "n.p.u.", czyli "na psa urok". Zazdrościła nie tylko powodzenia innym kobietom w relacjach z mężczyznami, ale także sukcesów na polu literackim. Pewnego razu obiecała, jeżeli jedna ze sztuk teatralnych zejdzie szybko z afisza, zaniesie doniczkę z piękną tuberozą na ołtarz w kościele sióstr felicjanek.

Portret autorstwa Witkacego [źródło]
Można by przymknąć oko na jej niezaradność życiową. Artystom wiele wybacza się na tym polu. Gorszący jest za to jej stosunek do innych ludzi. Wywyższała się w co drugim liście (nie mówiąc już o prywatnych notatkach), pogardzając nawet osobami które jej pomagały: "Jakaś brudna, rzewna rusińska półidiotka", "Obdarte tapety np. łatwo było przykleić i łańcuszek od zatyczki w umywalni doczepić, nic łatwiejszego, ale takie bydlę nie wpadnie na to". Ostrze krytyki wymierzyła w kobiety. Mężczyzn oceniała łagodnie, o ile byli nią zainteresowani jako kobietą. W przeciwnym razie nie mogli liczyć na jakiekolwiek ciepło słowo. W mężczyznach widziała głównie wygląd. "Lubiła mężczyzn przystojnych i dobrze ubranych, pochodzenie i fach były jej obojętne, byle adorator wyglądał tak, aby się przyjemnie było z nim pokazać, ku zazdrości bab" - pisała siostra.

Poetka nie lubiła Polski. Pisała: "...czekam na chwilę, w której zacznę pisać po francusku. Pożegnać Polskę na zawsze było moim marzeniem i planem. Ale małżeństwo stanęło mi w drodze do realizacji". Język z listów do męża jest niechlujny, pełen błędów. Humor pojawiający się korespondencji mało wyszukany i jakby niegodny poetki... Polega głównie na przekręcaniu słów: "dupełko" zamiast "pudełko", "penis" zamiast "pens", "duper" zamiast "puder". W listach do męża pisała jedynie o sprawach życia codziennego (zwłaszcza o strojach). Korespondencja nie zdradza jakichkolwiek poważniejszych zainteresowań. Aż nadto dowodzi za to zwyczajnemu braku kultury.

Ojciec malował dla pieniędzy, córka pisała dla pieniędzy. Nie tworzyła dla własnej satysfakcji albo dla zadowolenia czytelników. "Pisać nie warto, bo nie płacą nigdzie" - krótko skwitowała wiosną 1942 roku. Wspominałem wcześniej o Wojciechu Kossaku. W "Bagiennej niezapominajce" i o nim znajdziemy trochę informacji: "Tatko lubił świetność, zdrowie, doskonałość i piękno. Los zaś zmusił go do wielbienia córki, która nie była doskonałą fizycznie" (Maria miała wystającą łopatkę i chodziła w gorsecie ortopedycznym). Poetka miała z pewnością kompleksy na punkcie swojego wyglądu. Jej zdaniem lekarz powinien "mówić pacjentce, że jest ładna, że ma oczy i nos, i to i owo w porządku, że jej ubiór mu się podoba, że żałuje, iż jego żona w łóżku tak nie wygląda".

Maria i Magdalena jako dzieci, ok. 1905 [źródło]

Godne pochwały zachowania poetki przytoczone przez Arael Zurli można policzyć dosłownie na palcach jednej ręki. Pawlikowska-Jasnorzewska była hojna, chętnie dzieliła się zawartością paczek otrzymywanych przez męża. Raz coś ją tknęło i została pomysłodawczynią zbiórki na zabawkę dla dziecka, które zamieszkało wraz z rodzicami w tym samym hotelu w Anglii. Jeszcze w Krakowie z kolei jako prezenty dla służby nie wybierała przyjętych zwyczajowo tanich, ciemnych i praktycznych rzeczy, ale "cienkie pończochy, pachnące mydełka i kolorowe jedwabie".

Nie uwierzyłbym, że taka była Pawlikowska-Jasnorzewska gdyby nie tyle dowodów w postaci listów. Trudno kłócić się z charakterystyką poetki stworzoną przez Arael Zurli, bowiem wszystkie tezy poparto fragmentami z korespondencji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. "Bagienna niezapominajka" jest arcyciekawą książką. Według mnie zasługuje na najwyższą ocenę. Oparta na źródłach, z bogatą bibliografią, lekko napisana, a co najważniejsze odkłamująca jednostronny i wyidealizowany obraz Lilki wykreowany przez Magdalenę Samozwaniec. Z przyjemnością sięgnę po kolejne pozycje Arael Zurli. Przede wszystkim po biografię ojca poetki "Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały".


Za polecenie książki dziękuję Autorce bloga Archiwum Mery Orzeszko :) Wspomniała o niej ponad rok temu w komentarzu pod moją opinią na temat biografii Wojciecha Kossaka.

Osobowość i podejście do życia Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej były dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Dwa tygodnie temu zamieściłem wpis, w którym przytoczyłem jeden z jej wierszy. Czytam go jeszcze raz i nie mogę uwierzyć, że autorka mogła być tak nieprzyjazna ludziom...

sobota, 8 lipca 2017

"Panie kresowych siedzib" Magdalena Jastrzębska

Nie wiem jak to się stało, że przegapiłem ubiegłoroczną premierę książki Magdaleny Jastrzębskiej. Jeszcze nie przeczytałem "Pań kresowych siedzib", a już ukazała się kolejna - "Portret Klementyny". Na szczęście rozpoczęły się wakacje, które sprzyjają nadrabianiu zaległości czytelniczych. Przechodząc do rzeczy: "Panie kresowych siedzib" to zbiór dwudziestu jeden opowieści o kobietach, które zapisały się w historii kresów. Przyznam, że mimo sympatii do autorki podszedłem trochę nieufnie do książki. Jestem przyzwyczajony do klasycznych biografii Magdaleny Jastrzębskiej tzn. jedna książka poświęcona jednej osobie. Wtedy można przedstawić wszystkie szczegóły z życia danej osoby, ukazać ją jako postać z krwi i kości, pokazać jej zalety i słabości. Cenię biografie Magdaleny Jastrzębskiej za powściągliwość w ocenach i dystans zachowywany w stosunku do prezentowanych postaci. Czytelnik sam może pokusić się o ustosunkowanie się do danej bohaterki. Tym razem na niespełna 250 stronach przedstawiono aż 21 kresowych dam. Trudno spodziewać się zatem pełnego portretu psychologicznego bohaterek. Zyskujemy za to coś innego - dostajemy próbkę wszystkich kobiet działających na kresach w XIX i na początku XX wieku. Możemy poznać życie całej grupy, a nie tylko jednej osoby. Oba podejścia mają swoje plusy i minusy. "Panie kresowych siedzib" są inne od poprzednich książek Magdaleny Jastrzębskiej. Inne, ale nie gorsze.

Przed lekturą zwracam uwagę na dwie rzeczy - okładkę i generalnie szatę graficzną oraz bibliografię. Okładka jak zwykle piękna. Wydawnictwu LTW można pogratulować grafika. Tekst wzbogaca prawie 150 ilustracji (zarówno czarno-białe, jak i w kolorze). Nie zdecydowano się na wkładkę z kredowym papierem, co dla mnie akurat nie jest minusem. Nigdy nie lubiłem wędrować pomiędzy głównym tekstem a ilustracjami z wkładki. Drugą istotną dla mnie kwestią, o której wspomniałem jest bibliografia. Nie przepadam za publikacjami, które wykorzystują jedynie dostępną na wyciągnięcie ręki literaturę przedmiotu. Magdalena Jastrzębska wykorzystała materiały archiwalne z Archiwum Narodowego w Krakowie, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Narodowej i i Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu oraz wiele artykułów z prasy.

Autorka wybrała naprawdę ciekawe postaci. Szczególnie zainteresowała mnie Regina Korzeniowska, która zdecydowanie wyróżniała się spośród dam swojej epoki. Nie wyszła nigdy za mąż, poświęcając się pracy naukowej. Niebywale pracowita. Stangreci skarżyli się, że zapala świeczkę w karecie, aby móc pracować nawet w czasie podróży. Była postacią nietuzinkową, z którą wiązało się wiele ciekawych historii i anegdot. Gdy uczyniła ślub, że będzie leżeć krzyżem przed obrazem Matki Boskiej Tywrowskiej jeśli zostanie wysłuchana, to oczywiście spełniła ją, ale za nią szedł lokaj... z materacem. "Nie ślubowałam ja przecie nabawić się reumatyzmów ani też wycierać mym nosem pyłu z waszych butów" - krótko skwitowała bohaterka.

Razem z autorką wędrujemy przez dworki i pałace, przyglądamy się życiu codziennemu kresowych kobiet, cieszymy się z ich sukcesów i smucimy poznając życiowe tragedie. Wchodzimy do świata, który choć przecież nieidealny, to jednak uporządkowany i mam wrażenie, że bardziej przyjazny człowiekowi niż ten dzisiejszy. Dziejowe zawieruchy ostatecznie pogrzebały tamtą rzeczywistość. Zostały z niej wspomnienia i trochę śladów materialnych, z których autorka buduje ciekawą opowieść.

"Panie kresowych siedzib" odczytałem jako opowieść o dobru. Ziemianki zapisały się przyjaźnie w pamięci okolicznej ludności za okazaną pomoc, hojność i ofiarowane innym serce. Niektóre były nadzwyczaj hojne. Jedna z bohaterek, Wanda z Łubieńskich Weyssenhoffowa, bywała oskarżana przez rodzinę o bezsensowną hojność. Wystarczyło, że rozmówca pochwalił należącą do niej rzecz, a ta już ją mu wręczała. Inna z bohaterek z kolei tyle przeznaczała na cele dobroczynne w trakcie jednego roku, ile inni może nie wydali przez całe życie. Może i uszczupliła znacznie stan swojego posiadania, ale niedługo później rewolucja bolszewicka i dwie wojny światowe zmiotły z ziemi większość fortun. Nie pozostało praktycznie nic po działalności tamtych ludzi poza dobrem, które ofiarowali innym.



A poniżej zdjęcie z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego z Lublina. Miesząca się w budynku biblioteki księgarnia "U Hieronima" reklamuje w holu biblioteki kilka pozycji, a wśród nich jedną z książek Magdaleny Jastrzębskiej:


Zdjęcie z dedykacją dla Autorki, bo wiem że tutaj zagląda :)

sobota, 1 lipca 2017

"Stałe warianty gry" Grzegorz Braun

Grzegorza Brauna nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Nawet jeżeli pozostawał komuś bliżej nieznany, to zapewne zdążył zetknąć się  jego osobą w czasie kampanii prezydenckiej w 2015, kiedy to dał się poznać nie tylko jako uzdolniony reżyser, ale i zaangażowany patriota. "Stałe warianty gry" to wybór publicystyki Brauna z ostatnich kilku lat, na którą składają się krótkie komentarze, dłuższe artykuły, wywiady i kilka przedmów do książek. Nie czytuję gazet, więc żaden z artykułów nie był mi znany. Zresztą pochodzą one z tylu pism, że nie ma zapewne osoby, która przeczytałaby je wszystkie przed ukazaniem się "Stałych wariantów gry". Wymienię tylko kilka: "Słowo Wrocławian", "Polonia Christiana", "Uważam Rze Historia", "Opcja na prawo", "Polska Niepodległa". 

Zwykle omijam książki, które są zbiorem artykułów prasowych, ponieważ tematy w nich poruszane zwykle są ważne przez jeden czy kilka sezonów i szybko dezaktualizują się. Na "Stałe warianty gry" skusiłem się tylko ze względu na osobę autora, ale nie żałuję! Książka składa się ze 144 krótszych bądź dłuższych wypowiedzi reżysera i polityka (chyba można go tak nazwać?). Podzielono je na dwie części: "Remanenty historyczne" i "Zapiski z kondominium" (każda z nich liczy po dokładnie 72 podrozdziały). Z racji zainteresowań szczególnie ciekawe są dla mnie "Remanenty historyczne". Autor głosi w nich wiele tez, które stoją w sprzeczności ze szkolną podręcznikową wiedzą np.: krytycznie odnosi się do większości powstań narodowych, dopatrując się w ich przyczynach działalności obcej agentury; odżegnuje się od twórców Konstytucji 3 Maja i do lamusa odsyła prace gloryfikujące Komisję Edukacji Narodowej. W jego dociekaniach brak mi dwóch rzeczy: przypisów (tych nie ma niestety w ogóle) oraz bibliografii (tutaj jest już trochę lepiej, bo autor czasami poleca książki, na których opiera się). Byłbym ostrożny w traktowaniu "Remanentów historycznych" jako podstawy wiedzy historycznej, ale spełniają one ważną funkcję - wybijają ze standardowego spojrzenia na historię i skłaniają do poszukiwania odpowiedzi na przyczyny poszczególnych zdarzeń. Nie przyjąłem na wiarę kolejnych tez autora, ale mam je w pamięci i na pewno w wolnym czasie poszukam literatury naukowej, żeby skonfrontować je z nią i wyrobić swój pogląd. 

"Zapiski z kondominium" odnoszą się do współczesności. Autor komentuje wydarzenia z ostatnich kilku lat, kreśląc scenariusze na kolejne sezony polityczne. Nie są one kolorowe, ale nie można też powiedzieć, że autor widzi przyszłość w czarnych barwach (choć po jednym czy dwóch przypadkowo wybranych wypowiedziach można by tak ocenić jego spojrzenie na aktualną i prognozowaną sytuację Polski). Szansę dla nas widzi w oparciu się na trzech wartościach: wierze, rodzinie i własności. 

Cenię Grzegorza Brauna za erudycję, piękny język, klarowne poglądy, przenikliwe spojrzenie i skłanianie do zastanawiania się nad tym, co wydaje się oczywiste. "Stałe warianty gry" to z pewnością jedna z najciekawszych książek, jakie przeczytałem w pierwszym półroczu tego roku. Komu nie wystarczają informacje przekazywane przez największe dzienniki i stacje telewizyjne powinien po nie sięgnąć. Dzięki lekturze pozna czym są tytułowe "stałe warianty" rządzące losami naszego kraju i to już od kilkuset lat. W ciekawy sposób zazębiają się tematyka historyczna i współczesność. "Stałe warianty gry" są koronnym dowodem potwierdzającym użyteczność historii. Powtórzyć można za Józefem Szujskim, że fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...