poniedziałek, 1 maja 2017

"Z Marszałkowskiej na Picadilly" Karol Zbyszewski

Od czasu lektury "Niemcewicza od przodu i tyłu" uwielbiam Zbyszewskiego. Cenię go za inteligentny dowcip, ostre pióro i ciekawe anegdoty. "Niemcewicza..." czyta się jednym tchem. To zdecydowanie jedna z najciekawszych biografii, jakie miałem okazję czytać. Myślę, że nawet osoby niespecjalnie zainteresowane historią przeczytałyby ją z zaciekawieniem. Długo nie namyślałem się więc, gdy kolega zaproponował mi kolejną książkę Karola Zbyszewskiego. Uznałem, że biorę w ciemno. Książka niestety nie spełniła do końca moich oczekiwań.

"Z Marszałkowskiej na Picadilly" to zbiór anegdot dotyczących stosunków polsko-angielskich i różnic w charakterach narodowych. Książeczka bardzo krótka (raptem 72 strony). W moje ręce wpadł przedruk z 1946 roku z wydania londyńskiego z 1943 roku. Nie wiem, czy są nowsze wydania. Przypuszczam, że nie. 

Nie ukrywam, że jestem trochę zawiedziony. Gdybym rozpoczął przygodę ze Zbyszewskim od "Z Marszałkowskiej na Picadilly", a dopiero później przeszedłbym do "Niemcewicza..." to zapewne odniósłbym inne wrażenia z lektury tej pierwszej. Nie twierdzę, że jest bezwartościowa. Ot, przyjemne czytadło, ale nie robiące szczególnego wrażenia. Pierwsza anegdota zdawała się zapowiadać dużo ciekawsze rozwinięciem. Sami przeczytajcie:
Często Polacy mówią:
- Przecie my kooperujemy z Anglią i Ameryką...
Mniej więcej w tymże stopniu co Jonasz z wielorybem, w którego brzuchu podróżował. To też była kooperacja. Ale jakżeż znikomy wpływ miał Jonasz na wielorybie przy wyborze trasy!
Niestety dalej już nie jest tak ciekawie. Może to kwestia okoliczności, w których Zbyszewski pisał? Przed wojną był w zdecydowanie lepszej formie. Cięty język niby pozostał, ale czegoś mu brakuje. Nie rozbawia już do łez jak "Niemcewicz do przodu i tyłu", dowcip czasami nieco ciężki i zdecydowanie brakuje lekkości. Czy polecam? To zależy. Jeśli ktoś czytał "Niemcewicza..." to raczej może sobie odpuścić tę książkę. Zawód w takim przypadku jest bardzo prawdopodobny. Jeśli ktoś zaś nie zetknął się jeszcze ze Zbyszewskim, to może być to niezły wstęp do jego twórczości. Na koniec podzielę się jeszcze kilkoma ciekawszymi anegdotami. 

Wracając z odczytu Anglicy mówią:
- Prelegent wygłosił doskonałą mowę, pełną dowcipu. Wszyscy się śmieli...
A Polacy:
- Prelegent odczytał świetne przemówienie, pełne patosu. Wszyscy mieli łzy w oczach...
Kiedy Anglicy rozważają możliwości wygrania wojny, słyszy się:
- Organizacja, pieniądze, transport, aprowizacja, wytwórczość, uzbrojenie...
Od Polaków, rozmawiających na ten sam temat, dolatują słowa:
- Duch, męstwo, wiara, poświęcenie, zapał, krew...
 Polacy mlaskają ustami z zachwytu:
- Aaa, to był wielki wódz! Bronił miasta tak zażarcie, że cała jego armia legła pokotem i on sam też padł trupem!
- A co się stało z miastem?
- No, cóż, nieprzyjaciel zagarnął je na sto lat...
Anglicy też czasem wspominają życzliwie któregoś ze swych generałów:
- Tak, to był niezły wódz! Broniąc miasta przed nieprzyjacielem wycofał się tak zręcznie z całą swą armią, że nie stracił ani jednego żołnierza.
- A co z miastem?
- No, jasne. Zebrał trzy razy większą armię i po pół roku tak rozgromił nieprzyjaciela, że miasto miało spokój na sto lat...
Słuchając polskiego dygnitarza przemawiającego publicznie po angielsku, Anglicy mieli łzy w oczach (ze wzruszenia oczywiście) i szeptali:
- Cóż to za wspaniale odporny naród ci Polacy! Po trzech latach pobytu wśród Anglików - tak mówić po angielsku! Ooo, ich nic nie wynarodowi...!

1 komentarz:

  1. Nie znam pisarza. Ale anegoty, które zaprezentowałeś są przednie, świetnie oddające różnice pomiędzy naszymi narodami.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...