środa, 19 kwietnia 2017

"Ostatnie proroctwo" A. Socci

To już druga książka włoskiego watykanisty, z którą przyszło mi się zmierzyć. Po wcześniejszej znakomitej "Czwartej tajemnicy fatimskiej" przyszedł czas na "Ostatnie proroctwo". Jest to książka napisana w dużej mierze w formie listu zaadresowanego do papieża Franciszka, w którym Socci przedstawia stan Kościoła, stawiając konkretne zarzuty biskupowi Rzymu (że się posłużę tytułem najchętniej używanym przez Franciszka). 

Pierwsza część stanowi zbiór proroctw dotyczących upadku moralnego i fizycznego wiecznego miasta. Dla mnie jest to najciekawsza część książki. Niestety autor nie dochował należytej staranności i miesza objawienia uznane przez Kościół z objawieniami, które nigdy nie doczekały się aprobaty ze strony Rzymu. Przy pewnej dozie krytycyzmu można jednak wiele wynieść z tej części. Ciekawie patrzy się na nią z perspektywy kolejnej, stanowiącej list do papieża Franciszka. Pierwsza część zapowiada upadek Kościoła, druga ma dostarczać argumentów, że ten w czasach nam współczesnych osiąga w ogromne rozmiary (jeśli nie apogeum).

Uważny obserwator życia Kościoła nie dowie się zbyt wiele listu. Socci tylko zebrał zarzuty wobec obecnego papieża, które przewijały się już w wielu mediach. "Czwarta tajemnica fatimska" była rezultatem rzetelnego, jak mi się wydaje, śledztwa dziennikarskiego i wnosiła nowe informacje. "Ostatnie proroctwo" wydaje się napisane na fali popularności poprzednich publikacji (zwłaszcza "Czy to naprawdę Franciszek?"). Mimo to przeczytałem ją z zainteresowaniem, bo sam podzielam wiele obaw autora.

Jakkolwiek Paweł VI wiele zamętu wprowadził do Kościoła to potrafił słusznie przewidzieć to, co może się stać z Kościołem w przyszłości: "To, co mnie uderza w świecie katolickim, to fakt, iż wewnątrz katolicyzmu zdaje się nieraz brać górę myślenie zgoła niekatolickie, i może dojść do tego, iż ów niekatolicki sposób myślenia jutro przeważy wewnątrz katolicyzmu. Lecz nigdy nie będzie ono wyrażało myśli Kościoła. Potrzeba, by istniała mała trzoda, choćby miała być bardzo mała". Słowa zdają się być zapomnianymi. Dąży się raczej do poszerzania wiernych, nawet za cenę rezygnacji z Prawdy.

Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat. Tym razem św. Brygidy Szwedzkiej. Odnosi się on do fałszywie pojmowanego miłosierdzia, co jest jednym z zarzutów podnoszonych wobec papieża: "Fundamentem Kościoła tego jest Wiara święta, to jest przekonanie, że jestem Sędzią sprawiedliwym i miłosiernym. Ale teraz podkopany jest ten fundament, bo wszyscy wierzą we Mnie i nazywają miłosiernym, ale jakby nikt nie wierzy ani nie opowiada, że i sprawiedliwie sądzącym jestem. Oni poczytują mnie jakoby za niesprawiedliwego sędziego. A niesprawiedliwy byłby sędzia, który by przez miłosierdzie złych nie karał, aby niezbożni sprawiedliwych tym więcej trapili i dręczyli. Ale Ja jestem sprawiedliwym Sędzią i miłosiernym tak, że najmniejszego grzechy nie chcę bez karania ani rzeczy dobrej najmniejszej bez nagrody". Słowa z XIV wieku, a wydają się jakby pochodziły z czasów współczesnych.

Lista zarzutów stworzona przez Socciego jest długa. Przytacza między innymi nierozsądną, oględnie mówiąc, politykę wobec imigrantów; przywoływane już wyżej fałszywe miłosierdzie; niechęć do środowisk tradycyjnych; niszczenie zakonu Franciszkanów Niepokalanej; zmiany w prawie kanonicznym prowadzące w praktyce do stworzenia instytucji "rozwodu kościelnego"; spadek wiernych na audiencjach papieskich; deprecjonowanie znaczenia Mszy; brak należytego szacunku do Najświętszego Sakramentu. Każdy zarzut popiera oczywiście konkretnymi przykładami. 

Nie każdemu może pasować forma książki. Nie każdy jest też gotów zmierzyć się z krytyką głowy Kościoła. Nie kupiłbym tej książki na prezent każdemu wierzącemu. Do lektury jednak jak najbardziej zachęcam. Zakończę słowami Socciego, które bardzo mi się spodobały: "Powinniśmy być solą dla świata, a sól pali w miejscach zranionych. Podobnie jak Prawda".

niedziela, 16 kwietnia 2017

Zmartwychwstał Pan!

Zmartwychwstanie - fresk Piero della Francesca [źródło]
 
Życzę wszystkich Czytelnikom
błogosławionych świąt,
autentycznej radości ze zmartwychwstania,
wielu łask Bożych od Zmartwychwstałego Pana 
i żeby ta jedyna i wyjątkowa noc, noc Zmartwychwstania, nadała sens pozostałych 364 nocom i dniom w roku.
Wszystkiego dobrego!

sobota, 8 kwietnia 2017

"Gorzkie żale. Między rozumem a uczuciem" Michał Buczkowski

Zdaję sobie sprawę, że zbliża się dla wszystkich pracowity okres. Porządki przedświąteczne i inne przygotowania, a do tego nabożeństwa w kościołach pochłaniają z pewnością wiele czasu. Dlatego też nie proponuję obszernej książki. "Gorzkie żale. Między rozumem a uczuciem" liczą raptem 50 stron,  które w dodatku czyta się bardzo szybko. Lektura nawet na krótszy czas niż jeden wieczór, a myślę że warto się nad nią pochylić. Michał Buczkowski przedstawia historię nabożeństwa oraz analizuje jego treść. 

Gorzkie żale po raz pierwszy odprawiono 13 marca 1707 roku w kościele św. Krzyża w Warszawie. Ks. Wawrzyniec Stanisław Benik wydał tekst drukiem w tym samym roku, a zatem w bardzo niedocenianych czasach saskich. Trwał nadal barok, w którym szukano bliskości z Bogiem, co przejawiało się akcentowaniem człowieczej natury Chrystusa. Stąd też taka popularność kolęd (do dziś w okresie Bożego Narodzenia śpiewamy pieśni głównie siedemnastowieczne). W XVII i XVIII wieku powstało wiele nabożeństw wielkopostnych. Większość z nich została zapomniana. "Gorzkie żale" musiały wyróżniać się czymś, ponieważ przetrwały próbę czasu i do dziś cieszą się ogromną popularnością. Nie ma chyba parafii, w której nie byłyby odprawiane. 

"Gorzkich żali" nie można uznać za modlitwę jedynie ludową. Uczestniczyli w niej przedstawiciele wszystkich stanów. Zatem sam tekst nie może być tak prosty. Musiał trafiać zarówno do mas chłopskich, jak i nieco bardziej rozgarniętych głów szlacheckich. Jako że nabożeństwo powstało w Kościele potrydenckim, to dużą rolę odgrywa w nim piękno, które miało przyciągać zagubionych. Przechodzący obok kościoła ujęty śpiewem powinien zostać zachęcony do wejścia wewnątrz świątyni. Szkoda, że dziś Kościół odszedł od takiego pojmowania piękna i jego roli.

Modlitwę przeżywano wspólnotowo (tekst śpiewany wspólnie; wówczas "Rozmowę duszy z Matką Bolesną" śpiewała na przemian męska i żeńska część wiernych; partie duszy śpiewali mężczyźni, partie Matki Bolesnej kobiety), ale z podkreśleniem indywidualności ("Rozpłyńcie się, me źrenice", "Obmyj duszę z grzechów moich" czy "Żal mi, ach żal mi ciężkich moich złości"). Tekst miał rozpalać, ale jednocześnie można zaobserwować kilka wyhamowań, choćby po bardzo emocjonalnej "Pobudce", po której następuje odczytanie intencji. Ból jaki przeżywał Chrystus jest przedstawiony za pomocą wyliczeń, następuje nagromadzenie wydarzeń, które są pozostawione bez komentarza. Środek nieobcy tekstom dwudziestowiecznym. Można to zaobserwować chociażby we wspomnieniach obozowych. Ich autorzy często ograniczają się do wyliczenia suchych faktów, które same mówią za siebie.

Tekst zmodernizowano językowo, ale treść praktycznie pozostała ta sama. Z bardziej znaczących zmian wspomnieć należy o usunięciu fragmentów odnoszących się do Żydów. Niegdyś było "Bije, popycha Żyd nieposkromiony (dziś "tłum nieposkromiony"), "Jezu, na zabicie okrutne, Cichy Baranku od Żydów szukany" (dziś "od wrogów"), "Przecież go bardziej, niż żydowska dręczy, złość twoja męczy" (dziś "katowska"), "Jezu, od żydostwa niewinnie" (dziś "od pospólstwa"), "Jezu, z naigrawania Żydów" (dziś "od żołnierzy niegodnie"), "Jezu, jawnie, wpośród dwu łotrów, zelżywie od Żydów ukrzyżowany" (dziś "Jezu, jawnie pośród dwu łotrów na drzewie hańby ukrzyżowany"). Pozostałe zmiany mają charakter raczej kosmetyczny. 

"Gorzkie żale" do dziś cieszą się ogromną popularnością. Głównie w Polsce, ale nie tylko. Z czasem przetłumaczono je na angielski, niemiecki i litewski. Niedawno powstała wersja hiszpańskojęzyczna. Nie bez przyczyny uznawane są za skarb polskiej duchowości i kultury. Poniżej "Gorzkie żale" w wykonaniu Chóru Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego:

czwartek, 30 marca 2017

"Polska bez obsłonek" Karol Zbyszewski

Uwielbiam Zbyszewskiego za jego cięty i dowcipny język. "Niemcewicz od przodu do tyłu" powinien przekonać do historii nawet tych najbardziej odpornych na jej wdzięki. Dziś zachęcam do lektury felietonu "Polska bez obsłonek" opublikowanego w "Prosto z Mostu" w 1937 roku. Autor zmierza się z mitem II RP. Temat jak najbardziej aktualny. Bardzo lubię dwudziestolecie międzywojenne, ale ostatnio jest coraz bardziej idealizowane. "Polska bez obsłonek" pozwoli pozbyć się kilku złudzeń.


Gdyby ktoś słowami napisał tyle przykrych prawd o Polsce, okrzyczano by go renegatem, pomniejszycielem ojczyzny i kłamcą, a książkę by skonfiskowano. „Mały Rocznik Statystyczny” wystawia nam cyframi ponure świadectwo. Nie można sobie wyobrazić jakbyśmy wyglądali w świetle Dużego Rocznika.

Przeciw cyfrom nikt nie śmie protestować. Nawet marszałkowie Sejmu i Senatu, co radziby słyszeć, aby Kutrzeba złożył oświadczenie, że posłowie są najpilniejszymi prenumeratorami Słownika Biograficznego. A z Małego Detektywa Statystycznego wynika, że 19 posłów i 4 senatorów ma za całe wykształcenie szkołę powszechną, a dla 15 i to było ponad siły, że szkoły średniej nie zdołało ukończyć 16 posłów i senatorów, że 31 pochodziło na wyższą uczelnię i opuściło ją, nic nie zdawszy.

Nasze Izby i tak nie reprezentują wiernie społeczeństwa, bo są zanadto wykształcone. Mamy po dawnemu prawie 6 milionów analfabetów, wyższe uczelnie na 47.200 studentów ukończyło w 1934/35 roku 6.118 osób, doktoraty zdało 148. Minister Świętosławski usprawiedliwia zapewne ten fatalny stosunek brakiem niezbędnych pomocy naukowych; mamy bowiem w kraju zaledwie 1.272 motopompy.

We wszystkim niemal co złe, szkodliwe i nieprzyjemne przodujemy światu, we wszystkim co dobre i pożyteczne wleczemy się na szarym końcu.

W przyroście ludności wyprzedzili nas tylko pracowici (w tej dziedzinie) Bułgarzy. Cóż z tego, kiedy na 10.000 ludzi w Szwecji dożywa 75 lat 4.000, w Niemczech 3.612, a w Polsce tylko 2.143. W Japonii na 10.000 mieszkańców przypada 10,5 lekarzy – rekord! Węgry – 10,3, Łotwa – 7,8, Niemcy – 7,2, Czechy – 6,4, Bułgaria – 4,4. No i w Japonii jest największa śmiertelność, bo na 1.000 ludzi ubywa rocznie 16,8. Chociaż Polska wykombinowała, że to widocznie lekarze winni i ma ich obok Finlandii najmniej, bo 3,7, to jednak śmiertelność wynosi u nas 14!

Jako gruźlicy jesteśmy bezkonkurencyjni, z 10.000 ludzi 17,6 umiera u nas na nią; w Czechach – 13,2, w Niemczech – 6,3, w Holandii – 4,52. W chorobach nagminnych, a więc niestylowych, łatwych do uniknięcia, też przodujemy – 14,2, Węgry – 13,7, Czechy – 8.5. Szwecja – 6,4, Niemcy – 5,6. Wypada u nas na 10.000 mieszkańców 20 łóżek szpitalnych, podczas gdy w Kanadzie 92, w Norwegii – 82, na Łotwie – 60, w Czechach – 50. Wyprzedziliśmy Litwę z 15.

Odżywiamy się naturalnie najgorzej. Spece od witamin orzekli, że człowiekowi zupełnie wystarczy 75 kg ziemniaków rocznie. W Polsce wypada na głowę 768 kg! w Stanach Zjednoczonych, ojczyźnie ziemniaka, 6 kg. Zato pod względem konsumpcji mięsa, kawy, herbaty, piwa, wina jesteśmy ostatni. Cukru wypada na każdego Duńczyka 50 kg rocznie, na Polaka 8.

Mycie po dawnemu uważamy za szkodliwe maniactwo. Zużywamy rocznie na głowę 1,4 kg mydła. W Laponii i tyle nie konsumują, może dlatego, że mydła tam w ogóle nie ma.

Samochodów, szos i kolei mamy oczywiście najmniej. Dochód roczny na głowę najmniejszy. Na 1.000 obywateli wypada w Ameryce 190 aparatów radiowych, w Anglii 171, w Norwegii 83, w Czechach 63, w Japonii 39, w Polsce 20. Tu jesteśmy trochę usprawiedliwieni, Polskie (z nazwy, bo w istocie żydowskie) Radio zniechęci nawet radiopajęczarzy.

1.000 mieszkańców wysyła rocznie w Australii 1.876 depesz, w Anglii -1.311, w Norwegii – 1.297, w Grecji -601, w Rumunii – 216, w Polsce -106. Wyprzedziliśmy tylko Indie i Chiny. Gdyby nie depesze z hołdem i akcesem zapewne i te kraje by nas prześcignęły, ale 12.357 straży ogniowych robi swoje.

Stany Zjednoczone mają 22.000 kin, Niemcy 5.000, Francja, Hiszpania po 3.000,    Japonia 1.485, Czechy 1.250, Szwecja 1.190, Polska – 757. Ledwo co więcej od maleńkiej Austrii – 745 i Belgii – 710.

Przejdźmy jednak do tego, w czym przodujemy. A więc mamy 57.000 nieślubnych dzieci rocznie, 348 więzień, na jedną izbę wypada w Londynie 0,89 mieszkańca, w Berlinie 1,01, w Sztokholmie 1,12, w Pradze 1,44, a w Warszawie 2.06! Żydów mamy rekord -9,8%, na drugim miejscu Litwa -7,6% na trzecim Węgry – 5,1, dalej Łotwa i Rumunia – po 4,8. Reszta państw ma tak znikome ułamki, że my przy tej ilości nawet byśmy Żydów kochali. Te 9,8% to tylko Żydzi mojżeszowego wyznania, ci inni nie są już w to wliczeni, choć też mieszkają na Gęsiej i najchętniej mówią żargonem.

Pogodę mamy odpowiednią do reszty: prawie 200 dni deszczowych w roku, temperatura przeciętna 7 stopni ciepła.

Na pociechę trzeba dodać, że w Polsce mamy najmniej samobójstw na świecie. Na 10.000 zgonów w Austrii wypada 4,4 na samobójstwo, u Węgrów 3,5, w Czechach 3, we Francji 2,1, w Anglii 1,4, we Włoszech 1, a w Polsce wszystkiego – 0,9!

Czy to dowód, że nie jest u nas jednak tak źle czy też, że po prostu przyzwyczailiśmy się?

wtorek, 28 marca 2017

Toruński kicz - kościół o. Rydzyka

Podstrona "Podróże kulturowe" powoli będzie rozszerzana. Dotychczas wszystkie wpisy z tej grupy prezentowały miejsca niezwykłe, cenne historycznie lub architektonicznie, zdecydowanie warte odwiedzenia. Większość dodatkowo związana jest z literaturą. Dziś czas na miejsce odnoszące się do drugiej bliskiej mi dziedziny - historii. Podczas pobytu w Toruniu w tamtym roku miałem okazję odwiedzić kościół pw. Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II. Niestety utwierdziłem się w przekonaniu, że współczesna architektura sakralna znajduje się w głębokim kryzysie. Podziwiam o. Rydzyka za zawrotną szybkość budowy (kościoły zwykle buduje się przecież latami) i finansowanie wyłącznie ze składek wiernych. Ciekawość mogą budzić windy w kościele oraz (jeśli się nie mylę) klimatyzacja. Niestety sama świątynia to dla mnie wzorcowy obraz kiczu. I mówi to człowiek, który bardzo lubi sztukę barokową. Przepych nie jest mi więc obcy. Niestety od tego w toruńskim wydaniu wolę trzymać się z daleka. Wpis całkowicie subiektywny. Rozumiem, że są osoby, którym budowla może się podobać.


Bryła przypomina raczej budynek opery lub muzeum sztuki nowoczesnej. Wielką pozłacaną koronę na szczycie zdobi zaskakująco niewielki w stosunku do całości krzyż. 



Wodotryski przed kościołem? Cóż, można i tak... Niestety wnętrze zrobiło na mnie jeszcze gorsze wrażenie. Przede wszystkim nie czuję w tej świątyni świętości. Czułem się w niej niezręcznie. Wiedziałem, że to obiekt ze sfery sacrum, ale za nic nie mogłem tego poczuć. Wchodząc miałem wrażenie, że jestem w hotelu i przemierzam kolejne sale konferencyjne. 



Nie mam nic do świątyń na planie koła. Rotundy zapisały się przecież w historii architektury sakralnej. Tutaj jednak coś mi nie gra.



Teraz jeden z większych mankamentów - galeria postaci historycznych. Pomijam już kwestie estetyczne. Kościół nie jest zwyczajnym budynkiem, który można ozdabiać wedle własnego uznania. Obowiązują pewne zasady. W prezbiterium czy też w jego najbliższej okolicy mogą znajdować się obrazy świętych. Tymczasem tutaj widzimy wszystkich od Sasa do lasa. Można jeszcze zdzierżyć Mieszka I, za przyczyną którego w państwie Polan pojawiło się chrześcijaństwo. Ale Piłsudski? Naprawdę?! Wszyscy wiemy, jaki stosunek do Kościoła miał marszałek. 


Czas na pozytywny akcent. Na ścianach balkonu pierwszego piętra znajdują się stacje drogi krzyżowej. Te mi się naprawdę spodobały. Podobnie jak obrazy z drugiego piętra przedstawiające historie biblijne. 


Prawdziwa czarna Madonna :) A po chwilowym ochłonięciu czas na mocniejsze wrażenia w postaci witraży w jednej z kaplic. 




Nieco pstro...


Tak, na witrażu sam ojciec dyrektor. 


Rzeźby Świętej Rodziny. Do rzeźb nic nie mam. Tylko ten kwiatek. Pasuje jak... kwiatek do kożucha. 


Widok na Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej. Teren wokół kościoła nie jest jeszcze do końca zagospodarowany. Aż boję się pomyśleć, jaki jeszcze projekt może zostać zrealizowany. Mimo to toruński kościół już zdobył niezbyt chlubne drugie miejsce w plebiscycie Makabryła. Prześcignęła go Świątynia Opatrzności Bożej w Warszawie. Choć przyznać trzeba, że szanse były wyrównane.

Wpis opublikowany w ramach wielkopostnych praktyk pokutnych.

niedziela, 26 marca 2017

5-te urodziny bloga

Ze starego wyłania się nowe.

Zazwyczaj nie informowałem o kolejnych urodzinach bloga. W tym roku postanowiłem zrobić wyjątek z racji tego, że minęło 5 lat odkąd zacząłem zagospodarowywać swój kawałek internetu. Jeszcze w lutym pamiętałem, żeby napisać okolicznościowy post. No i zapomniałem... Lepiej jednak późno niż wcale. W marcu 2012 roku pojawił się tutaj pierwszy wpis. Poświęcony był grze "Kolejka". Czas dokonać podsumowania tych pięciu lat.

Wiele zmieniło się od tego czasu. Jestem w innym momencie życia. Zmieniło się nie tylko to, co robię, ale też to kim jestem. Zmieniły się nieco moje upodobania literackie, poglądy polityczne i charakter. Spotkały mnie duże radości i nie mniejsze przykrości (choć myślę, że tych ostatnich było zdecydowanie mniej). Zmienił się, co istotne dla tego miejsca, mój styl pisania. Być może każdy tak pisze, ale naprawdę nie sądziłem, że wytrwam tutaj aż 5 lat. Na pewno było warto. Blog stał się na tyle istotną częścią mojego życia, że bez niego pozostałaby jakaś pustka. Włożyłem w niego mnóstwo czasu i uwagi. Bywało, że przez dłuższy czas nie pisałem, ale zawsze wracałem. W tym roku postanowiłem, że w każdym miesiącu opublikuję cztery wpisy. W styczniu nie wyszło mi to, ale za to w lutym pisałem więcej. Będę nadal podejmować starania, żeby wypełnić ten plan. 

Co mi dał blog? Przede wszystkim miałem okazję poćwiczyć swój styl. Pamiętam, jak pisałem kiedyś i jak piszę dziś. Trudno oceniać samego siebie, ale myślę, że zrobiłem spory postęp (mimo że wiele można by jeszcze zmienić w tej kwestii). Nauczyłem patrzeć się bardziej krytycznie na to, co czytam. Z pewnością więcej pamiętam z książek, o których coś napisałem niż z tych, które pominąłem milczeniem. W każdej chwili mogę też wrócić do notatki z danej książki. Wreszcie stworzyłem miejsce, które jest może skromną, ale jednak pewną bazą wiedzy na temat książek. Dotychczas napisałem ponad 170 recenzji. Dzięki blogowi udało mi się poznać sporo ciekawych osób. Nie są to znajomości realne, ale w jakiś sposób osoby udzielające się u mnie są mi bliskie. Sam bardzo chętnie wchodzę regularnie na ich blogi (mimo że nie zawsze mam czas, żeby zostawić po sobie ślad w postaci komentarza). Bardzo dziękuję wszystkim Czytelnikom! Zwłaszcza tym, którzy są ze mną od kilku lat. Wiem, że tematyka, którą podejmuję jest w dużej mierze niszowa. Nie mogę liczyć na tłumy na tym blogu (zresztą prawdę mówiąc nigdy nie promowałem tego bloga w jakikolwiek sposób). Dzięki Wam czuję jednak, że to co robię ma sens. Dziękuję za odwiedziny i za każdy komentarz!

Mam nadzieję, że za 5 lat będę mógł opublikować podobny post. Zżyłem się z tym miejscem i nie chciałbym go opuszczać. Planuję w wolnej chwili przejrzeć wszystkie wpisy, żeby przynajmniej poprawić literówki i formatowanie tekstu. Zobaczę, czy mi to wyjdzie.


Dokonałem kilku kosmetycznych zmian na blogu, a także stworzyłem nową podstronę "Podróże kulturowe". Zebrałem w niej wszystkie wpisy poświęcone miejscom związanym z literaturą, historią i historią sztuki. Co myślicie o tym, żeby rozbudować tę podstronę? Mam jeszcze trochę zdjęć z różnych miejsc. Nie wiem jednak, czy rozwijać się w tym kierunku, czy może pozostać w tematyce ściśle literackiej. Zdecydowałem się także na dodatek w postaci polecanych wpisów pod każdym postem ("Polecam także"). Nie uważacie, że negatywnie wpływa na czytelność bloga?

Podobno blog, na którym nie widać autora jest mniej profesjonalny. Nigdy specjalnie nie kierowałem się tego typu opiniami. Mimo to w podstronie "O mnie" możecie znaleźć moje zdjęcie, coby zaspokoić ciekawość niektórych czytelników :) Choć muszę uprzedzić, że na klasyczne zdjęcie nie zdecydowałem się ;)

Jeszcze raz dziękuję wszystkim Czytelnikom! 

PS. Podaję także nowy adres mailowy: beatumscelus@gmail.com. Gdyby ktoś zechciał porozmawiać, zapytać o coś czy podzielić się wątpliwościami to zachęcam do kontaktu.

czwartek, 2 marca 2017

Kwi pro quo. Fronda Lux 78

Pisałem już wielokrotnie o "Frondzie". Doceniam ten magazyn za podejmowaną tematykę, propagowane wartości leżących u podstaw naszej kultury i przywoływanie nieco przemilczanych zagadnień. Zdecydowanie kwartalnik wyróżnia się na tle innych. Nie jest to "prawicowość" niskich lotów kojarzona w ślepą wiarę w jedno ugrupowanie, jeden układ sił. Cenię "Frondę" za mnogość artykułów na temat kultury. Jej twórcy słusznie uważają, że prawa strona zaniedbała ten fragment rzeczywistości, który w największym stopniu kształtuje człowieka. Zajmowane stanowisko wobec współczesnego świata jest czymś stałym. Zmieniają się natomiast redaktorzy. Kwartalnik przeszedł w ciągu kilku ostatnich lat wiele zmian. Od tego, kto nim kieruje zależy kształt pisma, który raz mi pasuje i czytam je z zaciekawieniem, a kolejnym razem dystansuję się. Tym razem zbliżyłem się w pewnym stopniu do drugiego stanowiska.

Zdecydowanie nie odpowiada mi forma magazynu. Wiem, że zawsze było to pismo specyficzne. Zazwyczaj znajdowałem jednak dużo więcej artykułów napisanych w bardziej tradycyjny sposób. Nie kupuję silenia się na oryginalność, przykładania ogromnej wagi do tego, aby za wszelką cenę odróżniać się od innych i zaskakiwać formą. Być może na lewej stronie jest to czymś normalnym, ale czy musimy przejmować te wzorce? Odnoszę wrażenie, że twórcy stawiają sobie za cel stworzenie nazwijmy to "hipsterów prawicy", bądź dotarcie do nich (bo może już ta grupa istnieje?). Zajmuję inne stanowisko wobec nowoczesnych prądów i nie jest mi po drodze z taką formą. Forma to zatem dla mnie najsłabszy punkt numeru. Przejdźmy do treści.

Wiele artykułów poświęcono rzecz jasna transhumanizmowi. Jak to jednak zwykle bywa we "Frondzie" temat numeru zajmuje jedynie niewielką część całości (mniej niż jedną piąta). Znajdzie się zatem "coś" także dla tych, którym z tematem numeru nie jest po drodze. Przyznam, że i ja należę do tej kategorii czytelników. Spośród artykułów poświęconych innym zagadnieniom znalazłem za to wiele naprawdę ciekawych i pouczających. Najbardziej ujął mnie jeden z najkrótszych pt. "Trzy modlitewki" ukazujący to, że w ludowa pobożność często najtrafniej oddaje najtrudniejsze problemy. Nie mogłem również przejść obojętnie obok wywiadu dotykającego ukraińskiej tożsamości oraz rozmowy zatytułowanej "Pocztówka znad Dunaju", w której to pojawia się obraz dzisiejszych Węgier, kryzysu migracyjnego oraz nowego modelu przywództwa Orbana.

Nie sposób poruszyć wszystkich tematów pojawiających się w 78 numerze "Frondy" w krótkim wpisie. Powiem zatem krótko: treść jak najbardziej tak, forma niekoniecznie. Osoby zainteresowane kształtem współczesnej kultury oraz światem współczesnym nie powinny podczas lektury doznać zawodu.

Za egzemplarz dziękuję:

środa, 1 marca 2017

Miserere mei

Matthias Grunewald, Ukrzyżowanie, Ołtarz z Isenheim, 1512-1516.

"Chrystus tężcowy" - takim mianem Joris-Karl Huysmans, nawrócony na katolicyzm powieściopisarz, określił dzieło niemieckiego artysty Mathisa Grunewalda. Jest to fragment nastawy z zamykanymi skrzydłami do ołtarza w Isenheim, wiosce w Alzacji. Przerażający obraz nazywany także "Chrystusem od nieuleczalnie chorych". W Isenheim mieścił się średniowieczny szpital, którego część była przeznaczona dla trędowatych. Artystyczna wizja Grunewalda miała być dla nich pocieszeniem. Trędowaci w pokrytym ranami ciele Jezusa widzieli swojego Chrystusa. 
Siny i lśniący, krwią oznaczony, najeżony, niczym skorupka kasztana, kawałkami rózg, które utkwiły w ranach; na końcu nieproporcjonalnie długich ramion konwulsyjnie drgają dłonie, drapiąc powietrze; złączone ze sobą kolana są zwrócone do środka, a stopy, złączone gwoździem jedna na drugiej, są już tylko bezładną masą mięśni, na których zaczyna już gnić umęczone ciało i sine paznokcie; głowa, otoczona gigantyczną koroną cierniową zwisa na piersi, która jest jak nadęty wór, poprzecinany klatką żeber.
Joris-Karl Huysmans (1848-1907)
Cytat zaczerpnąłem z książki "Człowiek Krzyża. Historia w obrazach", o której pisałem dwa lata temu.

sobota, 25 lutego 2017

"Lalka i perła" O. Tokarczuk

"Lalka" to jedna z moich ulubionych lektur z liceum. Z tego względu sięgnąłem po "Lalkę i perłę" Olgi Tokarczuk. Słyszałem o tej pozycji dobre opinie i nie zawiodłem się na nich. "Lalka i perła" to bardzo ciekawa publikacja i to nie tylko dla sympatyków Bolesława Prusa. Książka jest raczej zbiorem przemyśleń na różne tematy niż systematycznym opracowaniem. Sprawia wrażenie dziennika z lektury. Zresztą w taki sposób powstała, co zaznacza sama autorka. Nie znajdziemy w niej rysu historycznego środowisk twórczych XIX-wiecznej Polski, dominujących wtedy prądów czy dziejów recepcji powieści. Otrzymujemy za to zbiór rozważań na problemy poruszane w "Lalce". Czy warto? Według mnie jak najbardziej. Pal sześć nowe spojrzenie na znaną wszystkim "Lalkę" Prusa. Dużo bardziej ciekawiły mnie rozmyślania na tematy uniwersalne.

Niektóre zagadnienia poruszane w "Lalce i perle" wydają się oczywiste. Może aż tak oczywiste, że na co dzień nieuchwytne. Nigdy nie doszukiwałem się popularności powieści w ludzkiej chęci do bezkarnego śledzenia ludzi, do zaglądania w ich myśli, osądzania i podążania krok w krok za nimi. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Ciekawie brzmi również proponowana przez autorkę definicja "wielkiego dzieła". Według niej nic nie jest dziełem, dlatego że jest "dobrze zrobione" ale z uwagi na potężne wrażenie, jakie po sobie pozostawia. Niesie ze sobą zawsze potężne przeżycie, co jest kategorią emocjonalną, a nie intelektualną. Emocjonalną, czyli prywatną, a nawet intymną. Szkoda, że autorzy programów nauczania, a zwłaszcza kluczy maturalnych odżegnują się od tej teorii, próbując narzucać swoją interpretację tekstu.

Olga Tokarczuk [źródło]
Autorka ciekawie podchodzi do tematu kryzysu. Wyjaśnia, że w jego wyniku burzy się status quo, w którym jeszcze niedawno mieściliśmy się. Pojawia się coś nowego. Przed człowiekiem odkrywają się nowe możliwości i pragnienia. Waha się jednak nadal między bezpieczeństwem tego, co znane a fascynacją nowym. Kryzys jest niebezpieczny, ale i konieczny dla rozwoju. Wszystko zależy od tego, jak zostanie przeżyty. Można z niego wiele wynieść, ale można skończyć jak Rzecki. Trauma wojenna odebrała mu życiowy rozmach. Rzecki przestraszył się życia. Trudne doświadczenia nie były dla niego okazją do rozwoju. W zamian pogrążył się w pewnego rodzaju letargu. Kryzys wymaga ogromnej mobilizacji sił, aby mógł nastąpić etap budowania kolejnej formy. Co jednak z tymi, którzy nie znajdują w sobie pokładu tak ogromnych sił? Skazani są na żywot starego subiekta?

Wydaje mi się za to, że Olga Tokarczuk nieco przecenia znaczenie literatury (a może to tylko moje odczucie?). Zgadzam się z nią, że psychika ludzka dotknięta przez literaturę zmienia się, ale nie sądzę, że w aż tak dużym stopniu. Bliższe jest mi zdanie Zofii Kossak, która twierdziła, że książki nie zmieniają ludzi (swoją drogą ciekawe, jak tłumaczyła sens swojej pracy pisarskiej, musiała to jakoś głębiej uzasadniać), a zmienia ich jedynie samo życie. Z pewnością jedno przeżyte naprawdę doświadczenie bardziej zmienia człowieka niż setki przeżyć w czasie lektury rozmaitych, nawet najlepszych książek.

Zdecydowanie warte uwagi jest wyjaśnienie, niezwykle aktualnego, "syndromu Wokulskiego". Pozwolę sobie w tym miejscu na dłuższy cytat:
Gdyby poczuć się przez chwilę psychologiem, można by określić na podstawie przypadku bohatera "Lalki" pewną jednostkę diagnostyczną - "syndrom Wokulskiego". Polegałby on na przeświadczeniu, że miłość, przyjaźń, szacunek innych można otrzymać tylko za to, co się robi, a nie za to, kim się jest. Określają mnie moje uczynki; działam, więc jestem. U podstaw takiego przekonania z pewnością leży poczucie niskiej wartości, które musiało powstać bardzo wcześnie, dotyczy bowiem dziecięcego "ja", które  jeszcze nic nie robi - "zaledwie" jest. To tęsknota za miłością bezwarunkową, naturalną i spontaniczną, tęsknota za prostym zachwytem sobą, głębokim fizycznym i psychicznym zadowoleniem z faktu, że się po prostu jest. Gdyby się tego stanu w dzieciństwie doświadczyło, miałoby się potem ogromny zapas samoakceptacji, który powinien wystarczyć na całe życie. W innym przypadku trzeba się wciąż wykazywać, trzeba sobie działaniem i osiągnięciami wyrobić prawo do istnienia. 
Ilu z nas cierpi na "syndrom Wokulskiego"? Czytelnikom, których interesują te i podobne do nich rozważania polecam "Lalkę i perłę". Zaryzykuję tezę, że do świadomej lektury książki Olgi Tokarczuk nie jest potrzebna dobra znajomość "Lalki" Prusa. "Lalka i perła" stanowi zdecydowanie samodzielną publikację. Nie rozpatruję jej jako wyjaśnienia problemów pojawiających się w powieści Bolesława Prusa. Według mnie są one jedynie pretekstem do snucia uniwersalnych rozważań, przekraczających nawet ramy wyznaczone przez autora "Lalki". 

czwartek, 23 lutego 2017

"Czwarta tajemnica fatimska?" A. Socci

Zazwyczaj jestem krytyczny wobec wszelkich sensacyjnych książek publikowanych przez dziennikarzy (Antonio Socci jest znanym watykanistą). Napis "Międzynarodowy bestseller!" na okładce jedynie mnie odstrasza. Cieszę się jednak, że nie dałem się zniechęcić i sięgnąłem po "Czwartą tajemnicę fatimską" (odpuszczę już sobie znak zapytania dla łatwiejszej odmiany; zresztą ten znak zapytania to jedynie chwyt marketingowy, autor w książce dowodzi przecież, że niezaprzeczalnie istnieje nieopublikowana tajemnica przekazana w Fatimie przez Maryję). Na pochwałę zasługuje logika wywodu, oparcie na źródłach, przypisy, krytycyzm wobec różnych dokumentów (nawet wobec tych, które popierają tezy autora) oraz lekkość języka. "Czwartą tajemnicę fatimską" czyta się jak powieść szpiegowską. Czytelnik dostaje na początku zagadkę, która po żmudnych poszukiwaniach ma zostać na końcu rozwiązana.

Zawsze wydawało mi się, że trzecia tajemnica fatimska została już w całości opublikowana i że mówi ona o zamachu na papieża Jana Pawła II. Przyjąłem na wiarę powszechnie przyjętą wersję. Mój błąd. Na wiarę można przyjmować, o ile jest się katolikiem, dogmaty Kościoła oraz prawa logiki i matematyki. Do całej reszty lepiej podchodzić z dystansem. W istocie wystarczy przyjrzeć się tekstowi upublicznionej trzeciej tajemnicy i porównać z oficjalną interpretacją Kościoła, żeby stwierdzić, że coś jest nie tak. Nie potrzeba nawet do tego książki Socciego. Trzecia tajemnica mówi o zabitym papieżu. Niczego nie ujmuję cierpieniu Jana Pawła II po zamachu, ale on przeżył. Do niego doskonale pasują objawienia z La Salette, ale nie z Fatimy. Poza tym nie on jeden padł ofiarą zamachu. Paweł VI w 1970 roku został pchnięty nożem w brzuch w Manili. To też był zamach na życie głowy Kościoła. Dlaczego zatem nie można go postawić w miejscu papieża z Polski? Dalej tajemnica mówi o wielu zabitych kapłanach PO zabójstwie papieża. Nic takiego dotychczas nie miało miejsca. 
Antonio Socci [źródło].

Nie będę streszczać arcyciekawego śledztwa Socciego. Zajęłoby to mnóstwo miejsca. Zresztą nie jest to moim celem. Jeśli myślicie jednak, że trzecia tajemnica fatimska została w pełni przekazana światu do wiadomości, to się mylicie. I nie potwierdza tego tylko jeden watykanista, ale szereg innych osób (nawet takie, które na głowie mają kapelusz kardynalski). Jakie? Dowiedziecie się po lekturze.

Do czego mógłbym się przyczepić? Pominę już kiepską w moim odczuciu okładkę, bo to kwestia gustu. Poważniejszym zarzutem jest kilka błędów w chronologii. Są to naprawdę drobne nieścisłości i pewnie nie przywiązałbym do nich większej wagi, gdyby nie to, że Socci wielokrotnie zarzuca dokumentom watykańskim błędy w datacji. Jeśli oczekuje od innych takiej drobiazgowości, to sam powinien się nią wykazać. Traktat niemiecko-sowiecki zawarto 23, a nie 22 sierpnia jak chce autor  (s. 274), a bitwa pod Lepanto miała miejsce 7, a nie 17 października 1571 roku (s. 317). Ogromnie zawodzi zakończenie. Brakuje podsumowania i wyciągnięcia wniosków. "Czwarta tajemnica fatimska" jest zapisem dziennikarskiego śledztwa. Tymczasem w zakończeniu autor przechodzi na poziom religijny, jakby zapominając o swoich wcześniejszych ustaleniach. Ewidentnie coś nie gra w ostatniej części. Należałoby zebrać ustalenia dokonane przez autora i je streścić. Zadziwia także przejście od krytycyzmu i świadomości nadchodzącego zła do trudno wytłumaczalnego optymizmu. Socci jako katolik wierzy na pewno w ostateczny tryumf dobra, ale zanim to się stanie na świecie ma dojść do niewyobrażalnego zła. Nieujawniona tajemnica z Fatimy mówi przecież o apostazji, która dotknie najwyższe struktury Kościoła i przerażających katastrofach naturalnych (swoją drogą nie jest to nic nowego, wystarczy zajrzeć do 8 i 13 rozdziału Apokalipsy św. Jana). Socci w ogóle nie odnosi się do tego w ostatnim rozdziale. W zamian trochę jak filip z konopi wyskakuje z cytatem z "Dzienniczka" św. s. Faustyny. Ostatnią sporną dla mnie kwestią jest wyobrażenie autora o przemianach ustrojowych w ZSRR i krajach satelickich. Socci twierdzi, że wciąż pozostaje tajemnicą, jak dokonała się dezintegracja systemu komunistycznego bez jednej wybitej szyby. To już od dawna nie jest tajemnicą. Ba, to co się stało na przełomie lat 80. i 90. było przewidywane już wcześniej (por. "Nowe kłamstwa w miejsce starych" Golicyna). "Demokratyzacja" ZSRR to jedna wielka mistyfikacja. Operacja przeprowadzona przez siły dawnego porządku w celu zachowania władzy.

Matka Boża Fatimska [źródło].

Mimo tych kilku drobnych mankamentów książka jest jak najbardziej godna polecenia. Liczy się tylko prawda. Rozumiem w pewnym sensie ludzi Kościoła, którzy nie chcą oficjalnie przyznać się do niej. Obawiają się, że media wykorzystałyby orędzie z Fatimy przeciwko Kościołowi, a wielu katolików mogłoby odejść od wiary. To jest racjonalne rozumowanie, jak najbardziej poprawne logicznie. Tyle tylko że mamy do czynienia z rzeczywistością nadprzyrodzoną, która wymyka się wszelkiej ziemskiej logice. Dlaczego stojący u steru Kościoła nie mogą po prostu uwierzyć, że spełnienie woli nieba może przynieść jedynie błogosławione skutki? Wbrew milczeniu Kościoła (choć niezupełnemu, bo wielu duchownych dawało do zrozumienia, co kryje nieujawniona tajemnica fatimska) warto być świadomym prawdy. Wszakże trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.

wtorek, 21 lutego 2017

Końcówka zimy z poezją

Zdarza się, że publikuję niepochlebne recenzje. Myślę, że tego typu wpisy też są potrzebne. Warto ostrzegać. Czas tak szybko płynie, że szkoda go na mierne pozycje. Bardziej mi jednak zależy na pokazywaniu tego, co dobre i wartościowe. O poezji Barbary Wójcik wspominałem już kiedyś. Dziś po raz kolejny zamieszczam kilka wierszy jej autorstwa. Tłem do nich niech będą wykonane przeze mnie w styczniu zdjęcia. Na nich jedno z moich ulubionych zjawisk - sadź. Wpis był zaplanowany na późniejszy czas, ale w tym roku tak wcześnie zaczęło się przedwiośnie, że trzeba się śpieszyć. Dwa pierwsze wiersze dobrałem w pewnym sensie do pogody. 










sobota, 18 lutego 2017

Nowe wydanie "W salonie i w kuchni" z moimi słowami

Okładka wydania z 2008 roku.
Okładka nowego wydania.

Dziś się pochwalę. W tamtym roku napisała do mnie pani z wydawnictwa Zysk i S-ka. Poinformowała, że szykują nowe wydanie "W salonie i w kuchni" i zapytała, czy może wykorzystać fragmenty mojej recenzji. Wyraziłem zgodę. Okazało się, że na skrzydełkach nowego wydania znalazły się nie tylko fragmenty, ale prawie cała moja opinia. Tak jak dwa lata temu zachęcałem do lektury książki Elżbiety Koweckiej, tak i dziś zachęcam. To jedna z najlepszych pozycji o życiu codziennym w polskich dworach, jakie czytałem. Cieszy mnie to, że wydawnictwo zdecydowało się na wznowienie.

Nowe wydanie różni się znacząco od poprzedniego. Grafika na okładce bardziej żywa i przyjazna dla oka oraz twarda okładka z obwolutą. Zmianą na niekorzyść będzie dla niektórych papier. Poniżej przypominam moją opinię.




Rozstrzygające losy świata bitwy, znaczące traktaty pokojowe, międzynarodowe konferencje, następujące po sobie dynastie, wybitni dowódcy... - wszystko to ma oczywiście znaczenie i bez tych elementów nie można mówić o historii. Obok pałaców monarszych istnieją jednak zwykłe szlacheckie dworki. Punkty zwrotne dziejów państwa sąsiadują z nie mniej ważnymi dla zwykłych obywateli wydarzeniami - ślubami, pogrzebami, narodzinami dzieci, smutkami i radościami kolejnych dni. Zawsze życie kraju koegzystuje z codziennymi troskami tysięcy obywateli. I o nich jest ta książka. "W salonie i w kuchni" na pierwszy plan wysuwa zwykłego ziemianina zmagającego się przez cały XIX wiek z darami i przeciwnościami losu.

Przeglądałem kiedyś wydanie tej pozycji z lat siedemdziesiątych. Po zapoznaniu się z kilkoma akapitami stwierdziłem, że żadna pozycja dotycząca historii kultury materialnej nie dorówna jej pod względem językowym. Brakowało mi tylko odpowiedniego "opakowania" genialnej treści. Nowe wydanie z nawiązką zrekompensowało ten mankament. Nie dość, że kolejne rozdziały wzbogaca mnóstwo ilustracji, to jeszcze całość wydrukowano na bardzo dobrej jakości papierze. "W salonie i w kuchni" spełnia wszystkie warunki, aby stać się ozdobą domowej biblioteczki.

Elżbieta Kowecka zabiera nas w podróż, którą zaczynamy w sieni, a kończymy w kuchni. Po drodze poznajemy razem z autorką salony, sypialnie, pokoje rezydentów, bawialnie, gabinet pana domu, pokoje przeznaczone dla służby, biblioteki i sale balowe. Ogromnym atutem książki jest język, którym posługuje się autorka. Trudno w czasie lektury uwierzyć, że "W salonie i w kuchni" to książka historyczna. Czyta się ją jak najlepszą powieść o wartkiej narracji. Owszem, nie znajdziemy zaskakujących zwrotów akcji, ale spokojną gawędę urozmaicają setki ciekawostek. Cieszę się, że cytaty z pamiętników i dzienników nie dominują w kolejnych rozdziałach (a tak dzieje się niestety w wielu tego typu publikacjach i w efekcie autor ogranicza się do zdawkowych komentarzy).

Elżbietę Kowecką interesuje człowiek mieszkający w dziewiętnastowiecznym dworze lub pałacu oraz wszystkie osoby związane z nimi (guwernantki, służące, rezydenci, kamerdynerzy, kucharze itd.), a także wszystko to, co wiąże się z mieszkańcami: ubiór, wystrój wnętrz, potrawy, meble i wiele innych. Opisy kolejnych pokoi (taki układ rzeczowy przyjęła autorka) są wnikliwe, przekazują ogromną liczbę informacji, przy czym nie zanudzają czytelnika zasypując go datami. Dzieje kultury materialnej to chyba najlepszy sposób na popularyzowanie historii. Zwłaszcza jeśli jest podana w tak przystępnej i ciekawej formie, jak u Koweckiej.

Myślę, że nie tylko mi w trakcie lektury "W salonie i w kuchni" towarzyszy nostalgia, a nawet smutek. Sprzęty domowe i dekoracje goszczące w dziewiętnastowiecznych wnętrzach można odtworzyć, klimat jednak minął bezpowrotnie. Nikt i nic nie zdoła już go przywrócić. Stęsknionym za dawnymi czasami pozostają sentymentalne literackie podróże. Książka Elżbiety Koweckiej przy odrobinie uwagi może stać się portalem przenoszącym w świat ziemiaństwa doby XIX wieku.


Poniżej kilka zdjęć z nowego wydania:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...