sobota, 9 kwietnia 2016

"Rok polski" Zofia Kossak-Szczucka

To, z czym stykamy się regularnie staje się zwyczajne, pospolite. Tęsknimy często do rzeczy egzotycznych zapominając, że wystarczy sięgnąć do skarbca tradycji. Wydaje się jednak, że nie zawsze w pełnej krasie można ujrzeć to, co nas otacza. Czasem trzeba spojrzeć z dalszej perspektywy, aby właściwie ocenić i docenić bliski nam świat. Zofia Kossak-Szczucka przyjrzała się polskim tradycjom, zwyczajom i obyczajom będąc na wygnaniu. Sowieccy namiestnicy zmusili ją do opuszczenia kraju. Wyrwana z miejsca, w którym wzrastała przyglądała się uważnie kulturze swojej ojczyzny. Na przestrzeni lat 1953-1954 powstał "Rok polski", który jak stwierdza sama autorka jest "wyrazem uczuć człowieka oddalonego od swojego kraju".

Autorka podzieliła opowieść na dwanaście części, którym odpowiadają kolejne miesiące. Warto przy tej okazji przypomnieć, że język polski, w którym nazwy miesięcy nie wywodzą się z łaciny, należy do wyjątków. Nasz sierpień, odwołujący się do żniw przeprowadzanych przy pomocy sierpa, nie zauważa wielkości Oktawiana Augusta. Marzec zdaje się z kolei nic nie wiedzieć o bogu Marsie. Bliższa jest mu słowiańska bogini Marzanna. Jak zauważa Zofia Kossak podkreśla to odrębność polskich miesięcy.

Kossak-Szczucka przedstawia mniej znane polskie legendy, przysłowia związane z pogodą (choć niektórzy powiedzą może nieco szyderczo: gdy na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Nikodema jest deszcz albo go nie ma), źródła naszych tradycji (nie miałem pojęcia, że pisanki wywodzą się od Ariów), pogańskie zwyczaje schrystianizowane przez Kościół. Pojawiają się także odniesienia do życia świętych. W każdym z miesięcy autorka widzi polską tradycję, kulturę i piękno. Oddajmy jej na chwilę głos: miesiąc czaru, poezji, piękna jeszcze dziewiczego. Zaręczyny ziemi. Prześliczny romans, nie znający powszedniego dnia. Mowa oczywiście o maju. Czy ktoś się zastanawiał kiedyś, czemu przy starych kościołach bardzo często rosną lipy? Autorka wyjaśnia to względami praktycznymi, nie estetycznymi. Każda parafia potrzebowała wosku na świecie. Przy kościołach zakładano więc pasieki. A lipa to przecież jedna z najważniejszych roślin miododajnych w Polsce.

"Rok polski" jest przesiąknięty patriotyzmem, przywiązaniem do polskiej kultury i historii, miłością do polskiej ziemi. Dziś, po półwieczu od pierwszego wydania, książka ma (czy się to nam podoba, czy nie) walor historyczny. Świat Zofii Kossak, w którym rytm pór roku i pogoda rządziły życiem ludzkim coraz bardziej odchodzi do lamusa. Zastanawiają te słowa: czy przynajmniej ludzie mniej dzisiaj pracują? Gdzież tam, pracują tyleż samo albo więcej, lecz inaczej. Wolny rytm został zastąpiony przez pośpiech - dokładność zmieniła się w szybkość. Jeśli taką gorzką refleksję zanotowała autorka w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku to co powiedziałaby o dzisiejszym świecie?

piątek, 1 kwietnia 2016

"W dojrzewającym słońcu. O kobiecie, która stworzyła winnicę" Patricia Atkinson

Rzut oka na tekst zamieszczony na skrzydełkach i już pierwsze zaskoczenie. Spodziewałem się opowieści o kobiecie, która radykalnie zmieniła życie, odcinając się jednocześnie od zewnętrznych oznak sukcesu rządzących środowiskiem, w którym wcześniej przyszło jej żyć i z którego chciała się wyrwać. Tymczasem: jest kobietą sukcesu: pracuje nad nową powieścią, sprzedaje wina w Anglii, Szwajcarii i Japonii, wynajmuje domy wczasowiczom, a Anglicy realizują o niej filmy dokumentalne. Ci, którzy liczą na książkę o niewielkiej winnicy, gdzie zatrzymał się świat, w której rządzi naturalny rytm, a kolejne dni wypełnia spokój i harmonia, mogą doznać zawodu. Tym polecam "Lawendowe pole" Joanny Posoch. 

Pomysł na książkę jest nieco banalny. Homo urbanus zmęczony zgiełkiem miasta ucieka na prowincję poszukując innego życia. Trudno zliczyć powieści osadzone w tym klimacie. Jako że żadnej nie czytałem (z wyjątkiem wspomnianego wyżej "Lawendowego pola") skusiłem się na "W dojrzewającym słońcu". Sam tytuł niespecjalnie pasuje mi do tej książki. Sugeruje (a może tylko mi się tak wydaje?) sielsko-anielską rzeczywistość, w której czas płynie tylko sobie znanymi drogami, opóźniając się znacznie w stosunku do reszty świata. Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałem się, czy Patricia Atkinson będzie potrafiła mnie zaskoczyć. Nie bawi mnie czytanie pozycji, których fabuła jest do bólu przewidywalna i jeszcze przed skończeniem książki mam o niej wyrobione zdanie. Cieszę się, że tym razem było inaczej. W pewnym momencie miałem ochotę przerwać lekturę i już do niej nie wracać. Wydawało mi się, że skoro do tej pory nic mnie nie urzekło to nie ma sensu męczyć się przez kolejne trzysta stron. Mimo to zdecydowałem się skończyć "W dojrzewającym słońcu". W tym przypadku właściwie ostatnie kilkadziesiąt stron zaważyło na całościowej ocenie książki. 
Autorka [źródło]

Wróćmy jednak na początek. Patricia Atkinson po porzuceniu pracy w jednym z angielskich banków osiedla się na południu Francji, gdzie kupuje winnicę. Nie ma zielonego pojęcia o uprawie winorośli, a co więcej nie zna nawet podstaw francuskiego! W dodatku prawie wszystkim musi zajmować się sama (jej mąż pracuje w Anglii, zresztą później dochodzi do rozstania). Radzi sobie dzięki nieocenionej pomocy sąsiadów. Lokalna społeczność szybko przyjmuje ją do siebie. Gdy łamie nogę nie może kompletnie nic zrobić winnicy. Kiedy leży w łóżku okoliczni mieszkańcy wykonują wszystkie pracy przy winorośli. Gdyby nie oni to tamtego lata nie autorka nie mogłaby liczyć z pewnością nawet na jedną butelkę wina. Wydaje się, że przemiana życia Patrici Atkinson i stworzenie przez nią winnicy są tylko tłem do pokazania czegoś więcej - bezinteresownej pomocy, życzliwości, ofiarności i otwartości na potrzeby innych. 

Zdecydowanie zawodzi natomiast przedstawienie scenerii. Liczyłem na wyczerpujące opisy przyrody. Południowa Francja, poza winnicami, kojarzy mi się z polami lawendy po horyzont, ciepłolubnymi roślinami i rozsianymi średniowiecznymi zamkami. Na moment zapomniałem, że autorka jest właścicielką nie rodzinnego gospodarstwa, ale poważnego przedsięwzięcia, a winogrona to najbardziej pryskane owoce na terenie Unii Europejskiej. Boujema powtarza procedurę mniej więcej co dziesięć dni, choć dolne liście wciąż jeszcze są niebieskawe po ostatnim oprysku. Gwoli sprawiedliwości dodam, że znajdziemy nieliczne, aczkolwiek bardzo plastyczne opisy przyrody: wzdłuż ściany domu rośnie glicynia, wspinająca się na drzewo limonki. Właśnie kwitnie - olśniewająco bladoliliowa na tle dwóch różowych tamaryszków w głębi. ich aromaty się mieszają: pieprzowy tamaryszka i odurzający, piżmowy glicynii. I dalej: przyszła wiosna. Glicynia na dziedzińcu znowu odcina się oślepiającym bladym fioletem od ciemnoróżowych koron tamaryszków. Rosną pod nimi muguets, konwalie. Ich odurzający aromat miesza się z piżmowym zapachem bukszpanowego żywopłotu i pieprzową wonią tamaryszku. Drobne ptaki śmigają wokół, pochłonięte życiem, budową gniazd i śpiewem. 

Patricia Atkinson w swojej winnicy [źródło]

Obok momentów radosnych (które mimo wszystko dominują w powieści) nie brakuje tragicznych. Jednym z najbardziej oddanych pracowników autorki był młody Edge. Przyznam, że irytowało mnie cytowanie jego grafomańskich wierszy. Nie rozumiałem celu tego zabiegu. Traktowały one o banalnych czynnościach ze zwyczajnego życiu dwudziestoparolatka. Przedostatni rozdział kończy gwałtownie historię tej znajomości. Patricia Atkinson zamiast opisywać postępy choroby, która go dopadła ograniczyła się do zacytowania listów, przez co czytelnik przyjmuje to jeszcze bardziej emocjonalnie niż gdyby otrzymał informację o tragedii w toku narracji. 

W czasie lektury mój stosunek do "W dojrzewającym słońcu" zmieniał się. Najpierw czułem się zawiedziony. Później przekonałem się, że mój zawód bardzo dobrze świadczy o książce. Gdyby autorka spełniła moje oczekiwania, jakkolwiek to nie świadczy o moim guście, to czytelnicy otrzymaliby sielską, rustykalną, może trochę naiwną i wyidealizowaną opowieść o urokach życia na prowincji. Tymczasem na miejscu dawnych, tradycyjnych winnic pojawiła się ich nowoczesna forma. Nie sztuką jest opowiadać o odwiecznych wartościach, które powinny przyświecać człowiekowi w scenerii, w której wszystko wygląda tak jakby czas zatrzymał się. Wtedy wydaje się to niejako naturalne. Dużo trudniej jest przedstawić to samo w świecie, który nieustannie zmienia się. W moim mniemaniu autorce udało się stworzyć niebanalną opowieść łączącą elementy z przeszłości (w sferze materialnej ilustrują je w powieści stary kościół i zamek zamieszkany przez dwojga staruszków) z otoczeniem, które ma coraz mniej wspólnego ze światem naszych antenatów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...