sobota, 24 grudnia 2016

Bóg się rodzi!

Ikona - narodzenie Chrystusa

Wszystkim Czytelnikom
z okazji nadchodzących świąt Narodzenia Pańskiego
życzę pokoju serca,
potrzebnych łask Bożych,
radości
oraz wytrwałości w niepewnej przyszłości.

środa, 23 listopada 2016

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka


      Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
      Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
      Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
      Nie było przykro podnieść się i odejść;
      Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
      Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
      Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
      gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
      na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
      lub świat
      Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
      Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
      Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
      w świecie
      czuł się jak u siebie w domu?

      Stanisław Barańczak

Wpisy z poezją są wprawdzie u mnie rzadkością, ale wiersz Stanisława Barańczaka tak mnie ujmuje, że postanowiłem podzielić się nim. Przynajmniej część czytelników z pewnością ma okazję przeczytać go po raz pierwszy. Zamieszczam w ramach listopadowych rozmyślań (tym bardziej, że aura zachęca do refleksji). 

poniedziałek, 21 listopada 2016

"Młody papież" - serial dla antyklerykała i pobożnego katolika

Jude Law jako Pius XIII [źródło]

Jak nie przepadam za serialami (właściwie oglądam tylko "Ranczo"), to potrafiłem obejrzeć tego samego dnia pod rząd trzy odcinki "Młodego papieża". Dawno nie widziałem tak dobrej produkcji. Serial jest niejednoznaczny, stawia wiele pytań, daje niewiele odpowiedzi, zostawia wiele do swobodnej interpretacji. Kadry są zachwycające. Świetny scenariusz (choć można zauważyć kilka nieścisłości) został zrealizowany w doskonały sposób. 

"Młody papież" to historia pierwszego amerykańskiego kardynała, 47-letniego Lenny'ego Belardo, wybranego na urząd następcy św. Piotra. Kardynał Belardo przyjmuje imię Piusa XIII, co już wskazuje na jego priorytety i poglądy na kształt Kościoła oraz jego posługi. Rzeczywiście Pius XIII jest zafascynowany tradycją. Przejawia się to chociażby w szatach liturgicznych oraz powrocie do dawnych zwyczajów. Zafascynowani stroną "I komu to przeszkadzało?" powinni być urzeczeni tym elementem serialu. Tiara na głowie papieża, pióropusze i sedia gestatoria to tylko niektóre z reliktów przeszłości. Pius XIII jest równie konserwatywny w poglądach i twardo broni doktryny. Jednocześnie zaś sprawia wrażenie nieco wyniosłego, bardzo pewnego siebie, czasami postępuje w arogancki sposób, podkreśla nadmiernie swoją władzę, bywa antypatyczny dla najbliższego otoczenia oraz nałogowo pali. Jest sprawnym politykiem, posuwającym się nawet do łamania tajemnicy spowiedzi. Ciągle poszukuje, ma mnóstwo rozterek, a nawet wątpi w istnienie Boga. To wszystko przedstawiono na tle skorumpowanej kurii rzymskiej, hierarchów posuwających się do przeróżnych podłości i ogólnego zepsucia centrum katolickiego świata. Po takim wstępie wydawałoby się, że "Młody papież" jest paszkwilem na Kościół. Nic bardziej mylnego. Pius XIII jednocześnie poświęca dużo czasu na modlitwę, za jego wstawiennictwem Bóg dokonuje cudów, jest szczerze zatroskany o kurię próbując ją oczyścić, bezwzględnie walczy z pedofilią, podejmuje starania w kierunku podniesienia poziomu seminarzystów i autentycznie chce zmusić katolików do poszukiwania Boga. Metody, które stosuje są czasami może nieco kontrowersyjne. Pius XIII nie pokazuje się wiernym. Po "Habemus papam" kazał wyłączyć oświetlenie papieskiego okna. Wierni zobaczyli jedynie kontur jego postaci. Papież nie pozwala utrwalać swojego wizerunku, rezygnując z zysków płynących dla Stolicy Apostolskiej ze sprzedaży pamiątek. Modlitwę "Anioł Pański" odmawia z papieskiego okna, ale tyłem do wiernych. Wesołość wzbudza papieski strój podczas pielgrzymki do Afryki przypominający arabską burkę. Na to wszystko nakładają się osobiste zranienia młodego Belardo. W dzieciństwie został porzucony przez rodziców i wychował się w sierocińcu. Nigdy nie pogodził się z tym, co się stało. Ciągle liczy na to, że odnajdzie matkę i ojca. Głęboki uraz ma wpływ na kształt jego pontyfikatu. Już po kilku moich zdaniach widać jak złożoną postacią jest Lenny Belardo. W jednym z pierwszym odcinków na pytanie "kim jesteś Ojcze Święty?" odpowiada: "jestem sprzecznością". Trudno o lepszą autoanalizę.

Pius XIII [źródło]

Moja opinia o Piusie XIII zmieniała się dosłownie z odcinka na odcinek. Praktycznie w każdym odcinku poznajemy papieża z innej strony. W pierwszych kilku odcinkach może wzbudzać niechęć. Pierwsze wystąpienie do zebranego tłumu na Placu św. Piotra i przemowa do kardynałów zmieniły moją ocenę tej postaci. Kolejne odcinki potwierdzały, że jest to osoba szczerze zatroskana o Kościół. Naprawdę jeśli po jednym lub dwóch odcinkach uznacie, że nie odpowiada wam ten serial to nie zniechęcajcie się. Bez żadnej przesady powiem, że ósmy odcinek wywarł na mnie ogromne wrażenie. Modlitwa papieża na parkingu przed tirami jest czymś mistycznym. W tym samym odcinku papież wygłasza przejmujące przemówienie podczas swojej pielgrzymki do Afryki. Ósmy odcinek dosłownie powala na kolana. Powala przed Bogiem, który prowadzi ludzi do doskonałości w tak różny sposób. 

Mimo, że pierwsza seria liczy zaledwie dziesięć odcinków to trudno zebrać tutaj wszystkie przemyślenia na temat serialu oraz problemów w nim poruszanych. "Młodego papieża" polecam wszystkim. Naprawdę wszystkim. Zacięci antyklerykałowie zobaczą w nim bagno kurii rzymskiej. Tradycjonaliści zachwycą się częścią decyzji Piusa XIII. Kościelni liberałowie zwrócą uwagę na negatywne aspekty konserwatywnej rewolucji. Letni katolicy co nieco zapewne przemyślą. Ci, którzy uważają się za głęboko wierzących dokonają zapewne rewizji stanu swojej wiary i być może zawstydzą się. Wreszcie zawiedzeni nie będą ci, którzy chcą po prostu obejrzeć dobry serial. To jest dokładnie taka produkcja, jakie ubóstwiam. Widz zamiast wyłączać myślenie (jak to się dzieje w przypadku większości seriali) jest zmuszony do nieustannego roztrząsania tego, co widzi na ekranie. Myśli tych nie da się zagłuszyć nawet po odłożeniu pilota czy zamknięciu komputera. 

niedziela, 20 listopada 2016

"Księża wobec bezpieki" Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Kapłan niezłomny. Zarówno w okresie PRL, kiedy urzędy marionetkowego państwa próbowały skłonić do do współpracy, był zastraszany, a nawet został dwukrotnie pobity przez tzw. "nieznanych sprawców", jaki i w "wolnej Polsce". Nie wiem, czy to co go spotkało w III RP (i to ze strony duchowieństwa) nie jest gorsze od trudności przeżywanych w latach osiemdziesiątych. Ks. Isakowicz-Zaleski po zapoznaniu się z materiałami zgromadzonymi w IPN-ie, dotyczącymi współpracy krakowskich księży z bezpieką, zwrócił się do władz kościelnych z prośbą o zajęcie stanowiska i pomoc w opracowywaniu materiałów. Pierwszy list pozostał bez odpowiedzi. W drugim hierarcha odpisał lakonicznie, polecając go opiece Matki Bożej. Po kolejnej próbie uzyskania odpowiedzi usłyszał w kurii, że lepiej będzie jeśli da sobie z tym spokój. Ks. Isakowicz-Zaleski nie zaniechał działań, uznając że wierność prawdzie jest ważniejsza. Metropolita krakowski zabronił mu wtedy zajmować się tą sprawą. Kilka miesięcy później otrzymał zakaz wypowiedzi publicznych dotyczących współpracy i kontaktów duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa. Mówi się, że św. Jan Paweł II nie miał szczęścia w polityce personalnej. Osoba kard. Dziwisza zdaje się najlepiej o tym świadczyć... Co kierowało kardynałem kneblując usta duchownemu zajmującemu się infiltracją środowiska księżowskiego przez SB? Jak wierni świeccy mają darzyć szacunkiem takiego "pasterza"? 

"Księża wobec bezpieki" to bardzo rzetelna praca, oparta na szerokim materiale źródłowym. Autor charakteryzuje jedynie te postaci, co do postępowania których nie ma cienia wątpliwości. Informacje wstydliwe, dotykające nawet już nieżyjących kapłanów, ks. Isakowicz-Zaleski pominął. Problem współpracy duchowieństwa z bezpieką został potraktowany w sposób bardzo życzliwy dla duchowieństwa. Nie ma zatem podstaw, aby w tym zakresie stawiać autorowi jakiekolwiek zarzuty. "Bohaterowie" książki powinni cieszyć się, że sprawą nie zajął się człowiek posiadający mniej wyczucia i wyrozumiałości (nie mówiąc już o zapiekłym przeciwniku Kościoła). 

Opracowania dotyczy inwigilacji Kościoła krakowskiego przez UB i SB. Uwagę czytelnika skupiają zapewne księża współpracujący z bezpieką. Autor przedstawia jednak panoramę postaw duchowieństwa wobec działań komunistów. Charakteryzuje przebieg działań operacyjnych, doniesienia, kapłanów którzy oparli się werbunkowi (często mimo stosowanego szantażu i idących za tym poważnych konsekwencji), księży zrywających współpracę oraz problem pozornej współpracy. Owszem, rozdział dotyczący rzeczywistej współpracy jest najdłuższy, ale nie można uznać go za główny wątek książki. Trzeba pamiętać, że duchowieństwo było jedną z najbardziej inwigilowanych grup w PRL-u. W kolaborację zaplątało się ok. 10 % księży. Trudno uznać to za wysoki odsetek. Wśród apostołów też trafił się jeden kolaborant, co stanowiło 8,5 % całości, a zatem jak widać to stała wartość;) 
Ks. Isakowicz-Zaleski [źródło]

Motywy podjęcia współpracy były różne: materiały obciążające (groziły sankcjami administracyjnymi lub sądowymi), materiały kompromitujące (najczęściej natury moralnej), tzw. uczucia patriotyczne  (pobudki ideologiczne) lub, najbardziej gorszące, pobudki materialne (paszport, pieniądze, markowe alkohole itd.). O pomstę do nieba woła sporządzanie przez niektórych księży raportów na podstawie informacji zdobytych podczas spowiedzi. Jednym z najbardziej znaczących duchownych z III RP współpracujących z bezpieką był ks. Juliusz Paetz (pseudonim "Fermo"), późniejszy arcybiskup poznański. Tak, ten sam od zatuszowanej afery związanej z molestowaniem kleryków poznańskiego seminarium. Arogancja tego człowieka nie zna granic. Ks. Isakowicz-Zaleski wysłał do każdego duchownego pojawiającego się na kartach książki list z prośbą o zajęcia stanowiska i ustosunkowanie się do zebranych materiałów. Część księży odpowiedziała, część nie. Paetz musiał się oczywiście wyróżnić (szkoda, że zawsze na minus). Nawet nie otworzył listu. Odesłał go nadawcy w innej kopercie. Cóż, Pan Bóg nierychliwy...

Warto przypomnieć bezkompromisową postawę kard. Wojtyły w stosunku do księży należących do "Caritasu". Ostrzegał, że wszyscy duchowni należący do tej organizacji będą ukarani, włącznie z suspendowaniem. Nazywał ich księżmi, którzy są na usługach państwa ateistycznego.

Kościół polski odniósł w XX wieku moralne zwycięstwo. Zdecydowana większość kapłanów mimo tak trudnych czasów pozostała wierna Ewangelii i ofiarnie służyła katolikom. Z Kościoła wyszedł impuls do przemian najpierw w Polsce, a następnie w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Niestety III RP (choć nie wiem, czy nadal w niej żyjemy; była już przecież IV RP, złośliwi twierdzą że teraz jest już w pół do V) rozleniwiła duchowieństwo. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że im lepiej Kościołowi w ziemskim aspekcie, tym gorzej dla jego duchowości. Przez pierwsze trzy stulecia chrześcijaństwo było najbardziej prześladowaną religią, a jednocześnie najdynamiczniej rozwijającą się. Dziś wielu hierarchów nie chce stanąć w prawdzie. Zachowują się jakby słowa św. Grzegorza I Wielkiego z VI wieku przestały obowiązywać: Nawet jeśli prawda może powodować zgorszenie, lepiej dopuścić się zgorszenia, niż wyrzec się prawdy.

niedziela, 30 października 2016

"Księżna Dominikowa" Magdalena Jastrzębska

Stali bywalcy zapewne wiedzą, że bardzo lubię biografie. I to nie tylko postaci, które odegrały największą rolę w dziejach, ale także (a może przede wszystkim) osób, o których pamięć zatarł czas. Jedną z moich ulubionych autorek wydobywających wspomnienia o takich ludziach jest Magdalena Jastrzębska. Cenię ją nie tylko za to, że skupia się na kobietach z drugiego czy nawet trzeciego rzędu, nieco zapomnianych, ale także za to, w jaki sposób podchodzi do tematu. Nie ocenia, nie przedstawia człowieka według jednego określonego schematu, pozostawia komentarz czytelnikowi. Docenić należy duży materiał źródłowy, do którego zawsze odnosi się. Dzięki temu jej prace zyskują znacząco na wartości. Nie przepadam za pozycjami, które są jedynie kompilacją opublikowanych już informacji. Jak na tego typu książkę bibliografia jest naprawdę bogata. Duży atut, w porównaniu z poprzednim wydaniem, stanowi materiał ilustracyjny. Jestem zdania, że biografia bez reprodukcji zdjęć czy portretów pozostawia niedosyt. Z kwestii bardziej technicznych zwrócę jeszcze uwagę na szatę graficzną, choć ta uwaga nie odnosi się jedynie do tej pozycji, ale do całej serii wydawnictwa LTW. Bardzo się cieszę, że "Księżną Dominikową" przeczytałem akurat teraz, przed uroczystością Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Okazuje się, że biografię można odczytać także pod kątem przemiany moralnej, zerwania z jednym życiem i rozpoczęcia drugiego, nawet jeśli już niewiele go pozostało. 

Ks. Dominik Radziwiłł [źródło]
Tym razem Magdalena Jastrzębska przybliża nam Teofilę z Morawskich Radziwiłłową. Kobietę, którą trudno jednoznacznie ocenić. Początkowo wydawała mi się zepsutą damą biegnącą za hedonistycznie rozumianym szczęściem. Następnie zobaczyłem osobę bardzo zagubioną, niepotrafiącą odnaleźć się w swojej roli, nieumiejącą pogodzić wyznawanych poglądów z podrygami serca. Wreszcie ujrzałem głębię tej osoby. Oczy nie kłamią. Książka jest nagrodą, którą wygrałem w konkursie organizowanym na blogu autorki. Miałem do wyboru jedną z kilku biografii. Wybrałem tę, ponieważ zaciekawiły mnie oczy bohaterki. Patrząc powierzchownie wydają się dobre, nawet pogodne, ale gdy zatrzyma się na nich dłużej wzrok to widać jakieś niespełnienie, smutek, tęsknotę za czymś innym. Biografia Magdaleny Jastrzębskiej wyjaśniła mi przynajmniej w pewnym stopniu tę tajemnicę. 

We wstępie autorka stawia pytanie, kim była Teofila z Morawskich Radziwiłłowa. Czy była "grzesznicą", czy też indywidualistką wiecznie poszukującą szczęścia? Nie obstaję twardo przy żadnej z tych charakterystyk, ale bliższa wydaje mi się druga opcja. Choć "grzesznicą" też oczywiście była. To jednak nie określa jej jako osoby. Teofila wydaje mi się postacią, które nadto zaufała porywom serca, przez co wiele musiała wycierpieć. Trudno zapewne cały czas stosować zimną kalkulację, ale jej z pewnością zabrakło odrobiny chłodnego spojrzenia. Nie wierzę, że w głębi była zła. Poszukując szczęścia deptała jednak czasami po innych. Przychylam się do zdania Wirginii Jezierskiej: Śliczna kobieta, która mimo dużej inteligencji i uczuć religijnych nigdy nie potrafiła opanować swej fantazji i ujarzmić namiętności

Słynąca z nieprzeciętnej urody Teofila wzbudzała zainteresowanie wielu mężczyzn. Miała trzech mężów, wielu kochanków i jeszcze więcej adoratorów. Czy przewróciło jej to w głowie? Trudno powiedzieć, choć ta wersja wydaje się raczej mało prawdopodobna. Pewne jest to, że ufała swoim uczuciom. Nie wahała się porzucić pierwszego męża, gdy zakochała się w Radziwille. Sielanka z bajecznie bogatym magnatem nie trwała długo. Serce Teofili zwróciło się szybko ku innemu. Romans z nim oczywiście nie trwał długo. W jej życiu powtarza się pewien schemat: zauroczenie, zakochanie w kimś, wielkie emocje (czasami uwieńczone ślubem o ile ku temu była okazja, czasem nie), gwałtowny spadek zainteresowania i przelanie uczuć na innego mężczyznę. Być może nigdy nie zaznała miłości, zatrzymując się zawsze na etapie zakochania. Poszukując szczęścia może właśnie szukała miłości? Niestety poza zakochaniem nie doświadczyła raczej niczego więcej. Rozalia Rzewuska twierdziła, że w ostatnich latach życia Teofila nigdzie nie zatrzymywała się na dłużej, bo wciąż szukała szczęścia, nie mogąc go znaleźć. 

Zamek w Nieświeżu, w którym mieszkała Teofila [źródło]

Teofila nie pochodziła ze szczególnie bogatej rodziny. Stała się posiadaczką fortuny dopiero dzięki związkowi z Dominikiem Radziwiłłem. Warto zwrócić uwagę, że pieniądze i wpływy nie przewróciły jej w głowie. Podpisywała się zawsze jako Teofila Radziwiłłowa, nigdy nie poprzedzając podpisu tytułem "księżna". Każdy, kto się do niej zwrócił, mógł liczyć na jej pomoc. Interesowała się również życiem zwykłych włościan, troszczyła się o powierzone jej dobra i utrzymywała przyjacielskie stosunki z biedniejszymi sąsiadami, pozytywnie odpowiadając na ich prośby. Jednocześnie jednak praktycznie nie interesowała się córką Stefanią, pozostawiając ją w 1810 roku pod opieką obcych ludzi (jednakże trzeba przyznać, że pod koniec życia zauważyła swój błąd i chciała nawiązać przyjacielskie relacje z dzieckiem). Potrafiła zaskakiwać. Cara Aleksandra ugościła... kapustą. Chodziła także pieszo na pielgrzymki, co było ewenementem wśród arystokracji. A prosto z pielgrzymki jechała na bal, na którym kokietowała wszystkich przedstawicieli brzydszej płci. 

Gabriela Puzynina [źródło]
Uwielbiała zabawy i towarzystwo mężczyzn, ale jednocześnie była bardzo religijna. Nie potrafiła jednak pogodzić wyznawanych poglądów z osobistym szczęściem. Wydaje mi się, że to było jej największym dramatem. Życie jej będąc ciągłą walką między złym a dobrym aniołem, to pchało ją ku światu, to rzucało do stóp ołtarzy i konfesjonałów - tak pisała o niej Gabriela Puzynina. Przyznać trzeba, że zwyciężyło w niej dobro. Dokonała rozrachunku z własnego życia, zrozumiała swoje błędy i postarała się naprawić, to co mogła. Sama przyznała, że ciężko się przepłaca błędy młodości. Pod koniec życia bardzo cierpiała, ale potrafiła mądrze to przeżyć. Nie załamała się, nie rozpaczała, wyciągnęła wnioski, pogodziła się z tym co jej zostało. Do znajomej pisała: nigdym lepiej nie czuła, że nasza święta Religia jest wszystkim, jaką spokojność daje ona nawet gdy się ma pewność, że wszystko się tu skończyło. Podobno umierała w przekonaniu, że jest grzesznicą, a całej jej życie było pasmem złych uczynków. Z pewnością przesadziła, bo wielu doznało od niech dużo dobra. Może i była "grzesznicą", ale taką w rodzaju Marii Magdaleny. Sama Puzynina zauważyła podobieństwo: Ksiądz Bogdanowicz, wizytator od księży misjonarzy powołany do łoża umierającej, tej nowej Magdaleny, odchodził rozrzewniony i zbudowany jej skruchą, co więcej swoją chorobę użyła dla pojednania się z Bogiem. Żal jej, skrucha, pokora stały się tak głośnymi, jak było głośnym jej życie gorszące.

Ironią losu jest, że kobieta za życia adorowana przez tylu mężczyzn, brylująca w salonach europejskich, żyjąca w bogactwie nie pozostawiła po sobie praktycznie nic materialnego. Nie zachował się nawet jej grób na wileńskim cmentarzu. Pozostał za to czytelny przykład, że na przemianę nigdy nie jest za późno. "Księżna Dominikowa" to dla mnie biografia nowej Marii Magdaleny.


Za egzemplarz książki dziękuję Autorce prowadzącej bloga "O biografiach i innych drobiazgach", na którym zorganizowała konkurs. Jedna z nagród szczęśliwie przypadła mi, za co jestem bardzo wdzięczny.

czwartek, 8 września 2016

W Woli Okrzejskiej Henryka Sienkiewcza


Z racji pogody sprzyjającej wyjazdom pozwolę sobie na kolejny okołoliteracki wpis. Tym razem zachęcam do odwiedzenia Woli Okrzejskiej położonej w województwie lubelskim. Należy ona historycznie do ziemi łukowskiej. W 1966 roku powstało w niej muzeum (z racji tego, że to tutaj w dworze swojej babki Felicjany Cieciszowskiej sto dwadzieścia lat wcześniej przyszedł na świat Henryk Sienkiewicz). Przyszłego noblistę ochrzczono w kościele w pobliskiej Okrzei. 


Typowy polski dwór. Uwagę zwraca zadbane otoczenie i bogate rabaty wokół domu.


Może to w tym łóżeczku spał mały Henryk? Niestety przy eksponacie nie znajduje się żadna informacja.




Widok na ogród:



I drewniane rzeźby przedstawiające bohaterów trylogii:

piątek, 26 sierpnia 2016

W Czarnolesie Jana Kochanowskiego

Mimo że mój blog ma ściśle określoną tematykę i staram się poza nią nie wykraczać to czasami pojawiają się tematy okołoliterackie. Choćby w tamtym roku zamieściłem wpis o Romanowie, w których wychował się i mieszkał Ignacy Józef Kraszewski. Dziś przyszła kolej na tego typu temat. W tamtym tygodniu udało mi się wreszcie odwiedzić Czarnolas, gdzie mieszkał i tworzył jeden z naszych najwybitniejszych poetów. Niestety niewiele zachowało się z siedziby Jana Kochanowskiego. Pozostały jedynie dwa eksponaty - drzwi i jedno krzesło. Muzeum działające od 1961 roku mieści się w XIX-wiecznym dworze Jabłonowskich. Niestety ekspozycja nie zachwyciła mnie. Poza dwoma zabytykami x XVI wieku, o których wyżej wspomniałem, moją uwagę zwróciły pierwsze wydania kolejnych dzieł Jana z Czarnolasu. 

Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gniaździe ojczystym...


Przed dworem znajduje się charakterystyczny dla polskich dworków gazon.


Dworek typowy dla kultury szlachecko-ziemiańskiej. Parterowy, z gankiem wspartym na kolumnach.


Gazon obsadzony setkami róż. Szkoda, że byłem w takiej porze, że większość już przekwitła. W lipcu musi być tutaj bajecznie.





Jan Kochanowski z rodziną.


Droga do pomnika mistrza pióra...


...i pomnik witający od 1980 roku miłośników twórczości Jana z Czarnolasu.


Przed odwiedzeniem Czarnolasu oraz tym, którzy nie mogą się do niego wybrać polecam lekturę znakomitego opracowania Barbary Wachowicz z książki "Siedziby wielkich Polaków". Czarnolas Jana Kochanowskiego znajdziemy w pierwszym tomie. 

środa, 24 sierpnia 2016

"Noce i dnie" Maria Dąbrowska

Po okresie zachłyśnięcia się nowościami wróciłem do klasyki. Przez ostatnie kilka miesięcy znikomy procent przeczytanych książek to pozycje z ostatniej dekady (nie mówiąc już o najnowszych publikacjach, których w tym roku nie miałem w swoich rękach). Jest to jeden z powodów, dla których tak długo nie pisałem. Niełatwo porywać się na napisanie czegoś sensownego o książce, o której wydaje się, że napisano już wszystko. "Noce i dnie" zrobiły jednak na mnie takie wrażenie, że postanowiłem napisać parę słów o dziele życia Dąbrowskiej. Może ktoś po raz kolejny wróci do niej dzięki temu wpisowi, może ktoś przeczyta po raz pierwszy. 

Tym razem zacząłem od znakomitej ekranizacji, która zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę. Przeczytanie całości trochę trwało. W wydaniu z mojej biblioteki powieść liczy bowiem prawie 1700 stron. Nie żałuję ani chwili spędzonej na lekturze. Kolejne tomy są kopalnią aforyzmów i wnikliwych obserwacji życia codziennego. Dąbrowska obdarzona niezwykłą empatią w doskonały sposób kreśli sylwetki postaci. Wydaje się, że udało się jej przedstawić każde mocniejsze uderzenie serca, każde zamartwienie, wszystkie radości i wszystkie nawet najmniejsze smutki Barbary (swoją drogą, czy ktoś wie dlaczego Dąbrowska cały czas pisze "pani Barbara"? Dlaczego tylko główną bohaterkę tytułuje "panią" i to za każdym razem? Ciekawi mnie to, a nie udało mi się tej informacji znaleźć w internecie). Barbara z Ostrzeńskich Niechcicowa z powieści sprawia lepsze wrażenie niż jej filmowa wersja. W filmie Jerzego Antczaka Barbarę właściwie dotyka anhedonia. Ciągle przejmuje się, nieustannie szuka dziury w całym, jest oschła. Tymczasem w książce przedstawiono więcej radosnych chwil, które przeżywała. Nieco inaczej przedstawia się jej stosunek do Bogumiła. Po obejrzeniu dwunastoodcinkowego serialu nie wiedziałem w końcu, czy darzyła uczuciem swojego męża czy może było to tylko przywiązanie. Po przeczytaniu powieści skłaniam się ku pierwszej opcji. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, szalona, o której marzyła pani Barbara, ale w końcu i ona musiała sobie uświadomić, że kocha swojego poczciwego Bogumiła. 

Jadwiga Barańska jako Barbara [źródło]
Barbara wzbudza zazwyczaj wiele negatywnych emocji wśród widzów i czytelników. Mnie jest jej z kolei żal. Podejście do życia, które ją cechowało nie było przecież do końca wolnym wyborem Niechcicowej. Owszem, pielęgnowała je przez całe życie, ale miała specyficzne usposobienie, a i niejedna trudność spotkała ją. Złem, którego doświadczyła można by obdzielić kilka ludzkich istnień. Nieszczęśliwa miłość do Józefa Toliboskiego, który wybrał małżeństwo z rozsądku z bogatszą panną, śmierć ukochanego dziecka, strata siostry i jedynej przyjaciółki w młodym wieku, problemy wychowawcze z dziećmi, kłopoty finansowe... Trudno pojąć, dlaczego jednym wszystko idzie jak po maśle, a innych nieustannie doświadcza życie, ciągle wiatr w oczy. Wiele zależy zapewne od nastawienia. Przypomniała mi się w tej chwili scena z jednego serialu, który lubię - Rancza. W jednym z odcinków nieco podchmielona kompania na ławeczce porusza głębokie problemy (nie pierwszy raz zresztą). Postaram się z pamięci oddać w miarę wiernie słowa znanego zapewne wszystkim Stacha Japycza: powiedzmy, że ktoś ma wszystko co do szczęścia potrzebne, a czuje się nieszczęśliwy. A drugi tego nie ma, a czuje się szczęśliwy. To on jest szczęśliwy czy nie? Hadziuk skwitował krótko, że w całym sklepie nie ma takich procentów, żeby to rozstrzygnąć. Coś w tym jest. Dąbrowska ogromną wagę przykłada przecież do podejścia do świata i życia. W gruncie rzeczy Barbara i Bogumił są w podobnej sytuacji. Bogumił znalazł cel w swoim życiu, potrafi cieszyć się z drobnych spraw i mimo tylu przeciwności wydaje się szczęśliwy. Barbara tymczasem ciągle szuka, błąka się, ma tysiąc rozterek. Naprawdę było mi jej żal, gdy wypowiadała słowa: nie rozumiem, po co to wszystko toczy się mija i Ja nie wiem... ja naprawdę nie wiem, gdzie jest moje miejsce na świecie. Może kluczem do szczęścia jest odnalezienie swojego powołania i konsekwentne realizowanie go. Wydaje się, że Barbara nie rozeznała go, nie przemyślała swojego życia. Wyszła za mąż pod wpływem impulsu, decydujący był strach przed staropanieństwem. Może pewne znaczenie miała jej letniość jeśli chodzi o wiarę. Choć nie brak przecież ludzi wierzących, którzy także borykają się ze swoim podejściem do życia. 

Nie pokusiłbym się na próbę zarysowania całości utworu. Powieść dotyka tylu kwestii dotyczących kształtu życia i tylu wątków społecznych i politycznych. Na pewno wrócę do niej. Za dziesięć czy dwadzieścia lat spojrzę na nią zapewne nieco inaczej. "Noce i dnie" czterokrotnie były nominowane do Nagrody Nobla. Praca Dąbrowskiej, mimo że nie uzyskała takiego wyróżnienia, zapisała się trwale w historii literatury polskiej. Pytania o sens ludzkiego życia i oblicze szczęścia są przecież niezmienne od tysięcy lat.

Rodzina Niechciców z filmu Jerzego Antczaka [źródło]

Podzielę się jeszcze kilkoma cytatami spośród wielu, które wynotowałem z powieści. 
  • I jak to bywa z ludźmi, co nie czują się zadowoleni z powszedniego i osobistego życia, wzywała na pomoc dzieje, by jej dały uczuć radosną nicość własnego losu i wielkość sprawy, której ten los był cząstką. 
  • (...) gdy nas nie stać na miłość, stać nas zawsze na zazdrość.
  • (...) człowiekowi często zdaje się, że już się skończył, że się w nim nic więcej nie pomieści. Ale pomieszczą się w nim jeszcze zawsze nowe cierpienia, nowe radości, nowe grzechy.
  • W życiu bywają noce i bywają dnie powszednie, a czasem bywają też niedziele. Rzadziej się to zdarza niż w kalendarzu.
  • Człowiek nie może bez wytchnienia załatwiać powszednich czynności i jednocześnie zagłębiać się w jakieś rzeczy wiekuiste, powszechne. Więc może nie pozostaje nic innego, jak starać się uwierzyć, że w tym powszechnym krzątaniu są też jakieś rzeczy wiekuiste, powszechne...
  • Gdyż dobre strony rozwijają się w ludziach na tak przeróżnym gruncie. U jednych śród wyrzeczeń i klęsk, u drugich śród widoków na zapewniony byt i powodzenie. Jeden w każdym stanie, na każdym szczeblu, śród złych czy dobrych warunków dokona rzeczy ponad miarę człowieka, drugi musi wszystko stracić, a inny - zdobyć niejakie dobra materialne, wyjść z poniżenia - aby się poczuć człowiekiem.
  • (...) traciła swobodę ducha i było jej źle, jak bywa człowiekowi, gdy spojrzy na swoje życie nie od strony tego, co może czynić, a czynić można zawsze więcej niż się pragnie, ale od strony tego, co mógłby mieć i zaznać, a mieć i zaznać rzadko można tak wiele, jak by się chciało.
  • Wprawdzie go ta miłość ominęła, ale nie na darmo ludzie mówią, że powściągnięte żądze nie giną, a obracają się w człowieku na innego rodzaju moce też potrzebne do życia. 
W przypadku tego cytatu pozwolę sobie na pewien komentarz. Przypomniały mi się wyniki badań pewnego naukowca przytoczone w książce Gabriele Cuby "Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności"Po przebadaniu 80 społeczeństw "nieucywilizowanych" oraz wysokich kultur Rzymian, Ateńczyków czy Sumerów Joseph Daniel Unwin doszedł do wniosku, że energia społeczna rodzi się z konfliktu emocjonalnego, który powstaje przy rezygnacji z zaspokojenia seksualnego. Konflikt ten wytwarza nowe myśli i idee. Kiedy wstrzemięźliwość jest duża społeczeństwo dysponuje dużą energią.
  • Zwalczyć samemu pokusę może się to wydawać zwycięstwem, lecz świadomość, że ktoś nie uległ pokusie, którą myśmy byli dla niego, boli jak niepowetowana porażka. 
  • Przyszły warunki, w których mógłby coś zrobić, zacząć na nowo żyć, ale przyszły za późno, jak to bywa z tymi, co warunków nie umieją do siebie nagiąć albo ponad nie się wznieść.
  • Ale skutki są łatwiej człowiekowi, zwłaszcza ciemnemu, widoczne niż przyczyny, więc trudno się dziwić, że jak się zło uprzykrzy, to dalejże kijem po skutkach.
  • Nie jestże to dziwne, że gdy jeden upada pod brzemieniem normalnych losów, drugiemu tak nienormalne zdają się chlebem powszednim?

sobota, 2 lipca 2016

"Historia Ziemi Świętej w obrazach" i "Ziemia Święta. Litografie Davida Robertsa"

Ziemia Święta, a zwłaszcza jej centralne miejsce - Jerozolima, była i jest centrum świata. Przez całe stulecia świątynie chrześcijańskie budowano tak, aby prezbiterium było zwrócone w kierunku wschodnim. Później niestety zarzucono tę ciekawą tradycję. Początkowo także muzułmanie zwracając się w odpowiednim kierunku podczas modlitwy mieli na myśli Jerozolimę, po kilkunastu latach jej miejsce zajęła Mekka i tak już zostało do dziś. Z oczywistych względów Jerozolima jest niezwykle istotna również dla Żydów. W tym mieście stykają się trzy wielkie monoteistyczne religie. Gdyby nie ta ziemia nic nie byłoby takie, jakie jest. Świat dzisiaj byłby dziś w zupełnie innym miejscu. Z tego względu warto przyglądać się historii Ziemi Świętej. Zwłaszcza, że jej dzieje nie skończyły się, wszystko dzieje się bardzo dynamicznie. Może spojrzenie w przeszłość pozwoli uniknąć kolejnych błędów. Nie od dziś wiadomo, że zła historia jest matką złej polityki. 

Dziś zachęcam do zapoznania się z dwiema nowszymi publikacjami wydawnictwa Jedność dotyczącymi Ziemi Świętej. Zdecydowałem się na połączenie wpisów o tych pozycjach z racji podobnej tematyki oraz formy (obie mają charakter albumów). Trudno mówić tutaj o klasycznej recenzji, gdyż tekst nie odgrywa pierwszorzędnej roli w żadnej z książek. Zbiór litografii poprzedzono zaledwie kilkustronicowym wstępem (przy czym nie twierdzę, że jest to niewystarczające). "Historia Ziemi Świętej w obrazach" Petera Walkera zawiera już szersze opracowanie, choć oczywiście nie można mówić o dogłębnym objaśnieniu historycznym. Całe stulecia bywają skwitowane jednym zdaniem. Żadna z publikacji nie pretenduje jednak do syntezy historii Ziemi Świętej. Nie można czynić zatem zarzutu z okrojonego komentarza. Poza tym, przynajmniej w mojej ocenie, opracowanie Petera Walkera jest jak najbardziej wystarczające dla przeciętnego czytelnika. Ci zaś, którzy poszukują bardziej szczegółowych informacji mogą sięgnąć do literatury specjalistycznej.

Oba albumy wydano na papierze kredowym, reprodukcje są bardzo dobrej jakości, w obu przypadkach dostajemy książki szyte, nie klejone, w twardych oprawach. Szata graficzna w przypadku albumów jest kluczowa. Żadnej pozycji nie mam nic do zarzucenia pod tym względem. Osobom zainteresowanym bardziej historią sztuki polecam litografie Davida Robertsa. Tych, którym zależy na informacjach historycznych oraz na współczesnym obrazie Jerozolimy odsyłam do pracy Petera Walkera. 

Jerozolima to dosłownie "miasto pokoju". Niestety było niewiele okresów, w których zaznała spokoju. Ziemia Święta przechodziła z rąk do rak, była świadkiem brutalnych gwałtów, rozbojów i napaści, ale historia nie została zamknięta. Co jeszcze czeka miejsce kryjące tyle tajemnic, święte miejsce judaizmu i islamu, najświętsze dla chrześcijaństwa? Odpowiedzi na to pytanie nie znajdziemy, ale możemy za to poznać wszystko, co ukształtowało Ziemię Świętą i doprowadziło ją do miejsca, w którym jest teraz.


David Roberts to szkocki rysownik, który w ciągu dwóch lat (1838-1839) odbył podróż, podczas której zwiedził Ziemię Świętą, Synaj, Egipt i Nubię. Owocem wyprawy jest zbiór litografii przedstawiających miejsca, które zobaczył.

Wnętrze kaplicy św. Katarzyny.

Al-Chazne, Petra.

Wschodni kraniec doliny Petry.

Dajr, Petra.

Równina u stóp góry Synaj.

Kamień Namaszczenia, Bazylika Grobu Świętego.

Za egzemplarze książek dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 30 czerwca 2016

"Wojciech Kossak. Opowieść biograficzna" Maja i Jan Łozińscy

Wstęp z notką biograficzną, jak sądzę, jest absolutnie zbędny. Postaci Wojciecha Kossaka nie trzeba nikomu przedstawiać. Właściwie każdy podręcznik historyczny zawiera przynajmniej jedną reprodukcję dzieła słynnego malarza batalisty. Wszyscy kojarzymy "Olszynkę Grochowską" czy "Grunwald", nie mówiąc już o "Panoramie Racławickiej". Celowość opowieści o życiu takiego człowieka snuta przez małżeństwo Łozińskich jest jak najbardziej uzasadniona. Zastanawiam się jednak, czy zebrano wystarczający materiał na książkę. W tamtym roku wydawnictwo Iskry wydało publikację "Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały". Nie znam tej pozycji, ale już pobieżne zapoznanie się z informacjami z sieci pozwala sądzić, że oparto ją na bogatszym materiale źródłowym. Poza tym ją również reklamuje się jako "lekką i wartką". Może książki dublują się, może świetnie uzupełniają. Cóż, nie mnie to oceniać. Mnie, jako miłośnika rodziny Kossaków, wysyp książek na ich temat zdecydowanie cieszy. 

Praca Mai i Jana Łozińskich nie jest rzecz jasna pozycją naukową. Sam fragment tytułu ("Opowieść biograficzna") sugeruje, że będzie to wciągająca i przyjemna lektura. Tak też jest w rzeczywistości. Lekkie pióro, wyimki z listów Wojciecha Kossaka i niezliczone ciekawostki sprawiają, że książkę czyta się niemal jak powieść. Podzielono ją na dziesięć rozdziałów. Poznamy dzieciństwo słynnego malarza, miłość jego życia i miłostki zdarzające się aż do podeszłego wieku, trudne kontakty z innymi malarzami, wielkie sukcesy i tarapaty finansowe, międzynarodowe kontakty, znajomych i sławę twórcy.

Autoportret z paletą
Życiorys przedstawiono jednak w sposób płytki. Mam wrażenie, że autorzy nie przeanalizowali dogłębnie całego materiału źródłowego. Postać Kossaka po lekturze książki wydaje się nieco mdła. Powinien stanąć przede mną człowiek z krwi i kości, z radościami, ale i z rozterkami i wątpliwościami. Książka wydaje się napisana, przepraszam za kolokwializm, "po łebkach". Z chęcią dowiedziałbym się czegokolwiek o relacjach Kossaka z dalszą rodziną, o kontakcie z bratem bliźniakiem, o reakcjach żony Marii na powtarzające się romanse. Trudno uwierzyć, że człowiek obdarzony takim talentem nie prowadził bogatego życia wewnętrznego. Po tym zawsze zostaje ślad. W notatkach, we własnych wspomnieniach, w wspomnieniach innych ludzi. Z książki wychodzi do nas Kossak-filister. Wyjątkowo uzdolniony, ale jednak filister (a może on taki był w rzeczywistości?). Według mnie pominięto zbyt wiele elementów jego życia, a te które odnajdziemy przedstawiono zbyt pobieżnie. Przyznam szczerze, że nie dowiedziałem się za dużo z książki państwa Łozińskich. Czytelnik, który zna prace, które wyszły spod pióra Kossakówien (choćby "Marię i Magdalenę") będzie mieć wrażenie, że to powtórka z rozrywki. 

Pewnym mankamentem jest też niewystarczająca, w mojej ocenie, liczba reprodukcji. Owszem, znajdziemy wiele czarno białych zdjęć oraz kolorową wkładkę z obrazami, ale to tylko niewielki wycinek twórczości Kossaka i to akurat najbardziej znany. Publikacja, która ma aspiracji jakby nie patrzeć biograficzne powinna być zaopatrzona w zdecydowanie bogatszy materiał ilustracyjny. 
Nie łudźmy się, że dzięki lekturze książki państwa Łozińskich poznamy Wojciecha Kossaka w pełni, jako wybitnego artystę, męża, ojca i przyjaciela (o przyjaźniach praktycznie w ogóle nie wspomniano). Jako plus mogę zaliczyć tematykę oraz wartką narrację. Nie ukrywam swojego zawodu, ale może miałem zbyt wysokie wymagania? Może zbyt wysoko postawiłem poprzeczkę dla pracy, która de facto nie jest przecież klasyczną biografią? Zostawiam te pytania pozostałym czytelnikom. Dzielę się jedynie swoimi wrażeniami z lektury. Wszak "Dwoje ludzi patrzy na to samo, a widzi dwie różne rzeczy – oto niezgłębiona tajemnica ludzkiej duszy" (Wojciech Cejrowski w "Gringo wśród dzikich plemion"). Być może Wy w opowieści biograficznej o Wojciechu Kossaku zobaczycie coś więcej. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...