poniedziałek, 27 lipca 2015

"Bez oręża" Zofia Kossak - Szczucka

Wraz z każdą kolejną przeczytaną książką Zofii Kossak - Szczuckiej moja ocena jej jako pisarki wzrasta. Z biografii Joanny Jurgały - Jureczki poznałem ją jako niezłomną, bohaterską, wierną swoim zasadom Polkę i gorliwą katoliczkę. Później przyszedł czas na zetknięcie się z twórczością stryjecznej siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. "Błogosławiona wina" ujęła mnie. Bardzo szybko zaliczyłem tę pozycję do grona moich ulubionych książek. Tak się dziwnie składa, że zarówno w "Błogosławionej winie", jak i w "Bez oręża" odnajduję wątki wprost odnoszące się do mojego życia. Tytułowa błogosławiona wina (zastanawiam się, czy autorka nie nawiązywała w tytule do Exultetu, w którym to znajduje się taki fragment:  O, zaiste konieczny był grzech Adama, który został zgładzony śmiercią Chrystusa! O, szczęśliwa wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel!) przydarzyła mi się kilka miesięcy temu. W wyjątkowo trudnej sytuacji, w której znaleźli się dwaj bohaterzy "Bez oręża" teraz odnajduję siebie i kogoś mi bliskiego. 

"Bez oręża" to powieść historyczna będąca częścią trylogii, której akcję umieszczono w czasach wypraw krzyżowych. Dwa pozostałe tomy to "Krzyżowcy" i "Król trędowaty". Wszystkie te pozycje bez obaw można czytać w dowolnej kolejności. "Bez oręża" bazuje na nieszczęśliwej w skutkach krucjacie dziecięcej (1212) oraz V wyprawie krzyżowej (1217-1221) skierowanej przeciwko muzułmańskiemu Egiptowi. Warto przy tej okazji zastanowić się nad ruchem krucjatowym. Niekiedy bywa on przytaczany jako przykład zaborczości Kościoła i splamienia się krwią przez chrześcijan. Tymczasem zjawisko to można uznać za akt miłosierdzia wobec tych wszystkich, którym muzułmanie tak bardzo utrudniali pielgrzymowanie do Ziemi Świętej i wobec tych, którzy tam mieszkali, a nie wyznawali mahometańskiej wiary (przy czym nie twierdzę, że nie było innych przyczyn podjęcia wypraw przeciwko półksiężycowi).

Zofia Kossak-Szczucka w 1933 roku [źródło].
Główną postacią jest Jan de Brienne - możny rycerz nieszczęśliwie zakochany w zamężnej Blance. Przeciwny mu król francuski sugeruje papieżowi obwołanie de Brienne królem jerozolimskim, aby uniemożliwić mu spotkania z grabiną Szampanii. Ojciec święty przystaje na tę propozycję, wierząc w umiejętności dowódcze i męstwo Jana. W tym miejscu muszę dodać, że zastanawia mnie, na ile wierny prawdzie jest portret Innocentego III, którego Kossak-Szczucka ukazała jako rzeczywiście zatroskanego wyzwoleniem grobu Chrystusa, pobożnego, mającego na celu jedynie dobro Kościoła pasterza. "Bez oręża" skłoniło mnie to zapoznania się z tym pontyfikatem. 

De Brienne w czasie wyprawy krzyżowej doznaje przemiany. Pewien wpływ miał na pewno nieszczęśliwy koniec ataku na Egipt, spowodowany jego opieszałością. Nie starał się on u nowego papieża o przydzielenie mu dowództwa, w efekcie czego otrzymał je zadufany w sobie, niesłuchający nikogo i niemający pojęcia o orężu kardynał Pelagiusz. Jan w czasie choroby purpurata zastępuje go w dowodzeniu. Cały czas ma świadomość, że winien jest nie legat papieski, ale on sam. Zamiast skontaktować się z papieżem wolał wymykać się na nocne spacery z Blanką. Na tym tle Kossak Szczucka ukazała postać św. Franciszka oraz początki założonego przez niego zgromadzenia. To właśnie przykład zakonnika postulującego całkowite ubóstwo dla braci skłonił de Brienne do przemiany. Wydaje mi się, że kluczowy jest ten dialog z grabinią:
- Mieliśmy prawo tak uczynić - zapewniła.
 - Ja też dawniej w to wierzyłem. Prawo! Dziś sądzę, że takie prawo nie istnieje. Jest tylko jedno prawo: Boże Twarde prawo.
[Z. Kossak-Szczucka, Bez oręża, Warszawa 1957, s. 423]
Król jerozolimski dochodzi do wniosku, że wbrew pieśniom snujących się po zachodniej Europie trubadurów miłość nie rozgrzesza wszystkiego i trzeba czasami umieć z niej zrezygnować dla innego, większego dobra.
- Miłuję cię, jeno inaczej. Jakżebym cię nie miłował? Jesteś jedynym człowiekiem, z którym mogę mówić szczerze. Jedynym moim przyjacielem. Zrośliśmy się w jedno. Gdy odjedziesz, zostanę przeraźliwie sam.  Jednakże mówię ci: wróć! Tak trzeba.
[s. 425] 
Dwutomowa powieść Zofii Kossak-Szczuckiej zawiera oczywiście więcej wątków. Nakreśliłem tylko ten najważniejszy.  Zachęcam do lektury "Bez oręża" nie tylko pasjonatów historii, gdyż książka naprawdę wciąga. Poza tym nie jest to pusta literatura, która nic nie zostawia po sobie w duszy czytelnika. Ja dla siebie wyłuskałem te dwa cytaty. Dzięki tej pozycji inaczej spojrzałem na pewną frapującą mnie kwestię i utwierdziłem się w moralności, której jak mi się wydawało zawsze hołdowałem. Bez przesady mogę stwierdzić, że "Bez oręża" ukształtowała moje postępowanie w pewnej sprawie. Jeśli więc zmieniła moje życie to czy można więcej oczekiwać od książki? Zofia Kossak - Szczucka jako gorliwa katoliczka odniosła kolejne pośmiertne zwycięstwo - wyprostowała mnie moralnie, gdy zacząłem się podłamywać. Jednej rzeczy tylko Zofia Kossak nie wyjaśniła w "Bez oręża". Bez odpowiedzi pozostaje pytanie postawione przez Jana de Brienne, jak odnajdywać na co dzień radość z wypełniania twardego, Bożego prawa, gdy serce rwie się ku czemuś przeciwnemu...

piątek, 17 lipca 2015

"Opowieści wigilijne" Charles Dickens

Wydaje się, że może pora roku nie sprzyja lekturze prezentowanej dzisiaj przeze mnie książki, ale przecież "Opowieści wigilijne" traktują o czynieniu dobra i dawaniu siebie innym, a na to zawsze jest czas, prawda? Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Zysk i S-ka podjęło się opublikowania klasyki literatury w bardziej ekskluzywnej wersji. Najnowsze wydanie zachwyca staranną oprawą graficzną. Jakże się ono różni od tego, które czytałem, gdy opowieść Dickensa była lekturą szkolną. Twarda okładka fakturą przypominająca płótno, obwoluta i dziesiątki lustracji dodają uroku zebranym dwóm dziełom angielskiego pisarza: Kolędzie prozą czyli bożonarodzeniowej opowieści o duchach oraz Nawiedzonemu czyli paktowi z duchem. Skupię się na drugiej części zbioru, gdyż "Kolędę..." wszyscy czytelnicy zapewne doskonale znają.

"Nawiedzony..." to z pewnością mniej znane opowiadanie Dickensa. Głównym bohaterem jest Redlow - samotny profesor chemii tęskniący za zmarłą przedwcześnie siostrą. Uczucie rozżalenia i pustki doprowadza go do myśli, że wspomnienia przynoszą mu tylko ból, a zatem nie warto ich pielęgnować, najlepsze zaś co może się mu przydarzyć to zapomnienie o wszystkim. Z pomocą przychodzi duch proponujący z pozoru kojące rozwiązanie - Redlow zapomni wszelkie smutki i krzywdy, których doznał. Pozostanie mu jedynie wiedza. Naukowiec nie wziął po uwagę tego, że z jego pamięci zostaną wymazane także szczęśliwie chwile, a wraz z tym zanikną u niego współczucie, troska o drugiego człowieka oraz wrażliwość na biedę, choroby i nieszczęście. Propozycja ducha została obwarowana jednym zastrzeżeniem - Redlow otrzymany dar będzie przekazywał każdemu, z kim się zetknie. Doprowadza to do tego, że znieczulica dopada kolejne kręgi bliskich profesorowi osób. Małżeństwa zaczynają się kłócić, rodzice zauważają jedynie troski związane z wychowaniem dzieci, a rodzeństwa przestają okazywać sobie czułość. Złowrogo w duszy Redlowa powtarzają się słowa zjawy: Dar ode mnie otrzymany będziesz dalej przekazywać, gdziekolwiek się udasz. Życie dla niego staje się jeszcze trudniejsze. Zmiana, która się w nim dokonała, tłoczne ulice zamieniała w pustynię, pustynią czyniła jego samego, a z tłumu ludzi wokół, tak wielorakich w swych nawykach i sposobach życia, czyniła wielki bezmiar piasku, wiatrem miotającego w bezsensowne wydmy, nieustannie zmieniające swój kształt i mieszające się ze sobą.

Na szczęście bohater nie został doszczętnie zepsuty przez działania przybysza z innego świata. Widzi on, jak za jego przyczyną w otoczeniu zaczyna się szerzyć zło. Upragniony dar staje się darem niechcianym. Odtąd Redlow próbuje pozbyć się go. Z pomocą przychodzi emanująca dobrem Milly, której przekleństwo ducha nie dosięga. Przy okazaniu odrobiny dobrej woli ze strony widma (wydaje mi się, że od początku było ono pozytywnie nastawione do profesora, a jego działania zmierzały ku jednemu celowi: uświadomieniu naukowcowi, że wspomnienia, nawet te bolesne, kształtują go jako człowieka i nie można się  od nich odciąć bez utraty części siebie). Ostatecznie wszystko kończy się wigilijną wieczerzą. Redlaw kieruje zaś do Pana te słowa: Wybacz mi, Panie na wysokościach (...) że odrzuciłem jeden z Twych najwspanialszych atrybutów! Atrybutem tym jest pamięć o wyrządzonym nam złu, która pozwala nam wybaczać.

Podczas lektury "Opowieści wigilijnych" cały czas przypominała mi się definicja dobrej literatury autorstwa Zofii Kossak-Szczuckiej: Dobra literatura to ta, która ukazuje nieskończoność i wielkość wszechświata, sens życia, celowość życia, która pobudza do walki ze złem, do przeciwstawiania się złu, która głosi wiarę w zwycięstwo dobra, żąda heroicznej, aktywnej postawy. Opowiadania Dickensa wlewają w serce nadzieję, zachęcają do odkrywania pełni człowieczeństwa poprzez poświęcenie się drugiemu człowiekowi oraz uczą, czym jest bezinteresowność i zmuszają do zadania sobie pytania, czy to ona nie sytuuje nas jako ludzi (właściwie tylko człowiek jest zdolny do czynów absolutnie bezinteresownych).

Okładka imitująca płócienną.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 14 lipca 2015

"Księga Mądrości Przedwiecznej" Henryk Suzo

Pod imieniem Frater Amandus nadanym przez Mądrość Przedwieczną, rozumianą nie tylko jako starotestamentalną mądrość, ale i samego Chrystusa, poznajemy bł. Henryka Suzo, ucznia Mistrza Eckharta i jednego z przedstawicieli mistyki nadreńskiej. Urodził się on pod koniec XIII wieku w Konstancji położonej nad malowniczym Jeziorem Bodeńskim. Miejsce, gdzie spędził pierwsze lata życia jest istotne, ponieważ ukształtowało go jako człowieka. Otaczające piękno wywarło na niego duży wpływ, widoczny w sformułowaniach, którymi się posługuje. W przemijającym i nietrwałym pięknie rzeczy stworzonych widział namiastkę doskonałego i nieprzemijającego piękna Boga. Kwiatami szczególnie skłaniającymi go do rozmyślań były róże. "Księga Mądrości Przedwiecznej" jest pełna odniesień do nich, zwłaszcza gdy Suzo zwraca się do Maryi. I tak Jej oblicze nazywa różanym, a maryjny tron otaczają kwitnące róże i lilie.

We wszystkich trzech częściach dzieła Suzona znajdujemy kwietne porównania:
Otwórz więc, gałązko zbawienia, szczepie majowy, krzaku kwitnący czerwonymi różami, otwórz swe ramiona, szeroko rozpostrzyj kwitnące gałązki Twojej Boskiej natury i Twojej natury ludzkiej! [s. 79]
Patrz, jestem tak rozkosznie przystrojona [Mądrość Przedwieczna] w szatę świetlistą, jestem tak wdzięcznie otoczona świeżymi. pełnymi kwiatami o tysiącznych barwach, purpurowymi różami, perłowymi liliami, pięknymi fiołkami i wszystkimi innymi rodzajami kwiatów, że najcudniejsze kwiecie majowe, ziela wszystkich zatopionych światłem błoni i delikatne kwiaty najbujniejszych łanów, w porównaniu z Moim urokiem są jak pospolity oset. [s. 87]
Jeśli Mnie otrzymałeś, wejdź w siebie samego, ucz się rozróżniać różę od cierni i znajdywać kwiaty w trawie. [96]
Róże i kwiaty symbolizują pociechy Boskie, ciernie i trawa - ludzkie. 
Przyodziewa [cierpienie] duszę szatą szkarłatną i purpurową, za wieniec ma ona czerwone róże, za berło - zielone palmy. [s. 115]
Oblubienico Boga (...) - to Ty, która pięknością przewyższasz purpurę róż i wszystkie lilie (...). [s. 129]
Panie, jak delikatna róża otwiera się na światło jasnego słońca, tak serce moje otwiera się, by przyjąć Ciebie. [s. 138-139]
Dusza, która pragnie Mnie kosztować wewnętrznie i słodko się Mną rozkoszować w skrytej komnacie życia oddalonego od świata, powinna się (...) przystroić czerwonymi różami gorącej miłości, okryć pięknymi fiołkami pokornego uniżenia i białymi liliami prawdziwej czystości. [s. 163]
W jak wielkim, niestety, trwałem dotychczas zaślepieniu! Zrywałem czerwone róże, a nie czułem ich woni. Chodziłem pośród pięknych kwiatów, a nie widziałem ich. Byłem jak sucha gałąź, zanurzona w ciepłej rosie majowej. [s. 163]
Mądrość Przedwieczna: Przychodź często do tego pięknego ogrodu rozkoszy, w którym kwitnie Moja chwała. [s. 179]

Przykładów może aż nadto, ale nie mogłem się powstrzymać przed przytoczeniem ich. Podejście Henryka Suzo do przyrody doskonale podsumowuje ten fragment:
Przebiegam w myśli niebo i ziemię, wszechświat i otchłań, lasy i pola, góry i doliny: wszystkie razem rozbrzmiewają one w moich uszach potężną symfonią Twojej chwały. [s. 171]
Jako że mamy sprzyjającą wędrówkom porę roku to może warto przyjrzeć się temu, co nas otacza, a czego nie stworzyła ręka ludzka? Może tak jak Henryk Suzo zobaczymy dzięki temu rękę, która to piękno stworzyła?



Wpływ na religijność Henryka miała jego matka, która szczególnie upodobała sobie nabożeństwa ku czci Męki Pańskiej. Jest to jedna z przyczyn, dla której Suzo aż tak poświęcił się rozważaniu tej sfery życia Chrystusa. Jako trzynastolatek wstąpił do zakonu dominikanów. Ponad dwie dekady jego życia wypełniają posty i pobożne umartwienia, których kres wyznacza ukończenie czterdziestu lat. Wtedy to zaczął w pełni realizować charyzmat dominikański - dzielenie się owocami kontemplacji. Terenem swojej działalności objął dzisiejszą północną Szwajcarię, Szwabię, Alzację, i dolinę Renu aż po Akwizgran. Wszędzie podróżował pieszo (ustawy zakonne zabraniały posługiwania się koniem).

Portret Suzo zamieszczony w książce.
"Księga Mądrości Przedwiecznej" to jedyne dzieło Suzo napisane w języku niemieckim, co do którego autorstwa badacze nie zgłaszają wątpliwości. Tytułowa "Mądrość Przedwieczna" to sam Jezus Chrystus. Autor dokonuje zręcznego przejścia od Mądrości znanej ze starotestamentalnych ksiąg do osoby Jezusa. Rodzaj żeński przechodzi w męski, przez co starotestamentalna Mądrość zasiadająca na tronie utożsamiona jest z Synem Bożym. Dzięki łasce Bożej Henryk mógł oczyma duszy ujrzeć Mądrość taką, jaką przedstawia Stary Testament - w obłokach, siedząca na tronie z kości słoniowej, promieniejąca chwałą, z koroną wieczności na głowie. Wpływ na jej postrzeganie wywarła nie tylko niezwykła wrażliwość na piękno, ale i wzorce średniowiecznej Europy. Idąc za przykładem rycerzy, Henryk uważał Mądrość Przedwieczną za swoją wybrankę, Panią swojego serca, a siebie za trubadura i kochającego sługę.

Dzieło składa się z trzech części. Przyjmuje ono formę dialogu Mądrości Przedwiecznej ze Sługą. Jego celem jest prowadzenie dusz do szczytów zjednoczenia z Bogiem. Co istotne, było skierowane nie tylko do wykształconych władających łaciną, ale do szerokich mas wiernych. Główny temat to Męka Pańska i rozmyślanie o niej. Wokół niego zgrupowane są pozostałe tematy. Kluczowe pojęcie to "Gelassenheit" tłumaczone jako "wyrzeczenie", "zaparcie się", "rezygnację", "zdanie się", "zaufanie", "zawierzenie". Związane z nim było cierpienie, w którym Suzo widział towarzysza codzienności.

"Księga Mądrości Przedwiecznej" wyczula na problem bólu, skłania do zastanowienia nad celowością rzeczy, którym poświęcamy swój czas i zachęca do odkrywania w pięknie świata samego Boga. Henryk Suzo porusza także takie kwestie jak konieczność męki Jezusa dla zbawienia człowieka, niepojętą obecność Chrystusa w Eucharystii, wyrzeczenie się pożądania, nieustanną opiekę Boga nad człowiekiem czy sprawiedliwość Bożą. Ciekawie tłumaczy przeplatające się w życiu okresy smutku i radości. Dochodzi do tzw. gry Bożej miłości, która polega na przemiennym doświadczaniu słodyczy miłości i obecności Bożej oraz goryczy ich braku. Celem jest wzrost miłości w duszy. Mądrość Przedwieczna stwierdza, że dopiero gdy Miłość odchodzi od miłości, czuje ona, jak bardzo Miłość była godna miłości. Pojawia się motyw wygnania i traktowania życia jako wędrówki obcego przybysza do swojej ojczyzny. Swoim pięknem uderza widzenie nieba udzielone Henrykowi.

Mam nadzieję, że wiernie przedstawiłem "Księgę Mądrości Przedwiecznej" i nie pomyliłem się w żadnym z cytatów. Henryk Suzo obwarował bowiem swoje dzieło mrożącą krew w żyłach przestrogą:



Wszystkie cytaty pochodzą z: H. Suzo, Księga Mądrości Przedwiecznej, Poznań 1983. Jak dotąd wydanie wydawnictwa "W drodze" było jedynym, które ukazało się w języku polskim. Próżno więc szukać dzieła na księgarskich półkach. Pozostają antykwariaty (tak było w moim przypadku) i biblioteki.
Zdjęcia róż zostały wykonane w moim ogrodzie.

piątek, 10 lipca 2015

"Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski

Sobotni spacer po Gdyni zaowocował spotkaniem z Wojciechem Cejrowskim. Udało mi się zrobić z nim zdjęcie (oczywiście musiałem za to odmówić "Ojcze nasz" w intencji autora) oraz dostać autograf. "Podróżnika WC" już niegdyś czytałem. Wydanie z roku 2010 różni się jednak znacząco od tego z lat 90. W oczy rzuca się przede wszystkim staranna oprawa. Miękką, broszurową okładkę z pierwszego wydania zastąpiono twardą z grafiką z serii "Biblioteka Poznaj Świat". Dodano sporo bardzo dobrej jakości zdjęć (nie kojarzę, czy w pierwszym wydaniu były jakiekolwiek). Całość wydrukowano na papierze kredowym. "Podróżnik WC", w przeciwieństwie do kolejnych książek Wojciecha Cejrowskiego "Gringo wśród dzikich plemion" i "Rio Anacondy", nie jest zapisem jednej wyprawy, ale zbiorem wspomnień z kilkunastu lat podróżowania.

Zmiany w stosunku do pierwszego wydania nie są widocznie jedynie w oprawie graficznej, ale także w samym tekście. Pamiętam, że już wydanie z lat 90. bardzo dobrze się czytało. Wszystkie rozdziały zostały jednak przez autora przejrzane i poprawione. Zmienił się przede wszystkim sposób relacjonowania wypraw do dżungli amazońskiej. Wcześniej Wojciech Cejrowski zwracał uwagę czytelnika głównie ku niedogodnościom podróży, jadowitym wężom i pająkom, tropikalnym chorobom i wszelkim innym przeciwnościom. W pewnym momencie można było się zapytać, po co szanowny autor właściwie ciągle powraca do Amazonii, skoro miejsce to jest takie straszne. Po latach autor zreflektował się. Taką opinię wyraził przed pięciu laty: Odparzenia zdarzają się w czasie każdej pielgrzymki do Częstochowy, ale nie interesują nas, gdy ktoś nam o pielgrzymce opowiada, prawda? Podobnie nieinteresujące wydają mi się opisy odparzeń czy skaleczeń z egzotycznej wyprawy do Amazonii (W. Cejrowski, Podróżnik WC, Pelplin 2010, s. 80). Nowe wydanie zdecydowanie zachęca do podróży i to w specyficznym stylu: bez przygotowania, bez towarzyszy, z bardzo ograniczonym bagażem i bez martwienia się z powodu słabej znajomości czy wręcz całkowitej nieznajomości języków obcych.

Moja zdobycz.
Okładka pierwszego wydania.

Wydanie "Podróżnika WC" jest właściwie nie tyle swobodną decyzją autora, lecz jak sam pisze obowiązkiem. Wielokrotnie w wywiadach Cejrowski podkreślał, że jeśli potrafi zrobić dobry program to po prostu musi nagrywać kolejne odcinki. Podobnie podchodzi do literatury. Jako że sam stoję przed rozpoznaniem mojego powołania życiowego uderzył mnie ten fragment:
 -Poznaję ten głos. Występujesz w radiu, prawda? - usłyszałem w konfesjonale w czasie spowiedzi. - Bardzo pięknie opowiadasz i byłoby grzechem zaprzepaścić ten dar. On nie należy do ciebie. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Ten dar nie powinien zostać zakopany. W ramach pokuty proszę sobie przeczytać i przemyśleć przypowieść o talentach.
Przeczytałem. Przemyślałem. I dlatego teraz czytają Państwo moje książki (s. 84).
Ze szczególnym zainteresowaniem czytałem podrozdział poświęcony Niemcom. Tak się składa, że dzień przed przeczytaniem go byłem w Katedrze Oliwskiej. Przede mną siedziała grupka niemieckich turystów. Nie kojarzę bardziej hałaśliwej grupy. Obecność w Domu Bożym najwyraźniej nie budziła w nich żadnych wyższych uczuć. Fragmenty "Podróżnika WC" z pierwszego wydania poświęcone tej nacji przyjmowałem raczej z rozbawieniem. Wydawało mi się, że Wojciech Cejrowski jest uprzedzony do naszych zachodnich sąsiadów. Dziś muszę mu przyznać trochę racji (a może całą?). 
Żeby oni łaskawie zechcieli pamiętać, co uczynili światu w czasie dwóch wojen, to być może usiedliby cicho, jak myszy pod miotłą, ale nie, oni wszędzie muszą szwargotać na cały regulator (s. 225).
Dosłownie wszędzie. Nawet w katedrze...

Nie lubię pustych książek, które nic nie wnoszą do mojego życia, a jednocześnie potrzebuję od czasu do czasu czegoś lżejszego, co można poczytać do poduszki, co można poczytać w pociągu, co pozwoli pośmiać się i wciągnie w inny świat. Wszystkie te warunki spełnia "Podróżnik WC". Różnie można patrzeć na osobę autora, ale nie można zaprzeczyć, że jest on obdarzony lekkim piórem. "Podróżnik WC" to książka z rodzaju tych, które się "połyka". Autor zapewne obraził by się za to porównanie, ale zaryzykuję. "Podróżnik WC" jest taki, jaka miała być w założeniu socjalistyczna szkoła: uczy, bawi, wychowuje.


Za książkę dziękuję mojemu Przyjacielowi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...