niedziela, 22 lutego 2015

A więc wojna!

Wiem, że już wyszedł nowy numer, ale "Fronda" jest kwartalnikiem, który tak szybko nie dezaktualizuje się. Dziś zachęcam do sięgnięcia po numer 72 (jesień 2014). Sam przeczytałem w ostatnim kwartale tamtego roku kilka artykułów, po czym z braku czasu musiałem odłożyć magazyn na półkę. Wczoraj zacząłem go czytać raz jeszcze, od początku. Wcale nie odczuwam, że jest to już archiwalny numer. To chyba jedna z ważniejszych zalet "Frondy". Dotyczy jak najbardziej aktualnych wydarzeń, ale skupia się na kwestiach najistotniejszych i tych, które będą ważnie nie tylko jutro czy pojutrze, ale także w szerszej perspektywie. Autorzy za temat wiodący wybrali wojnę na Ukrainie. Temu zagadnieniu poświęcono mniej więcej jedną trzecią pisma. Nawet jeśli kogoś nie interesuje publicystyka to zostanie dla niego dwie trzecie tekstów.

Za najciekawsze z tematu wiodącego uważam artykuły niezwiązane bezpośrednio z Majdanem i wojną na wschodzie. Dużo więcej przekazują, według mnie, artykuły o współczesnej religijności ukraińskiej, o sytuacji prawosławia w tym kraju i te dotyczące mentalności Ukraińców. To, co się działo na Majdanie przedstawiono raczej z jednej perspektywy (przy czym należałoby się zapytać, czy na pewno jest jakaś inna, z której w miarę rozgarnięty i uczciwy człowiek może patrzeć...). Zwolennicy "niezależnego" patrzenia na konflikt ukraińsko-rosyjski, przychylnym okiem spoglądający na Putina nie znajdą żadnego artykułu choćby odrobinę utwierdzającego ich w swoich przekonaniach. Rosyjskiego prezydenta tak oceniono: (...) terroryzm w XXI wieku ma swojego nowego lidera i jest nim przywódca państwa, które jeszcze niedawno przez wielu było traktowane jako równoprawny, demokratyczny gracz na arenie międzynarodowej. Niestety terroryści bardzo często używają masek zakrywających prawdziwe oblicze [s. 73]. Mimo to nie brakuje, także na Ukrainie, błogosławiącym temu człowiekowi. Autor jednego z artykułów przytacza wypowiedź pewnej staruszki: Ja bym klęknęła przed Putinem, list bym mu wysłała, bo to dobry cariuszka [s. 89]. Rząd dusz sprawuje ten, kto ma media...

W numerze tym znajdziemy także dwa wywiady z kapłanami rzymskokatolickimi na temat punku i hippisów. Jeśli kogoś interesuje ta tematyka to może coś z nich wyniesie. Mnie ta część akurat trochę znudziła. Warto za to zwrócić uwagę na artykuł charakteryzujący rządzącą w Polsce klasę polityczną. Cenię Frondę za jednoznaczne i odważne opinie. (...) jest to bowiem w dużej mierze modelowa, nieformalna grupa polityczna, typowo podręcznikowa BRUDNA WSPÓLNOTA działająca według schematów zinstytucjonalizowanych środowisk przestępczych, kolokwialnie nazywanych ferajnami lub gangami, a praktycznie będąca koterią ludzi o mentalności nizin społecznych, "białych śmieci" (white trash) używających na co dzień atrybutów zewnętrznych przynależnych klasie wyższej (upper class). O kim mowa? O rządzącej od już ponad ośmiu lat Platformie Obywatelskiej.

Nie wspominam o wszystkich wartych uwagi artykułach, bo mija się to z celem. Mój post musiałby przybrać takie rozmiary, z którymi zapewne żadnemu czytelnikowi nie chciałoby się zmierzyć. "Fronda" to pismo oryginalne, dopracowane pod każdym względem, ciekawe, a także (choć tę cechę powinienem chyba umieścić na pierwszym miejscu) niekiedy szokujące. Można nie zgadzać się z poszczególnymi artykułami, można uznać ich autorów za skończonych idiotów, ale nie można pozostać wobec nich obojętnymi.

Za egzemplarz kwartalnika dziękuję:

sobota, 21 lutego 2015

"Literaci w przedwojennej Polsce" Remigiusz Piotrowski

Po miernych "Ułanach, poetach, dżentelmenach" przyszedł czas na kolejną pozycję PWN dotyczącą życia w dwudziestoleciu międzywojennym. O ile poprzedniej publikacji nie polecałem żadnej grupie czytelników, to "Literatów w przedwojennej Polsce" mogę rekomendować tym, którzy nie zetknęli się wcześniej z tym zagadnieniem. Jestem już po lekturze chyba wszystkich książek Sławomira Kopra związanych z międzywojniem, więc "Literaci..." nie zachwycili mnie. Nie mogę zarzucić im tyle, co "Ułanom, poetom, dżentelmenom", ale nie można powiedzieć, że jest to pozycja wyjątkowa. Na przeciętne z kolei szkoda mi czasu. Nie polecam zatem nigdy książki, którą zaliczam do tej grupy.

Remigiusz Piotrowski nie kryje inspirowania się Sławomirem Koprem (nawet dwukrotnie cytuje jego książki). Przyjął jednak inny sposób przedstawienia zebranego materiału. Sławomir Koper poświęca każdej osobie jeden rozdział. Remigiusz Piotrowski zaś w piętnastu rozdziałach zajmuje się poszczególnymi sferami życia przedwojennych pisarzy np. hazardem, ubiorem, podróżami. Plusem publikacji Piotrowskiego są osoby z drugiego planu międzywojennej Polski, o których nie wspomina Koper. Ten drugi (abstrahując już od przeróżnych zarzutów wysuwanych w jego stronę) potrafi bardziej zainteresować czytelnika. Jest on zwyczajnie obdarzony lżejszym piórem. Tym niemniej jednak Piotrowskiego nie czyta się źle. W każdym rozdziale znajdziemy sporo ciekawostek. Rozśmieszył mnie stosunek do psów w rodzinie Iwaszkiewiczów: U nas w rodzinie mówiło się, że pies ma zawsze rację. Nawet jak kogoś pogryzł, zastanawiano się, co to za człowiek, że go pies pogryzł. Nie wiedziałem też o nietypowych upodobaniach kolekcjonerskich Juliana Tuwima. Podobno zbierał książki do diabłach, demonach, pchłach i szczurach. W jego zbiorach znajdowała się taka rzadkość, jak Antologia literatury o pchłach. Było jeszcze kilka informacji, które zaciekawiły mnie. Co prawda gdzieś się już z nimi zetknąłem, ale umknęły mi. Przed lekturą "Literatów..." na pewno nie przypomniałbym sobie np. jaki kompleks miał Bolesław Leśmian (155 cm wzrostu).

Portret Tuwima autorstwa Witkacego [źródło]
Autor niestety popełnia poważny błąd rozdziale dziewiątym. Mylą mu się koligacje rodzinne rodziny Kossaków Anna Szatkowska była córką Zofii Kossak-Szczuckiej, a nie matką. Trudno też uznać za zasadne użycie słowa "zabieg" w przypadku zamordowania dziecka. Remigiusz Piotrowski posługuje się nim kilkukrotnie. Zabiegiem można nazwać, drogi autorze, usunięcie ósemek, a nie zabicie człowieka. Irena Krzywicka nie poddała się zabiegowi, ale wyraziła zgodę na morderstwo.

Nie mogę nic szczególnego zarzucić książce. Wydaje się poprawna pod względem merytorycznym. Być może potrafi nawet zaciekawić tematem czytelnika, który spotyka się z nim po raz pierwszy. Gdybym jednak wiedział, co mnie spotka to na pewno nie zdecydowałbym się na lekturę "Literatów...". Ot, takie czytadło. Jeśli nie ma się pod ręką nic lepszego to można po nie sięgnąć. Przykro mi tylko, że seria, która zapowiadała się tak dobrze ma tak marną kontynuację. Rozumiem, że wydawnictwo musi zarabiać, ale PWN to była sprawdzona marka. Teraz jest to zaś jedno z wydawnictw komercyjnych. Nie twierdzę oczywiście, że nie wydaje ono bardzo dobrych czy nawet wybitnych pozycji (wystarczy przypomnieć sobie "W ziemiańskim dworze", które sam czytałem kilkukrotnie i zamierzam przeczytać je po raz kolejny, bo to naprawdę zajmująca lektura). Niestety tego typu publikacje niegdyś były regułą, a dziś ukazują się na zasadzie wyjątku. Dokąd zmierzasz PWN-ie?

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

poniedziałek, 16 lutego 2015

"Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski" Maja i Jan Łozińscy

Stali czytelnicy bloga wiedzą zapewne, że uwielbiam książki dotyczące życia codziennego w XIX wieku i dwudziestoleciu międzywojennym. Do najnowszej publikacji Mai i Jana Łozińskich podszedłem więc z pozytywnym nastawieniem. Jedna z ich książek, "W ziemiańskim dworze", należy do grona moich ulubionych pozycji. Spodziewałem się więc kolejnej zajmującej opowieści o egzystencji w przedwojennej Polsce. Niestety zawiodłem się. "Ułanów, poetów, dżentelemenów" nie ratuje niemalże nic. Jedynym plusem jest piękna oprawa graficzna. Ale co komu z opakowania jeśli zawartość przynosi ogromny zawód?

Tytuł książki oraz blurb sugerują, że najnowsza książka pary historyków dotyczy zwykłych mężczyzn dwudziestolecia międzywojennego. Może z wyższych warstw, ale nie jedynie śmietanki towarzyskiej. Tymczasem o osobach, które nie pojawiały się na pierwszych stronach gazet w międzywojniu znajdziemy śladowe informacje. Autorzy skupiają się jedynie na najbardziej znanych przedstawicielach każdej z grup, którą opisują (a są to kolejno: kawalerzyści, poeci, gwiazdorzy i amanci, sportsmeni i dyplomaci). Właściwie książka powinna nosić tytuł "Słynni faceci w przedwojennej Polsce". Jeśli komuś znane są publikacje Sławomira Kopra (przy czym nie twierdzę, że jest to jakiś wyznacznik jakości) to zdecydowanie nie powinien sięgać po "Ułanów...". O najbardziej znanych mężczyznach w dwudziestoleciu miałem jakąkolwiek wiedzę. Liczyłem więc na przedstawienie świata zwykłych ziemian, przedsiębiorców, drobnych biznesmenów. Dobór tematyki zdecydowanie zaskoczył mnie negatywnie.

Mógłbym jeszcze przełknąć to, co serwują autorzy, gdyby zrobili to w odrobinę bardziej oryginalny sposób. Tymczasem większości anegdotek, które przytaczają nie przeczytałem do końca, bo już znałem zakończenie. Może nie rozumiem rynku księgarskiego, ale każda kolejna publikacja naukowa czy nawet popularnonaukowa (jak jest w tym przypadku) powinna dotyczyć tematu, który nie został jeszcze opracowany lub zrobiono to w niewystarczający sposób. Maja i Jan Łozińscy powtarzają to, co już opisano w niejednej książce. Nie wnoszą praktycznie nic twórczego. Zawodzi także warsztat. Każdy rozdział to zbiór luźnych opowieści o kilku wybitnych przedstawicielach. Brakuje wizji całości. "Ułani, poeci i dżentlemeni" pisani chyba byli na kolanie, na krótko przed terminem oddania rękopisu do wydawnictwa. Jako czytelnik odnoszę takie wrażenie. Ostatnio zapanowała moda na publikacje dotyczące przedwojennej Polski. Każdy więc, kto może pisze "cokolwiek" i wydaje. W końcu trzeba wykorzystać moment. Być może za kilka lat zainteresowanie tą tematyką spadnie i kto kupi tego typu pozycję? Tylko garstka zapaleńców zafascynowanych tym okresem. Na pewno będą oni w stanie docenić porządną publikację, ale nie zapewnią jej sukcesu finansowego...

Książki nie ratują nawet zdjęcia. Powtarzałem to już wielokrotnie w przypadku PWN i powtórzę jeszcze raz - dobieranie większości fotografii z Narodowego Archiwum Cyfrowego jest zwyczajnie nieprofesjonalne. Przecież w każdej chwili mogę wejść na stronę tej instytucji i odnaleźć interesujące mnie materiały. W pozycji książkowej powinny znaleźć się reprodukcje, do których przeciętnemu czytelnikowi trudniej dotrzeć.

Zdecydowanie nie polecam lektury "Ułanów, poetów, dżentelmenów". Osoby nie mające wcześniej styczności z tematyką życia codziennego w dwudziestoleciu międzywojennym, które jest niesamowicie zajmującym tematem, mogą się do niej szybko zniechęcić, bo książka nie zachwyca ani lekkością pióra, ani szczególnie ciekawym sposobem przedstawienia zebranego materiału. "Starzy wyjadacze", którzy siedzą od dłuższego czasu w temacie, będą kompletnie zawiedzeni. Lekturę zastąpi pobieżne przejrzenie tekstu w poszukiwaniu tego, czego jeszcze nie znają lub gdzieś im to umknęło, a znali to już z innej publikacji.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 15 lutego 2015

"Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna" Michał Kruszona

W skutek drugiej wojny światowej i nowego porządku będącego jej konsekwencją w gruzach legł nie tylko świat przedwojennych Żydów, wielokulturowe kresowe miasteczka i warstwa ziemiańska, ale starto w proch i pył (dosłownie) także cygańskie tabory przemierzające w międzywojniu ogromne połacie kraju oraz świat Hucułów. Pierwsza myśl, która może przyjść na wspomnienie o Hucułach to rasa koni. Tymczasem Huculi to grupy górali zamieszkujących w II Rzeczypospolitej pograniczne Polski i Rumunii. Stworzyli barwną kulturę, która odeszła z zapomnienie. Michał Kruszona przy pomocy starych fotografii i wieloletnich poszukiwań próbuje go przywrócić. Stworzył tajemniczą, pełną zagadek i ciekawostek opowieść, która przenosi czytelnika w świat, który odszedł bezpowrotnie.

Huculszczyzna była jedną z najbardziej niezwykłych krain przedwojennej Polski. Dość powiedzieć, że osoby, które stać było na dalekie podróże wybierały zamiast nich pobyt na pograniczu polsko-rumuńskim. Kultura huculska intrygowała i przyciągała łowców oryginalnych tradycji i niezwykłych ludzi. Nie trzeba było wyjeżdżać z kraju, żeby natknąć się na grupę przeniesioną w XX wiek niemal z innego świata.

Stara Hucułka [źródło]
Huculi zajmowali się przede wszystkim pasterstwem i myślistwem. Dorabiali ścinając drzewa w słynnych huculskich lasach, których zasoby wydawały się nieograniczone. Następnie spławiali je w dół rzeki. Była to praca trudna i niebezpieczna. Wielkie bele często taranowały bezbronnych ludzi stojących w wodzie. Zajęcie do najłatwiejszych nie należało, ale tak wyglądało życie Hucułów. Ciasne chaty i monotonne żywienie było dla nich codziennością. O głodzie jednak nic autor nie wspomina. Nie żyło się więc im tak źle. Może ich kultura materialna nie przedstawiała szczególnie wysokiego poziomu (niestety nie pozostało po niej niemalże nic), ale sfera wiary, zwyczajów, obyczajów i tradycji wyróżniała ich spośród innych grup etnicznych przedwojennej Polski i do dziś budzi zachwyt pomieszany ze zdumieniem.

O oryginalności mieszkańców niech świadczy fakt, że w styczniu 1919 roku ogłosili powstanie... Republiki Huculskiej. Kilkuset górali zebrało się, wymyśliło plan stworzenia własnego kraju, wybrało prezydenta i jakby nigdy nic ogłosiło powstanie nowego państwa. Nie trudno się domyślić, jaka była reakcja wojsk rumuńskich. Na szczęście do rozlewu krwi nie doszło. Huculi poddali się praktycznie bez walki. Przez kolejnych dwadzieścia lat nie snuli marzeń o niepodległości, ale zwyczajnie wrócili do wypasu bydła, hodowli koni i innych codziennych zajęć. Dwudziestolecie międzywojenne to czas ich świetności. Ich kultura osiąga apogeum. Nieźle powodzi się im także pod względem materialnym. W każdy wtorek zabierają wyprodukowane przez swoje rodziny sery i inne produkty i wyruszają na targ. Dlaczego we wtorek? W piątek, dzień śmierci Jezusa, nie wypada handlować. W niedzielę chrześcijanie nie mogą handlować. Odpada też poniedziałek, bo wioski są rozsiane na dużym terenie. Żeby zdążyć dotrzeć na poniedziałkowy poranek trzeba by wyjechać w niedzielę, a przecież to czas święty. Targ nie może też odbyć się w piątek, bo który Żyd się na nim pojawi? Mówi to wiele o kulturze przedwojennej Polski, która szanowała odmienne religie i tradycje. Przejawiało się to choćby w tak błahych sprawach, jak wybór dnia targowego.

Hucuł w podróży [źródło]
Po świecie Hucułów pozostały jedynie fotografie oraz pamięć o dawnej świetności, której fundamentem były osobliwe tradycje i zwyczaje. Im właśnie autor poświęca najwięcej miejsca. Mamy okazję przyjrzeć się pogrzebowi huculskiemu, krzyżom rozsianym po polach i dolinach oraz przebiegowi wesela. Poznamy "bohatera" nie mniej znanego w tamtych stronach od Janosika, który napadał bogatych górali i oddawał biednym. Zajrzymy do huculskiej sypialni i kipiącej kuchni. Będzie też okazja, żeby poobserwować życie starych Hucułek palących przed chatą fajki. Michał Kruszona proponuje podróż w czasie w tak oryginalne miejsce, że aż trudno uwierzyć, że istniało w naszym kraju.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

piątek, 13 lutego 2015

Wracam :)

Na reszcie mogę wrócić do w miarę regularnego blogowania. Posty nie będą już pojawiać się tak często, ale chciałbym zamieszczać minimum dwie recenzje miesięczne. Zwłaszcza, że pozycji, o których chciałbym napisać trochę nazbierało mi się. Do egzemplarzy recenzenckich doszły jeszcze książki z biblioteki. Pierwszego dnia po zakończeniu sesji wybrałem się do biblioteki, żeby wreszcie wypożyczyć to, co chcę (zamiast tego, co muszę). Wybrałem trzy pozycje:
  1. "Gdzie ten dom, gdzie ten świat" - wspaniały obraz życia w dworze w dwudziestoleciu wojennym. Autor opisuje kontakty dworu z wsią, położenie pracowników, sprawy wychowania dzieci czy ówczesnego szkolnictwa. Nie stroni od ciekawostek i anegdotek. Na razie przeczytałem połowę, ale już z czystym sumieniem mogę ją polecić.
  2. "Blondynka na Rio Negro" - nie polecam, ale i nie odradzam. Potrzebowałem czegoś lekkiego. Jeśli ktoś chce się oderwać od poważniejszych rzeczy to zachęcam do lektury. Łowców perełek książkowych przestrzegam przed sięganiem po jakąkolwiek pozycję podróżniczą Beaty Pawlikowskiej. Wrażenie jakie pozostawi po nas ta publikacja zależy od nastawienia czytelnika. Nie spodziewałem się niczego wybitnego, więc się nie zawiodłem.
  3. "Moje Bronowice, mój Kraków" - tej jeszcze nie zacząłem. Do lektury zachęcił mnie któryś z autorów zaprzyjaźnionych blogów. Chciałbym go wyróżnić i mu podziękować, ale niestety nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kto mi polecał tę pozycję. W każdym razie dziękuję!
Jeśli chodzi recenzje to następna będzie z pewnością opinią na temat książki "Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna".


 A przy okazji polecam piękne wykonanie "Stabat Mater":

niedziela, 1 lutego 2015

Może warto dziś pomyśleć o... Popielcu?

Dziś przypada Niedziela Siedemdziesiątnicy. Dokładnie za 10 tygodni będziemy świętować Niedzielę Zmartwychwstania. 70 dni dzielące nas od tego wydarzenia symbolizuje 70 lat niewoli babilońskiej. Gdyby nie zmiany w kalendarzu liturgicznym dzisiaj rozpoczynalibyśmy okres przedpościa. Pisałem o tym w tamtym roku. Nie będę więc się powtarzać. Polecam tylko ten wpis.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...