środa, 30 grudnia 2015

"Krzyżowcy" Zofia Kossak-Szczucka

Mimo że Zofia Kossak-Szczucka jest moją ulubioną pisarką skłamałbym, gdybym powiedział, że "Krzyżowcy" ujęli mnie od samego początku. Pierwsze spotkanie z monumentalnym dziełem (cztery tomy liczą łącznie prawie 1000 stron) nie poskutkowało odwzajemnioną miłością. Przeczytałem trzydzieści stron i oddałem książkę do biblioteki. Po skończonej lekturze cieszę się, że nie zniechęciłem się trwale i po raz drugi sięgnąłem po pierwszą część trylogii Kossak-Szczuckiej. Wszystkim potencjalnym czytelnikom zalecam uzbroić się cierpliwość. Początkowe rozdziały, przynajmniej w mojej ocenie, nie zapowiadają ani wartkiej akcji, ani tylu nieprzewidzianych zwrotów. Dość powiedzieć, że tytułowi krzyżowcy wyruszają na wyprawę dopiero w okolicach 160 strony. Warto jednak przebrnąć przez tę część.

Akcja powieści obejmuje lata 1093-1099. W pochód krzyżowców wpleciono wątek polskich rycerzy. Co prawda nie znamy szczegółów dotyczących udziału Polaków w pierwszej wyprawie krzyżowej, ale Zofia Kossak przywołuje wygłoszoną na synodzie w Clermont przemowę papieża Urbana II, który błogosławił także Polakom. Wyrusza w sumie kilkunastu Polaków, wraca tylko jeden - Imbram. Śmierć zebrała straszliwe żniwo wśród krzyżowców. Nie dość, że ginęli w drodze do Bizancjum, podczas trudnego oblężenia Nicei i Antiochii, w bitwach z Saracenami, to jeszcze w wyczerpującej wędrówce przez pustynię, z głodu, pragnienia i zarazy. 

Jeden rzut oka na mapę zmusza do zadumy nad zapałem zebranych w Clermont tłumów. Porwali się na wędrówkę na koniec ówczesnego świata! Jak wielka musiała być ich wiara. Motorem pierwszej krucjaty rzeczywiście było wyzwolenie Jeruzalem. Najpierw wyrusza krucjata ludowa. Zupełnie nieprzygotowana, niezaopatrzona należycie. Kończy się oczywiście sromotną klęską. Za nią wyrusza krucjata rycerska, która po niezliczonych trudach osiąga wreszcie cel - Ziemia Święta zostaje wyzwolona z muzułmańskich rąk. Myliliby się ci, którzy wierzyliby w nieustanne zapatrzenie krzyżowców w wyzwolenie Grobu Świętego. Pobożny zapał szybko ustąpił kłótniom (jedna z nich spowodowała bezczynny pobyt w Antiochii i opóźnienie dalszego marszu aż o rok), rozpuście na niesłychaną skalę, okrucieństwu i bezwzględności. Któryś z bohaterów dopiero patrząc wstecz na ostatnie lata spędzone w pochodzie zrozumiał co znaczy, że trudno człowiekowi być człowiekiem. Z krzyżowców wyszły najgorsze instynkty, gdy religijne uniesienie opadło. W posłowiu Zofia Kossak zastrzega, że i tak wygładziła wyobrażenie pierwszej krucjaty z racji, że nie ma w swoim usposobieniu skłonności do sadyzmu. Daje jednak do zrozumienia, że ze źródeł, z którymi zapoznała się wyłania się obraz pochodu, który wyrządził tyle zła, że sam książę ciemności nie powstydziłby się takiego zamętu. Według polskiej pisarki krucjata "była (...) splątanym kłębem cnoty i zbrodni, taranem krwawiącym, bluzgającym ropą grzechu - była straszliwym skrótem ogólnych dziejów ludzkości". 

Zdobycie Jerozolimy [źródło]

Nie ma jednak takiego zła, z którego nie można by wyprowadzić dobra, czemu dowodzi twórczość Kossak-Szczuckiej. Beatum scelus, błogosławiona wina, dotknęła także krzyżowców. Marsz rycerzy, którzy w drodze zapomnieli o moralności, na której opierała się cywilizacja, do której należeli, nieustanne kłótnie, nierząd, wielokrotne spychanie na dalszy tor celu wyprawy poskutkowały ostatecznie wyzwoleniem Jerozolimy na prawie dwieście lat. Umożliwiły wielu pielgrzymom dotarcie do grobu Chrystusa. Przyczyniły się do spadku napięcia w Europie Zachodniej, nawiązaniu wzmożonych kontaktów między Wschodem i Zachodem, do wymiany kulturalnej. Zachód został wzbogacony stojącą na wysokim poziomie nauką Wschodu.

Warto zwrócić uwagę nie tylko na wspaniałe pióro pisarki (po kilku pierwszych może nieco monotonnych rozdziałach akcja płynie wartko), ale i na wierność faktom historycznym. Zofia Kossak-Szczucka przez sześć lat studiowała źródła, monografie, szkice, mapy. Większość postaci pojawiających się w pierwszej części trylogii rzeczywiście istniała i brała udział w pierwszej wyprawie krzyżowej. Autorka starała się także oddać ówczesne realia i mentalność średniowiecznego człowieka, choć to ostatnie niezbyt jej wyszło. Mam wrażenie, że Kossak-Szczucka niewystarczająco zgłębiła epokę pod tym względem. Szkoda, że nie pokusiła się o odczarowanie "mroków średniowiecza".

Piotr z Amiens pokazuje krzyżowcom drogę do Jerozolimy [źródło]

Czytelnikiem podczas lektury targają emocje. Raz podziwia zapał i cnoty bohatera, by zaraz boleć na jego upadkiem. Raz cieszy się z wygranej bitwy, by chwilę później drżeń o postaci, które zdążył polubić. Ogarnia go złość gdy widzi poczynania przebiegłego kanonika (już nie będę wspominać, na jakie męki miałem ochotę go wydać podczas lektury), razi upór baronów, ogarnia zdumienie, gdy ci, którzy przed chwilą mordowali muzułmańskie kobiety i dzieci niebiorące udziału w wojnie, klęczą pobożnie przy Grobie Świętym. 

Jak połączyć w jedno religijny zapał i "krwawiący taran"? Jak żądze targające człowiekiem i słabości, które podlega przedstawić obok heroizmu? Kossak-Szczuckiej udaje się to doskonale. Bo dzieje ludzkości to historia wspaniałych czynów, ale i pasmo zła. Dobry pierwiastek miesza się ze złym. Trylogię Zofii Kossak-Szczuckiej cenię zdecydowanie bardziej niż trylogię Sienkiewicza. Na koniec ostrzeżenie - nie jest to czytadło to ciastka i herbaty. Będziecie patrzeć na bezlitosną rzeź Żydów, umierać z pragnienia na pustyni, zaciskać pięści na przebiegłość Greków. Łatwo nie będzie, ale jak już to wszystko przeżyjecie to zobaczycie owoc swojej wędrówki - Jeruzalem wyzwolone.


Ostatnio zaniedbałem ten skrawek mojego życia. Wstyd mi, bo nawet nie złożyłem czytelnikom życzeń przed świętami Bożego Narodzenia. W kolejnym roku postaram się częściej tutaj zaglądać. Może nawet podejmę się jakiegoś postanowienia noworocznego związanego z blogiem...

sobota, 10 października 2015

"Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość" ks. Jan Kaczkowski

Onkocelebryta. Tak sam o sobie mówi ks. Jan Kaczkowski. Znany z książki "Nie ma szału, jest rak" duchowny w rozmowie z Piotrem Żyłką dzieli się nie tylko doświadczeniami z choroby (spodziewałem się, że temat ten zdominuje wywiad, a tak nie jest), ale wiele mówi także o swojej drodze do Boga, powołaniu, pierwszych latach pracy. Jego oceny mogą zaskakiwać. Odważnie mówi o polskim Kościele, o wadach duchownych, jak i samej organizacji. W wielu kwestiach można się z nim nie zgadzać, ale trudno mu odmówić autentycznej troski o zbawienie powierzonych mu wiernych. Wspominałem już wielokrotnie, że wywiad-rzeka to forma, która kompletnie nie trafia do mnie. Unikam tego typu książek. W przypadku "Życia na pełnej petardzie" forma nie tylko mi nie przeszkadzała, ale nawet uatrakcyjniła lekturę. Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą zapewne, że nie polecam pozycji, co do których nie jestem przekonany. Nie podzielam wszystkich przekonań ks. Kaczkowskiego, ale ręczę, że w każdym po przeczytaniu tej książki coś zostanie przynajmniej na bardzo długi czas (nie chcę pisać "na zawsze", bo to wielkie sformułowanie).

Ks. Jan Kaczkowski pochodzi z niezbyt wierzącej rodziny. Jedynym świadkiem wiary była dla niego babcia, która cierpliwie tłumaczyła kolejne elementy mszy świętej np. dlaczego śpiewa się "sutanna na wysokości" (jak wówczas słyszał jej wnuk). Pierwsze zetknięcie z hierarchią kościelną nie było łatwe dla małego Jana. Jako ministrant zagapił się i nie podał na czas kropidła. Usłyszał wtedy od biskupa "chodź tu okularniczku". W seminarium duchowni robili mu wiele przeszkód. Sprawa jego święceń wisiała na włosku, także w powodu słabego wzroku. Wtedy jeden z duchownych żartobliwie zapytał: A pieniądze widzi! - Widzi! - To święcić!. Lista osiągnięć ks. Kaczkowskiego jest imponująca. Doktorat, studia podyplomowe z bioetyki, budowa hospicjum pw. św. Ojca Pio, praca w szkole, na uczelni, codzienna posługa duszpasterska i obowiązki kapelana.

Zdecydowanie po drodze mi z ks. Kaczkowskim jeśli chodzi o zamiłowanie do tradycji. Docenia on śpiew gregoriański, tradycyjne modlitwy, zwraca uwagę na bogatą symbolikę poszczególnych części stroju kapłańskiego, które dziś rzadko są używane. Uważa także, że kapłan powinien odebrać staranne wykształcenie humanistyczne, uczyć się poezji na pamięć, dużo czytać, słuchać radia.

W pierwszej części książki ks. Kaczkowski wspomniał, że wielu irytowało w seminarium, że codziennie czyta "Wyborczą" i co wieczór ogląda "Fakty". Nie twierdzę, że nie można odnieść żadnej korzyści korzystając z tych mediów, ale ksiądz katolicki powinien wyraźnie zaznaczyć, przynajmniej w odniesieniu do tego pierwszego medium, krytyczny komentarz. Ktoś nie tak dawno temu przeanalizował kolejne numery Gazety Wyborczej i wyszło, że w każdym numerze jest średnio 1,3 artykułu o tematyce antykościelnej. To takie dziwne, że w seminarium mogło razić czytanie takiego dziennika? Może dziwić także umieszczanie ks. Bonieckiego w gronie swoich autorytetów, a i nie każdy zgodzi się ze stwierdzeniem, że "prawicowość z kolei często oznacza zamknięcie się na świat". Nie wydaje mi się też, że zachowywanie niegdyś postu eucharystycznego od północy było "naleciałością ze średniowiecza". A co do postaci Jurka Owsiaka jestem bardziej krytyczny. Nie jest prawdą, że w jego fundacji nie ma żadnych nieprawidłowości o czym świadczą choćby przegrane procesy sądowe. Obecność na Przystanku Woodstock ks. Bonieckiego i ś.p. arcybiskupa Józefa Życińskiego, na których uwagę zwraca ks. Kaczkowski, nie potwierdza wartości inicjatywy.

Trzydzieści kilka lat i wyrok - glejak mózgu najgorszego typu. Duchowny usłyszał, że zostało mu sześć miesięcy życia. Żyje już jednak trzy lata i nie traci ducha. Dalej pełni swoje obowiązki duszpasterskie i opiekuje się hospicjum. To, co się dzieje z ks. Kaczkowskim uzmysławia jak błahe są nasze problemy, którymi się przejmujemy i które przesłaniają nam to, co dobre w naszym życiu.

czwartek, 27 sierpnia 2015

"Wiśniowy sad" Antoni Czechow

Ostatni napisany przed śmiercią dramat Czechow poświęcił rozkładowi warstwy ziemiańskiej. Akcja zaczyna się od przygotowań do powrotu po pięcioletnim pobycie w Paryżu dziedziczki Luby Raniewskiej i jej córki Ani. Powracające do ojczyzny kobiety czeka gorzki zawód - Gajewowi (brat Raniewskiej) nie udało się wyprowadzić na prostą majątku. Lada moment ma dojść do licytacji domu oraz wiśniowego sadu. Ten ostatni stanowi punkt zapalny. Wdowa Raniewska nie może się z nim rozstać i nie chce go poświęcić, aby odzyskać choć dwór. W każdym z czterech aktów los sadu jest wyraźnie uwypuklony. W pierwszym akcie rodzina dowiaduje się, że może dojść do jego sprzedaży, w drugim jest to tylko kwestią czasu, w akcie trzecim sad zostaje sprzedany, a w czwartym w ruch idą siekiery...

Do upadku majątku przyczyniła się zapewne rozrzutność Raniewskiej. Nie marnotrawi ona jednak pieniędzy na kosztowne stroje czy biżuterię. Ona po prostu nie potrafi odmówić proszącym o wsparcie ("Mamusia zawsze taka sama, nic się nie zmieniła. Gdyby jej tylko pozwolić, wszystko by rozdała"). Choć zdarza się jej żyć ponad stan. Mimo kłopotów finansowych nie rezygnuje z najdroższych restauracji w Paryżu i daje sute napiwki kelnerom. Na decyzje Raniewskiej próbuje wpływać sprytny kupiec Łopachin. Proponuje on parcelację sadu i sprzedaż działek letnikom. Patrzy on zupełnie pragmatycznie. Sad dla niego nie ma żadnej wartości poza użytkową. Wyraża o nim takie zdanie:
Godne uwagi w nim tylko to, że jest bardzo wielki. Wiśnie rodzą się raz na dwa lata, ale nie wiadomo, co z nimi zrobić, bo nikt ich nie chce kupować.
Raniewska widzi w nim dużo więcej:
Zdumiewający sad! Może białego kwiecia, a nad nim błękitne niebo.
Letniska, letnicy, przepraszam, ale w tym jest coś tak pospolitego.
Przecież tutaj się urodziłam, tu żyli moi rodzice, mój dziadek, kocham ten dom, bez sadu wiśniowego nie rozumiem sensu mojego istnienia i jeżeli już trzeba wszystko wyprzedać, to sprzedajcie i mnie razem z sadem...
Luba Raniewska mimo że jest nieco rozrzutna, nie potrafi trzeźwo ocenić sytuacji i podjąć jakiejkolwiek decyzji, a jedynie biernie czeka na rozwiązanie problemu, to w kontraście z Łopachinem wydaje się zdecydowanie pozytywną postacią. Potrafi ona docenić wartości wyższe. Kupiec zaś, uzależniony od pracy i pomnażania majątku, nie zwraca uwagi na nic, co nie przedstawia wartości materialnej. Wspominając o Łopachinie warto przywołać guwernantkę Szarlotę. Słowa określające jej położenie życiowe mówią zapewne nie tylko o jej samej:
A skąd pochodzę i kim jestem - nie wiem.
Stale sama, nikogo nie mam i nie wiadomo kim jestem i po co żyję.
Ilu dziś jest w podobnej sytuacji? Ile nie wie, kim jest i po co żyje?

Tytuł obdarzono dopiskiem "Komedia w czterech aktach". Słowo "komedia" zostało zapewne dopisane przez Czechowa z przekorą. Utwór w istocie jest dramatyczny. Do śmiechu pobudziły mnie zaledwie trzy fragmenty. 
Prawdę powiedziawszy, to i ja taki sam idiota i bałwan. Nie chciałem się uczyć. 
Hej muzykanci, grajcie, chcę was słuchać! Chodźcie wszyscy zobaczyć, jak Jermołaj Łopachin huknie toporem po sadzie wiśniowym, jak padną drzewa na ziemię!
Tu idzie nowy dziedzic, właściciel wiśniowego sadu!
I taki człowiek przejmuje wiśniowy sad.  Z dramatu płynie dość gorzka lekcja - wpływ na świat przestają mieć ludzi uczeni, ceniący wyższe wartości, a zaczyna się liczyć jedynie przebiegłość. Niestety z ówczesną rosyjską inteligencją, według Czechowa, nie jest lepiej:
Ogromna większość tej inteligencji, którą znam, niczego nie szuka, nic nie robi i nawet nie jest zdolna do żadnej pracy. Sama siebie nazywa inteligencją, do służby mówi "ty", z chłopem obchodzi się jak z bydłem, uczy się licho, nic poważnego nie czyta, absolutnie nic nie robi, o nauce tylko gada, na sztuce się nie zna.
Zastanawia postać niemogącego skończyć studiów (być może trochę z lenistwa) Trofimowa. Mimo że nie ukończył edukacji ma świadomość wyższych celów w życiu, próbuje wysnuwać daleko posunięte wnioski. Sprawia wrażenie, że trochę gardzi tym światem. W rozmowie z Raniewską wykrzykuje: "Nie chcę być pięknym!". Chęć bycia pięknym i podobania się drugiemu człowiekowi nie jest niczym nagannym. Może więc Trofimow nie chcę się podobać, bo uważa, że nie ma nikogo ważnego dla niego w pobliżu, może nie uznaje opinii swojego otoczenia za przedstawiającą jakąkolwiek wartość?

Mądrością życiową zaskakuje Ania, która nie poddaje się rozgoryczeniu i melancholii po stracie sadu jak jej matka:
Wiśniowy sad sprzedany... nie ma go... ale ty nie płacz, mamo, jeszcze mamy nowe życie w jasnej przyszłości, została nam twoja dobra, czysta dusza - to przecież większy skarb. Chodź ze mną, chodźmy stąd. Założymy nowy sad, ładniejszy od tego, zobaczysz, zrozumiesz... i radość... spokojna, głęboka radość wstąpi na twoją duszę, jak słońce wieczorem i uśmiechniesz się, mamo! Chodź kochana chodź!
Drugim postacią w wyraźny sposób przejawiającą pozytywne cechy w dramacie jest już wspomniany przedstawiciel młodego pokolenia - Trofimow. Z godnością nie poddaje się on wpływowemu Łopachina:
Zostaw, zostaw... gdybyś mi dał nawet 200 tysięcy, nie wezmę. Jestem wolnym człowiekiem. To wszystko, co wy, bogacze i nędzarze, cenicie bardzo wysoko, nade mną nie ma żadnej władzy, jak ten puch, co się unosi w powietrzu. Mogę się obejść bez was, mogę przejść obok was, silny jestem, dumny jestem. Ludzkość dąży do wyższej prawdy, do najwyższego szczęścia, jakie tylko jest możliwe na ziemi i ja idę w pierwszych szeregach!
Ujęły mnie słowa Ani z ostatniego aktu:
Będziemy czytały razem książki... prawda? Będziemy czytały całymi wieczorami w jesieni, przeczytamy dużo książek i otworzy się przed nami prześliczny nowy świat.
Dom przejęty, topory stukają po drzewach, wiekowe wiśnie padają na ziemię, przebiegły Łopachin tryumfuje, ale nie wszystko stracone. Młode pokolenie nie poddało się marazmowi. Wystarczy przecież dostać się do biblioteki i zaraz zarysuje się przed nimi nowe życie.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

W muzeum Kraszewskiego w podlaskim Romanowie


Tytuł wpisu jest nieco mylący. Rzeczywiście odwiedziłem przedwczoraj Romanów, ale nie udało mi się wejść do muzeum. Niestety było zamknięte. Mimo to nie żałuję, że zajrzałem do tego miejsca.

Aby trafić do Romanowa należy zjechać w prawo z trasy Radzyń Podlaski - Sławatycze. Do siedziby Kraszewskich prowadzi przerzucony przez fosę (dziś nie ma w niej wody) most z drewnianą balustradą, zakończony bramą z 1870 roku. Park otwierany jest codziennie o 8, a zamykany o zmierzchu. Otacza on dwór, w którym wychowywał się Ignacy Józef Kraszewski (do piętnastego roku życia przebywał z dziadkami). Budynek postawiono na początku XIX wieku w stylu klasycystycznym. Przez lata zamieszkiwał w nim jeden z najpłodniejszych polskich autorów. Romanów opuścił w 1827 roku, ale później powracał do niego jako gość.

Choć los daleko mnie odpędził, serce moje tam zostało i chodzi po starej ścieżce od domu do kaplicy, od kaplicy do oficyn i po szumiącej alei jodłowej. Nie widzicie go tam, ale jakże często z piersi mi ucieka i włóczy się koło Was.
Książka jubileuszowa dla uczczenia pięćdziesięcioletniej działalności literackiej J. I. Kraszewskiego, Warszawa 1880, s. 39.

Każdy szum drzew przypomina mi romanowskie jodły, każdy klekocący bocian tamtejszych bocianów, i myślę,  patrząc na lecącego: może on rodem stamtąd? Każda cicha olcha przywodzi mi na myśl stare nad kanałami rosnące. Mój Boże! Wszystko minęło, wszystko minęło; ludzie poszli do niebios, czas mignął i nie wróci: jam postarzał!
Szkoła bialska i czteroletni w niej pobyt J. I. Kraszewskiego (1822-1826). Wspomnienie kolegi szkolnego napisał Jan Gloger, Biała Podlaska 1928, s. 21.


Przed dworkiem typowy element polskich dworków - gazon. Szkoda, że nieobsadzony roślinami.


Ciekawe, ilu ważnych gości wożono bryczką ustawioną w pobliżu gazonu...


Obok dworku biegnie ścieżka prowadząca do parku, w którym na szczególną uwagę zasługuje włoski, kwaterowy układ. Poszczególne kwatery oddzielają szpalery grabowe.


Brak nasadzeń przed frontem rekompensują rabaty z drugiej strony budynku.


Strudzeni spacerem po alejach parkowych mogą przysiąść się do pana Kraszewskiego.


W lewej części parku znajduje się kaplica w kształcie rotundy, w której co niedzielę (przynajmniej w okresie letnim) odprawiana jest msza dla mieszkańców. Ławki umieszczono pod chmurką.



Korzystałem z informacji zamieszczonych na stronie www.muzuemkraszewskiego.pl 
Zdjęcia są mojego autorstwa.

poniedziałek, 27 lipca 2015

"Bez oręża" Zofia Kossak - Szczucka

Wraz z każdą kolejną przeczytaną książką Zofii Kossak - Szczuckiej moja ocena jej jako pisarki wzrasta. Z biografii Joanny Jurgały - Jureczki poznałem ją jako niezłomną, bohaterską, wierną swoim zasadom Polkę i gorliwą katoliczkę. Później przyszedł czas na zetknięcie się z twórczością stryjecznej siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. "Błogosławiona wina" ujęła mnie. Bardzo szybko zaliczyłem tę pozycję do grona moich ulubionych książek. Tak się dziwnie składa, że zarówno w "Błogosławionej winie", jak i w "Bez oręża" odnajduję wątki wprost odnoszące się do mojego życia. Tytułowa błogosławiona wina (zastanawiam się, czy autorka nie nawiązywała w tytule do Exultetu, w którym to znajduje się taki fragment:  O, zaiste konieczny był grzech Adama, który został zgładzony śmiercią Chrystusa! O, szczęśliwa wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel!) przydarzyła mi się kilka miesięcy temu. W wyjątkowo trudnej sytuacji, w której znaleźli się dwaj bohaterzy "Bez oręża" teraz odnajduję siebie i kogoś mi bliskiego. 

"Bez oręża" to powieść historyczna będąca częścią trylogii, której akcję umieszczono w czasach wypraw krzyżowych. Dwa pozostałe tomy to "Krzyżowcy" i "Król trędowaty". Wszystkie te pozycje bez obaw można czytać w dowolnej kolejności. "Bez oręża" bazuje na nieszczęśliwej w skutkach krucjacie dziecięcej (1212) oraz V wyprawie krzyżowej (1217-1221) skierowanej przeciwko muzułmańskiemu Egiptowi. Warto przy tej okazji zastanowić się nad ruchem krucjatowym. Niekiedy bywa on przytaczany jako przykład zaborczości Kościoła i splamienia się krwią przez chrześcijan. Tymczasem zjawisko to można uznać za akt miłosierdzia wobec tych wszystkich, którym muzułmanie tak bardzo utrudniali pielgrzymowanie do Ziemi Świętej i wobec tych, którzy tam mieszkali, a nie wyznawali mahometańskiej wiary (przy czym nie twierdzę, że nie było innych przyczyn podjęcia wypraw przeciwko półksiężycowi).

Zofia Kossak-Szczucka w 1933 roku [źródło].
Główną postacią jest Jan de Brienne - możny rycerz nieszczęśliwie zakochany w zamężnej Blance. Przeciwny mu król francuski sugeruje papieżowi obwołanie de Brienne królem jerozolimskim, aby uniemożliwić mu spotkania z grabiną Szampanii. Ojciec święty przystaje na tę propozycję, wierząc w umiejętności dowódcze i męstwo Jana. W tym miejscu muszę dodać, że zastanawia mnie, na ile wierny prawdzie jest portret Innocentego III, którego Kossak-Szczucka ukazała jako rzeczywiście zatroskanego wyzwoleniem grobu Chrystusa, pobożnego, mającego na celu jedynie dobro Kościoła pasterza. "Bez oręża" skłoniło mnie to zapoznania się z tym pontyfikatem. 

De Brienne w czasie wyprawy krzyżowej doznaje przemiany. Pewien wpływ miał na pewno nieszczęśliwy koniec ataku na Egipt, spowodowany jego opieszałością. Nie starał się on u nowego papieża o przydzielenie mu dowództwa, w efekcie czego otrzymał je zadufany w sobie, niesłuchający nikogo i niemający pojęcia o orężu kardynał Pelagiusz. Jan w czasie choroby purpurata zastępuje go w dowodzeniu. Cały czas ma świadomość, że winien jest nie legat papieski, ale on sam. Zamiast skontaktować się z papieżem wolał wymykać się na nocne spacery z Blanką. Na tym tle Kossak Szczucka ukazała postać św. Franciszka oraz początki założonego przez niego zgromadzenia. To właśnie przykład zakonnika postulującego całkowite ubóstwo dla braci skłonił de Brienne do przemiany. Wydaje mi się, że kluczowy jest ten dialog z grabinią:
- Mieliśmy prawo tak uczynić - zapewniła.
 - Ja też dawniej w to wierzyłem. Prawo! Dziś sądzę, że takie prawo nie istnieje. Jest tylko jedno prawo: Boże Twarde prawo.
[Z. Kossak-Szczucka, Bez oręża, Warszawa 1957, s. 423]
Król jerozolimski dochodzi do wniosku, że wbrew pieśniom snujących się po zachodniej Europie trubadurów miłość nie rozgrzesza wszystkiego i trzeba czasami umieć z niej zrezygnować dla innego, większego dobra.
- Miłuję cię, jeno inaczej. Jakżebym cię nie miłował? Jesteś jedynym człowiekiem, z którym mogę mówić szczerze. Jedynym moim przyjacielem. Zrośliśmy się w jedno. Gdy odjedziesz, zostanę przeraźliwie sam.  Jednakże mówię ci: wróć! Tak trzeba.
[s. 425] 
Dwutomowa powieść Zofii Kossak-Szczuckiej zawiera oczywiście więcej wątków. Nakreśliłem tylko ten najważniejszy.  Zachęcam do lektury "Bez oręża" nie tylko pasjonatów historii, gdyż książka naprawdę wciąga. Poza tym nie jest to pusta literatura, która nic nie zostawia po sobie w duszy czytelnika. Ja dla siebie wyłuskałem te dwa cytaty. Dzięki tej pozycji inaczej spojrzałem na pewną frapującą mnie kwestię i utwierdziłem się w moralności, której jak mi się wydawało zawsze hołdowałem. Bez przesady mogę stwierdzić, że "Bez oręża" ukształtowała moje postępowanie w pewnej sprawie. Jeśli więc zmieniła moje życie to czy można więcej oczekiwać od książki? Zofia Kossak - Szczucka jako gorliwa katoliczka odniosła kolejne pośmiertne zwycięstwo - wyprostowała mnie moralnie, gdy zacząłem się podłamywać. Jednej rzeczy tylko Zofia Kossak nie wyjaśniła w "Bez oręża". Bez odpowiedzi pozostaje pytanie postawione przez Jana de Brienne, jak odnajdywać na co dzień radość z wypełniania twardego, Bożego prawa, gdy serce rwie się ku czemuś przeciwnemu...

piątek, 17 lipca 2015

"Opowieści wigilijne" Charles Dickens

Wydaje się, że może pora roku nie sprzyja lekturze prezentowanej dzisiaj przeze mnie książki, ale przecież "Opowieści wigilijne" traktują o czynieniu dobra i dawaniu siebie innym, a na to zawsze jest czas, prawda? Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Zysk i S-ka podjęło się opublikowania klasyki literatury w bardziej ekskluzywnej wersji. Najnowsze wydanie zachwyca staranną oprawą graficzną. Jakże się ono różni od tego, które czytałem, gdy opowieść Dickensa była lekturą szkolną. Twarda okładka fakturą przypominająca płótno, obwoluta i dziesiątki lustracji dodają uroku zebranym dwóm dziełom angielskiego pisarza: Kolędzie prozą czyli bożonarodzeniowej opowieści o duchach oraz Nawiedzonemu czyli paktowi z duchem. Skupię się na drugiej części zbioru, gdyż "Kolędę..." wszyscy czytelnicy zapewne doskonale znają.

"Nawiedzony..." to z pewnością mniej znane opowiadanie Dickensa. Głównym bohaterem jest Redlow - samotny profesor chemii tęskniący za zmarłą przedwcześnie siostrą. Uczucie rozżalenia i pustki doprowadza go do myśli, że wspomnienia przynoszą mu tylko ból, a zatem nie warto ich pielęgnować, najlepsze zaś co może się mu przydarzyć to zapomnienie o wszystkim. Z pomocą przychodzi duch proponujący z pozoru kojące rozwiązanie - Redlow zapomni wszelkie smutki i krzywdy, których doznał. Pozostanie mu jedynie wiedza. Naukowiec nie wziął po uwagę tego, że z jego pamięci zostaną wymazane także szczęśliwie chwile, a wraz z tym zanikną u niego współczucie, troska o drugiego człowieka oraz wrażliwość na biedę, choroby i nieszczęście. Propozycja ducha została obwarowana jednym zastrzeżeniem - Redlow otrzymany dar będzie przekazywał każdemu, z kim się zetknie. Doprowadza to do tego, że znieczulica dopada kolejne kręgi bliskich profesorowi osób. Małżeństwa zaczynają się kłócić, rodzice zauważają jedynie troski związane z wychowaniem dzieci, a rodzeństwa przestają okazywać sobie czułość. Złowrogo w duszy Redlowa powtarzają się słowa zjawy: Dar ode mnie otrzymany będziesz dalej przekazywać, gdziekolwiek się udasz. Życie dla niego staje się jeszcze trudniejsze. Zmiana, która się w nim dokonała, tłoczne ulice zamieniała w pustynię, pustynią czyniła jego samego, a z tłumu ludzi wokół, tak wielorakich w swych nawykach i sposobach życia, czyniła wielki bezmiar piasku, wiatrem miotającego w bezsensowne wydmy, nieustannie zmieniające swój kształt i mieszające się ze sobą.

Na szczęście bohater nie został doszczętnie zepsuty przez działania przybysza z innego świata. Widzi on, jak za jego przyczyną w otoczeniu zaczyna się szerzyć zło. Upragniony dar staje się darem niechcianym. Odtąd Redlow próbuje pozbyć się go. Z pomocą przychodzi emanująca dobrem Milly, której przekleństwo ducha nie dosięga. Przy okazaniu odrobiny dobrej woli ze strony widma (wydaje mi się, że od początku było ono pozytywnie nastawione do profesora, a jego działania zmierzały ku jednemu celowi: uświadomieniu naukowcowi, że wspomnienia, nawet te bolesne, kształtują go jako człowieka i nie można się  od nich odciąć bez utraty części siebie). Ostatecznie wszystko kończy się wigilijną wieczerzą. Redlaw kieruje zaś do Pana te słowa: Wybacz mi, Panie na wysokościach (...) że odrzuciłem jeden z Twych najwspanialszych atrybutów! Atrybutem tym jest pamięć o wyrządzonym nam złu, która pozwala nam wybaczać.

Podczas lektury "Opowieści wigilijnych" cały czas przypominała mi się definicja dobrej literatury autorstwa Zofii Kossak-Szczuckiej: Dobra literatura to ta, która ukazuje nieskończoność i wielkość wszechświata, sens życia, celowość życia, która pobudza do walki ze złem, do przeciwstawiania się złu, która głosi wiarę w zwycięstwo dobra, żąda heroicznej, aktywnej postawy. Opowiadania Dickensa wlewają w serce nadzieję, zachęcają do odkrywania pełni człowieczeństwa poprzez poświęcenie się drugiemu człowiekowi oraz uczą, czym jest bezinteresowność i zmuszają do zadania sobie pytania, czy to ona nie sytuuje nas jako ludzi (właściwie tylko człowiek jest zdolny do czynów absolutnie bezinteresownych).

Okładka imitująca płócienną.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 14 lipca 2015

"Księga Mądrości Przedwiecznej" Henryk Suzo

Pod imieniem Frater Amandus nadanym przez Mądrość Przedwieczną, rozumianą nie tylko jako starotestamentalną mądrość, ale i samego Chrystusa, poznajemy bł. Henryka Suzo, ucznia Mistrza Eckharta i jednego z przedstawicieli mistyki nadreńskiej. Urodził się on pod koniec XIII wieku w Konstancji położonej nad malowniczym Jeziorem Bodeńskim. Miejsce, gdzie spędził pierwsze lata życia jest istotne, ponieważ ukształtowało go jako człowieka. Otaczające piękno wywarło na niego duży wpływ, widoczny w sformułowaniach, którymi się posługuje. W przemijającym i nietrwałym pięknie rzeczy stworzonych widział namiastkę doskonałego i nieprzemijającego piękna Boga. Kwiatami szczególnie skłaniającymi go do rozmyślań były róże. "Księga Mądrości Przedwiecznej" jest pełna odniesień do nich, zwłaszcza gdy Suzo zwraca się do Maryi. I tak Jej oblicze nazywa różanym, a maryjny tron otaczają kwitnące róże i lilie.

We wszystkich trzech częściach dzieła Suzona znajdujemy kwietne porównania:
Otwórz więc, gałązko zbawienia, szczepie majowy, krzaku kwitnący czerwonymi różami, otwórz swe ramiona, szeroko rozpostrzyj kwitnące gałązki Twojej Boskiej natury i Twojej natury ludzkiej! [s. 79]
Patrz, jestem tak rozkosznie przystrojona [Mądrość Przedwieczna] w szatę świetlistą, jestem tak wdzięcznie otoczona świeżymi. pełnymi kwiatami o tysiącznych barwach, purpurowymi różami, perłowymi liliami, pięknymi fiołkami i wszystkimi innymi rodzajami kwiatów, że najcudniejsze kwiecie majowe, ziela wszystkich zatopionych światłem błoni i delikatne kwiaty najbujniejszych łanów, w porównaniu z Moim urokiem są jak pospolity oset. [s. 87]
Jeśli Mnie otrzymałeś, wejdź w siebie samego, ucz się rozróżniać różę od cierni i znajdywać kwiaty w trawie. [96]
Róże i kwiaty symbolizują pociechy Boskie, ciernie i trawa - ludzkie. 
Przyodziewa [cierpienie] duszę szatą szkarłatną i purpurową, za wieniec ma ona czerwone róże, za berło - zielone palmy. [s. 115]
Oblubienico Boga (...) - to Ty, która pięknością przewyższasz purpurę róż i wszystkie lilie (...). [s. 129]
Panie, jak delikatna róża otwiera się na światło jasnego słońca, tak serce moje otwiera się, by przyjąć Ciebie. [s. 138-139]
Dusza, która pragnie Mnie kosztować wewnętrznie i słodko się Mną rozkoszować w skrytej komnacie życia oddalonego od świata, powinna się (...) przystroić czerwonymi różami gorącej miłości, okryć pięknymi fiołkami pokornego uniżenia i białymi liliami prawdziwej czystości. [s. 163]
W jak wielkim, niestety, trwałem dotychczas zaślepieniu! Zrywałem czerwone róże, a nie czułem ich woni. Chodziłem pośród pięknych kwiatów, a nie widziałem ich. Byłem jak sucha gałąź, zanurzona w ciepłej rosie majowej. [s. 163]
Mądrość Przedwieczna: Przychodź często do tego pięknego ogrodu rozkoszy, w którym kwitnie Moja chwała. [s. 179]

Przykładów może aż nadto, ale nie mogłem się powstrzymać przed przytoczeniem ich. Podejście Henryka Suzo do przyrody doskonale podsumowuje ten fragment:
Przebiegam w myśli niebo i ziemię, wszechświat i otchłań, lasy i pola, góry i doliny: wszystkie razem rozbrzmiewają one w moich uszach potężną symfonią Twojej chwały. [s. 171]
Jako że mamy sprzyjającą wędrówkom porę roku to może warto przyjrzeć się temu, co nas otacza, a czego nie stworzyła ręka ludzka? Może tak jak Henryk Suzo zobaczymy dzięki temu rękę, która to piękno stworzyła?



Wpływ na religijność Henryka miała jego matka, która szczególnie upodobała sobie nabożeństwa ku czci Męki Pańskiej. Jest to jedna z przyczyn, dla której Suzo aż tak poświęcił się rozważaniu tej sfery życia Chrystusa. Jako trzynastolatek wstąpił do zakonu dominikanów. Ponad dwie dekady jego życia wypełniają posty i pobożne umartwienia, których kres wyznacza ukończenie czterdziestu lat. Wtedy to zaczął w pełni realizować charyzmat dominikański - dzielenie się owocami kontemplacji. Terenem swojej działalności objął dzisiejszą północną Szwajcarię, Szwabię, Alzację, i dolinę Renu aż po Akwizgran. Wszędzie podróżował pieszo (ustawy zakonne zabraniały posługiwania się koniem).

Portret Suzo zamieszczony w książce.
"Księga Mądrości Przedwiecznej" to jedyne dzieło Suzo napisane w języku niemieckim, co do którego autorstwa badacze nie zgłaszają wątpliwości. Tytułowa "Mądrość Przedwieczna" to sam Jezus Chrystus. Autor dokonuje zręcznego przejścia od Mądrości znanej ze starotestamentalnych ksiąg do osoby Jezusa. Rodzaj żeński przechodzi w męski, przez co starotestamentalna Mądrość zasiadająca na tronie utożsamiona jest z Synem Bożym. Dzięki łasce Bożej Henryk mógł oczyma duszy ujrzeć Mądrość taką, jaką przedstawia Stary Testament - w obłokach, siedząca na tronie z kości słoniowej, promieniejąca chwałą, z koroną wieczności na głowie. Wpływ na jej postrzeganie wywarła nie tylko niezwykła wrażliwość na piękno, ale i wzorce średniowiecznej Europy. Idąc za przykładem rycerzy, Henryk uważał Mądrość Przedwieczną za swoją wybrankę, Panią swojego serca, a siebie za trubadura i kochającego sługę.

Dzieło składa się z trzech części. Przyjmuje ono formę dialogu Mądrości Przedwiecznej ze Sługą. Jego celem jest prowadzenie dusz do szczytów zjednoczenia z Bogiem. Co istotne, było skierowane nie tylko do wykształconych władających łaciną, ale do szerokich mas wiernych. Główny temat to Męka Pańska i rozmyślanie o niej. Wokół niego zgrupowane są pozostałe tematy. Kluczowe pojęcie to "Gelassenheit" tłumaczone jako "wyrzeczenie", "zaparcie się", "rezygnację", "zdanie się", "zaufanie", "zawierzenie". Związane z nim było cierpienie, w którym Suzo widział towarzysza codzienności.

"Księga Mądrości Przedwiecznej" wyczula na problem bólu, skłania do zastanowienia nad celowością rzeczy, którym poświęcamy swój czas i zachęca do odkrywania w pięknie świata samego Boga. Henryk Suzo porusza także takie kwestie jak konieczność męki Jezusa dla zbawienia człowieka, niepojętą obecność Chrystusa w Eucharystii, wyrzeczenie się pożądania, nieustanną opiekę Boga nad człowiekiem czy sprawiedliwość Bożą. Ciekawie tłumaczy przeplatające się w życiu okresy smutku i radości. Dochodzi do tzw. gry Bożej miłości, która polega na przemiennym doświadczaniu słodyczy miłości i obecności Bożej oraz goryczy ich braku. Celem jest wzrost miłości w duszy. Mądrość Przedwieczna stwierdza, że dopiero gdy Miłość odchodzi od miłości, czuje ona, jak bardzo Miłość była godna miłości. Pojawia się motyw wygnania i traktowania życia jako wędrówki obcego przybysza do swojej ojczyzny. Swoim pięknem uderza widzenie nieba udzielone Henrykowi.

Mam nadzieję, że wiernie przedstawiłem "Księgę Mądrości Przedwiecznej" i nie pomyliłem się w żadnym z cytatów. Henryk Suzo obwarował bowiem swoje dzieło mrożącą krew w żyłach przestrogą:



Wszystkie cytaty pochodzą z: H. Suzo, Księga Mądrości Przedwiecznej, Poznań 1983. Jak dotąd wydanie wydawnictwa "W drodze" było jedynym, które ukazało się w języku polskim. Próżno więc szukać dzieła na księgarskich półkach. Pozostają antykwariaty (tak było w moim przypadku) i biblioteki.
Zdjęcia róż zostały wykonane w moim ogrodzie.

piątek, 10 lipca 2015

"Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski

Sobotni spacer po Gdyni zaowocował spotkaniem z Wojciechem Cejrowskim. Udało mi się zrobić z nim zdjęcie (oczywiście musiałem za to odmówić "Ojcze nasz" w intencji autora) oraz dostać autograf. "Podróżnika WC" już niegdyś czytałem. Wydanie z roku 2010 różni się jednak znacząco od tego z lat 90. W oczy rzuca się przede wszystkim staranna oprawa. Miękką, broszurową okładkę z pierwszego wydania zastąpiono twardą z grafiką z serii "Biblioteka Poznaj Świat". Dodano sporo bardzo dobrej jakości zdjęć (nie kojarzę, czy w pierwszym wydaniu były jakiekolwiek). Całość wydrukowano na papierze kredowym. "Podróżnik WC", w przeciwieństwie do kolejnych książek Wojciecha Cejrowskiego "Gringo wśród dzikich plemion" i "Rio Anacondy", nie jest zapisem jednej wyprawy, ale zbiorem wspomnień z kilkunastu lat podróżowania.

Zmiany w stosunku do pierwszego wydania nie są widocznie jedynie w oprawie graficznej, ale także w samym tekście. Pamiętam, że już wydanie z lat 90. bardzo dobrze się czytało. Wszystkie rozdziały zostały jednak przez autora przejrzane i poprawione. Zmienił się przede wszystkim sposób relacjonowania wypraw do dżungli amazońskiej. Wcześniej Wojciech Cejrowski zwracał uwagę czytelnika głównie ku niedogodnościom podróży, jadowitym wężom i pająkom, tropikalnym chorobom i wszelkim innym przeciwnościom. W pewnym momencie można było się zapytać, po co szanowny autor właściwie ciągle powraca do Amazonii, skoro miejsce to jest takie straszne. Po latach autor zreflektował się. Taką opinię wyraził przed pięciu laty: Odparzenia zdarzają się w czasie każdej pielgrzymki do Częstochowy, ale nie interesują nas, gdy ktoś nam o pielgrzymce opowiada, prawda? Podobnie nieinteresujące wydają mi się opisy odparzeń czy skaleczeń z egzotycznej wyprawy do Amazonii (W. Cejrowski, Podróżnik WC, Pelplin 2010, s. 80). Nowe wydanie zdecydowanie zachęca do podróży i to w specyficznym stylu: bez przygotowania, bez towarzyszy, z bardzo ograniczonym bagażem i bez martwienia się z powodu słabej znajomości czy wręcz całkowitej nieznajomości języków obcych.

Moja zdobycz.
Okładka pierwszego wydania.

Wydanie "Podróżnika WC" jest właściwie nie tyle swobodną decyzją autora, lecz jak sam pisze obowiązkiem. Wielokrotnie w wywiadach Cejrowski podkreślał, że jeśli potrafi zrobić dobry program to po prostu musi nagrywać kolejne odcinki. Podobnie podchodzi do literatury. Jako że sam stoję przed rozpoznaniem mojego powołania życiowego uderzył mnie ten fragment:
 -Poznaję ten głos. Występujesz w radiu, prawda? - usłyszałem w konfesjonale w czasie spowiedzi. - Bardzo pięknie opowiadasz i byłoby grzechem zaprzepaścić ten dar. On nie należy do ciebie. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Ten dar nie powinien zostać zakopany. W ramach pokuty proszę sobie przeczytać i przemyśleć przypowieść o talentach.
Przeczytałem. Przemyślałem. I dlatego teraz czytają Państwo moje książki (s. 84).
Ze szczególnym zainteresowaniem czytałem podrozdział poświęcony Niemcom. Tak się składa, że dzień przed przeczytaniem go byłem w Katedrze Oliwskiej. Przede mną siedziała grupka niemieckich turystów. Nie kojarzę bardziej hałaśliwej grupy. Obecność w Domu Bożym najwyraźniej nie budziła w nich żadnych wyższych uczuć. Fragmenty "Podróżnika WC" z pierwszego wydania poświęcone tej nacji przyjmowałem raczej z rozbawieniem. Wydawało mi się, że Wojciech Cejrowski jest uprzedzony do naszych zachodnich sąsiadów. Dziś muszę mu przyznać trochę racji (a może całą?). 
Żeby oni łaskawie zechcieli pamiętać, co uczynili światu w czasie dwóch wojen, to być może usiedliby cicho, jak myszy pod miotłą, ale nie, oni wszędzie muszą szwargotać na cały regulator (s. 225).
Dosłownie wszędzie. Nawet w katedrze...

Nie lubię pustych książek, które nic nie wnoszą do mojego życia, a jednocześnie potrzebuję od czasu do czasu czegoś lżejszego, co można poczytać do poduszki, co można poczytać w pociągu, co pozwoli pośmiać się i wciągnie w inny świat. Wszystkie te warunki spełnia "Podróżnik WC". Różnie można patrzeć na osobę autora, ale nie można zaprzeczyć, że jest on obdarzony lekkim piórem. "Podróżnik WC" to książka z rodzaju tych, które się "połyka". Autor zapewne obraził by się za to porównanie, ale zaryzykuję. "Podróżnik WC" jest taki, jaka miała być w założeniu socjalistyczna szkoła: uczy, bawi, wychowuje.


Za książkę dziękuję mojemu Przyjacielowi.

wtorek, 30 czerwca 2015

"Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności" Gabriele Kuby

 "Rozpusta rodzi ślepotę umysłu" (Suma teologiczna św. Tomasz z Akwinu)

Zmiany w obyczajowości dokonują się na naszych oczach. Teoretycznie nic już nie powinno nas dziwić. Czym innym jest jednak przyglądanie się pojedynczym przemianom, a czym innym zauważenie całej tendencji od samych korzeni po czasy najnowsze. Gabriele Cuby przedstawiła założenia rewolucji seksualnej począwszy od jej ojców (tutaj m.in. Marks, Engels i Freud), poprzez brzemienny w skutkach bunt końca lat 60., aż po początki drugiej dekady XXI wieku, kiedy to walką z chrześcijańską moralnością i rodziną zajmują się takie instytucje jak UE czy ONZ. Obraz tego, co się dzieje za naszymi zachodnimi granicami jest zatrważający. Tytułowa globalna rewolucja seksualna nosi znamiona totalitarne. Obecne szaleństwo z niemal stuprocentową dokładnością opisał jeszcze przed wojną Huxley w "Nowym wspaniałym świecie".

Autorka dowodzi, że ograniczenia seksualne determinują poziom danej kultury. Im są wyższe, tym kultura reprezentuje wyższy poziom. Przykładów dostarcza historia od czasów starożytnych. Badania w tym zakresie prowadził m.in. angielski antropolog Joseph Daniel Unwin. Po przebadaniu 80 społeczeństw "nieucywilizowanych" oraz wysokich kultur Rzymian, Ateńczyków czy Sumerów doszedł do wniosku, że energia społeczna rodzi się z konfliktu emocjonalnego, który powstaje przy rezygnacji z zaspokojenia seksualnego. Konflikt ten wytwarza nowe myśli i idee. Kiedy wstrzemięźliwość jest duża społeczeństwo dysponuje dużą energią.

Korzenie rewolucji seksualnej tkwią w jednym z najstraszliwszych wydarzeń w dziejach świata - rewolucji francuskiej (tę pod względem ofiar i wyrządzonego zła przewyższa jedynie rewolucja bolszewicka). Ideowy ojciec rewolucji francuskiej Wolter propagował hasło "Zmiażdżcie nikczemnika!" (pod pojęciem nikczemnika rozumiano Kościół), które przyniosło śmierć tysiącom księży i zakonników. Myśl rewolucyjna dojrzewała w XIX wieku. Poza Marksem warto przyjrzeć się Nietzchemu propagującemu nienawiść wobec chrześcijaństwa, które rzekomo głosi "moralność niewolników", skierowaną dla słabych ludzi (ci są postawieni w kontrze do "rasy panów"). Pewien amerykański autor stwierdził kiedyś: "Rozpal namiętności, a będziesz kontrolował ludzi". Jest to źródło nie tylko rewolucji seksualnej, ale także natrętnych reklam i działalności wielkich koncernów.

Oczywiście wspominam tylko o niektórych przedstawicielach frontu wrogiego człowiekowi. Gabriele Cuby analizuje dużo więcej ideologii stworzonych przez "oświecone" umysły.  Wszystko to podsumował świecie Eddie Bernays, siostrzeniec Freuda: "Kto steruje niedostrzegalnymi przez ogół mechanizmami społecznymi, obejmuje niewidzialne panowanie, które jest prawdziwym władaniem naszym krajem. (...) To są ci, którzy pociągają za sznurki decydujące o powszechnym sposobie myślenia". Przełom to rewolta 1968 roku, której celem było zniszczenie całego dotychczasowego ładu. Aktywiści tego ruchu zajęli kluczowe stanowiska w organach ONZ, UE, w mediach i na uniwersytetach. Natychmiast zaczęli wprowadzać swój zbrodniczy program.

Oczywiście na celowniku najpierw stanęła religia. Człowiekiem zakorzenionym w religii i rodzinie trudno jest przecież manipulować. Działania niestety przyniosły efekty. Europa Zachodnia odcina się od swoich korzeni, walczy z chrześcijaństwem. Gdy to się udało przyszedł czas na walkę z rodziną która dokonuje się na naszych oczach. Widać to chociażby w programach szkolnych niektórych państw zachodnioeuropejskich m.in. Niemiec.  W trakcie lekcji uczniowie mają odgrywać określone role i otrzymać informacje, jak nawiązać kontakt ze środowiskiem homoseksualnym. Oto jeden z przykładów:
Siedzisz przy barze w lokalu dla gejów. Właściwie przydałby ci się dziś w łóżku ładny facet. Do lokalu wchodzi nowy, który wydaje ci się całkiem pociągający. Jak wykorzystasz swoją szansę?
WHO przygotowała z kolei Międzynarodowe Standardy edukacji seksualnej w Europie. Zgodnie z nimi:
  • Dziecko poniżej czterech lat ma prawo do badania nagości i okazywania zainteresowania nią.
  • Od czwartego roku życia dziecko jest wprowadzane w związki osób tej samej płci i zapoznawane z różnymi formami rozpadu rodziny.
  • Między szóstym a dziewiątym rokiem życia uświadamia się je na temat seksu w mediach oraz nadal przyzwyczaja do masturbacji i poucza o prawach seksualnych dzieci.
  • Między dziewiątym a dwunastym rokiem życia dziecko zdobywa pierwsze (?) doświadczenia seksualne, przekazuje się mu informacje o pożądaniu, orgazmie, o różnicy między tożsamością genderową a płcią biologiczną, o chorobach przenoszonych drogą płciową i narodowych ustawach dotyczących praw seksualnych młodzieży.
  • Między dwunastym a piętnastym rokiem życia dziecko jest przygotowywane na "pierwszy raz", dalej uświadamiane n temat pożądania, masturbacji i orgazmu oraz "prawa do aborcji" (G. Cuby, "Globalna rewolucja seksualna. Likwidacja wolności w imię wolności", s. 326-327).

Kończę adekwatnym fragmentem Pisma Świętego:
Przyjdzie bowiem chwila,
kiedy zdrowej nauki nie będą znosili,
ale według własnych pożądań -
ponieważ ich uszy świerzbią -
będą sobie mnożyli nauczycieli.
Będą się odwracali od słuchania prawdy,
a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom.
Ty zaś czuwaj we wszystkim,
znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty,
spełnij swe posługiwanie!
2 Tm 4, 3-5

piątek, 22 maja 2015

"Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego"

Przed wrzuceniem głosu do urny polecam, przynajmniej wyrywkowo, zapoznać się z książką Wojciecha Sumlińskiego pt. "Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego". Dziś nie zamieszczam recenzji. Nie jestem na to gotowy. Kiedyś na pewno jednak o niej napiszę.

czwartek, 21 maja 2015

Targi Książki w Warszawie

W tym roku po raz pierwszy miałem możliwość wybrać na większe targi książki (wcześniej byłem tylko na katolickich, które skupiały nieporównywalnie mniejszą liczbę stoisk). Planowałem w tamtym roku udać się w październiku do Krakowa, ale nie udało się. Na szczęście wszystko wyszło z tegorocznymi warszawskimi targami. Trochę zawodziło oznakowanie i niestety miałem za mało czasu (w czasie dwóch godzin mogłem tylko pobieżne zapoznać się z ofertą i to tylko części wydawnictw). Kupiłem cztery książki, większość w okazyjnej cenie.


Najbardziej jestem zadowolony z "Listów z Kresów" z wpisem Autorki, za który bardzo dziękuję.


Może ktoś z Was był na tegorocznych targach książki? Udało się Wam kupić coś ciekawego? Może mieliście możliwość spotkać się z autorem, którego cenicie?

poniedziałek, 4 maja 2015

Kalwaria Pacławska

Pisząc wczoraj o Kalwarii Pacławskiej uznałem, być może niesłusznie, że miejscowość ta jest wszystkim doskonale znana. Gwoli ścisłości dodam kilka zdań o samej Kalwarii. Kalwaria Pacławska położona jest na terenie Pogórza Przemyskiego, około 24 km Przemyśla. W 1665 roku Andrzej Maksymilian Fredro rozpoczął budowę drewnianego kościoła oraz kapliczek Męki Pańskiej. Trzy lata później sprowadził franciszkanów, którzy rezydują w Kalwarii do dziś. W drugiej połowie XVIII wieku na miejscu drewnianej świątyni stanęło barokowe sanktuarium. Wróćmy jednak do przerwanej relacji.

Po długiej i męczącej wędrówce widzimy tablicę informacyjną:


Niestety, jak się okazało, od niej do samego sanktuarium jest jeszcze kawał drogi. Wreszcie dochodzimy jednak do placu przed świątynią:


Oczywiście uwaga skupia się na barokowym kościele:


Trochę historii:


Zdjęcia z samej świątyni niestety nie są zadowalającej jakości.




 

Widok rozciągający się z drogi prowadzącej do sanktuarium:



Ścieżką przebiegającą obok domu pielgrzyma dochodzimy do alei lipowej, przy której kryje się piękna, neogotycka kaplica grobowa Tyszkowskich:



Niedaleko niej znajduje się drewniana wieża, z której ponoć w bezchmurny dzień widać Lwów...


...niestety była zamknięta, więc nie udało mi się sprawdzić, ile prawdy w tej opowieści.


Aczkolwiek z widok z podnóża wieży też jest piękny.


O tempora, o mores! Że też takie tablice są potrzebne...




Pustelnia św. Marii Magdaleny to chyba najbardziej odosobniona kaplica w Kalwarii Pacławskiej. Znajduje się na szczycie wzgórza, na którym wznosiło się niegdyś średniowieczne grodzisko.



U podnóża Pasma Kalwaryjskiego płynie Wiar, nad którym zrobiłem dwa powyższe zdjęcia. Sama rzeka jest dość szeroka, ale bardzo płytka. Można ją bez problemu przejść nie mocząc kolan, co też wielu pątników czyni podczas odpustów.

Na tym kończę relację z wizyty w Kalwarii Pacławskiej. Jeśli ktoś nie ma pomysłu na weekend to polecam zastanowić się nad odwiedzeniem tego miejsca.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...