poniedziałek, 20 października 2014

"Leczenie chorób duszy" św. Hildegarda z Bingen

Już starożytni zauważyli, że wszystko, co dzieje się w umyśle wpływa na ciało i wszystko, co dzieje się z ciałem wpływa na umysł. Wiedza teoretycznie znana, ale w dziwny sposób niepraktykowana przez całe pierwsze tysiąclecie (nie licząc jednostkowych przypadków). Do tych założeń powróciła dopiero św. Hildegarda z Bingen. Genialna kompozytorka, mistyczka, wizjonerka, uzdrowicielka, reformatorka religijna, a przede wszystkim doktor Kościoła. Mimo, że odnajdujemy pewne wspólne cechy stworzonego przez nią systemu medycznego ze starożytnymi myślicielami to jej koncepcja jest absolutnie oryginalna. Nie czerpała ona ani z osiągnięć ówczesnych klasztorów, ani z arabskich pomysłów. Fundamentem jej terapii jest stwierdzenie, że wszystko, co dzieje się z duszą wpływa na ciało. Zatem źródłem cielesnych chorób należy szukać przede wszystkim w kondycji naszego ducha.

Pierwszy kontakt z teorią św. Hildegardy może być trudny. W końcu niemalże wszyscy przyzwyczajeni jesteśmy do medycyny konwencjonalnej. Doszukiwanie się więc związku między niewłaściwym światopoglądem (to nie moje określenie, ale świętej) a odklejeniem się siatkówki, bólami głowy i nerwowością może wydawać się co najmniej dziwne. Przed rozpoczęciem lektury wskazane jest zaopatrzenie się w dużą dawkę pokory. Wiem, że koncepcje niemieckiej doktor Kościoła brzmią absurdalnie, ale czy nasza medycyna jest taka logiczna? 80% naszych chorób zależy od trybu życia i diety (i znowu kłaniają się starożytni: niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem), 10% od zestawu genów, a pozostałe 10% od różnych innych czynników. Stąd można wysnuć prosty wniosek, że eliminacja z produktów spożywczych wszelkich toksyn i wprowadzenie kilku zmian do naszego tygodniowego grafiku zmniejszyłaby naszą podatność na choroby o 80%. Pacjenci tak jednak nie patrzą na to. Od czasu do czasu odżywa dyskusja na temat legalizacji tzw. narkotyków miękkich. Pojawia się wtedy zarzut o ich oczywistej szkodliwości. Tylko że mogą one zaszkodzić znikomemu procentowi społeczeństwa. Tymczasem substancje dodawane do pożywienia niszczą zdrowie ponad 90% obywateli. Nikt jakoś nie protestuje przeciwko temu. Czy to nie dziwne, że uznaliśmy to za normalność? Warto przypomnieć to sobie zanim ktoś zacznie wyśmiewać się z medycyny św. Hildegardy. Nasze zachowanie nie jest ani odrobinę bardziej zdroworozsądkowe.

Niemiecka święta rozpatruje trzydzieści pięć cnót i wad duszy. Do każdej z nich dołącza wyczerpujący opis, listę związanych z nimi zaburzeń fizycznych, propozycję uzdrowienia duchowego (w większości przypadków poleca post) oraz wymienia kamienie szlachetne, które można wykorzystać w terapii. Ten ostatni punkt pominąłem przy lekturze (zresztą sam dr Wighard Strehlow ma świadomość, że część czytelników może obawiać się porad kojarzących się z działaniami magicznymi - choć święta oczywiście nie promuje technik okultystycznych i magii). Oprócz postu św. Hildegarda zaleca modlitwę, izolację od świata, bliski kontakt z przyrodą, medytację oraz ziołowe specyfiki przygotowywane według jej receptur. Jako najsilniejszy środek leczniczy wymienia miłość. 

Nikt oczywiście nie zachęca do porzucania medycyny konwencjonalnej i przerywania terapii wykorzystującej środki pochodzenia innego niż naturalne. Nic jednak nie tracimy, a możemy zyskać naprawdę wiele. Nawet jeśli nie zostaniemy uzdrowieni fizycznie to bardzo możliwe, że poprawi się kondycja naszej duszy. A które uzdrowienie ma większe znaczenie? Ciała, które jest śmiertelne czy duszy, która nigdy nie umiera? Odpowiedź, przynajmniej dla ludzi wierzących, wydaje się oczywista.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:

1 komentarz:

  1. Proste rozumowanie, człowiek żyjący w zgodzie z Bogiem, naturą, innymi ludźmi, ma szansę wiele pokonać!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...