wtorek, 23 września 2014

"Myśl negatywnie" Bob Knigt

Wraz z jesienną aurą pojawiła się u mnie zła literacka passa. "Myśl negatywnie" to już trzecia książka, która nie spełniła moich oczekiwań. Sięgnąłem po nią ze względu na przewrotny tytuł. Obecnie modny jest raczej kult pozytywnego myślenia niż zdroworozsądkowe myślenie. Publikacje zachęcające do patrzenia na świat przez różowe okulary biją rekordy popularności. A jako że nie lubię płynąć z głównym nurtem to nie mogłem przejść obojętnie obok pozycji Boba Knighta. Niestety tym razem zawiodłem się.

Zaznaczam, że "Myśl negatywnie" wcale nie promuje pesymizmu. Autor odcina się od niego (podobnie jak od optymizmu). W zamian proponuje trzecią drogę - realizm. Argumentacja Boba Knigta jest poniekąd przekonująca. Jeśli uważamy, że na pewno coś nam się uda to bardzo możliwe, że osiądziemy na laurach, przestaniemy solidnie pracować i ostatecznie możemy odnieść porażkę. Człowiek, który od czasu do czasu dopuszcza do siebie negatywne myśli wie, że istnieje możliwość przegrania, więc pracuje nad tym, aby była ona jak najmniej prawdopodobna.

Brzmi to jak najbardziej logicznie. Nie rozumiem tylko, jak taką tezę można wyjaśniać przez dwieście czterdzieści stron... Argumentacja zdania autora to materiał na kilkunastostronicową (maksymalnie kilkudziesięciostronicową) broszurkę, a nie na książkę. "Myśl negatywnie" to niesamowicie nudna publikacja. Pierwszą połowę przeczytałem od deski do deski, w drugiej połowie omijałem już niektóre akapity. Trzy czwarte tekstu zajmują wspomnienia z różnych meczy i treningów. Naprawdę nie rozumiem, po co wplatać tego typu historyjki. Kompletnie nie interesuje mnie życie osobiste autora. Nie chcę być niesprawiedliwy, ale wydaje mi się, że Bob Kingt jest w pewnym stopniu megalomanem. Trzon książki to wcale nie promocja realistycznego myślenia, ale to, co autor dzięki niemu osiągnął i czego dokonał. Być może jest on na tyle popularny w Stanach Zjednoczonych, że czytelnicy kupią "Myśl negatywnie" tylko ze względu na jego osobę. To, co sprawdza się za oceanem niekoniecznie można z pozytywnym skutkiem przenieść nad Wisłę. Przyznaję szczerze, że dawno nie czytałem tak nieciekawej książki. Skończyłem ją tylko z tego względu, że zobowiązałem się napisać opinię na jej temat. Gdyby nie to odłożyłbym ją na półkę już po kilku rozdziałach. Sportowcy nie powinni zabierać za pisanie książek (a przynajmniej nie wszyscy mają predyspozycje ku temu).

Optymizm jest mi bliższy...

Razi mnie powoływanie się na dość kontrowersyjne wyniki badań. Fraza "Amerykańscy naukowcy odkryli..." jest już kultowa. W kwietniu stwierdzają, że codzienne picie lampki wina zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór, po czym w maju dowodzą, że wino powinno być absolutnie wykluczone z diety. Bob Kingt przytacza opinię jakiegoś rzekomo wybitnego profesora, który wywnioskował, że osoby opisywane przez rodziców jako niezwykle pogodne i wolne od zmartwień zazwyczaj umierały szybciej niż ich mniej optymistyczni rówieśnicy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby stwierdzić, że to wierutna bzdura.

"Myśl negatywnie" nie przekonała mnie do siebie. To wyważanie otwartych drzwi. Każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że zdroworozsądkowe myślenie jest ważne. Czy temu zagadnieniu trzeba poświęcać aż całą książkę? Poza tym mimo że autor odcina się od pesymizmu to czarnowidztwo obecnie jest na co piątej stronie. Może jestem naiwny, ale zdecydowanie wolę optymistyczne publikacje np. "Planetę dobrych myśli... dla dzieci od lat 7 do 100" czy serię "Moc dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

3 komentarze:

  1. Mnie chyba też by nie przekonała ta publikacja. Raczej nie zajrzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisać książki każdy może:-) śpiewać też:-)))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że nie każdy może potem je czytać :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...