piątek, 26 września 2014

"Historyczny atlas Biblii"

Literatura nieustannie mnie zaskakuje. Potrafi doskonale przybliżyć to, co działo się tysiące lat temu. Opowieści z kart Biblii, które niektórzy chcieliby zaliczyć do kategorii baśni i legend nagle ożywają i stają tuż obok nas. Wiele teorii wtłaczanych do podręczników, delikatnie mówiąc, mija się z prawdą. Sami katolicy też często nie przyczyniają się do wzrostu szacunku do tej świętej księgi, gdy na siłę chcą być w głównym nurcie. Klasycznym przykładem jest bezgraniczna wiara wielu (w tym również wierzących) w hipotezę Darwina dotyczącą ewolucji. Nie zamierzam głębiej wchodzić w ten temat. Zainteresowanych odsyłam do świetnej książki "Stworzenie czy ewolucja? Dylemat katolika" o. Michała Chaberka. Przytaczam ten przykład, ponieważ wiele historii, które uznawano jedynie za biblijne metafory znajduje swoje odzwierciedlenie w nauce. Niedawno naukowcy dowiedli, że wszyscy pochodzimy od jednej kobiety (a podobno Adam i Ewa to tylko symbol...). A czy biblijny potop wydaje się wymysłem starożytnych, gdy kolejni badacze znajdują szczątki żyjątek morskich na Mount Everest? Zarówno Stary Testament, jak i Nowy to oczywiście bardzo trudne księgi zawierające mnóstwo przenośni. To nie znaczy jednak, że na kartach Pisma Świętego nie ma prawdziwych historii. "Historyczny atlas Biblii" znakomicie temu dowodzi. Jest to próba krytycznego spojrzenia na dane przedstawione w Biblii.

Mapy dotyczą wydarzeń od wędrówki Abrahama (wcześniejsze losy świata przedstawione w Księdze Rodzaju nie zostały przecież uznane jako fakty historyczne) po zniszczenie Świątyni Jerozolimskiej i rozpowszechnienie się chrześcijaństwa po świecie. Atlasu nie można uznać jedynie za kartograficzne przedstawienie terytoriów, o których wspomina Pismo Święte. "Historyczny atlas Biblii" to coś więcej. To wędrówka przez kilka tysięcy lat historii zbawienia. Każdą mapę opatrzono starannym komentarzem wybitnego biblisty Enrico Galbiatiego.

Atlas został bardzo starannie wydany. Kredowy papier, bardzo dobrej jakości reprodukcje zdjęć i obrazów oraz kolorowe mapy czynią korzystanie z niego przyjemnością. Szyty grzbiet i twarda oprawa dodają zaś trwałości. Nie podoba mi się natomiast to, że okładka nie jest identyczna z obwolutą. Obwoluta prędzej czy później ulegnie zniszczeniu i będziemy musieli ją wyrzucić. Wtedy pozostanie czarna oprawa, która wygląda nie lepiej niż stary słownik ortograficzny. 

Historie biblijne często bywają trudne w odbiorze. "Historyczny atlas Biblii" może pomóc w odczytaniu ich. Wędrówkę Abrahama czy podróże misyjne św. Pawła możemy prześledzić z palcem na mapie. Warto przeczytać odpowiednią księgę z Pisma Świętego, a dopiero później porównać ją z opisem oraz mapą z atlasu. "Historyczny atlas Biblii" pozwala uzmysłowić sobie, że dzieje narodu wybranego i historia zbawienia to nie jedynie kwestia wiary, ale także nauki. Wiele faktów biblijnych zostało potwierdzonych przez historię i archeologię. Podstawową funkcją tej pozycji pozostaje jednak pomoc w lekturze Pisma Świętego. Z przyjemnością mogę uznać, że zła passa literacka, która mnie niedawno dopadła została przerwana. "Historyczny atlas Biblii" to książka zasługująca na szczególne miejsce w domowej biblioteczce.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 23 września 2014

"Myśl negatywnie" Bob Knigt

Wraz z jesienną aurą pojawiła się u mnie zła literacka passa. "Myśl negatywnie" to już trzecia książka, która nie spełniła moich oczekiwań. Sięgnąłem po nią ze względu na przewrotny tytuł. Obecnie modny jest raczej kult pozytywnego myślenia niż zdroworozsądkowe myślenie. Publikacje zachęcające do patrzenia na świat przez różowe okulary biją rekordy popularności. A jako że nie lubię płynąć z głównym nurtem to nie mogłem przejść obojętnie obok pozycji Boba Knighta. Niestety tym razem zawiodłem się.

Zaznaczam, że "Myśl negatywnie" wcale nie promuje pesymizmu. Autor odcina się od niego (podobnie jak od optymizmu). W zamian proponuje trzecią drogę - realizm. Argumentacja Boba Knigta jest poniekąd przekonująca. Jeśli uważamy, że na pewno coś nam się uda to bardzo możliwe, że osiądziemy na laurach, przestaniemy solidnie pracować i ostatecznie możemy odnieść porażkę. Człowiek, który od czasu do czasu dopuszcza do siebie negatywne myśli wie, że istnieje możliwość przegrania, więc pracuje nad tym, aby była ona jak najmniej prawdopodobna.

Brzmi to jak najbardziej logicznie. Nie rozumiem tylko, jak taką tezę można wyjaśniać przez dwieście czterdzieści stron... Argumentacja zdania autora to materiał na kilkunastostronicową (maksymalnie kilkudziesięciostronicową) broszurkę, a nie na książkę. "Myśl negatywnie" to niesamowicie nudna publikacja. Pierwszą połowę przeczytałem od deski do deski, w drugiej połowie omijałem już niektóre akapity. Trzy czwarte tekstu zajmują wspomnienia z różnych meczy i treningów. Naprawdę nie rozumiem, po co wplatać tego typu historyjki. Kompletnie nie interesuje mnie życie osobiste autora. Nie chcę być niesprawiedliwy, ale wydaje mi się, że Bob Kingt jest w pewnym stopniu megalomanem. Trzon książki to wcale nie promocja realistycznego myślenia, ale to, co autor dzięki niemu osiągnął i czego dokonał. Być może jest on na tyle popularny w Stanach Zjednoczonych, że czytelnicy kupią "Myśl negatywnie" tylko ze względu na jego osobę. To, co sprawdza się za oceanem niekoniecznie można z pozytywnym skutkiem przenieść nad Wisłę. Przyznaję szczerze, że dawno nie czytałem tak nieciekawej książki. Skończyłem ją tylko z tego względu, że zobowiązałem się napisać opinię na jej temat. Gdyby nie to odłożyłbym ją na półkę już po kilku rozdziałach. Sportowcy nie powinni zabierać za pisanie książek (a przynajmniej nie wszyscy mają predyspozycje ku temu).

Optymizm jest mi bliższy...

Razi mnie powoływanie się na dość kontrowersyjne wyniki badań. Fraza "Amerykańscy naukowcy odkryli..." jest już kultowa. W kwietniu stwierdzają, że codzienne picie lampki wina zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór, po czym w maju dowodzą, że wino powinno być absolutnie wykluczone z diety. Bob Kingt przytacza opinię jakiegoś rzekomo wybitnego profesora, który wywnioskował, że osoby opisywane przez rodziców jako niezwykle pogodne i wolne od zmartwień zazwyczaj umierały szybciej niż ich mniej optymistyczni rówieśnicy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby stwierdzić, że to wierutna bzdura.

"Myśl negatywnie" nie przekonała mnie do siebie. To wyważanie otwartych drzwi. Każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że zdroworozsądkowe myślenie jest ważne. Czy temu zagadnieniu trzeba poświęcać aż całą książkę? Poza tym mimo że autor odcina się od pesymizmu to czarnowidztwo obecnie jest na co piątej stronie. Może jestem naiwny, ale zdecydowanie wolę optymistyczne publikacje np. "Planetę dobrych myśli... dla dzieci od lat 7 do 100" czy serię "Moc dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 21 września 2014

"Zbaw nas ode Złego" Ralph Sarchie

Nie może nazywać siebie chrześcijaninem, a już na pewno katolikiem ten, kto wątpi bądź nie wierzy w istnienie diabła - teoretycznie oczywista prawda rozpoczyna pierwszy rozdział. Ralph Sarchie to nowojorski policjant, który oprócz służby społeczeństwu ma także drugą Pracę (zawsze pisze o niej wielką literą) - jest członkiem grupy modlitewnej pomagającej egzorcyście w pełnieniu swojej posługi. Niejednokrotnie z prawdziwym złem spotkał się niemalże twarzą w twarz. Do granic ludzkich możliwości angażuje się w  niesieniu pomocy osobom dręczonym przez demony, o czym świadczy między innymi opublikowanie książki, której celem jest uświadomienie wierzącym o czyhających na nich pułapkach. Gdyby opętani nie otworzyli furtki Szatanowi to ten prawdopodobnie nigdy nie zawładnąłby ich ciałem. Całą publikację poświęcono udowodnieniu prawdziwości tezy rozpoczynającej ją. Ralph Sarchie dzieli się wspomnieniami dotyczącymi trudnych przypadków, z jakimi spotkał się podczas pomocy biskupowi McKenna.

Historie przytaczane przez autora często wydają się nieprawdopodobne. Telefon, którym zawładnął demon, wirujący żyrandol, samoistne odkręcanie się kurków z wodą oraz włączanie i wyłączanie się światła, krzesło przesuwające się przez jadalnię, fruwająca po pokoju popielniczka, nagłe błyski światła - to tylko niektóre paranormalne sytuacje pojawiające się na kartach książki. Przyznam, że początkowo trudno było mi w nie uwierzyć. W żadnej przeczytanej przeze mnie pozycji poświęconej zniewoleniom duchowym nie pojawiały się podobne rzeczy. Żaden z polskich egzorcystów w jakimkolwiek wywiadzie nawet nie wspomniał o tego typu sytuacjach. Również ks. infułat Jan Pęzioł (egzorcysta pełniący swoją posługę w sanktuarium w Wąwolnicy), z którym miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu nie mówił o czymś podobnym. Twierdził, że nie raz widział przypadki przeczące prawom natury (np. lewitacja), ale zawsze działy się podczas sprawowanego obrzędu wypędzania złego ducha. Sam nie wiem, czy wierzę autorowi. Wydaje się, że jest osamotniony w swoich tezach. A może z naszą religijnością nie jest jeszcze tak źle i u nas nie dzieją się podobne rzeczy? Generalnie obdarzam piszących książki (zwłaszcza te wydawane w sprawdzonym wydawnictwie) zaufaniem. Dlaczego autor miałby zmyślać?

Ralph Sarchie trochę rozpędził się w zadaniu, które sobie postawił. Nie tylko uświadamia czytelnikowi o zagrożeniach czyhających na niego, ale także niestety wzbudza w czytającym strach. Czy takie uczucie powinno towarzyszyć osobie kończącej chrześcijańską książkę? Naprawdę czasami obawiałem się przejść do kolejnego rozdziału, bo nie wiedziałem, co mnie może w nim spotkać. Dodatkowo "Zbaw nas ode Złego" czytałem głównie nocami, co nie sprzyjało spokojnej lekturze. Zdecydowanie brakuje podkreślenia tego, że wynik walki duchowej został przesądzony już na początku świata. Przypieczętowała go ofiara Jezusa. Chrystus niósł pokój, pokój serca jest także jednym z owoców Ducha Świętego. Nie rozumiem więc, dlaczego książka wydana przez katolickie wydawnictwo wzbudza strach, a niektóre fragmenty nawet przerażenie. Być może zbyt emocjonalnie podchodzę do czytanych pozycji.

Nie mogę nic zarzucić tej publikacji pod względem literackim. "Zbaw nas ode Złego" czyta się bardzo dobrze. Autor, mimo braku wykształcenia humanistycznego, nieźle posługuje się sztuką pisarską. Potrafi zainteresowań czytelnika i wciągnąć go w lekturę. Zdecydowanie brakuje jednak uzmysłowienia czytelnikowi, że żyjąc w zgodzie z Bożymi przykazaniami nie powinien obawiać się działalności zła. Pozostawiam każdemu decyzję, czy chce zapoznać się z tego typu pozycją. Nie żałuję czasu spędzonego z książką "Zbaw nas ode Złego", ale nie zamierzam do niej wracać. Od literatury chrześcijańskiej oczekuję pogłębienia wiedzy dotyczącej doktryny i historii Kościoła oraz umocnienia wiary. Zdecydowanie nie akceptuję wzbudzania w czytelniku przerażenia (nie twierdzę, że było to celowe działanie).


Albo temat egzorcyzmów wyczerpał się, albo to moje zainteresowanie tym tematem skończyło się. Może nie przeczytałem zbyt wielu pozycji dotyczących tej tematyki, ale na chwilę obecną mogę powiedzieć, że w zupełności wystarcza mi to, co wiem. Jest jeszcze tyle nieznanych mi bliżej obszarów literatury, że szkoda zatrzymywać mi się aż tak długo w jednym temacie. "Zbaw nas ode Złego" to moje pożegnanie z egzorcystami, egzorcyzmami i działaniem złego ducha. Nie żałuję ani chwili na lekturę dotyczącą wyżej wymienionych zagadnień. Otworzyły mi się oczy na wiele zagrożeń i stałem się bardziej świadomym katolikiem. Czuję jednak, że nie mam już ochoty na kolejną podobną książkę. Tych, którzy słabo orientują się w temacie zachęcam do przeczytania kilku pozycji, bo coś wiedzieć wypada (poza tym to dość przydatna na co dzień wiedza - w końcu walka duchowa toczy się cały czas). Ja zaś wyruszam na poszukiwanie kolejnych autorów, których publikacje wciągną mnie bez reszty.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

piątek, 19 września 2014

"Polskie ścieżki masonerii" Andrzej Zwoliński

Ilekroć ktoś porusza temat masonerii na twarzach wielu osób pojawia się szyderczy uśmiech. Samo wspomnienie o tej organizacji próbuje zaliczyć się jako specyficzny rodzaj "oszołomstwa" i zepchnąć na margines dyskusji, bo przecież nie wypada rozmawiać o "teoriach spiskowych". Tymczasem wolnomularstwo to część historii. Warto zapoznać się z rzetelnymi opracowaniami, gdyż wiedzę o tym stowarzyszeniu sami masoni próbują przedstawiać w nieobiektywny, przychylny dla siebie sposób. Od 11 września w Muzeum Narodowym można oglądać wystawę "Masoneria. Pro publico bono", która przedstawia dzieje masonerii jedynie w jasnych barwach, absolutnie nie wspominając o jej ciemnych stronach. Niestety "Polskie ścieżki masonerii" nie są publikacją, która w pełni mnie zadowoliła.

Andrzej Zwoliński (ponoć to ksiądz rzymskokatolicki, ale skoro w książce występuje jako osoba świecka to i ja go nie zamierzam specjalnie tytułować) przedstawia dzieje wolnomularstwa w Polsce od początków po dzieje współczesne. Pierwsza organizacja masońska powstała na terytorium Rzeczypospolitej pod koniec lat dwudziestych XVIII wieku. Należało do niej dwóch polskich królów: Stanisław Leszczyński (prawdopodobnie ktoś z jego otoczenia przeszczepił nowinki francuskie nad Wisłę) i Stanisław August Poniatowski. W XIX wieku miała ona raczej charakter spisku niepodległościowego niż organizacji ideologicznej. Wraz z odrodzeniem się państwa polskiego następuje wzrost znaczenia środowisk masońskich. Do 1926 roku czterech z czternastu premierów było masonami. Z kolei w latach 1926-1939 już trzynastu z siedemnastu czynnie brało udział w zebraniach lóż. Autor doprowadza historię masonerii do roku 2012.

Zdecydowanie zaskoczyła mnie lista masonów. Do wolnomularstwa należeli m.in.: Izabella Czartoryska, Aleksander Fredro, Jan Krukowiecki, książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, książę Stanisław Lubomirski, książę Michał Ogiński, książę Józef Poniatowski, Józef Zajączek, Tomasz Zan, książę Dominik Radziwiłł. Jak widać pojawiają się zarówno wybitne osobistości, jak i wyjątkowo nieudolne postacie. Łączy ich jedno - wysoka pozycja społeczna (co nie zmieniło się do dziś, gdyż nadal do wolnomularstwa należą wpływowe osoby).

Symbol masoński (źródło)

Nie rozumiem, dlaczego książka poświęcona masonerii wydana przez katolickie wydawnictwo nie ostrzega w zdecydowany sposób przed tą organizacją. Zakończenie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Rozczarowanie to zbyt łagodne określenie mojego stanu po przeczytaniu ostatniej strony. Autor chyba nie traktuje tematu z należytą powagą i ostrożnością. Wystarczy zastanowić się nad tym fragmentem, żeby stwierdzić, że coś jest nie tak: Obecność masonerii stanowi też ważne wyzwanie dla poszczególnych grup społecznych, by podjąć polemikę z propagowanymi przez lożę ideami. Spotkanie owych myśli i idei może być ubogacające, gdy traktuje się je jako wyraz pluralizmu intelektualnego i koncepcyjnego co do przyszłości życia społecznego w Polsce. Nie wiem, co takiego może wnieść do życia społecznego organizacja, której głównym celem jest zniszczenie Kościoła katolickiego. Masoneria odpowiada m.in. za zastraszanie trójki dzieci, którym Maryja objawiła się w Fatimie oraz zamordowanie tysięcy Meksykanów w czasie powstania Cristero w latach 1926-1929 (dzieje tego wydarzenia przedstawia genialny film pt. "Cristiada"). Warto też przypomnieć, że to ona była zamieszana w rewolucję francuską. Co więcej, w razie kolizji jej interesów z interesem państwa członków obowiązuje trzymanie się interesów masonerii. Loża żydowska, do której należy m.in. Jan Hartman, jako najważniejszy problem w Polsce uznała kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam ("Polskie ścieżki masonerii" str. 241).

Kościół wielokrotnie wyrażał negatywne zdanie o masonerii. Papieże poruszyli jej temat aż w czternastu encyklikach. Do dziś osoba przystępująca do tej organizacji automatycznie nakłada na siebie karę ekskomuniki. Prymas Polski August Hlond w 1926 roku wypowiedział słowa aktualne do dziś: A przede wszystkim zerwać powinna Polska z masonerią, której ostatecznym celem jest systematyczne usuwanie Ducha Chrystusowego z życia narodu. Tym więcej zaś musi zerwać z nią Polska, że masoneria to konspiracja zagraniczna, której nie tylko na Polsce nic nie zależy, ale która potężnej Polski nie chce. Z kolei w 1938 roku w orędziu noworocznym Episkopat Polski przypominał: Walczą z wiarą, a walczą zwykle w tajnym sprzysiężeniu wolnomularstwo i wolnomyślicielstwo. (...) Stąd to wołanie zakulisowe o szkołę bez nauki religii, o złamanie rzekomego wszechwładztwa kleru (...) Stąd pokątne judzenie na zrzeszenia kościelne i Akcję Katolicką. Stąd arcymasońskie żądanie zerwania konkordatu i rozdziału Kościoła od Państwa. Stąd propaganda etyki świeckiej. Stąd dążenie do wypierania Kościoła z życia publicznego i do takiego ograniczenia jego wpływów, iżby poza dziedziną wewnętrznej ascezy nie miał możliwości oddziaływania na ducha narodu i był wyłączony nawet od moralnego związku z życiem zbiorowym, społecznym, politycznym. Stąd próby kłócenia Kościoła z Państwem, kompromitowania hierarchii i jej powagi. Stąd hasło wolności sumienia, pojmowane jako zasada nie pozwalająca Kościołowi opierać się deprawacji sumień. Stąd pokrewne hasło tolerancji religijnej, według której Kościół katolicki miałby być zrównany z pierwszą lepszą sektą. (...) Stąd ta postawa, według której antyklerykalizm uchodzi w pewnych grupach za dobry ton i za towarzyską legitymację. Ostatecznym celem walki z katolicyzmem jest Polska bez Boga. Brzmi znajomo, prawda?

Wnętrze loży warszawskiej (źródło)

Wybór ilustracji w tej książce to chyba dzieło czystego przypadku. Mam wrażenie, że dobierała je maszyna losująca. Nie wiem, po co zamieszczać fotografię ks. abp. Józefa Michalika czy gen. Władysława Sikorskiego, którzy nie dość, że zostali jedynie wspomniani w jakimś rozdziale to są powszechnie znani. Wolałbym się zapoznać z atrybutami masonerii, wnętrzami miejsc ich spotkań itp. Tymczasem ograniczono się do przedstawienia wizerunków znanych osób, którzy w mniejszy lub większy sposób są związani z wolnomularstwem.

Mam wrażenie, że autor nie dotarł do wszystkich dostępnych źródeł. Współczesny wpływ masonerii na życie publiczne w Polsce został potraktowany po macoszemu. Rozdział dotyczący działaności masonów w III RP jest mało odkrywczy. Na kartach książki szerzej pojawia się jedynie prof. Tadeusz Cegielski, który sam otwarcie przyznaje, że jest masonem. A gdzie jego towarzysze? Gdzie rola masonerii dzisiaj? Niestety nie dowiemy się prawie nic o masonerii we współczesnej Polsce. Publikacja faktycznie dotyczy jedynie historii wolnomularstwa w Rzeczypospolitej. Przydatna może być do połowy XX wieku. Tylko w takich granicach historycznych można ją uznać za rzetelną pracę.

Historia masonerii i jej wpływ na to, co dzieje się dzisiaj zdecydowanie zasługuje na szersze opracowanie. Nie twierdzę, że "Polskie ścieżki masonerii" to bezwartościowa lektura. Moje oczekiwania nie zostały jednak spełnione. Muszę poszukać innych publikacji, bo to ważny i ciekawy temat. Wystarczy przypomnieć sobie nagonkę medialną na ks. abp. Józefa Michalika, gdy w wielkopostnym liście skierowanym do wiernych napisał: Widzimy, jak planowo atakowany jest dziś Kościół przez różne środowiska libertyńskie, ateistyczne i masońskie. Burza, która rozpętała się po jego odczytaniu w polskich świątyniach musi o czymś świadczyć.

Za egzemplarz książki dziękuję:

wtorek, 16 września 2014

"O naśladowaniu Chrystusa" Tomasz a Kempis

Dzisiejszy post nie jest recenzją. To raczej zbiór luźnych myśli. Nie wyobrażam sobie klasycznego wpisu dotyczącego pracy tak wybitnego autora jak Tomasz a Kempis. "O naśladowaniu Chrystusa" to przecież dzieło ponadczasowe, przeznaczone dla czytelnika z niemalże każdej grupy wiekowej (może z wyłączeniem małych dzieci). Jest to pozycja, której nie można przeczytać "od deski do deski" i odstawić na półkę. Do niej wraca się latami. Ona pomaga w trudnych momentach. Z nią wychowały się rzesze świętych.

"Pójdź za mną!" On wstał i poszedł za Nim - to jeden z moich ulubionych fragmentów Pisma Świętego. Podziwiam postawę Lewiego, który w jednej chwili porzucił swoje dotychczasowe życie i poszedł za Chrystusem. Zastanawiam się wtedy, czy i ja postąpiłbym podobnie, gdyby mnie to spotkało... Zostawić wszystko i pójść za Jezusem to plan, który może wydawać się dość szalony (zwłaszcza, że świat kusi tyloma rzeczami). Nie dla Tomasza a Kempis. "O naśladowaniu Chrystusa" to klasyka duchowości. Wybitne dzieło, które uczy, jak zbudować swoje życie na skale. Mam taki zwyczaj, że najciekawsze fragmenty zaznaczam samoprzylepnymi karteczkami. Traktat duchowy Tomasza a Kempis pochłonął ich kilkadziesiąt. Chyba w żadnej książce nie zaznaczyłem aż tylu stron szczególnie wartych uwagi. Można ją przeczytać przez jeden wieczór, ale to lektura na całe życie. Warto wracać do niej każdego dnia i czerpać wskazówki.

Jako że może nie wszyscy znają dość dobrze postać Tomasza a Kempis to krótko go przedstawię. Żył na przełomie XIII i XIV wieku. Był niemieckim zakonnikiem, teologiem i mistykiem. Pochodził z licznej i bardzo religijnej rodziny. Jego matka prowadziła szkołę wiejską, a ojciec trudnił się kowalstwem. Dość wcześnie poświęcił się życiu zakonnemu. Miał trzy ulubione zajęcia: czytanie, pisanie i modlitwę. Wszystkimi tymi rzeczami zajmował się przez większość swojego życia. Udało mu się czterokrotnie przepisać całe Pismo Święte. Jego największym dziełem jest oczywiście "O naśladowaniu Chrystusa", ale napisał także "O naśladowaniu Maryi" i "Pasję".

Źródło
Cenię go za język, którym się posługuje. Daleko mu do wyrafinowanej terminologii teologicznej. Zdania są krótkie i celne. Całość podzielono na wiele, niezbyt obszernych rozdziałów. Wszystko to sprawia, że tekst czyta się naprawdę dobrze. Każdy podrozdział to konkretne zalecenia. Św. Tomasz a Kempis nie napisał ogólnikowych duchowych rozważań, ale konkretny poradnik skierowany absolutnie do wszystkich. Zadziwia jego uniwersalność. Tak jak był aktualny sześćset lat temu, tak i dzisiaj możemy z niego z powodzeniem korzystać. Co więcej, jest to książka adresowana do chrześcijanina w każdym wieku. Na pewno inaczej przeżywa się lekturę w zależności od bagażu doświadczeń życiowych. Tym niemniej jednak pozwala kształtować charakter i duchowość niezależnie od naszego stanu, a także podnosi na duchu w trudniejszych momentach.

Niestety nie do końca odpowiada mi tłumaczenie o. Wiesława Szymona OP. Zupełnie inaczej odebrałem wiele fragmentów przetłumaczonych przez Marka Gajowskiego. W przypadku "O naśladowaniu Chrystusa" tłumacz ma do spełnienia ogromną rolę. Gdyby ktoś planował zakup tego traktatu duchowego to polecam wybranie się do dobrze zaopatrzonej księgarni katolickiej i przeczytanie dla porównania tej samej strony przełożonej przez różne osoby.

"O naśladowaniu Chrystusa" pozwala uświadomić sobie, że ziemska droga nie zawsze jest usłana różami, a radość może być rzadsza od cierpienia i zmartwień. To książka umożliwiająca zdystansowanie się od trapiących nas na co dzień problemów i skupieniu się na wieczności. Nie wyobrażam sobie domowej biblioteczki jakiegokolwiek wierzącego mola książkowego bez tej pozycji.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

środa, 10 września 2014

Zaproszenie

Dostałem informację o dwóch spotkaniach, które mogą zainteresować krakowskich moli książkowych. Więcej informacji poniżej. Mam nadzieję, że komuś przyda się ta informacja.

niedziela, 7 września 2014

"Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" Joanna Jurgała-Jureczka

Ludzie, czy wiecie, kogo żegnamy? Pytanie postawione na pogrzebie Zofii Kossak należałoby zadać i dziś. Mam wrażenie, że postać ta popadła w lekkie zapomnienie. A to kobieta wielkiego formatu. Nieprzeciętna pisarka, gorliwa katoliczka, współtwórca "Żegoty", wyzwolicielka setek Żydów, którym pomagała w czasie okupacji, postać niemal bez skazy.

Książka nie jest klasyczną biografią. Mimo bogatej bibliografii i licznych przypisów nie można uznać jej za publikację naukową. Praca Joanny Jurgały-Jureczki to zbiór wspomnień i opowieści o życiu Zofii Kossak. Losy wybitnej polskiej pisarki zostały przedstawione w przystępny sposób nawet dla czytelnika niespecjalnie zainteresowanego historią. Żywot autorki takich dzieł jak "Krzyżowcy" czy "Błogosławiona wina" był tak barwny, pełen tylu zakrętów i obfitujący w tyle zdarzeń, że książkę czyta się jak powieść. Z książki wyłania się portret kobiety niezłomnej. Przeżyła atak hordy bolszewickiej na Kresach, pobyt w Auschwitz (kiedy wyszła z niego ważyła 38 kg) i reżim komunistyczny. Współwięźniarki zapamiętały jej niebieski różaniec, z którym się nie rozstawała. Do końca swoich dni szła z podniesioną głową. Zachowała człowieczeństwo nawet w najtrudniejszych momentach, nigdy się nie uginając przed złem. Nie poddała się ani okupantowi niemieckiemu, ani później okupacji sowieckiej. Lista jej zasług jej wyjątkowo długa m.in. redagowała podziemną prasę, broszury i odezwy, współpracowała z Delegaturą Rządu RP na Kraj, działała w Społecznej Organizacji Samoobrony, przewodniczyła Unii Kobiet, była współzałożycielką Żegoty. Została uhonorowana medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Zawdzięczamy jej także wznowienie pisma katolickiego "Niedziela", które ukazuje się do dziś. Warto dodać, że powieści Zofii Kossak cenił św. Jan Paweł II.

Uważała, że każdy chrześcijanin powołany jest do świętości. Nie był to pusty frazes, ale zasada której hołdowała przez całe życie. W powieściach starała się przekazywać wyznawane przez siebie wartości. W "Służbie pisarza" podała swoją definicję dobrej literatury: Dobra literatura to ta, która ukazuje nieskończoność i wielkość wszechświata, sens życia, celowość życia, która pobudza do walki ze złem, do przeciwstawiania się złu, która głosi wiarę w zwycięstwo dobra, żąda heroicznej, aktywnej postawy. Tylko ile współczesnych książek można podpiąć pod tę definicję?

Źródło

Jeszcze przed wojną doszła do wniosku (czego niektórzy do dziś nie chcą przyjąć), że między hitleryzmem i komunizmem nie ma różnicy. Przypisywanie faszyzmowi cech skrajnej prawicy jest nieuzasadnione (szerzej pisze o tym Johann Goldberg w książce "Lewicowy faszyzm"). Zofia Kossak podzieliła się swoimi spostrzeżeniami w artykule "Chrześcijańskie posłannictwo Polski": Nikt już chyba dziś nie wierzy, by między hitleryzmem i bolszewizmem istniała rzeczywista rozbieżność. Posiała je ta sama ręka, zrodziły pożądliwość i pycha. Są między nimi różnice i antagonizmy. Ideologia pozostała ta sama.

Zdecydowanie irytujące jest podkreślanie przez autorkę, że Zofia Kossak była postacią niejednoznaczną i nie można przedstawić jej "bez światłocienia". Joanna Jurgała-Jureczka nie podaje jednak żadnych argumentów potwierdzających jej zdanie. Biografię właściwie można uznać za hagiografię. W życiu Pożogi (tak złośliwie nazywały ją kuzynki Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec) nie ma ciemnych kart. Uratowała tysiące istnień ludzkich. Stanowiła podporę dla swojej rodziny i przyjaciół. Angażowała się w ruch oporu przeciwko okupantowi niemieckiemu. Nawet w czasie wojny dzieliła się skromnymi funduszami z ubogimi. Była żarliwą, głęboko wierzącą katoliczką. Jeśli nie mogła o kimś powiedzieć nic dobrego to nie wypowiadała się w ogóle na jego temat. Trudno znaleźć jakąś skazę na jej portrecie. Dziwię się, że Kościół katolicki nie wszczął jeszcze procesu beatyfikacyjnego Zofii Kossak. Swoim życiem pokazała przecież, kim powinien być chrześcijanin i jak powinna wyglądać jego ziemska droga. Wmawianie czytelnikom, że nie da się odtworzyć rzeczywistego portretu autorki "Bez oręża" jest co najmniej nieuzasadnione.

Źródło
W biografii brakuje reprodukcji fotografii. Na ponad trzystu stronach znalazła się zaledwie jedna ilustracja. Nie zobaczymy ani Zofii Kossak w różnych momentach życia, ani jej domu w Górkach Wielkich, który tak często jest opisywany. Szkoda, bo naprawdę wzbogaciłoby to książkę. Biografia bez dokumentacji fotograficznej (o ile możliwe jest jej zdobycie) wiele traci na swojej wartości.

Zofia Kossak nigdy nie narzekała na swój los i z pokorą przyjmowała Boże wyroki. W swoim cierpieniu widziała sens: Bóg po to pozwolił niektórym ludziom oglądać piekło za życia i wrócić, by dali świadectwo prawdzie. Swoim życiem udowodniła, że wierność chrześcijańskiemu systemowi wartości jest możliwa nawet w najtrudniejszych chwilach.  Uważała, że jedyną siłą mogącą przeciwstawić się Rosji jest religia. Dziś, w czasie zagrożenia całej Europy Wschodniej i Środkowej rosyjskim imperializmem, jest to ważny głos.

9 kwietnia w szwajcarskim domu córki Zofii Anny spadł nagle ze ściany obraz Matki Bożej Częstochowskiej, podarowany jej przez matkę. Tego samego dnia ziemską wędrówkę zakończyła kolejna wybitna przedstawicielka rodu Kossaków. O ile jej kuzynka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska jest znana, to Zofia Kossak znajduje się w cieniu. Być może jest to spowodowane jej szczerą wiarą i gorliwością w praktykach religijnych. Zło to brak Dobra. Dobro - to Bóg. Zatem Zło jest tam, gdzie nie ma Boga. Tak jak te słowa doprowadzały do wściekłości wielu pół wieku temu, tak i dziś mają swoich przeciwników.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...