czwartek, 28 sierpnia 2014

"Stworzenie czy ewolucja? Dylemat katolika"

Umysły większości katolików opanowało całkowicie błędne przekonanie, że hipoteza (teoria to za duże słowo w tym przypadku) ewolucji stworzona przez Karola Darwina jest powszechnie akceptowana przez naukę, a jej negacja dowodzi ciasnych horyzontów i ślepej wiary niepoddawanej refleksji. Ulegli temu nawet niektórzy biskupi (choćby śp. abp. Józef Życiński, który twierdził, że odrzucanie darwinizmu prowadzi o ośmieszania Kościoła i chrześcijaństwa). Tymczasem nie dość, że nie znajduje ona żadnego potwierdzenia w badaniach i nigdy nie została udowodniona to spora część jej założeń nie zgadza się nawet ze zdrowym rozsądkiem. Domniemanie, że została wymyślona przez Szatana, aby uderzyć w wiarę chrześcijan nie jest wcale pozbawione podstaw. Z drugiej strony nie twierdzę oczywiście, że ziemia ma sześć tysięcy lat i każdą liczbę, którą odnajdziemy w Piśmie Świętym należy brać dosłownie (to domena kreacjonistów młodej Ziemi). Jak więc katolik powinien patrzeć na pojawienie się rodzaju ludzkiego? Jak pogodzić naukę z wiarą? Z pomocą przychodzi nieoceniona książka "Stworzenie czy ewolucja?", w której o. Michał Chaberek wyjaśnia wszystkie wątpliwości, analizuje błędne założenia Darwina i podaje teorię zgodną nie tylko z naszą wiarą, ale i z prawdziwą nauką, której celem powinno być dochodzenie prawdy, a nie udowadnianie kolejnych teorii wymyślonych po to, aby usunąć judeo-chrześcijańskie rozumienie stworzenia.

Nie wiem, dlaczego hipoteza ewolucji Karola Darwina znajduje się w podręcznikach. Podkreślam, że nigdy nie została ona dowiedziona. Poza tym szkoła powinna zajmować się nauką, a nie ideologią. Tymczasem teorii Darwina nie można uznać za naukową. Nauka może odpowiedzieć na pytanie "jak?", ale nie "skąd?". Co więcej, duża część nauczycieli wierzy w nią bezrefleksyjnie i przekazuje bez namysłu swoim uczniom. Tymczasem to, co znalazło się w podręcznikach pełne jest sprzeczności. Każdy z nas na lekcji biologii słyszał pewnie takie stwierdzenie, ze ewolucja jest procesem, który nie ma celu. Z drugiej strony nikt nie zaprzeczy, że pomiędzy bakterią, a człowiekiem istnieje ogromna różnica. Zgodnie z założeniami Darwina organizmy proste, jednokomórkowe przekształcają się w coraz bardziej złożone, bardziej skomplikowane, wielokomórkowe. Czyli mamy postęp. Jak więc można twierdzić, że ewolucja jest całkowicie bezcelowa?

Stworzenie Nieba (ilustracja z Kroniki Norymberskiej)

Środkiem, który ma utrzymywać przy życiu teoryjkę Darwina jest brak rzetelności w przedstawianiu jego dokonań. O ewolucji mówi się jako o jednym procesie. Tymczasem wyróżniamy mikroewolucję (zmiany zachodzące w obrębie jednego rodzaju, najdalej rodziny) i makroewolucję (przekształcanie się jednych organizmów w zupełnie inne). O ile mikroewolucji nikt rozsądny nie neguje (stoją za nią badania naukowe), to na makroewolucję nie ma żadnych dowodów. Prawdą jest, że na przestrzeni tysięcy lat z wilka może wykształcić się pies. Za bzdurę trzeba uznać przekonanie, że z jaszczurki wychodzi nam w końcu skowronek. Wierze w bzdury Darwina sprzyja także to, że niektóre informacje nie są aktualizowane. Ile razy jeszcze dziś można usłyszeć, że podobieństwo genów człowieka i małpy sięga 99%? Tymczasem współczesna nauka szacuje, że nie jest to więcej niż 80%. Wraz z rozwojem badań liczba ta maleje. Nie wiemy, ile będzie wynosić za kilkadziesiąt lat.

Wspominałem już o śp. abp. Józefie Życińskim, który był gorącym zwolennikiem ewolucjonizmu teistycznego. Nie oznacza to jednak, że wierni muszą podążać za jego poglądami. Należy postawić sobie pytanie co ma większą wartość: zdanie jakiegoś biskupa czy autorytet ojców i doktorów Kościoła? Ojcowie i doktorzy Kościoła są zgodni, że pierwszy człowiek został stworzony przez samego Boga. Poza tym, gdy katolik uznaje, że rodzaju ludzkiego nie zapoczątkował jeden mężczyzna i jedna kobieta, ale większa grupa osobników to automatycznie staje w kontrze do swojej wiary i musi odrzucić chrzest (grzech pierworodny jest przekazywany z rodziców na dzieci poprzez zrodzenie; jeśli nie było jednej pary na początku, to grzech nie dotknąłby wszystkich ludzi - w jawny sposób sprzeciwia się to nauczaniu Kościoła) . Czy katolik, który odrzuca chrzest jest nadal katolikiem? Przypominam, że darwinizm za błędny uznał również Jan Paweł II. Niektórzy mogą powiedzieć, że tak jak Kościół zmienił zdanie wobec odkryć Kopernika i Galileusza, tak też może zaakceptować wszystkie odkrycia Darwina. Jest jednak kolosalna różnica między wymienionymi przeze mnie badaczami. Pierwsi dwaj szukali naukowej odpowiedzi na naukowe pytanie. Ten ostatni zaś podał naukowe rozwiązanie religijnego problemu.

Stworzenie świata William Blake
 W zamian o. Chaberek przedstawia teorię inteligentnego projektu. Od razu zaznaczam, że nie warto szukać informacji o niej w najpopularniejszej internetowej encyklopedii. Przed chwilą zajrzałem na stronę poświęconą temu hasłu. Zdołałem przeczytać jedynie pierwszy akapit. Nie kontynuowałem lektury z powodu jawnych kłamstw, których dopuścili się autorzy. Wszyscy ci, którzy chcieliby dowiedzieć się co nieco o inteligentnym projekcie zachęcam do przeczytania książki "Stworzenie czy ewolucja?". Cieszy mnie to, że Tomasz Rowiński nie stroni od trudnych pytań, często zajmuje pozycję ateisty czy zagorzałego wyznawcy darwinizmu. Dzięki temu wywiad jest ciekawy i zajmujący.

Błędem, według mnie, było użycie podtytułu "Dylemat katolika". Słowa te mogą zniechęcić część potencjalnych czytelników. A przecież nie jest tak, że "Stworzenie czy ewolucja?" to pozycja dedykowana tylko do wiernych Kościoła rzymskokatolickiego. Nie widzę przeszkód, żeby zapoznać się z nią mogli innowiercy czy ateiści. O. Michała Chaberka nie można przecież zaliczyć do grona ślepych na wszelkie argumenty naukowe kreacjonistów młodej Ziemi. Książkę mogą (a nawet powinni) przeczytać wszyscy ci, którzy uważają, że hipoteza ewolucji stworzona przez Darwina jest spójna i logiczna. Choć wiem, że spora część z nich na pewno nie zdecyduje się sięgnąć po nią, bo na pewno zachwiałaby ich światopoglądem. Cóż, ich strata. 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 21 sierpnia 2014

"Moda w przedwojennej Polsce" Anna Sieradzka

Gdyby przedwojenne damy miały okazję przyjrzeć się kobietom i mężczyznom przechadzającym się dzisiaj po ulicach miast to w najlepszym wypadku dostałyby ataku apopleksji. W czasach, gdy odsłonięcie kostki bywało uznawane za skandal obyczajowy (w XIX wieku groziło za to wykluczenie z życia towarzyskiego sfery ziemiańskiej) nagie uda czy ramiona musiałyby wzbudzić szok. Moda oczywiście zmieniała się. Doszło nawet do tego, że kobiety uprawiające kajakarstwo mogły założyć krótkie spodenki (w innych przypadkach było to niedopuszczalne). Wyraźnym cenzusem jest przełom lat dwudziestych i trzydziestych. O ile w pierwszej dekadzie niepodległej Polski stroje nie zachwycały przepychem i kosztownością (wojna zubożyła wiele majątków, poza tym panowała moda na "chłopczycę"), to lata trzydzieste przyniosły festiwal kreacji na ulicach, w domach i salach balowych. "Moda w przedwojennej Polsce" to podróż do świata, w którym żaden mężczyzna nie ważył się wychodzić z domu bez kapelusza, a każda kobieta dobierała strój zgodnie z panującymi konwenansami. 

Razem z Anną Sieradzką poznajemy modę codzienną i sportową, wieczorową i ślubną. Zaglądamy do dziecięcych szaf i oglądamy przedwojenną bieliznę. Wiele się zmieniło, choć mała czarna do dziś nie wychodzi z mody, a widok kapelusza niekoniecznie wzbudza skojarzenia z dawnymi czasami. Autorka charakteryzuje międzywojenne garderoby dzieląc je na męskie i damskie. Najpierw zawsze przedstawia skromną modę w latach dwudziestych, a następnie kontrastuje ją z wystawnością strojów lat trzydziestych. Opracowania są rozbudowane, wyczerpują temat, odnosząc się do niemal każdego aspektu przedwojennych trendów. Jedyne, czego może brakować to przypisy. Rekompensuje to jednak lekkość narracji. Z książką można zwyczajnie spędzić miłe popołudnie czy wieczór. Nie jest to opracowanie naukowe, ale publikacja mająca za zadanie przybliżyć trendy sprzed II wojny światowej i skłonić czytelnika do zainteresowania dawną modą. "Moda w przedwojennej Polsce" spełnia doskonale to zadanie. Sam chętnie zapoznałbym się z kolejną pozycją dotyczącą tej tematyki. Anna Sieradzka zdołała zaszczepić we mnie ciekawość do kanonów dawnej elegancji. Zdecydowanie irytuje zaś nadmierne cytowanie dość znanej przed wojną autorki Jadwigi Suchodolskiej. W niektórych miejscach mniej jest autorskiego tekstu, a więcej cytatów. Jako że nie znam przytaczanego poradnika to zabieg ten niespecjalnie mi przeszkadza. Osoby, które dłużej siedzą w tej tematyce mogą się jednak czuć zawiedzione.

Czepek nocny, lata dwudzieste

Wspominałem już o skromności strojów w pierwszych latach po wojnie. Warto jednak jeszcze dodać, że przykład szedł z góry. Zofia z Grabskich Kirkor-Kiedroniowa (żona Józefa Kirkor-Kiedronia, ministra przemysłu u handlu w latach 1923-1925) miała jedną reprezentacyjną suknię, która musiała wystarczyć na wszystkie bale, rauty i oficjalne przyjęcia! Jej mąż także nie wyróżniał się rozrzutnością - razem z małżonką jeździli starym, rozklekotanym autem. Za przykładem sfer rządowych szła arystokracja i większość poselstw zagranicznych. Porównajmy to z dzisiejszymi czasami, gdy minister wydaje z publicznych pieniędzy pensję minimalną na obiad, po czym złapany za rękę stwierdza, że co najwyżej może zapłacić za wino! Przyjrzyjmy się też innemu ministrowi, który chodzi w zegarku wartym kilkadziesiąt tysięcy i nawet nie raczy wpisać go do oświadczenia majątkowego. Gdzie się podziali politycy z klasą?

Bluzka pod kostium, lata trzydzieste
Wiem, że akapit dotyczący oprawy technicznej książek z serii PWN dotyczącej dwudziestolecia międzywojennego powtarzam już po raz kolejny, ale jako mól książkowy nie mogę nie zwrócić uwagi na dbałość o piękne wydanie ciekawego tekstu. Połowę książki stanowią reprodukcje fotografii. Normalnie irytowałoby mnie to, ale w tym przypadku jest to jak najbardziej uzasadnione (choć irytuje rozmieszczenie opisów do zdjęć - często są one pod kątek dziewięćdziesięciu stopni w stosunku do reszty tekstu). Jak przedstawić modę w dawnych czasach bez fotografii, rysunków czy rycin? Praktycznie niewykonalne. Zresztą czytelnik odniósłby mniejszą korzyść z takiej lektury. Doceniam także szyty grzbiet, bardzo dobrej jakości papier, twardą okładkę i obszerną bibliografię (w moim przypadku to gotowa lista książek, które chciałbym przeczytać - wystarczy przepisać ją lub skserować i można wyruszać na łowy do biblioteki, księgarni lub antykwariatu).

Każdą pozycję dotyczącą życia codziennego w dwudziestoleciu międzywojennym przyjmuję z nutką melancholii. Ten barwny świat odszedł już przecież bezpowrotnie. Pewne konwenanse oczywiście utrudniały życie i dobrze się stało, że zniknęły. Części zwyczajów jednak po prostu żal. Gdzie ten świat? Odszedł w pożodze wojennej. Nie oznacza to, że nie możemy przywrócić przynajmniej niektórych jego elementów. Żeby to zrobić trzeba mieć wiedzę na ten temat. "Moda w przedwojennej Polsce" może być doskonałym portem do wyruszenia w sentymentalną podróż w przeszłość.

Z tej tematyki polecam także:
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 19 sierpnia 2014

"Szatan nienazwany" Irene Corona

Wszyscy ci, którzy przeglądają oferty wydawnictw i księgarni katolickich zdążyli się już pewnie zorientować, że w ostatnim czasie wystąpił wysyp nowości dotyczących działania Szatana, egzorcyzmów i opętań. Sam już przeczytałem niejedną książkę z tej tematyki. Mimo to zdecydowałem sięgnąć się po następną i nie żałuję. W pierwszej chwili myślałem, że "Szatan nienazwany" to jedynie kompilacja innych źródeł, które już znam. Z każdym rozdziałem czytałem jednak tę książkę z coraz większym zainteresowaniem. Pomimo dużej konkurencji autorce udało się stworzyć publikację, która w dość dużej części jest oryginalna i nie można jej uznać za powielanie już istniejących pozycji.

Kiedy pisałem o wywiadzie-rzece z Tomaszem Terlikowskim wspominałem, że nie lubię telewizji. To oczywiście prawda, ale z pewnymi wyjątkami. Toleruję dwa programy: wspaniały program podróżniczy Wojciecha Cejrowskiego "Boso przez świat" i "Ranczo" - jedyny serial, który moim zdaniem warto oglądać. Najnowsze serie tej komedii nie dorównują do pięt pierwszemu sezonowi. Chciałbym zwrócić na fragment odcinka czwartego,w których ks. Piotr Kozioł wygłasza płomienne kazanie przeciw alkoholizmowi: A kto jest? Kto jest ten diabeł naszych czasów? Po czym go poznać? Czy ten czart ma rogi i ogon? (śmiech wiernych) On by się w takim przebraniu staroświeckim przy nas nie uchował. A zatem jak nie ma rogów ani ogona to czy on nie istnieje? Otóż moi drodzy, kochani - on jest. On jest wśród nas. On na nas czyha. On się przed nami chowa. Trudno o bardziej trafną diagnozę działalności złego ducha. Nawet w serialu można odnaleźć czasami trochę prawdy (w tym przypadku całą prawdę). Kazanie to kończyło się stwierdzeniem, że w niewielkiej podlaskiej wsi Szatan ukrywa się w butelce (alkohol i pijaństwo jako główne źródło nieszczęść w tamtejszej parafii). A gdzie przed nami chowa się zły duch? Irene Corona twierdzi, że ukrywa się on pod hasłami postępu m.in. w inżynierii genetycznej, ale nie tylko.

Ta ukryta działalność Szatana to motyw przewodni książki. Wcale nie przeczytamy w niej zbyt wiele o opętaniach, które stanowią znikomy procent działalności diabła. Wzięcie we władanie duszy człowieka przez złego i okazywanie przez ciało tego śmiertelnika swojej mocy jest w rzeczywistości często nie na rękę Szatanowi. Wtedy istnieje przecież duże prawdopodobieństwo, że bliscy tego nieszczęśnika zwrócą się do egzorcysty, a ten poprzez wiele modlitw nakaże w końcu mocą Jezusa Chrystusa opuścić mu ciało opętanego. Opętanie wcale nie jest więc najniebezpieczniejsze. Dużo bardziej niebezpieczne jest to, czego nie widać gołym okiem. A książę ciemności nie śpi, ale próbuje nieustannie zwieść nas na swoją drogę, która zawsze kończy się przepaścią. 

"Szatan nienazwany" to książka merytoryczna, pozostająca w zgodzie z doktryną Kościoła. Autorka opiera się na Piśmie Świętym i Świętej Tradycji, co gwarantuje poprawność i prawowierność prowadzonych wywodów. Zalecenia są konkretne i rzeczowe. Nie znajdziemy ogólnych rad typu "musisz być blisko Boga". Irene Corona nie poprzestaje na zdawkowych uwagach, ale szczegółowo (w punktach!) rozpatruje poruszane kwestie. Analizuje m.in. różne strategie działania Szatana oraz wymienia sposoby pomagające oprzeć się im.

Brakuje mi trochę przypisów. Tezy stawiane przez autorkę są czasami bardzo śmiałe. Irene Corona neguje np. ewolucję świata uważając, że zmiany są skutkiem tytanicznej wojny, którą zapoczątkowały złe duchy i która rozpoczęła się, zanim na ziemi pojawił się człowiek. W takim przypadku wolałbym znać źródło, z którego korzystała badaczka działalności złego ducha. To jednak jedyny mankament, który znalazłem w "Szatanie nienazwanym". Z pewnością będę wracać do tej publikacji, bo to wspaniały przewodnik w drodze, na której grasuje na nas zło niematerialne pragnące zgubić duszę człowieka.

Z tej tematyki polecam także:
  1. Egzorcysta Watykanu
  2. Atak Złego
  3. Rozmowy z egzorcystami
  4. Walka z demonem  

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

sobota, 16 sierpnia 2014

"Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka"

Zetnij włosy na łyso, a nie będziesz musiał używać szamponu, grzebienia ani żadnych innych przyborów i kosmetyków koniecznych do pielęgnacji włosów. Szaleństwo? Nie, to tylko minimalizm. Leo Babauta w "Książeczce minimalisty" podaje jedynie sprawdzone porady. Tę więc również wcielił w życie. W kontekście całej książki brzmi to komicznie. Autor zarzeka się, że nie jest minimalistą-ekstremistą, a tymczasem dostarcza argumentów, że siedzi w nim minimalistyczny talib. Na szczęście tego typu zalecenia to wyjątek. Generalnie, mimo kilku irytujących rozdziałów, jestem zadowolony z lektury "Książeczki minimalisty". Na pewno wprowadzę przynajmniej część założeń minimalizmu do mojego życia.

Mimo że nie przepadam za stylem minimalistycznym zdecydowałem się sięgnąć po książkę. Skusił mnie opis. Dotychczas myślałem, że to podejście do życia ujawnia się jedynie w urządzaniu wnętrz. Tymczasem okazało się, że prądu tego nie można ograniczyć do dekoratorstwa. Przejawia się on w innych sferach (choćby organizacji pracy, żywieniu czy podróżowaniu). Nie lubię wnętrz minimalistycznych. Uważam je za zimne i nieprzyjazne. Utwierdziłem się w swoim przekonaniu, gdy zobaczyłem biurko autora. Delikatnie mówiąc nie w moim guście. Jedno przyciąga mnie jednak do minimalizmu - nieuleganie reklamom, pozostawanie pod prąd trendom konsumpcjonistycznym i skupienie na wyższych wartościach (niekoniecznie religijnych, mogą to być np. relacje z bliskimi) w zamian za rezygnację z gromadzenia przedmiotów, które często w ogóle nie są nam potrzebne. Swoje trzy grosze dorzucają wielkie koncerny, które tworzą potrzeby i wpędzają konsumentów w błędne koło. Kupujemy coraz więcej, ale nasze pragnienia nie są zaspokajane. Wręcz przeciwnie - ciągle znajdujemy nowe rzeczy, które rzekomo są nam koniecznie potrzebne.

Dotychczas uważałem minimalistów za osobliwych dziwaków. Ostatnio uświadomiłem sobie jednak, że większość świętych to minimaliści (przynajmniej w pewnych sferach życia). Jestem w trakcie lektury "Drogi na Górę Karmel" św. Jana od Krzyża i nie mogę wyjść ze zdziwienia, że można zauważyć pewne analogie (oczywiście bardzo proste, dzieło wybitnego świętego jest oczywiście dużo głębsze, bardziej złożone) między tym przewodnikiem po duszy ludzkiej a "Książeczką minimalisty". Św. Jan od Krzyża również radził, aby wyzbyć się pragnień i pożądliwości. Może to jest właśnie kluczem do szczęścia?

Leo Babauta [źródło]
Minimalizm do sztuka życia. Życia radosnego i pogodnego, ale obojętnego wobec pogoni za dobrami materialnymi. To, że zrezygnujemy z niektórych przedmiotów nie znaczy, że będziemy przez to mniej szczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Autor bardzo logicznie to uzasadnia. Za każdą rzeczą obecną w naszym domu stoją mniejsze lub większe pieniądze, a te wymagają nakładów czasu. Jeśli będziemy więc mniej pożądać i mniej kupować to nie będziemy musieli spędzać tyle czasu w pracy. W zamian możemy np. poprawić nasze relacje z rodziną czy odnowić dawne kontakty.

Zdecydowanie nie podobała mi się wegetariańska propaganda. Sam nie przepadam za mięsem, ale nie mam żadnych ideologicznych problemów ze spożywaniem mięsnych posiłków. Autor często generalizuje. Stwierdza na przykład, że hodowla zwierząt szkodzi środowisku. W czym prerii amerykańskiej przeszkadzają stada krów? Żywią się one trawą, której tam i tak jest mnóstwo. Leo Babauta próbuje zaś wmówić czytelnikom, że jedzą mięso za sprawą reklam i panującej kultury zbytku... Wszystkim, którzy podzielają zdanie autora w tej kwestii polecam lekturę "Wyspy na prerii", w której Wojciech Cejrowski rozprawia się z niektórymi tego typu poglądami.

Nie zamierzam stosować się do rad związanych z eliminowaniem papieru w codziennym życiu (aż dziwię się, że autor zgodził się na wydrukowanie swojej książki - w końcu lasy giną...). Leo Babauta radzi na przykład, aby pozbyć się wszystkich papierowych zdjęć, a w zamian przechowywać ich skany na komputerze. To chyba najbardziej bezduszna porada. Nie, przepraszam. Jest jeszcze jedna porada, które przebija tamtą - rezygnacja z wysyłania papierowych listów. To już uważam niemal za barbarzyństwo. Tutaj muszę zacytować: Nie wiem, dlaczego jeszcze się to robi, ale poczta elektroniczna zastąpiła tę metodę komunikacji. Jeśli ktoś nie rozumie fenomenu papierowej korespondencji to już nic na to nie poradzę. Leo Babauta odradza również kupowanie papierowych gazet i czasopism oraz drukowanie materiałów do czytania. Autor nie bierze jednak pod uwagę tego, że nie każdy lubi czytać na komputerze. Lektura dłuższych tekstów w formie elektronicznej męczy mnie. Zauważyłem także pewną niekonsekwencję dotyczącą płatności papierowymi pieniędzmi. Raz autor zachwyca się kartami płatniczymi, a drugi raz stwierdza, że woli płacić gotówką.

Tak jak już wyżej wspomniałem nie zgadzam się ze wszystkim, co proponuje autor. Część porad jest dla mnie bezwartościowa. Na szczęście cała publikacja nie okazała się taka. Czas spędzony z "Książeczką minimalisty" był dla mnie okazją do zastanowienia się nad tym, co kupuję, czy jest mi to koniecznie potrzebne i skłonił do przemyślenia raz jeszcze zakupów, które planuję w najbliższym czasie. Pod wpływem Leo Babauty zaplanowałem na przyszły tydzień generalne porządki. Poza tym przeanalizowałem niektóre swoje zachowania oraz przejrzałem swoje półki i szafy. W tym czasie przypomniał mi się ciągle fragment z Księgi Izajasza: czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę - na to, co nie nasyci? Może warto czasami zatrzymać się i zastanowić się nad odpowiedzią na pytanie postawione przez proroka Starego Testamentu?


Na koniec kilka cytatów, które mnie zaciekawiły:
Upraszczanie to eliminowanie zbędnego, żeby niezbędne mogło przemówić.
- Hans Hofmann
 Nie trzymajcie w domach nic, co nie jest użyteczne lub piękne.
- William Morris 
Doskonałość osiąga się nie wtedy, kiedy nie można już nic dodać, ale kiedy nie można nic ująć.
- Antoine de Saint-Exupéry
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Życie codzienne arystokracji" Maja i Jan Łozińscy

Po wizycie w średniozamożnych ziemiańskich dworkach przyszedł czas na przestronne i bogato wyposażone pałace. Naszymi przewodnikami są Maja i Jan Łozińscy. W poprzedniej książce "W ziemiańskim dworze" opowieści o dawnych czasach snuto zgodnie z cyklem pór roku. Wędrówkę rozpoczynaliśmy od przygotowań do świąt Bożego Narodzenia i karnawału, przechodziliśmy przez zatłoczone dworskie kuchnie w okresie wielkanocnym, przypatrywaliśmy się żniwom, by zakończyć naszą wizytę w dziewiętnastowiecznym dworze podczas jesiennych przygotowań do kolejnej zimy. Taka systematyka okazała się mniej przydatna w przypadku najzamożniejszej warstwy ziemiaństwa. Arystokratka rzadko doglądała przygotowywania konfitur, nie interesowała się urządzaniem lodowni czy sporządzaniem zapasów tak jak średniozamożna ziemianka. Pory roku w przedstawieniu życia tej sfery mają więc mniejsze znaczenie. Tym razem wędrujemy więc zgodnie z układem pomieszczeń w pałacu. Naszą wizytę rozpoczynamy w pokoju dziecinnym. Następnie zasiadamy przy jadalnianym stole i przenosimy się na dłużej do sali balowej. Wreszcie zostajemy wpuszczeni do najbardziej reprezentacyjnego pomieszczenia - salonu. Później niestety czeka nas noc w pokojach gościnnych, które nawet w najbogatszych domach bywają wyjątkowo zaniedbane. Już w kolejnym rozdziale autorzy rekompensują nam jednak te niedogodności zabierając nas do sypialni i garderoby. W końcu czeka nas wyjście na zewnątrz pałacu - znajdujemy się na polowaniu. Znajdzie się także coś dla miłośników koni (zarówno tych arabskich, jak i mechanicznych) - rozdział "W stajni, w garażu".

Maja i Jan Łozińscy to dla mnie sprawdzona marka. Zawiodłem się tylko raz - podczas lektury "W przedwojennej Polsce". Zupełnie mnie ta książka nie zaciekawiła. Zgromadzono zbyt wiele faktów, nie troszcząc się zbytnio o atrakcyjne przedstawienie ich czytelnikowi. Należy jednak pamiętać, że publikacja ta to jedna z pierwszych małżeństwa zapalonych historyków. Od tego czasu ich pióra wyrobiły się i przedstawiają zdecydowanie wyższy poziom. Książkę "W ziemiańskim dworze" czytałem już trzy razy i wcale nie mam jej dość. Wręcz przeciwnie - jak będę mieć czas to w zimie chętnie zajrzę do niej po raz kolejny. W "Życiu codziennym arystokracji" autorzy użyli wszystkich swoich umiejętności. Narracja jest wartka i płynna. Zebrano dość dużą liczbę informacji, co nie odbija się w jakimkolwiek stopniu na przyjemności wynoszonej z lektury. Mam wrażenie, że czytałem najlepszą powieść. Na pewien czas teleportowałem się do arystokratycznego pałacu doby XIX i początków XX wieku. Żal mi było go opuszczać...

Bardzo mi się podoba częste przytaczanie fragmentów wspomnień i pamiętników. Nic nie mówi lepiej o minionych czasach niż zapiski ludzi, którzy potrafili przez kilkadziesiąt lat przelać na papier większość swoich trosk, radości, zmartwień i niepokojów. Cieszę się, że autorzy znają miarę w cytowaniu.  Książki jednego z dość popularnych autorów zajmujących się tematyką dwudziestolecia międzywojennego wyglądają tak, że jedna trzecia publikacji do fragmenty innych utworów. Temu mówię stanowcze nie. Na szczęście w "Życiu codziennych arystokracji" znalazło się tyle odwołań do dzienników i wspomnieć, że nie rażą one i nie przysłaniają autorskiego tekstu, który przedstawia się znakomicie. Jedyne czego mi brakowało to anegdot. Kilka pewnie znalazło się w poszczególnych rozdziałach, ale nie utkwiły mi w pamięci (a to o czymś świadczy). 

To, co mnie zaskoczyło podczas lektury to sposób wychowywania dzieci. Wiedziałem, że w średniozamożnych ziemiańskich dworach hołdowano surowemu podejściu do latorośli i sztywnemu planowi ich dnia. Spodziewałem się, że w pałacach kwestia ta wyglądała trochę inaczej. Tymczasem mali książęta i hrabianki nie mogli liczyć na taryfę ulgową. O w pół do szóstej rano pobudka, pół godziny później rozpoczynały się lekcje, które trwały do trzynastej (przewidziano dwie krótkie przerwy na posiłki). Po czterech godzinach przeznaczanych na "rekreację" wracano do książek. Zajęcia kończono dopiero o dwudziestej. Zwracano także uwagę, by dzieci nie wyręczały się służbą i jak najwięcej rzeczy wykonywały same. Historia pokazała, że wychowanie to przyniosło niezwykłe skutki. Przedstawiciele tej sfery w wyniku wojny i barbarzyńskiego zajęcia naszego terytorium przez Armię Czerwoną po tzw. "wyzwoleniu" stracili niemalże wszystko - swoich bliskich, pozycję społeczną, majątek i źródło utrzymania. A mimo to nie poddali się i nie ulegli załamaniu. Dużą rolę na pewno odgrywało w tej sytuacji staranne wychowanie katolickie. Arystokracja była silnie związana z Kościołem. Dochodziło nawet do takich sytuacji, jak w domu Marii i Franciszka Potockich, w którym pokój pierworodnego syna urządzona w dwóch barwach - białej i niebieskiej, nawiązując do barw maryjnych.

Jak zwykle, w przypadku serii PWN dotyczącej ziemiaństwa, muszę powtórzyć słowa o wspaniałej oprawie technicznej - mnóstwo reprodukcji fotografii tematycznie dobranych do omawianych kwestii, bardzo dobrej jakości papier, twarda okładka i dbałość o detale. Wszystko to lekturę "Życia codziennego arystokracji" czyni jeszcze atrakcyjniejszą. Z pewnych względów "W ziemiańskim dworze" jest mi bliższe. Nie oznacza to jednak, że nie zamierzam zaglądać po raz kolejny do najnowszej książki Mai i Jana Łozińskich. Czas spędzony z ich książką był dla mnie wspaniałą podróżą w przeszłość, do której zachęcam wszystkich moli książkowych zafascynowanych życiem codziennych w dawnych czasach, którzy chcą się dowiedzieć, jak to drzewiej bywało...


Z tej tematyki polecam także:
  1. Arystokracja. Polskie rody 
  2. Dwór - polska tożsamość  
  3. Dobre maniery w przedwojennej Polsce   
  4. Dom
  5. W salonie i w kuchni
  6. Ziemiański savoir-vivre  
  7. Życie polskie w dawnych wiekach 
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 10 sierpnia 2014

"Msza święta w pytaniach i odpowiedziach" Łukasz Kubiak

Jeśli znalibyśmy wartość chociaż jednej Mszy świętej, to umarlibyśmy ze szczęścia - to oczywiście słowa francuskiego patrona proboszczów św. Jana Marii Vianney'a. Słowa gorzkie, bo uświadamiają nam, że nie doceniamy tej najdoskonalszej z modlitw, ale razem optymistyczne, gdyż codziennie czeka na nas ten bezmiar duchowego, czyli doskonałego szczęścia. Aby w pełni świadomie uczestniczyć we Mszy Świętej warto mieć pewną wiedzę na jej temat. Rzadko się zdarza, że znak występujący w trakcie celebracji jest pozbawiony głębszej symboliki. Gdyby ją tylko poznać to owoce, które wynosimy z udziału w Najświętszej Ofierze mogłyby być znacznie większe. Z pomocą przychodzi nam doskonała książka Łukasza Kubiaka "Msza święta w pytaniach i odpowiedziach".

Pozycja ta składa się ze stu pytań i stu odpowiedzi na tematy związane z Mszą Świętą. Autor wyjaśnia nabożeństwo zarówno pod względem symboliki duchowej (choćby przeistoczenie), jak i jej ziemskiej oprawy. Dowiemy się zatem, czym jest humerał, do czego duchowny używa cingulum, z czego wywodzi się paliusz i dlaczego kapłan dodaje wodę do wina. Część pytań wydaje się dość banalna np. kolorystyka szat liturgicznych czy częstotliwość przystępowania do komunii świętej. Zawsze się może jednak zdarzyć, że jakiś czytelnik ma wątpliwości w tym zakresie, więc i takie pytania również mogą być pomocne.

Zdecydowanie podoba mi się podejście autora do wierności Tradycji Kościoła. Sobór watykański II i zmiany będące jego bezpośrednimi czy pośrednimi skutkami w dużej mierze irytują mnie i wydają się, przynajmniej dla mnie, jedną z przyczyn obecnego kryzysu Kościoła w wielu państwach. Przywołam po raz kolei przykład bardzo tradycyjnej południowoamerykańskiej diecezji, w której w niemalże każdym kościele oprócz mszy posoborowej odprawia się tradycyjną. Liczba seminarzystów w mieście będącym siedzibą biskupa tej diecezji dochodzi do 250. A w takich stolicach jak Montevideo czy Buenos Aires zaledwie 30. Rozumiem, że nie może to być jedyne kryterium oceny, ale trzeba przyznać, że przypadek ten jest wymowny. Podobnych przykładów dostarcza Łukasz Kubiak. Trudno nie zgodzić się z nim, gdy wyraża negatywne zdanie o większości nowoczesnych świątyń katolickich, które w żaden sposób nie zachęcają do rozmodlenia, ale coraz częściej straszą swoim wnętrzem. W trakcie lektury porównywałem obyczaje panujące w mojej parafii z opiniami autora na temat przeróżnych nadużyć. Zauważyłem, że w dużej mierze dotyczące one i mojego kościoła parafialnego (choćby traktowanie szafarzy nadzwyczajnych jako zwyczajną pomoc przy udzielaniu Komunii świętej).

W wielu odpowiedziach pojawiały się odniesienia do Tradycji Kościoła oraz dawnych zwyczajów. Po przeczytaniu "Mszy świętej..." jeszcze bardziej tęsknię do przedsoborowych czasów. I nie mam na myśli tylko wielkich zmian, które zaszły po tym wydarzeniu. Podobają mi się także obyczaje przed soborem dotyczące spraw mniejszej wagi np. obowiązek umieszczania w ołtarzu relikwii męczenników lub innych świętych. Utwierdziłem się również w przekonaniu, że Benedykt XVI miał bardzo zdrowe podejście do obrazu Kościoła w XXI wieku. Widać to choćby poprzez drobiazgi typu powrócenie do starożytnej formy paliusza sięgającego celebransowi do stóp. To nie jest przecież jedynie pusty gest, ale czytelne wskazanie kierunku dla Owczarni Chrystusowej.

"Msza święta w pytaniach i odpowiedziach" to zdecydowanie książka godna polecenia. Zaznaczam jednak, że mogłem ją przedstawić w krzywym zwierciadle. W rzeczywistości stosunek autora do posoborowych zmian ogranicza się do dosłownie kilku czy kilkunastu uwag. Jestem jednak dość wyczulony na tym punkcie. Z tego względu czułem potrzebę, żeby poświęcić temu tematowi więcej miejsca. W ramach podsumowania mogę poręczyć, że po skończonej lekturze książki Łukasza Kubiaka inaczej patrzę na Mszę świętą i uczestniczę w niej w sposób bardziej świadomy. Zdecydowanie warto było poświęcić kilka godzin, by choć trochę zbliżyć się do największej z tajemnic na tym świecie... Mam na myśli oczywiście tajemnicę wiary.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

piątek, 8 sierpnia 2014

Sudety...


Dla tych, którzy nie wykorzystali jeszcze urlopu, a mają ochotę gdzieś się wybrać proponuję Sudety. Na początku wakacji trafił w moje ręce przewodnik po kilku ciekawych miejscach na południu Polski. Niestety tak się w tym roku złożyło, że nie mogłem wykorzystać tej publikacji w terenie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się wybrać do jednych z najstarszych polskich gór. Na pewno zabiorę ze sobą "Sudety", bo pozycja ta przypadła mi do gustu.

Na początku zwrócę uwagę na to, co mnie irytuje. Całkowicie rozumiem zamieszczanie reklam w bezpłatnie rozpowszechnianych pozycjach np. w kalendarzach studenckich. Dodawanie ich jednak w książce, za którą płacimy jest wyraźnym afrontem w stosunku do czytelnika. Byłbym jeszcze w stanie to przyjąć, gdyby były to reklamy związane z wydawnictwem np. książki dotyczące podobnej tematyki, które mogą nas zainteresować. Tymczasem wydawca przewodnika po Sudetach na co drugiej stronie (!) przypomina nam o Ergo Hestii. Mało tego - wzmianka znalazła się także na okładce oraz zajęła zewnętrzne części obu skrzydełek. To szczyt nieprofesjonalizmu. Jako czytelnik czuję się nieszanowany przez wydawnictwo, które najwyraźniej próbuje zarabiać podwójnie, bo najpierw ściąga pieniądze od reklamodawcy, a później od kupujących. Przyznam szczerze, że pierwszy raz się z czymś takim spotykam. Nie mam więc pojęcia, jaka jest skala tego zjawiska. Uważam to jednak za naganne postępowanie, licujące z lekceważeniem czytelnika.

Nie rozumiem także idei, która przyświecała twórcom przewodnika, gdy zamieszczali w prawym górnym rogu okładki napis "travelbook". Publikacja jest skierowana do polskiego odbiorcy (w środku nie ma absolutnie żadnych tłumaczeń na jakikolwiek język obcy). Po co więc ten dodatek na pierwszej stronie? Czy polskie słowo "przewodnik" jest aż tak straszne? Może jestem małostkowy, ale naprawdę nie lubię nieustannego okraszania polskiej mowy wtrętami z innych języków.

Na uwagę zasługuje natomiast szczegółowe opracowanie. Otrzymałem odpowiedź chyba na każde pytanie, które przyszło mi do głowy. Od cen biletów wstępu na teren Karkonoskiego Parku Narodowego, poprzez sieć linii kolejowych i autobusowych, szlaki piesze i rowerowe, możliwość spotkania z dzikimi zwierzętami na szlaku, aż do spisu polsko-czeskich pieszych przejść turystycznych. W dziale "Informacje praktyczne" znajdziemy także spis schronisk wraz z numerami telefonicznymi i adresami oraz listę potencjalnych niebezpieczeństw, które mogą nam zagrozić w górach.

Zasadnicza część przewodnika, czyli opracowanie poszczególnych pasm wraz z konkretnymi trasami, również przedstawia się bardzo dobrze. Nie znam wielu tego typu publikacji, więc nie mam porównania. Wydaje mi się jednak, że zebrane informacje (długość, opis i mapa trasy, różnica poziomów, szacowany czas potrzebny na przejście, atrakcje turystyczne) są w zupełności wystarczające. Mimo pewnych mankamentów (wszechobecne reklamy) generalnie przewodnik nie przedstawia się źle. W każdym razie w najbliższej przyszłości zamierzam skorzystać z niego w praktyce. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu: 

Świetną fotorelację z wypadu w Sudety możecie obejrzeć na blogu "Pięć pór roku".

wtorek, 5 sierpnia 2014

"Arystokracja. Polskie rody" Marcin Schirmer

Od pewnego czasu zajmuje mnie tematyka życia codziennego ziemiaństwa w wieku XIX i w dwudziestoleciu międzywojennym. Na szczęście materiałów niezbędnych do rozwijania tego zainteresowania mam pod dostatkiem. Wystarczy przyjrzeć się nowościom wydawniczym z ostatnich kilku lat, żeby przekonać się o istnieniu swoistej mody na tego typu pozycje. Nie tylko wydawane są nowe publikacje, ale i wznawiane starsze (choćby genialne "W salonie i w kuchni" Elżbiety Koweckiej). Mimo że przeczytałem już niejedną książkę na ten temat, to miałem lukę dotyczącą magnaterii. Wszystko, z czym zapoznałem się wcześniej, dotyczyło uboższej szlachty zamieszkującej niezbyt obszerne, wiejskie majątki. Cieszę się więc, że udało mi się przeczytać "Arystokrację...", która uzupełniła moje braki.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza z nich dotyczy dziejów najznamienitszej warstwy społeczeństwa od I Rzeczypospolitej aż po czasy współczesne. Marcin Schirmer wyjaśnia proces powstawania arystokracji oraz jej kształtowanie w wiekach średnich. Następnie przechodzi o opisu awansu magnaterii we wczesnych okresie nowożytnym ze szczególnym zwróceniem uwagi na tworzące się ordynacje. Historia nie kończy się jednak wraz z upadkiem państwa polskiego. Autor snuje opowieści o czasach zaborów i dwudziestolecia międzywojennego, by następnie przejść do najbardziej zatrważającego rozdziału. I nie mam tu na myśli czasów wojny, ale PRL. II wojna światowa osłabiła oczywiście ziemiaństwo (nie tylko pod względem liczebności - arystokraci byli tak samo mordowani w obozach koncentracyjnych i łagrach, ale i materialnym), jednakże nie w takim stopniu, żeby nie było możliwe odbudowanie strat po jej zakończeniu. Niestety czerwona dzicz ze Wschodu ostatecznie przypieczętowała los tej warstwy. Niezwykle ciekawy jest przedostatni rozdział pierwszej części, w którym Marcin Schirmer odnosi się do obecności potomków sławnych rodów we współczesnej Polsce. Z pewnością każdy kojarzy aktorkę Beatę Tyszkiewicz czy prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej Konstantego Radziwiłła, ale to nie jedyni spadkobiercy najzamożniejszych ziemian żyjący wśród nas.

O ile pierwsza część jest bardziej ogólna, to w drugiej na scenę wychodzą ludzie z krwi i kości. Czytelnicy mają okazję zapoznać się z całą plejadą barwnych postaci reprezentujących szesnaście rodów magnackich. Każdy rozdział to historia jednej rodziny (razem z gałęziami bocznymi). Rzecz jasna nie omówiono nawet znikomego ułamka przedstawicieli arystokracji. Praca musiałaby wtedy przybrać monumentalne rozmiary. Poza tym autor nie rości sobie praw do stworzenia naukowej publikacji. Celem książki "Arystokracja. Polskie rody" jest popularyzacja wiedzy o polskiej magnaterii, nie zaś kompleksowe opracowanie jej dziejów (zresztą losy większości rodzin pojawiających się w tej części zostały już dość dobrze opracowane przez zawodowych historyków).

Każdy ród to osobna historia. Jego protoplaści inaczej zdobyli majątek i wpływy, w różny sposób uzyskali decydujący wpływ na losy kraju i w odmienny sposób zorganizowali swoje fortuny. Najzamożniejsi byli posiadaczami ponad sześciuset wsi i kilkunastu miast! Nierzadko dobra ziemskie magnata przewyższały pod względem powierzchni niewielkie państewka włoskie czy niemieckie! Nie bez powodu kresowych magnatów nazywano "królewiętami". W każdym z rodów przewijają się zarówno wybitne, jak i tragiczne postaci. Zdarzali się tak zdolni i zaradni szlachcice, że w ciągu jednego pokolenia potrafili opuścić szeregi średniej szlachty i wejść do grona magnaterii. Nie ze wszystkimi los obchodził się jednak łaskawie. Nie mam na myśli zaplecza materialnego. Kto raz zdobył fortunę raczej trudno było mu ją stracić. Przyczyna była bardziej prozaiczna - brak męskiego potomka. W ten sposób wiele rodów na zawsze odeszło z kart dziejów. Na ich miejsce przychodziły nowe. Historia jednak uczy, że ci, którzy wybili się w XVII wieku utrzymali swoje znaczenie do końca I Rzeczypospolitej. Średnio dzieje magnackiego rodu nie przekraczały kilkuset lat. Wyjątkiem są Radziwiłłowie, o których wspomina się już na początku XV wieku. Aż do upadku państwa polskiego zajmowali czołową rolę.

Trochę obawiałem się, czy autor poradzi sobie z telegraficznym przedstawieniem kilkunastu rodów w taki sposób, aby nie zanudzić czytelnika. W końcu każdy rozdział drugiej części to zbiór kilku czy kilkunastu biogramów przedstawicieli danej rodziny. Marcin Schirmer poradził sobie jednak z zadaniem i stworzył publikację, która powinna przekonać do podopiecznej Klio nawet dyletantów historycznych. Całość opatrzono bibliografią, która ma dla mnie w tym przypadku kolosalne znaczenie. To prawdziwy skarb dla ludzi zainteresowanych historią życia codziennego, pamiętnikami i wspomnieniami. Na dwóch stronach mamy tyle lektur, że wystarczy na co najmniej pół roku.

Książkę "Arystokracja. Polskie rody", tak jak inne pozycje dotyczące tematyki ziemiaństwa z PWN, wydano ze szczególną starannością. Kredowy papier, mnóstwo doskonałych reprodukcji zdjęć, przejrzystość, twarda oprawa i dbałość o detale dodają publikacji uroku. Na usta cisną się słowa "ozdoba biblioteczki", ale nie lubię tego sformułowania (traktowanie książek jako ozdoby to dla mnie niemal barbarzyństwo). Wszystko to w połączeniu z bardzo dobrą treścią zasługuje na najwyższą ocenę. Nie piszę tzw. laurek i kiedy trzeba to krytykuję otrzymane pozycje. Jeśli coś chwalę, to tylko dlatego, że jestem do tego przekonany. Zaznaczam jednak, że historia to dziedzina najbliższa mojemu sercu. To, co dla mnie jest szalenie ciekawe może nie spełnić oczekiwać drugiego czytelnika.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

"Działaj teraz" Zbigniew Ryżak

Niedawno zarzekałem się (po lekturze którejś z książek Beaty Pawlikowskiej), że już nigdy nie przeczytam żadnego poradnika. Nic jednak nie poradzę na to, że lubię tego typu pozycje. Co prawda dziewięć na dziesięć mnie zawodzi, ale zawsze można znaleźć jakąś perełkę np. "Nawyk wytrwałości". Niestety "Działaj teraz" nie zaskoczyło mnie pozytywnie. Na pewno nie była to lektura bezwartościowa. Po przeczytaniu jednak kilku czy kilkunastu podobnych książek większość rad przyjmowałem ze znudzeniem, gdyż już je znałem. Cechą poradnika, według mnie, musi być mniejsza czy większa odkrywczość. Nie znoszę powtarzania tematów już świetnie opracowanych w innych publikacjach.

Zaciekawiły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to podejście Zbigniewa Ryżaka do wyboru drogi życiowej. Autor zaleca nieskupianie się jedynie na sobie, ale także wzięcie pod uwagę to, co możemy zrobić dla społeczności poprzez naszą pracę. A druga to przywołanie metody św. Ignacego Loyoli przydatnej do walki nie tylko z grzechami i słabościami, ale także z nawykami niosącymi za sobą negatywne konsekwencje. Można ją także wykorzystywać do realizacji różnych postanowień (choćby nauka języka obcego czy codzienne ćwiczenia). Sposób wybitnego teologa jest genialny w swojej prostocie. Wystarczy kartka i długopis. Na środku zapisujemy numery kolejnych dni miesiąca. Po prawej stronie zaznaczamy jakimś znakiem (np. kółeczkiem) nasze zwycięstwa, po lewej np. krzyżykiem nasze upadki. Metoda ta może na pierwszy rzut oka wydaje się nieskuteczna, a nawet infantylna, ale zastanówmy się, co możemy zyskać. Po pierwsze pod koniec miesiąca zyskujemy czarno na białym rozliczenie z naszego postępowania. A po drugie taka lista działa na człowieka mobilizująco. Tak mi się spodobał ten sposób, że postanowiłem sięgnąć po całość "Ćwiczeń duchowych" Ignacego Loyoli.

Te dwie kwestie szczególnie zapadły mi w pamięć po skończonej lekturze "Działaj teraz". Co do reszty to trudno mi ocenić, ponieważ przeczytałem już trochę książek, artykułów i wpisów blogowych na tematy poruszane w "Działaj teraz". Gdyby publikacja Zbigniewa Ryżaka była pierwszą dotyczącą samorozwoju, na którą się natknąłem na pewno patrzyłbym na nią inaczej. Niestety tak nie jest, więc przy części rozdziałów nudziłem się.

Na pewno trzeba docenić styl i język, którym posługuje się autor. Wszystko zostało wytłumaczone w jasny sposób dla czytelnika, który kompletnie nie orientuje się w literaturze motywacyjnej. Cieszą mnie również dość krótkie rozdziały, podzielone dodatkowo na mniejsze części. Dzięki temu nie tylko łatwiej jest odnaleźć dany fragment, ale i mózg lepiej przyswaja informacje przekazywane na kartach książki. Kolejny atut to przekrojowe potraktowanie tematu skutecznego działania i realizacji postawionych celów. Autor odniósł się do wielu problemów, które może spotkać czytelnik zabierając się za wcielenie w życie swoich planów. Oczywiście możemy spotkać niestandardowe przeszkody, ale z większością przypadków powinniśmy sobie poradzić zaglądając od czasu do czasu do "Działaj teraz".

Niezbyt często, ale czasami zmieniam zdanie o przeczytanych książkach (niedawno duży zwrot dokonał się w odniesieniu do pozycji Beaty Pawlikowskiej). Na pewno będę więc wracać do publikacji Zbigniewa Ryżaka. Wierzę, że niejeden raz mi pomoże. Napisałem w pierwszym akapicie, że "Działaj teraz" nie zaskoczyło mnie pozytywnie. Nie miałem na myśli tego, że jest to bezwartościowa lektura. Spodziewałem się dość dobrej książki i "Działaj teraz" taką się okazało. Ale nie jest to szczyt literatury motywacyjnej. Na kolejną perełkę (pierwszą jest "Nawyk wytrwałości") muszę jeszcze poczekać.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 3 sierpnia 2014

"Skarbiec modlitw do Ducha Świętego"

Tak sobie właśnie myślę o modlitewnikach, które stoją w moim domu na półkach i nie mogę uwierzyć, że aż tyle się zmieniło na "rynku", w którym nie ma zbyt szerokiego pola do popisu. Starsze książeczki do nabożeństwa mają oczywiście swoją duszę, czego nie zrekompensuje żadna najnowsza publikacja. Tym niemniej jednak współczesne modlitewniki też mogą być ciekawe. Swoje zdanie opieram teraz głównie na pozycjach wydawanych przez Esprit. Mam m.in. świetny modlitewnik "Wołaj do Mnie, a odpowiem ci". Teraz przyszedł czas na zwrot ku Duchowi Świętemu...

W "Skarbcu modlitw do Ducha Świętego"znajdziemy kilkaset różnorodnych modlitw. Od litanii i koronek, poprzez modlitwy świętych i charyzmatyków, aż po nowenny i hymny uwielbienia. Przed niektórymi z nich (tymi szczególnie ważnymi) dodano zarys historyczny oraz kilka słów wprowadzenia. Największym atutem jest jednak umieszczenie w książce różnych wersji tej samej modlitwy. Przykładem jest choćby hymn "Veni Creator Spirytus". Dotychczas znałem tylko tłumaczenie zaczynające się od słów "O Stworzycielu, Duchu, przyjdź...". Chętnie więc zapoznałem się ze starszymi przekładami. Może niektóre z nich są mniej ładne pod względem stylistycznym, ale za to brzmią dużo lepiej. Dużym zaskoczeniem było, jak bardzo mogą różnić się te wersje.

Oprócz tradycyjnych modlitw w różnych tłumaczeniach w modlitewniku znajdziemy także modlitwy ułożone przez Jana Pawła II, akty oddania się Duchowi Świętemu oraz hymny z liturgii godzin (te wyróżniają się szczególnie swoim pięknem). Ponadto jeden z najciekawszych rozdziałów zawiera modlitwy naszych przodków. To, że nie są używane powszechnie nie znaczy przecież, że nie możemy z nich korzystać. Tym bardziej, że niektóre z nich wyjątkowo poruszają serce i ducha. Może część zawiera częstochowskie rymy, ale nie ujmuje to nic tym modlitwom.

Nie lubię narzekać, ale myślę, że warto byłoby zainwestować w twardą oprawę. Przynajmniej w założeniach modlitewnik ma służyć na długie lata i ma być często używany. Nie rozumiem więc, dlaczego oprawiono go w miękką oprawę, gdy tymczasem mnóstwo książek, które tego nie wymagają otrzymują twardą okładkę. Byłby wtedy na pewno cięższy, ale z tego typu publikacji korzystamy raczej w domu, więc odpada argument, że nie można by go gdzieś zmieścić. Mimo to warto sięgnąć po "Skarbiec modlitw do Ducha Świętego", bo to piękna pozycja, która może nam znacząco pomóc przy codziennej modlitwie. Zwłaszcza, że Trzecia Osoba Trójcy Świętej w jednej chwili dokonuje niemożliwego. Podobno też Duch Święty nigdy nie odmawia tym, którzy z ufnością proszą Go o coś. Może warto więc spróbować zwrócić się do Niego?

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

sobota, 2 sierpnia 2014

"To ja, papież Franciszek" Grzegorz Polak

Papież Franciszek od pierwszych chwil zaskakuje. Niestety nie zawsze, według mnie, pozytywnie. Część komentatorów zachwycała się pierwszym wystąpieniem, w którym Ojciec Święty przywitał się z tłumem zebranym na Placu św. Piotra słowami "dobry wieczór". Dotychczas każdy nowo wybrany zastępca Chrystusa na Ziemi zaczynał swój pontyfikat od pozdrowienia Jezusa Chrystusa. Może jestem w tym osamotniony, ale marzę o powrocie do czasów, w których papieża w tiarze po uroczystej koronacji niesiono na lektyce... Skoro jednak Duch Święty wybrał argentyńskiego kardynała na przywódcę Kościoła to na pewno potrzebny jest nam taki papież. W końcu On (Duch  Święty) nigdy się nie myli. Po wielkim teologu przyszedł czas na pasterza skromnego i uśmiechniętego. Książka "To ja, papież Franciszek" to zbiór anegdot o Najwyższym Kapłanie (dziwnie brzmi ten tradycyjny tytuł znajdujący się w tytulaturze papieskiej w odniesieniu do Franciszka...).

Dużym zaskoczeniem była dla mnie wiadomość, że Jorge Bergoglio stał się taki pogodny dopiero po wyborze na Stolicę Piotrową. Dotychczas myślałem, że argentyński duchowny ma po prostu taki charakter. Tymczasem podczas pełnienia swojej posługi biskupiej w Buenos Aires był poważny i nigdy się nie śmiał. Sam zainteresowany twierdzi, że ta przemiana to skutek działania Ducha Świętego, w co trudno nie uwierzyć (zwłaszcza, że wśród owoców Ducha Świętego znajduje się radość).

Książka składa się z około stu anegdot. Dotyczą one różnych sfer życia Ojca Świętego. Dowiemy się m.in. jak papież zareagował na genialny polski "lek" na serce ("Miserikordyna"), dlaczego wybrał akurat takie imię, do kogo zadzwonił z okazji urodzin i co nosi w swojej czarnej teczce (dotychczas  żaden z następców św. Piotra nie wnosi l na pokład samolotu bagażu podręcznego). Najpierw znajdziemy zawsze krótkie wprowadzenie, a później szersze wyjaśnienie. Autor często oddaje głos Franciszkowi. Większość anegdot jest naprawdę ciekawa i wzbudza uśmiech na twarzy, a niektóre prowokują nawet do szczerego śmiechu. Niestety część niepokoi mnie, a nawet zatrważa. Otóż Franciszek zanim odprawił swoją pierwszą Mszę świętą polecił w Kaplicy Sykstyńskiej odsunąć ołtarz od ściany i odprawiał twarzą do zebranych. Kompletnie nie rozumiem, po co to zrobił. Wierni wcale nie oczekują od Kościoła podążania za "duchem czasu" i ciągłych zmian. Wystarczy spojrzeć na statystyki z Ameryki Południowej. W jednej z tamtejszych bardzo tradycyjnych diecezji niemal w każdym Kościele odprawia się mszę w rycie trydenckim (obok oczywiście także mszy posoborowej, a nie zamiast). Liczba seminarzystów w tamtejszym seminarium diecezjalnym dochodzi do 250 osób. Tymczasem w Buenos Aires czy Montevideo zaledwie 30. Cieszę się, że Stolica Apostolska zarządziła kontrolę w tej diecezji. Może cały Kościół podąży za niewielką diecezją na końcu świata?

Nie podoba mi się także to, że Franciszek udzielił dyspensy od wymogu cudu w przypadku Jana XXIII. To było dla mnie duże zaskoczenie. Dotychczas myślałem, że zanotowano jakieś uzdrowienie za przyczyną tego papieża. Dlaczego życie i działalność jednych kandydatów na ołtarze bada się bardzo skrupulatnie (i słusznie), a drugich nie? Czyżby była jakaś nagła potrzeba "uświęcenia" soboru?

Przypadki, o których wspomniałem to na szczęście mniejszość. Książka "To ja, papież Franciszek" nadaje się więc idealnie na wakacyjną lekturę. Nie jest to oczywiście wybitna pozycja, ale sprawdzi się jako oderwanie od poważniejszych i trudniejszych pozycji. Przeczytanie jej nie zajmie więcej niż 1-2 godziny. Warto chyba poświęcić tak niewiele, aby poznać codzienność duchowego przewodnika ponad miliarda ludzi na świecie.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...