sobota, 28 czerwca 2014

Konkurs książkowo-fotograficzny

W najnowszym konkursie proponuję dwie książki z przepisami św. Hildegardy z Bingen. O jej medycynie, całościowym spojrzeniu na człowieka i radach zdrowotnych wspominałem już dwukrotnie. Pisałem o następujących publikacjach niemieckiej doktor Kościoła: "Zdrowie z mądrości natury" oraz "Wiedza lecznicza św. Hildegardy z Bingen od A do Z". Do wygrania są zaś dwie nowe książki: "Ryby i dania postne" oraz "Ciasta". Wszystkie przepisy zgodne oczywiście z terapią żywieniową św. Hildegardy.

Najprościej byłoby zrobić losowanie, ale nie chcę narażać się na kontrolerów... Przypominam, że zgodnie z obowiązującym prawem przeprowadzanie losowań na blogach jest nielegalne. Chyba, że ktoś wystąpił o zgodę Izby Celnej. Nie słyszałem co prawda, żeby ktokolwiek za to odpowiedział, ale lepiej nie kusić losu. Tak to już u nas jest, że w rządzie może być afera za aferą i nic się nie zmienia, a blogerowi wiatr w oczy...

Muszę więc wprowadzić zadanie konkursowe:
Proszę na adres bartek182182@o2.pl przesłać własnoręcznie wykonane zdjęcie związane z szeroko pojętym zielarstwem. Dopuszczalne fotografie łąk, pól, roślin dzikich i tych z przydomowych ogródków itp.
Zasady:

1. Konkurs trwa od dzisiaj do 6 lipca. Zwycięzcę postaram się wybrać jak najszybciej.
2. Nagrodą są dwie książki "Ciasta" oraz "Ryby i dania postne" z serii "Klasztorna kuchnia świętej Hildegardy. Kuchnia, która leczy".
3. Osoby biorące udział w konkursie muszą mieć adres korespondencyjny na terenie Polski.
4. Konkurs jest przeznaczony dla stałych czytelników. Aby wziąć w nim udział należy należeć do grona obserwatorów.
5. Nagrodę otrzyma autor najlepszego zdjęcia, które wybiorę ja.
6. Każdy uczestnik może przesłać maksymalnie 5 zdjęć.


"Raj. Tajemnica życia wiecznego" o. Livio Fanzaga

Kolejna publikacja o. Livio Fanzagi utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie powinienem sięgać po kolejne pozycje tego autora. Nie rozumiem fenomenu tego duchownego (we Włoszech jest podobno znany i ceniony). Zdecydowałem się na przeczytanie "Raju" tylko dlatego, że zgromadzone argumenty zostały przedstawione w innej formie niż w poprzednich książkach włoskiego pijara. Tym razem jest to klasyczne opracowanie, które wcześniej miało formę dialogów, w którym przeprowadzający wywiad mówił dokładnie tyle samo, co przepytywany duchowny. Zupełnie mi to nie odpowiadało. Generalnie nie przepadam za wywiadami-rzekami.

O. Livio Fanzaga stara się przedstawić różnorodne zagadnienia związane z tematyką życia wiecznego i raju. Analizuje oczywiście odpowiednie fragmenty Pisma Świętego oraz odwołuje się do autorytetu innych duchownych oraz świętych i błogosławionych Kościoła katolickiego. Starannie uzasadnia tezę, że człowiek jest istotą religijną i musi w coś wierzyć. Co ciekawe uważali tak także m.in. cenieni filozofowie Plotyn i Spinoza. Seneka twierdził zaś, że Czujemy i doświadczamy, że jesteśmy wieczni. Cieszę się, że autor przytacza nie tylko argumenty osób zasłużonych dla chrześcijaństwa.

O. Livio Fanzaga [źródło]
W kolejnych częściach o. Livio Fanzaga rozpatruje misję Jezusa Chrystusa na Ziemi w kontekście życia wiecznego oraz wskazuje ścieżkę prowadzącą do osiągnięcia upragnionego Raju. Włoski duchowny bardzo logicznie wyjaśnił, jaki w końcu jest związek między naszymi ziemskimi uczynkami a losem duszy po śmierci. Mówi się przecież, że nie zbawiamy się poprzez uczynki. To oczywiście prawda, ale nie oznacza to, że możemy być wybawieni niezależnie od naszego postępowania. O. Livio Fanzaga przytoczył jeden krótki cytat, który właściwie rozwiązuje całą dyskusję: Ten, który cię stworzył bez ciebie, nie usprawiedliwi cię bez ciebie. Autorem tych słów jest sam św. Augustyn.

Czytając "Raj" miałem wrażenie, że autor co pewien czas powtarza te same tezy. Przejrzałem więc raz jeszcze książkę, a jedną czwartą przeczytałem nawet dwa razy. Okazało się, że rzeczywiście te same fragmenty z Pisma Świętego są cytowane wielokrotnie. Poza tym niestety o. Livio Fanzaga jest obdarzony wyjątkowo ciężkim piórem. Uwielbiam książki religijne, ale w dziwny sposób przy tej nie mogłem się skupić. W czasie lektury mój umysł ciągle zajmował się innymi sprawami. Jeśli ktoś jest szczególnym wielbicielem publikacji tego autora (a znam takich) to z pewnością będzie zadowolony. Wszystkim pozostałym (zwłaszcza tym, którzy nie zetknęli się wcześniej z literaturą religijną) odradzam lekturę "Raju". Naprawdę jest tyle świetnych religijnych książek, że szkoda czasu na tę publikację.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

poniedziałek, 23 czerwca 2014

"Tajemnica Fatimy i cierpienie Kościoła", czyli co ukrywają papieże...

Rok 1917 to niezwykły czas dla świata. W szczególny sposób splatają się wtedy ze sobą dwie siły: boska reprezentowana przez Maryję objawiającą się pastuszkom w Fatimie i diabelska, której czciciele obchodzili dwustulecie powstania masonerii. Cristina Siccardi nie tylko przedstawia Łucję, Hiacyntę i Franciszka oraz przebieg objawień, ale także snuje domysły nad trzecią tajemnicą fatimską, która zdaniem autorki do dziś nie została ujawniona. Włoska badaczka rozważa, dlaczego żaden z papieży nie zdecydował się na spełnienie próśb Matki Kościoła pozostawionym pastuszkom prawie sto lat temu.

Dość ważną częścią książki jest oczywiście przedstawienie spotkań trójki dzieci z Maryją (ze szczególnym zwróceniem uwagi na cud słońca, który miał miejsce 13 października 1917 roku) oraz dość pobieżna charakterystyka Łucji, Hiacynty i Franciszka. Ta część nie była dla mnie zbyt interesująca, gdyż wcześniej znałem już większość zebranych przez autorkę faktów. Nie specjalnie przypadł mi do gustu rozdział dotyczący związków dynastii sabaudzkiej z Fatimą, która wiedziała o przyszłych objawieniach już w XV wieku. Znalazło się w nim zbyt wiele detali historycznych, które może są w stanie zaciekawić włoskiego czytelnika, ale osoby niezainteresowane szerzej historią Europy nie znajdą w nim raczej nic dla siebie. Cieszę się jednak, że nie pominąłem mniej interesujących fragmentów. W każdej części bowiem znalazła się jakaś wzmianka o masonerii. Dotychczas znałem zbrodnicze działania tej organizacji jedynie w Meksyku (polecam świetny film "Cristiada", o którym pisałem kilka miesięcy temu). Po lekturze książki Cristiny Siccardi do tej układanki doszedł jeszcze Ekwador i Portugalia. W XIX wieku masoneria niemiecka wydała wyrok śmierci na prezydenta Ekwadoru, który uważał, że podstawowym zadaniem państwa jest promocja katolicyzmu. W 1875 roku został on ugodzony nożem i jednocześnie postrzelony. Zabójca wydał okrzyk: "Giń, kacie wolności!". Prezydent zdołał jedynie odpowiedzieć: "Bóg nie umrze!". Wolnomularstwo interesowało się także wydarzeniami fatimskimi. Ówczesny masoński rząd Portugalii ostro zwalczał wszelkie przejawy religijności. Prasa pozostająca na usługach władzy wyśmiewała ludzi podążających do Fatimy, a wójt zdecydował się nawet na aresztowanie dzieci, którym grożono śmiercią jeśli nie przyznają, że wszystko, co powiedziały o spotkaniach z Maryją jest kłamstwem. 

Drugą kwestią szeroko poruszaną w książce jest stosunek autorki do Soboru Watykańskiego II. Generalnie całą publikację wypełnia niechęć do tego wydarzenia. Cristina Siccardi jako głównego wroga Kościoła sytuuje modernizm. Przytacza także słowa pewnego kardynała, który określił Sobór Watykański II jako "rok 1789 w Kościele". Włoska badaczka w pełni aprobuje to stanowisko. Nawet jeśli nie zgadzamy się z tym stwierdzeniem to warto zapoznać się z argumentami autorki. Większość jest naprawdę przekonywająca. W książce pojawia się m.in. cytat z wypowiedzi biskupa Terni - Vincenza Pagli, który stwierdził, że "to, że religia katolicka jest prawdziwa, nie oznacza, że inne są fałszywe".

Najciekawszą częścią książki są oczywiście domysły autorki na temat trzeciej tajemnicy fatimskiej. Dotychczas nie zastanawiałem się szerzej nad opublikowaną przez Watykan wersją i jej oficjalną interpretacją, której głównym propagatorem jest kard. Tarcisio Bertone. Pojawia się w niej utożsamienie zabitego kapłana w bieli z postrzelonym Janem Pawłem II. Tylko, ze jak wiemy papież Polak wyszedł z tego zdarzenia cały. Cristina Siccardi stawia więc retoryczne pytanie: "dlaczego Matka Boska miałaby się pomylić w proroctwie, że biskup zostanie zabity?". Włoska badaczka podaje cały zestaw argumentów potwierdzających rzekome zatajenie trzeciej tajemnicy fatimskiej przez Stolicę Apostolską. Osoby pragnące je poznać odsyłam do książki. Uprzedzam od razu, że nie ma tutaj żadnych "sensacji na skalę światową". Autorka po prostu celnie punktuje kolejne części oficjalnej interpretacji i dochodzi do wniosku, że prawdziwą wersję nadal skrywają archiwa watykańskie. Nie snuje jednak domysłów, co może zawierać rzeczywiste orędzie z Fatimy i nie przedstawia żadnych swoich teorii. Choć to raczej można uznać za zaletę książki. Prawda jest skryta za murami Watykanu, więc wszelkie rozważania są tutaj zbędne.

Mimo braku czasu książkę przeczytałem w ciągu dwóch wieczorów, gdyż jest to naprawdę wciągająca lektura. Tak jak już wspomniałem kilka rozdziałów mniej mnie zainteresowało, co nie zmienia ogólnej oceny książki. Cieszę się, że zdecydowałem się na przeczytanie "Tajemnicy Fatimy i cierpienia Kościoła", ponieważ dotychczas wydawało mi się, że proroctwa z Fatimy są jasne. Teraz mam pewność, że żaden z papieży drugiej połowy XX wieku (zgodnie z wolą Matki Bożej trzecia tajemnica mogła zostać ujawniona dopiero w 1960 roku) nie zdecydował się na spełnienie prośby Matki Kościoła. Co więc musi się zawierać w tym proroctwie, że ani Jan XXIII, ani Paweł VI, ani Jan Paweł II, ani Benedykt XVI, ani obecny papież Franciszek nie zdecydowali się na ujawnienie jej światu?


Polecam także jeden odcinków programu "Boso przez świat", w którym Wojciech Cejrowski przedstawia, jak Fatima wygląda dzisiaj:


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

środa, 18 czerwca 2014

"Blondynka na Orinoko" Beata Pawlikowska

Twórczość Beaty Pawlikowskiej wzbudza we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony kilka tygodni temu pojawiło się na rynku nieszczęsne "W dżungli zdrowia", które tylko zmarnowało mój czas. Niedługo później miałem jednak okazję przeczytać całkiem niezłą książeczkę "Planeta dobrych myśli... dla dzieci od lat 7 do 100". Mimo wielu rozczarowań i zawodów zdecydowałem się sięgnąć po "Blondynkę na Orinoko". Już na wstępie zaznaczam, że nie jest to jakaś wielka literatura, ale autorka najwyraźniej wyciągnęła wnioski z poprzednich pozycji, ponieważ najnowsza publikacja Beaty Pawlikowskiej przedstawia trochę wyższy poziom.

Książka jest zapisem wyprawy po niezbyt turystycznych, dość trudnych nawet dla doświadczonego podróżnika bezdrożach Wenezueli. Większość wyprawy odbywa się oczywiście na łodzi, jak wskazuje sam tytuł. Nie brakuje jednak relacji z niewielkich miasteczek. Żeby tradycji stało się zadość, Beata Pawlikowska wplotła w podróżniczą narrację swoje "filozoficzne" rozważania, a także opinie na temat naszej cywilizacji (do tego już zdążyła przyzwyczaić każdego czytelnika) oraz zdrowego odżywiania. O ile byłem przygotowany na dwie pierwsze kwestie, to zaskoczyło mnie wielokrotne roztrząsanie szkodliwości bułki pszennej. Wszystko to autorka zawarła już na kartach "W dżungli zdrowia". Po co więc się powtarzać...? Irytuje mnie powielanie tych samych tez w kolejnych pozycjach (chociaż Beacie Pawlikowskiej i tak daleko do osławionego pod tym względem Sławomira Kopra...) w kolejnych pozycjach. Całość dopełniają przemyślenia na temat ideologii socjalistycznej i generalnie wszelkiej ideologii. Autorka podjęła ten temat, ponieważ Wenezuela w ostatnich latach przeprowadziła wiele "reform" mających podłoże socjalistyczne. Wczoraj GW informowała, że w kraju brakuje niemal wszystkiego: od trumien, poprzez papier toaletowy, aż po wino mszalne. W tej sprawie chyba można zaufać tygodnikowi z Czerskiej. Wątpię, żeby posuwał się do manipulacji w sprawie niezbyt zajmującej Polaków.

Zdecydowanie zaskoczyły mnie poglądy Beaty Pawlikowskiej w kwestii Unii Europejskiej. Wcześniej brała przykład ze strusia - chowam głowę w piasek i udaję, że ta organizacja mnie nie dotyczy. Tymczasem w "Blondynce na Orinoko" określiła się co najmniej jako eurosceptyk (a może nawet radykalny przeciwnik UE?). Zobacz ilu urzędników stoi na straży Unii Europejskiej. I jak tworzy się procedury postępowania, które odbierają ludziom chęć do myślenia. Tak się zabija inspirację, wyobraźnię i wolność. Zniewoleni ludzie niechętnie pracują. Trudno nie zgodzić się z autorką, która w kolejnych rozdziałach powraca do tematu: Mam wrażenie, że na podobnej zasadzie działają urzędy i korporacje w Unii Europejskiej. Z wierzchu wydaje się, że strzegą porządku, ale wewnątrz są pełne chaosu i sprzeczności. A ludzie uczą się obojętnie trzymać litery prawa, bo w gruncie rzeczy przepis zapisany czarnymi literami na białym papieże wydaje się być jedynym stałym punktem zaczepienia. Nawet jeśli jest sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem i nieracjonalny. Trzeba wyłączyć racjonalne myślenie i trzymać się przepisów. Prawda? Pstryczki w stronę UE zdecydowanie podniosły moją ocenę "Blondynki na Orinoko". Co by nie mówić o Beacie Pawlikowskiej to jednak jej książki wydawane są w dość pokaźnych nakładach. Może czytelnicy niezainteresowani dotąd tym, co dzieje się w Europie przejrzą na oczy?

Szkoda tylko, że autorka dalej posługuje się egzaltowanym stylem opowiadania. Oczywiście nie cały czas. Co kilka rozdziałów pojawia się jednak szalenie emocjonujący fragment typu: Amazoński upał zbił się w ognistą kulę i usiadł mi na twarzy albo Amazoński upał jest całkiem inny od innych upałów. Jest jak paszcza gigantycznego krokodyla, który oddycha, trzymając cię jednocześnie w zamknięciu, Przydusza, zagarnia, oblepia i nie puszcza. Może niektórzy wierni fani akceptują taki styl wypowiedzi. We mnie wzbudza on irytację. Nie chcę być złośliwy, ale Beata Pawlikowska powinna napisać poradnik dla uczniów na język polski pt. "Jak z dwóch informacji zrobić dwie strony i mieć gotowe wypracowanie". Po przeczytaniu całości "Blondynki na Orinoko" kolejne etapy podróży i fakty mógłbym streścić na kilku, góra kilkunastu stronach. Naprawdę materiał faktograficzny zebrany przez autorkę w tym przypadku jest wyjątkowo ubogi. Czytelnik nie dowie się zbyt wiele o codziennym życiu w Wenezueli. Centrum książki stanowi osoba Beaty Pawlikowskiej. Świat istnieje na tyle, na ile jest z nią związany.

Pewne mankamenty rekompensuje staranne wydanie. Jak zwykle dostajemy elegancki album w twardej oprawie, tekst wydrukowany na kredowym papierze (jak to się ma do postulatów autorki związanych z ochroną lasów i środowiska naturalnego?) i mnóstwo kolorowych zdjęć w bardzo dobrej rozdzielności. Wszystko jest dopieszczone i bardzo estetycznie. Nawet najlepsze opakowanie nie zastąpi jednak wnętrza. Nie odradzam lektury "Blondynki na Orinoko", ani specjalnie do niej nie zachęcam. Ot, takie czytadło. Na wakacje wydaje się jednak niezłą propozycją. A może takie było zamierzenie autorki? Jeśli tak to myślę, że się udało się je spełnić.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 15 czerwca 2014

Raz jeszcze "Ziemiański savoir-vivre"

Dla niektórych nieodłącznych towarzyszem książki jest kawa lub herbata. Oczywiście też lubię mieć coś do picia podczas lektury, ale inna rzecz jest dla mnie ważniejsza - samoprzylepne karteczki, którymi zaznaczam warte uwagi cytaty. Dziś przedstawię kilka najciekawszych fragmentów z książki Adama Pruszaka. Z niektórych wiele można się nauczyć, inne wzbudzają wesołość, ale jedno jest pewne - obok żadnego nie można przejść obojętnie.

Wnętrze ziemiańskiego salonu.

Zaciekawił mnie sposób witania się z dostojnikami kościelnymi:
W latach przedwojennych, witając się z dostojnikiem Kościoła katolickiego, należało zachować się stosownie do jego rangi, a więc jeśli był biskupem, dygnąć jednym kolanem, jeśli był arcybiskupem, należało pochylić się głębiej, a gdy kardynałem, uklęknąć. Za każdym razem temu gestowi towarzyszył pocałunek w pierścień. 
Ziemiańskie wychowanie opierało się na pięknych zasadach:
Anna z Branickich Wolska wspominała: "U nas nie uchodziło patrzeć zbyt długo w lustro. Gdy mówiąc o kimś, zachwycałam się czyjąś urodą, pytano - czy naprawdę nic więcej w tej osobie nie zauważyłam". 
Nie oznaczało to jednak, że można było zaniedbywać swój wygląd:
Sedno sprawy oddają słowa jednego z książąt Radziwiłłów skierowane do raczej niechlujnego służącego: "Pamiętajcie Janie [...], że najważniejszy jest wygląd zewnętrzny [...] bo wygląd zewnętrzny powinien odpowiadać wyglądowi wewnętrznemu". 
A ten cytat dedykuję wszystkim łasuchom (w tym mnie samemu):
Był też zwyczaj mający podstawy religijne, mówiący o tym, że w piątki nie je się rzeczy słodkich. 
A oto i sposób pozwalający na zmniejszenie ilości marnowanego jedzenia:
To, co każdy sam sobie nałożył na talerz, musiał zjeść. Absolutnym nietaktem było zostawianie na talerzu jedzenia, które samemu się nałożyło. Dlatego nic nie zostawało na talerzach i nic się nie marnowało. 
Poniżej nieco zmodyfikowana wersja powiedzenia "dzieci i ryby głosu nie mają":
"buzia w ciup i rączki w małdrzyk"
Oczywiście znalazłem dużo więcej cytatów wartych zainteresowania. Z oczywistych względów nie mogę jednak uwzględnić tutaj wszystkich. Mam nadzieję, że ten wpis ostatecznie zachęci nieprzekonanych do lektury książek Adama Pruszaka. To naprawdę wartościowe pozycje. 

sobota, 14 czerwca 2014

"Warszawa. Perła Północy" Maria Barbasiewicz

Niejeden czytelnik zastanawia się pewnie nad adekwatnością użycia określenia "Perła Północy" w odniesieniu do Warszawy. No bo jak tu uznać komunistyczne molochy dominujące w wielu dzielnicach naszej stolicy za perełki? Jak dostrzec piękno i grację w budynku PKiN? Już wyjaśniam - książka dotyczy oczywiście przedwojennej Warszawy. Maria Barbasiewicz to specjalistka od życia codziennego w dwudziestoleciu międzywojennym. Jest autorką m.in. świetnego opracowania dotyczącego obyczajowości polskiej w międzywojniu pt. "Dobre maniery w przedwojennej Polsce". W najnowszej publikacji zajmuję się wizerunkiem stolicy i życiem jej mieszkańców od odzyskania niepodległości, aż po wybuch II wojny światowej.

Efekt akcji "Warszawa w kwiatach"
Czasami można natknąć się na określenie "Paryż Północy", mające rzekomo charakteryzować przedwojenną Warszawę. Niestety to pewna przesada. Rzecz jasna w ciągu dwudziestolecia władze miasta zdołały zrealizować mnóstwo projektów. Warszawa w 1918 roku i Warszawa 1939 roku to dwie różne miejscowości. Nie da się jednak ukryć, że ciągle byliśmy daleko w tyle za zachodnioeuropejskimi stolicami. To oczywiście nie nasza wina, ale raczej skutek fatalnego położenia geopolitycznego i wynikających z tego konsekwencji. Mimo wszystko trudno nie pochwalić osiągnięć II Rzeczypospolitej w nadrabianiu tego typu braków. W ciągu zaledwie kilkunastu lat wzniesiono mnóstwo domów, wyremontowano wiele ulic, wybudowano dość dużo nowych, systematycznie rozciągano sieci wodociągowe i podłączano prąd elektryczny do kolejnych budynków. Siedziby ministerstw i innych ważnych obiektów państwowych uzyskały nowy wygląd. Z tego okresu pochodzi m.in. gmach obecnego Sejmu. Wcielano w życie wiele projektów. Jedne z nich były obliczone na lata, drugie udało zrealizować się jeszcze przed wojną. Najbardziej spodobała mi się akcja ukwiecania miasta. Pochłaniała niezbyt wysokie sumy, a efekt przekraczał oczekiwania. Wkrótce pojawiły się kamienice obsypane donicami z kolorowymi kwiatami. Tego typu przedsięwzięcia można by z powodzeniem wznowić dzisiaj. Centrum wypełniały luksusowe restauracje i kawiarnie na czele ze słynną "Ziemiańską", w której stałymi bywalcami byli skamandryci. Ulice miasta wprost świeciły barwnymi neonami. Mówiło się, że dla przybysza we Wschodu Warszawa jest pierwszym zachodnioeuropejskim miastem. Nie należy jednak zapominać o drugiej części tej anegdotki... Otóż podróżnik z Zachodu Warszawę uznawał za pierwsze wschodnioeuropejskie miasto.

Nieskończona syrenka przed wojną stanowiąca dla nas ponury symbol - po pierwsze brakuje jej jeszcze miecza, a po drugie ma twarz młodej warszawskiej poetki Krystyny Krahelskiej, która zginęła w powstaniu warszawskim.

Obok reprezentacyjnych dzielnic, które zamieszkiwała bohema artystyczna, wysocy urzędnicy, ludzie interesu i oficerowie Wojska Polskiego istniały regiony biedy, w których średnio w jednej izbie mieszkało 6 osób! A nie brakowało pokoi zamieszkiwanych przez dziesięciu, a nawet trzynastu warszawiaków! Kamienice w najbiedniejszych dzielnicach rzadko zaopatrzone były w bieżącą wodę. Nieco lepiej przedstawiała się sprawa elektryfikacji, ale i tutaj istniała ogromna przepaść.

Maria Barbasiewicz poza przestrzennym wyglądem stolicy podjęła się także ogólnej charakterystyki mieszkańców, ich codziennego życia oraz rozrywek. Każdą z tych kwestii omawia dwukrotnie. Raz charakteryzując wyżej wymienione punkty w stosunku do bogatszych warstw. Drugi raz bierze pod lupę biedotę. Warszawiaków można było podzielić grubą kreską na dwie główne grupy. Podział ten pokrywał się z granicami terytorialnymi. Najubożsi nie zamieszkiwali w dzielnicach opanowanych przez warszawską śmietankę towarzyską, a ta z kolei nie mieszała się z pospólstwem. Można więc powiedzieć, ż istniały więc dwie Warszawy. Jedna, która we wspomnieniach pozostała jako "Perła Północy" i druga symbolizująca raczej przedwojenne zacofanie.

Al. Jerozolimskie i Marszałkowska w 1933 r. i dziś
"Warszawę. Perłę Północy" opracowano oczywiście z taką samą starannością, jak pozostałe tomy serii dotyczącej życia w międzywojennej Polsce. Twarda oprawa, mnóstwo ilustracji (niestety znowu większość z NAC) i szyty grzbiet dodają książce uroku. Wiem, że to może nie pora na tego typu uwagi (w końcu cały nakład został już wydrukowany), ale liczę na to, że błąd będzie poprawiony w kolejnych wydaniach (mam nadzieję, że dojdzie do tego) - na niektórych stronach cytowane tytuły napisano zwykłą czcionką, a autorów lub inne słowa kursywą (m.in. strony 188-189).

Najnowsza pozycja Marii Barbasiewicz to piękna i ciekawa lektura. Żaden mól książkowy pasjonujący się życiem codziennym w dawnych wiekach, historią kultury materialnej i międzywojniem czy po prostu czytelnik nostalgicznie patrzący w przeszłość nie powinien jej ominąć. Warto poznać ten świat, ponieważ on już przeminął i nigdy do niego nie wrócimy. Zawsze jednak można wyciągnąć wnioski z przeszłości i przynajmniej spróbować uczyć się na błędach naszych przodków.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

środa, 11 czerwca 2014

"Navigare... Przewodnik dla poszukujących" Gianfranco Ravasi

"Navigare... Przewodnik dla poszukujących" to rejs po morzu wiary. Sternikiem jest ks. kard. Gianfranco Ravasi. Załogę stanowią pasterze, a pasażerami jesteśmy my wszyscy - owieczki. Cel to oczywiście życie wieczne, sam Bóg. Wzburzone morze, fale i sztormy uosabiają nasze życie. Mamy jednak pewien pomocy przyrząd - busolę, którą jest Biblia. Duchowny zachęca do przemyśleń nad relacją świeckość - duchowość, kondycją współczesnego człowieka oraz sensem życia.

Ks. Gianfranco Ravasi otrzymał kapelusz kardynalski z rąk Benedykta XVI. Warto zapamiętać ten fakt, ponieważ refleksje na temat współczesnej kultury pojawiające się na kartach książki są zbliżone do przemyśleń poprzedniego papieża. To Benedykt XVI jako główne zagrożenie dla świata wskazał relatywizm moralny. Obecny następca św. Piotra niestety nie akcentuje tak tego problemu. Bardziej skupia się na kwestiach społecznych.

Zdecydowanie nie podobało mi się odniesienie do Zygmunta Baumana. Komunistycznych aparatczyków i sług stalinowców, którzy nawet nie przyznali się do swoich haniebnych czynów i nigdy nie przeprosili ofiar należy bezwzględnie ignorować. Nie interesuje mnie ten badacz jako filozof czy eseista. Najpierw jest się człowiekiem. On egzamin z człowieczeństwa oblał. Ks. kardynał powołując się na kogoś najpierw powinien sprawdzić, co reprezentuje sobą dana osoba.

W "Navigare..." odnajdziemy mnóstwo odniesień do współczesności. Nie są one zawsze wyrażone wprost, ale dociekliwy czytelnik na pewno je zauważy. Szczególną uwagę zwróciłem na ten fragment:  (...) a zatem chrześcijanie nie powinni wahać się stanąć na areopagu "miasta świeckiego", tak jak uczynił św. Paweł w Atenach, choćby za cenę niepowodzeń i szyderstw. W momencie toczącej się nagonki na lekarzy niegodzących się z zabijaniem nienarodzonych dzieci to ważny głos w dyskusji. Tym bardziej, że jeden z dominikanów skrytykował ostatnio "Deklarację wiary lekarzy katolickich", tłumacząc się tym że katolicy wystawiają się na śmieszność i "rejtanizm". Powyższy cytat dobitnie pokazuje, jakie powinno być zachowanie chrześcijanina w takiej sytuacji. Zakonnik powinien najwyraźniej częściej zaglądać do Pisma Świętego...

Wbrew pozorom nie jest to publikacja przeznaczona jedynie dla katolików. Oczywiście warto, aby i oni sięgnęli po nią, aby przemyśleć swoją wiarę i zastanowić się, czy pomimo praktyk religijnych nie zagubili Boga. Niemniej z lektury wyniosą niewierzący. Relatywizm i nihilizm nie są pojęciami, które dotykają tylko wierzących. Wszyscy żyjemy w tym samym świecie, a prądy te zdobywają coraz szersze grono zwolenników. Warto się więc im z uwagą przyjrzeć.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

poniedziałek, 9 czerwca 2014

"Ziemiański savoir-vivre" Tomasz Pruszak

Mam wrażenie, że ostatnie lata przyniosły nowy trend w literaturze naukowej i popularnonaukowej – zwrot ku tradycjom ziemiańskim i życiu codziennemu w dawnych wiekach. Niewątpliwie to jeden z najciekawszych działów historii, który jest w stanie zainteresować nie tylko pasjonatów tej dziedziny, ale i tych, którym nigdy nie było pod drodze z podopieczną Klio. W tę swoistą „modę” literacką wpisuje się seria wydawnictwa PWN. Mogliśmy już przeczytać o minionych zwyczajach kulinarnych („Smaki dwudziestolecia”, „Historia polskiego smaku”), manierach i dobrym wychowaniu („Dobre maniery w przedwojennej Polsce”) czy strojach naszych prababek i ich przodków ("Moda w przedwojennej Polsce"). Wszystkie te pozycje dotyczyły jednak ogółu ziemiaństwa. Nie różnicowano tej warstwy pod względem majątkowym i społecznym. Najnowsza publikacja Tomasza Pruszaka bierze pod lupę „śmietankę śmietanki”, czyli arystokrację. „Ziemiański savoir-vivre” to książka szeroko ukazująca życie codzienne najbogatszej i najznamienitszej warstwy społeczeństwa.

Wbrew tytułowi autor nie skupia się jedynie na dobrych manierach (choć jest to temat wiodący). Historyk przedstawia także wygląd ówczesnych dworów i pałaców, wychowanie i edukację dzieci, los służby czy znajomość języków obcych. Tomasz Pruszak zagląda do arystokratycznych salonów i pokoi reprezentacyjnych. Oprowadza nas po wystawnych holach i nieco mniej wyszukanych zakamarkach ziemiańskich siedzib. Przypatrujemy się razem z nim codziennej pracy w kuchni i przebiegowi wystawnych obiadów. Szczególną uwagę zwróciłem na fragmenty dotyczące domowych bibliotek. Który mól książkowy nie dostaje palpitacji serca, gdy czyta te słowa: Bardzo ważne wnętrze każdego ziemiańskiego domu stanowiła biblioteka, zawierająca tysiące tomów książek i czasopism, w tym starodruki. Książki stały gęsto na wysokich, na ogół ciemnobrązowych regałach lub w oszklonych szafach, do których wyższych półek dostawano się z pomocą drewnianej rozkładanej drabinki?


Czytałem już dwie książki Tomasza Pruszaka: „Ziemiańskie święta i zabawy” oraz „O ziemiańskim świętowaniu”. „Ziemiański savoir-vivre” nie odstaje od poziomu tamtych. Wszystkie razem tworzą wspaniałe opracowanie ziemiańskich manier, obyczajów i tradycji. Najnowsza publikacja wyróżnia się nie tylko dokładną analizą źródeł (bibliografia jest imponująca), starannym opracowaniem przypisów, ale także żywym i barwnym językiem. Według mnie ostatni punkt to najmocniejsza strona Tomasza Pruszaka. Domyślam się, że autor jako przedstawiciel środowiska ziemiańskiego za swój cel przyjął popularyzowanie obiektywnego wizerunku warstwy, z której pochodzi. Moim skromnym zdaniem wychodzi mu to znakomicie. Podobno nic nie ożywia narracji tak jak trup. Myślę, że to jedna z opinii najbardziej zniekształcających wizerunek publikacji historycznych. Nic bardziej mylnego! „Ziemiański savoir-vivre” jest dla mnie niemal magicznym teleportem, dzięki któremu mogę przenieść się w świat, który już nigdy nie powróci. 

Ogromną pracę wykonaną przez autora doskonale uzupełnia bardzo estetyczne wydanie książki. Reprodukcje fotografii z epoki nadają poszczególnych rozdziałom specyficzny klimat. Szkoda tylko, że większość z nich pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego. Każdy użytkownik internetu ma przecież do niego dostęp. Liczyłem na dokumentację fotograficzną pochodzącą z prywatnych zbiorów, niedostępnych szerszemu gronu.

Tomasz Pruszak dużą wagę przywiązuje do spuścizny tradycji ziemiańskich i działań najmłodszego pokolenia arystokratów. Pod koniec każdego rozdziału odwołuje się do obecnych czasów. Prognozy może nie są zbyt optymistyczne, ale coraz więcej potomków dawnej magnaterii interesuje się swoimi korzeniami i próbuje kultywować tradycje przodków (oczywiście z uwzględnieniem zdobyczy XX i XXI wieku). Całej reszcie pozostaje zaś poszukiwanie prawdy o demonizowanej w czasach PRL warstwie społecznej. "Ziemiański savoir-vivre" może być świetnym przyczółkiem do rozpoczęcia wędrówek po świecie ziemiaństwa.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

Z tej tematyki polecam również:

piątek, 6 czerwca 2014

Wyprzedaję zbiory :)

Nastał dzień straszny. Dzień, w którym muszę rozstać się z częścią moich zbiorów. Brakuje mi już miejsca na nowe pozycje. Gdyby ktoś był zainteresowany jakąś publikacją to zapraszam na allegro.

Pozdrawiam :))

czwartek, 5 czerwca 2014

"Planeta dobrych myśli... dla dzieci od lat 7 do 100" Beata Pawlikowska

Na tydzień przed Dniem Dziecka miała miejsce premiera "Planety dobrych myśli... dla dzieci od lat 7 do 100". Jak sam tytuł wskazuje publikacja przeznaczona jest dla osób w różnym wieku. Ręczę, że nie tylko latorośle będą zadowolone z lektury. Niektórzy pewnie domyślają się, jak wygląda książeczka. Oczywiście można zauważyć bardzo dużo podobieństw z pierwszą częścią "Planety dobrych myśli". Dla niewtajemniczonych w twórczość Beaty Pawlikowskiej powiem, że jest to zbiór motywujących myśli i rysunków słynnej podróżniczki.

Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy po otwarciu książki to dużo lepsze przygotowanie techniczne publikacji. Pierwsza część "Planety dobrych myśli" była zdecydowanie mniej barwna (dominowały właściwie tylko dwa kolory - żółty i pomarańczowy), a wiele stron zostało niedokładnie wydrukowanych (nie wiem, czy to tylko mi się trafił taki egzemplarz, czy błąd wystąpił w całym nakładzie). Najnowsza część przypomina bajki z dzieciństwa. Każda strona jest w innym kolorze, tekstu jak na lekarstwo, a rysunki to nie tylko dodatek, ale integralna część książki.

Kolejne kartki zapełniają pozytywne myśli autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Niestety autorka pod tym względem jest trochę monotematyczna. Znowu przewijają się podobne tematy: poczucie własnej wartości, odpowiedzialność za swoje życie i podejmowane decyzje, zdrowy styl życia, konsekwencja, radość z małych rzeczy, pozytywne nastawienie do świata i ludzi itp. Tym niemniej jednak nic nie zostało literalnie powtórzone z poprzednich publikacji. W drugiej części można zauważyć trochę świeżości. Generalnie wszystkie rozważania sprowadzają się do jednej cechy - optymizmu. Pamiętam, że w opisie poprzedniej części znalazło się takie zdanie: Bo tylko jedno warto w życiu mieć - umiejętność pozytywnego myślenia. Autorka chyba rzeczywiście wierzy w tę deklarację. Każda strona to ogromna dawka pozytywnego myślenia. Poza tym Beata Pawlikowska swoim życiem świadczy, że wciela tę zasadę w życie. Wystarczy spojrzeć na jej dokonania, żeby przekonać się o skutkach stosowana się do tej reguły.

Cieszę się, że autorka zrezygnowała z pseudopoetyckich wierszyków. Częstochowskie rymy i kompletny brak jakiegokolwiek głębszego przesłania naprawdę raziły w poprzedniej części. Tym razem Beata Pawlikowska bardziej się pilnowała. Pozwoliła sobie jedynie na kilka stron w starym stylu. Mam na myśli rozważania...o truskawkach. Weźmy przykład z truskawek. Truskawki są zadowolone z bycia truskawkami. Truskawka nie marudzi (...) Truskawka wie, że fajnie być truskawką. Jabłko cieszy się, że jest jabłkiem. A arbuz spokojnie jest arbuzem. A wszystko spuentowane dość oczywistymi słowami: Każdy jest taki, jaki jest. Każdy ma swoją wartość. Każdy ma swoją drogę. Pewnie część czytelników przeraziła się po przeczytaniu powyższych cytatów. Uspokajam - to tylko wybryk. Cała książka na szczęście tak nie wygląda.

Widzę, że nie tylko autorka wyciągnęła wnioski z poprzedniej publikacji, ale i wydawnictwo. Pierwsza część kosztowała prawie 40 zł, co uważam za astronomiczną kwotę jak na taką pozycję. Tym razem cena jest bardziej przystępna. Za najnowszą książkę Beaty Pawlikowskiej zapłacimy 29,90 zł. Co więcej, twarda oprawa, szyty grzbiet i niebanalna okładka dodają lekturze uroku.

Niektórzy uznają pewnie "Planetę dobrych myśli" za infantylną. Nie przeczę, że mogą znaleźć argumenty potwierdzające ich zdanie. Inni pewnie boją się, że niedługo Beata Pawlikowska wyskoczy im z lodówki (zgadzam się, że ostatnio wszędzie jej pełno). Myślę jednak, że mimo wszystko warto sięgnąć po tę publikację. Nie jest to jakaś wielka literatura, ale chyba każdy potrzebuje od czasu do czasu oderwać się od lektur "cięższego kalibru". Poza tym książka ta przy odrobinie dobrej woli może być wspaniałym podręcznikiem optymizmu. Bardzo możliwie, że niektóre strony zeskanujemy tylko wzrokiem, nie zagłębiając się dokładniej w ich treść. Prawdopodobnie na część stwierdzeń zareagujemy wzruszeniem ramion. Ale... jeśli choć trochę optymistyczniej spojrzymy na świat i nasze życie to myślę, że warto poświęcić czas na lekturę "Planety dobrych myśli...dla dzieci od lat 7 do 100" (zwłaszcza, że wystarczy na to ok. pół godziny). Mi się to udało, więc uważam, że książka spełniła swoją rolę.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 3 czerwca 2014

"Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność" Piotr Kuncewicz

Dzieje stosunków polsko - żydowskich to jeden z najtrudniejszych tematów w obecnej historiografii. Relacje narodu wybranego z mieszkańcami znad Wisły są chyba najbardziej zakłamywanym wycinkiem historii. Co jakiś czas pojawiają się rewelacje zachodnich mediów na temat "polskich obozów koncentracyjnych" czy rzekomym udziale Polaków w hekatombie podczas II wojny światowej. Prawdziwi mordercy są zaś zepchnięci na dalszy plan. Cóż, taka już rola przegranych. Historię piszą zwycięzcy... Nie pomaga także polska polityka historyczna, choć nie wiem, czy w ogóle o czymś takim można mówić w roku 2014... Z dużym zainteresowaniem przyjąłem więc wiadomość o wznowieniu książki "Goj patrzy na Żyda". Niestety zawiodłem się.

Piotr Kuncewicz nie ograniczył się do przedstawienia relacji Żydów z Polakami. Jest to oczywiście ważny motyw powtarzający się w "Goju patrzącym na Żyda", ale nie jedyny. Autor wychodzi od początków Izraela. Rzecz jasna główne źródło, które poddaje analizie to Pismo Święte. Publicysta dość wnikliwie przedstawia dzieje ojca ojców, czyli Abrahama. Po czym przechodzi do jego potomków. W kolejnych rozdziałach zajmuje się historią Żydów w imperium rzymskim, przegranymi powstaniami oraz szeroko pojętą diasporą.

Ofiara Abrahama Rembrandt
Pewne stwierdzenia raziły w pierwszych latach od opublikowania pierwszego wydania i rażą nadal. Piotr Kuncewicz dość swobodnie traktuje Biblię. Taką opinię wyraża o jednej z historii opisanych na kartach Pisma Świętego: A Lot podobno nic nie zauważył... Nie wiem, kto pisał te słowa, kobieta czy może eunuch, czy zdeklarowany alkoholik, ale zaręczam, że rzecz jest niezwykle mało prawdopodobna. Równie swobodnie autor podchodzi do opieki Boga nad narodem wybranym w czasie wędrówki z Egiptu do Ziemi Obiecanej: Ale Bóg osobiście, na prośbę Mojżesza, dbał o zaopatrzenie i niczym dobry Edward Gierek rzucał na święta drób, i to nawet nie do sklepów, ale właśnie za darmo. O ile taki sposób wypowiedzi można zrozumieć, to w książce są poruszone kwestie, w których autor ewidentnie mija się z prawdą. Już nawet chrześcijaństwo instytucjonalne ze swoim piekłem, karami i grzesznikami zaczyna odsuwać się w przeszłość. Z tego, co wiem to Kościół katolicki zaliczany jest do wyznań chrześcijańskich, a nic mi nie wiadomo, żeby zrezygnował ze swojej nauki o karze za grzechy, samym grzechu czy dwóch sądach: szczegółowym i Ostatecznym, na których zostaniemy rozliczeni z naszych czynów. Wrzucanie wszystkich wyznań chrześcijańskich do jednego worka jest nieprofesjonalne. Między luteranami i katolikami istnieje ogromna przepaść.

Niektóre wnioski Piotra Kuncewicza przyprawiają o zawrót głowy. Exemplum? Polska jest krajem katolickim, to zaś oznaczało prawie zupełną nieznajomość Pisma Świętego. Z informacji, że w jakimś kraju dominują katolicy wynika, że znajomość Biblii nie zachwyca? Idąc tym tokiem rozumowania, gdyby większość stanowili u nas muzułmanie to nagle lektura Pisma Świętego stałaby się czymś powszechnym. Zadziwiające wnioskowanie...

Jeremiasz opłakujący zburzenie Jerozolimy
Czytając kolejne rozdziały zastanawiałem się, czy autor nie cierpi na antykatolicką fobię. Jego życiorys dostarczył mi odpowiedzi. Otóż od 2004 roku do śmierci pełnił funkcję wielkiego mistrza Wielkiego Wschodu Polski (masońska organizacja rytu francuskiego). Teraz już rozumiem kłamliwe wtrącenia na temat Kościoła. (...) sam Bóg nie zrobił zastrzeżenie, że trzeba chronić życie "od chwili poczęcia", czego się Kościół katolicki tak domaga... - wcześniej wydawało mi się, że to wyraz wyjątkowo nieudolnego wnioskowania autora. Po zasięgnięciu informacji o nim wiem, że to celowe działanie. Piotr Kuncewicz nie stroni także o krytyki dogmatów, na których opiera się teologia katolicka. W krzywym zwierciadle przedstawia choćby grzech pierworodny: Nie wnikano w absurd takiej odpowiedzialności zbiorowej, skoro uznawano coś wspólnego dla wszystkich, a mianowicie grzech pierworodny, czyli odpowiedzialność wszystkich potomnych za grzech pramatki. Co więcej, autor zachęca także do rozwiązłości seksualnej: Zresztą jeśli macierzyństwo jest "rzeczą świętą", to dlaczego poprzedzające zbliżenie erotyczne ma być sprawą naganną? Oto i pokłosie walki cywilizacji śmierci z cywilizacją życia, rewolucji z kontrrewolucją, moderny z Tradycją... Autor zresztą nie kryje swojego stosunku do wartości wywodzących się z kultury judeo-chrześcijańskiej. Zaczyna się rozumieć, że i judaizm, i wyrastające z niego religie muszą być jednym niekończącym się złorzeczeniem pod adresem człowieka, jego postępków i doli.

Niewątpliwie ciekawy temat, jakim jest historia narodu wybranego i relacje jego członków z innymi grupami religijnymi i narodowymi, został potraktowany po macoszemu. Publikacji nie dość że nie opatrzono przypisami (to jeszcze można wybaczyć) to nie podano bibliografii. Poza tym narracja odpycha, a jedyne co przykuwa uwagę to chwytliwe tytuły rozdziałów. Pozostaje mi poszukiwanie bardziej rzetelnych źródeł i ciekawszych opracowań, autorstwa historyków obdarzonych lżejszym piórem.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 1 czerwca 2014

"Moje pory roku" Laura Jurga

"Moje pory roku" to historia kobiety, która wydaje się być zbudowana ze stali. Laura Jurga urodziła się z czterokończynowym niedowładem na skutek dziecięcego porażenia mózgowego. Mimo przeciwności nie zrezygnowała z marzeń. Ukończyła studia, wzięła kredyt, kupiła mieszkanie w Warszawie, podjęła niejedną pracę, podróżuje po świecie (szczególnie po Włoszech), a ponadto przygotowuje się do obrony pracy doktorskiej (trzymam kciuki!). "Moje pory roku" jest zapisem zmagań nie tylko z problemami zdrowotnymi, ale także ze swoimi przekonaniami na temat niepełnosprawności i barierami wewnętrznymi. Bo przeszkody fizyczne to jedno, a granice psychologiczne to drugie. Nie wiem, czy ta druga kwestia nie jest nawet ważniejsza...

"Moje pory roku" to niezwykle motywująca książka. Jeśli autorce udało się tyle osiągnąć mimo wielu przeciwieństw (nie oszukujmy się – wyrównywanie szans to w dużej mierze fikcja, sam dojazd do pracy czy na uczelnię osobie niepełnosprawnej zajmuje nieporównywalnie większą ilość czasu) to i my możemy wiele zdziałać. Życie Laury Jarugi dowodzi, że ciężka praca połączona z motywacją nie może dać innego wyniku niż sukces. Przyznam, że autorka trochę mnie zawstydziła . Mam sporo planów, których od pewnego czasu nie mogę zrealizować, zasłaniając się brakiem czasu. Po lekturze „Moich pór roku” wszystkie wymyślane przeze mnie powody wydają mi się zwykłymi wymówkami. Szczególnie zmotywował mnie ten fragment: Nauka języka obcego nie była dla mnie łatwa. Musiałam znaleźć własną metodę, by zrozumieć i przyswoić reguły gramatyczne, które chwilami po prostu mnie przerastały. Jeśli autorka mogła opanować w bardzo dobrym stopniu włoski (a trzeba wiedzieć, że osoby z jej schorzeniami mają pewne trudności w nauce języków obcych) to dlaczego moje postępy w hiszpańskim przedstawiają się zaledwie miernie?

"Moje pory roku" to nie tylko historia zmagania się ze słabościami, ale także zawierzenia Bogu i kroczenia Jego ścieżkami. Autorka, jak sama stwierdza, zawsze była wierząca. Doświadczenie choroby pogłębiło jednak jeszcze bardziej jej wiarę. Wydaje się, że cierpienie jest darem to tylko utarty slogan. Tymczasem to rzeczywisty mechanizm działający w ludzkiej duszy. W Księdze Hioba pojawia się przecież przepiękne stwierdzenie, zgodnie z którym cierpienie doświadcza wiarę tak, jak ogień hartuje stal. Wszystkim zwolennikom źle pojętego "postępu" dedykuję ten fragment książki: Bo życie jest darem. I choć bywa także niełatwym zadaniem, czasem wręcz wyzwaniem - warto żyć. Autorka przepięknie opisuje swoje "spotkanie" z Całunem Turyńskim. Oddam jej głos: Wyjazd do Turynu. Dopiero później zrozumiałam, że ten wyjazd był najważniejszym wydarzeniem podczas całej mojej wyprawy. Dane mi było doświadczyć niezwykłego spotkania. Spotkania z moim Bogiem, którego oblicze ujrzałam na Całunie Turyńskim (...). Łzy płynęły mi po policzkach. Nie mogłam stać. Musiałam klęczeć. Miałam świadomość swojej małości, małości człowieka niegodnego i grzesznego, któremu pomimo wszystko dane jest klęczeć przed Jedynym Bogiem. Fragment nie wymaga komentarza.
 
W każdej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. Laury Jurgi nie ominęły tragiczne sytuacje. Siostrzeniec, z którym świetnie się dogadywała zginął razem z narzeczonym siostry w wypadku samochodowym. Planowany związek małżeński nie doszedł do skutku, a problemy finansowe spowodowały, że jej rodzina musiała przeprowadzić się z przestronnego domu do dwupokojowego mieszkania. Na pewno każde z tych doświadczeń było trudne dla autorki. Żadne z nich nie wywołało jednak u niej załamania. Wracając do dziegciu to Laura Jaruga trochę miejsca poświęciła wyrównywaniu szans oraz stosunkowi do niepełnosprawnych. Ostatnie rozdziały są bardzo pouczające. 

Autorka obdarzona jest nieprzeciętnym piórem. Mimo dość trudnej tematyki książkę czyta się bardzo szybko. Mniej więcej w połowie akcja na chwilę zwalnia, by gwałtownie przyśpieszyć w kolejnych rozdziałach. Z przyjemnością mogę dziś dopisać "Moje pory roku" do listy moich ulubionych książek. Niezwykła kobieta podjęła się napisania nieprzeciętnej książki. Wydawnictwo Esprit również podołało zadaniu, dodając bardzo optymistyczną okładkę. Efekt jest piorunujący. 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...