wtorek, 20 maja 2014

"W dżungli zdrowia" Beata Pawlikowska

Miało być tak pięknie. Dopiero co skończyłem czytać "Zdrowie z mądrości z natury". Myślałem więc, że "W dżungli zdrowia" wpisze się w cykl wartościowych książek o zdrowym odżywianiu. Niestety tak się nie stało...


Przykro mi to pisać, ale głównym powodem napisania "W dżungli zdrowia" przez Beatę Pawlikowską była najprawdopodobniej żądza zysku. Autorka wielokrotnie pyta retorycznie na łamach swoich artykułów i większych publikacji czytelników, czy aby na pewno uczciwie pracują. Myślę, że pierwszą osobą, której powinna postawić to pytanie jest ona sama. Doskonale zadawałem sobie sprawę, że "W dżungli zdrowia" nie jest książką naukową. Liczyłem jednak przynajmniej na garstkę interesujących porad. Cóż, ostatecznie przekonałem się, że poradniki to nie moja bajka. Chyba zupełnie zrezygnuję z tego typu pozycji.

Ilekroć zabierałem się do lektury przychodziły mi na myśl krzykliwe tytuły ze stron poświęconych DIY - "jak zrobić coś z niczego?". Autorka wykorzystała tę zasadę w dziedzinie literatury. Ponad 360 stron można by streścić w maksymalnie 50, a czytelnik nie straciłby absolutnie nic. Tezy stawiane przez autorkę wielokrotnie powtarzają się. Poza tym duża część rozdziałów jest o niczym. Już nie wspomnę o celowym przedłużaniu niektórych fragmentów. Naprawdę niektóre części trudno było mi doczytać do końca. Niejeden uczeń złapałby się za głowę i zapytałby: jak można tak lać wodę? Beata Pawlikowska zgromadziła oczywiście pewną pulę argumentów (inna sprawa, czy są one zasadne...), ale nie jest ona tak pokaźna, żeby pisać od razu publikację tej objętości.

Wspominałem już nie jeden raz, że ścieżki rozumowania Pawlikowskiej bywają kręte (nawet bardzo). Exemplum? Proszę bardzo: Tak jest w krajach buddyjskich. Jest po prostu przyjaźnie i bezpiecznie. Dlaczego? (...) Moim zdaniem jest tak dlatego, że buddyści nie jedzą mięsa. Cóż, nie dostrzegam analogii między spożywaniem mięsnych potraw i bezpieczeństwem w danym państwie. Może mam zbyt ograniczony umysł... Ale to nie wszystko. W kolejnych rozdziałach autorka dalej ciągnie ten wątek i snuje kolejne domysły: Moim zdaniem całe zło, jakie dzieje się teraz na świecie, ma swój początek w chemicznych proszkach dodawanych do masowo produkowanego jedzenia. Zawsze rozbrajają mnie takie "genialne" recepty na świat. Chemiczne dodatki do jedzenia to domena XX i XXI wieku. To znaczy, że wcześniej żadnego zła na świecie nie było? Trudno nawet komentować ten fragment.

Autorka nie omieszkała podzielić się swoimi przemyśleniami na temat rządowego projektu dotyczącego wydłużenia wieku emerytalnego. Zasada jest równie prosta. Jeśli protestujesz to znaczy, że nie lubisz pracować. Albo masz pracę, którą nienawidzisz, albo jesteś leniem. Koniec kropka. Beata Pawlikowska nie wzięła tylko pod uwagę, że nie każdy ma tak absorbującą pracę jak ona. Myślę, że wszyscy ci, którym nie podoba się ta reforma chętnie pracowaliby nawet do śmierci, gdyby musieli tylko podróżować i dzielić się swoimi przemyśleniami w hurtowo pisanych książkach. Zaznaczam, że nie mam nic do publikacji Beaty Pawlikowskiej. Książki podróżnicze są całkiem niezłe. Przymierzam się właśnie do lektury "Blondynki na Orinoko". Po prostu podziękuję za poradniki, bo z tymi autorka zdecydowanie nie radzi sobie. Co więcej, mam wrażenie, że traktuje czytelników jak nieuków, którym piętnaście razy trzeba powtarzać to samo.

"W dżungli zdrowia" składa się właściwie z trzech części (w książce nie są wyodrębnione). W pierwszej Beata Pawlikowska pisze o swoich przemyśleniach na temat zachodniej cywilizacji (w zasadzie kalka "Teorii bezwzględności"),  a w drugiej pisze o produktach, których unika. Zatrzymam się tutaj na chwilę. Całkowicie rozumiem szkodliwość batoników czy chleba z supermarketu. Nie pojmuję jednak umieszczenia na czarnej liście wszystkich mrożonek (także tych domowych!). Nie słyszałem, żeby np. mrożone truskawki niekorzystnie wpływały na nasze zdrowie. Autorka zresztą z rozbrajającą szczerością wyznaje: nie przytoczę mądrych badań. W części ostatniej podróżniczka przytacza listę rzeczy, które lubi jeść i które uznaje za zdrowe. Nie podobała mi się teoria kuchni pięciu przemian. Generalnie jednak rozdział ten przedstawia się najlepiej.

Nie lubię przedstawiać pozycji książkowych w barwach czarno-białych. Wydaje mi się, że niewiele jest tak złych publikacji, żeby nie dało się w nich znaleźć choćby jednej, malutkiej zalety. Dodam więc jedno: "W dżungli życia" może pełnić funkcję motywacyjną i pomóc zdecydować się na zdrowy styl życia. Beata Pawlikowska w takim świetle ukazała wszelką żywność nieekologiczną, że czytelnik może ogarnąć tylko jedno uczucie - strach, które spowoduje, że zaczniemy dbać o to, czym się odżywiamy. W wersji pesymistycznej tymi uczuciami mogą być rozczarowanie i politowanie... Ale to już od nas zależy, jak odbierzemy książkę.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

18 komentarzy:

  1. Poradniki- jest ich cała masa, a zdrowy rozsądek powinien brać górę:-)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to :)) Po tym poradniku stwierdziłem jednak, że ten gatunek nie jest dla mnie. Mam zdecydowanie ciekawsze lektury do przeczytania :)

      Usuń
  2. Pawlikowska - przez jednych uwielbiana, a innym się przejadła. Kiedyś moje "guru" podróżnicze obecnie widząc kolejna jej książkę/lub inne badziewie na półce w księgarni zastanawiam się" WTF?" Szanuje ją za to co przeszła i że potrafiła się z tego otrząsnąć będąc dobrym człowiekiem, jednak straciła w moich oczach odkąd zaczęła pisać na wszystkie możliwe tematy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne odczucia. Też ją kiedyś uwielbiałem. Po tym jednak jak zamieszała się w różne dziwne projekty np. kolekcję kamyków, notesy przestałem ją poważać jako pisarkę. Nie oszukujmy się - dobrego pióra nie miała nigdy. Wcześniej jej pozycje ratowało to, że pisała o tym, na czym rzeczywiście się zna. Teraz zaś coraz bardziej oddala się od tej zasady...

      Usuń
  3. O tak, poradniki to coś, z czym raczej sobie nie radzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś zastanawiałem się nad tym poradnikiem, do którego podałaś link. Przeczytałem jednak tyle niepochlebnych opinii w internecie, że raz na zawsze odechciało mi się czytania "Poradnika globtrotera".

      Usuń
  4. Tytuł trafiony i to chyba wszystko. Raczej nie zajrzę.

    OdpowiedzUsuń
  5. podzielam opinię autorki bloga!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie czytałem jeszcze tej książki, a Twój wpis może okazać się pomocny :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeśli książkę napotkam w bibliotece - to po nią sięgnę. Tak z rozpędu. ~20 książka Pawlikowskiej byłaby. Mam nadzieję, że nie ma w niej produktów lokowanych, jak w książce p. Kasi Cichopek.
    Ostatnio czytałam "Blondynka w Londynie". Ot, taka lekka lektura, taki nabijacz czytelniczego licznika. Przerywnik pomiędzy grubszymi pozycjami, np. "Baśnioborem". Książkę wypożyczyłam nie tylko żeby mieć ~200 książek przeczytanych ;)

    I pochwalę Ci się zakupem - "Dzienniczek" Faustyny kupiłam. I tą książką się delektuję, czytam po parę stron dziennie. Może do końca roku skończę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Produktów lokowanych nie ma, bo Pawlikowska odradza WSZYSTKO, co można kupić w normalnym sklepie ;)
      Gratuluję liczby przeczytanych książek! Nie znam osoby, która czytałaby aż tyle :)

      "Dzienniczek" też czytam, ale na razie zrobiłem sobie od niego przerwę. Mam cały stosik książek do przeczytania. Wrócę do niego niedługo, bo to niezwykła pozycja ;)

      Usuń
    2. A ja znam sporo ;)
      Na LC i na Facebooku.
      Na Facebooku jest taka inspirująca grupa 52 książki. I jest tam parę osób, które mają ponad 100 przeczytanych. Może to kosmici - czytają 1 książkę dziennie ;)
      Poza tym wśród tej 70 są grube pozycje (Zwiadowcy, Baśniobór", ale są też króciutkie, niewymagające głębszych refleksji - np. owa "Blondynka w Londynie".
      Krótką książką jest także "Uwierzcie w koniec świata" - Joachim Badeni OP.

      A na razie jestem solidna, jeśli chodzi o "Dzienniczek". Codziennie czytam kilka stron, zbliżam się do końca zeszytu pierwszego.

      Usuń
    3. Osoby, które czytają 50-100 książek to znam, ale nie spotkałem jeszcze osoby, która czytałaby 200 książek rocznie ;)
      "Uwierzcie w koniec świata" czytałem, ale według mnie to przeciętna pozycja. Nie twierdzę, że zła, ale niezapadająca w pamięć.

      Jeśli chodzi o "Dzienniczek" to jestem gdzieś w połowie drugiego zeszytu.

      Usuń
    4. Do dwustu trochę mi brakuje - jakieś 40 ;)
      A się zareklamuję ;)
      http://365dnizksiazka.blogspot.com/2014/03/o-rekordach-czytelnieczych.html
      Ze ~120 wypożyczeniami nie wchodzę do pierwszej dziesiątki ;)

      Usuń
    5. To i tak imponujący wynik ;) W tym roku miałem tyle zajęć, że do tej pory udało mi się przeczytać jedynie 40 książek. Ale w wakacje na pewno nadrobię zaległości :)

      Reklama to podstawa! Wiesz, że do tej pory nie wiedziałem, że masz bloga? Ale ze mnie gapa! Już wchodzę na niego.

      Usuń
    6. Drugi blog też mi się podoba:) Świetne zdjęcia!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...