czwartek, 15 maja 2014

"Mała cisza" Michał Płoski

Ciszy wielu się boi. Współczesny świat pozostawia dla niej niewiele miejsca. Może dlatego, że w ciszy można zajrzeć do głębi swojej duszy? Może dlatego, że nie potrafimy być sami ze sobą? Cisza to niezwykły stan, wręcz magiczny. I wcale nie jest tak, że w ciszy nie usłyszymy żadnego dźwięku. Cisza to przecież gromy spadające z jasnego nieba, krople deszczu uderzające miarowo o dach, szum liści samotnej gruszy zagubionej pośród pól. Cisza ma wiele odcieni, które łączy ta sama niezwykłość, pozwalająca zatopić się w marzeniach, odbyć podróż w przeszłość, odkryć sens tego, co pozornie wydaje się bezsensowne...

Z ciszą kojarzą mi się dwa dzieła: film "Wielka cisza" oraz utwór Antoniny Krzysztoń "Jest cisza". "Wielka cisza" to filmowy zapis życia kartuzów. Średniowieczne mury, warzywny ogródek, modlitwa, kontemplacja i codzienna praca ręczna - tak w dużym skrócie wygląda tydzień mnichów. Minimalizm w czystej formie. W piosence "Jest cisza" pojawia się taki wers: "Jest taka cisza, cisza w której, cisza w której słyszysz NIESŁYSZALNEGO". Oba utwory łączy zwrot ku Bogu. Czy to przypadek, że zgodnie z ich przesłaniem Najwyższego spotykamy w ciszy? Taka filozofia przyświecała rytowi trydenckiemu. Liturgia sprawowana według jego zasad pełna była momentów, w których wierni pozostawali "bezczynni". Obecnie praktycznie nie zdarza się to. Albo coś śpiewamy, albo odpowiadamy na wezwania kapłana, albo jesteśmy zaaferowani jeszcze czymś innym. W trakcie mszy trydenckiej wierni mają mnóstwo czasu na modlitwę myślną we własnym zakresie.

Głównie z powodu tych skojarzeń zdecydowałem się na sięgnięcie po "Małą ciszę". Autorem jest, dotychczas bliżej mi nieznany, Michał Płoski - prawnik (z wykształcenia), pisarz i artysta. Książka to zbiór refleksji, wspomnień, opisów przyrody oraz relacji z poszczególnych etapów pisania kolejnych ikon. Ta ostatnia warstwa tekstu najbardziej przykuła moją uwagę. Duchowość wschodniego chrześcijaństwa kryje w sobie tyle tajemnic i wydaje się tak oderwana od ziemskiego świata, że staje się przez to niezwykle ciekawa (przynajmniej dla mnie). Czytając opisy liturgii prawosławnej lub któregoś z Kościołów wschodnich często mam wrażenie, że w ich mszy jest zdecydowanie więcej sacrum niż w naszym posoborowym rycie.

Dziennik uzupełniają fotografie Stanisława Kamieńskiego, które przedstawiają świat rządzony kolejnymi porami roku. Wszystkie są dość nostalgiczne. Na pierwszy plan przebija się w nich przemijalność. Pozycja dobra dla osób, które chcą zwolnić tempo życia, które zwracają na szczegóły i drobiazgi istniejące w otaczającej nas rzeczywistości, które cenią piękno przyrody, dla których świat składa się z tysięcy małych rzeczy, niezauważalnych przez większość homo sapiens. 

Za egzemplarz "Małej ciszy" dziękuję wydawnictwu:

4 komentarze:

  1. Kocham ciszę... szukam jej często, zwłaszcza po dniu spędzonym wśród gimnazjalistów. W ciszy słyszy się doskonale własne serce, a ono ma tyle do powiedzenia...

    OdpowiedzUsuń
  2. Od czasu do czasu warto zajrzeć do takiej właśnie książki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna pozycja. Muszę się z nią rozglądnąć.
    Odnośnie Mszy św. mam podobne odczucia. Jeszcze wszystko zależy od tego jak kapłan ją sprawuje. Ale cóż, nasi wierni chcą by była odprawiana szybko i jak błyskawica opuszczają kościół. Spełniony obowiązek i tyle. A odnoszę wrażenie, że kapłani jakby się do tego dostosowują, by wierni nie szukali krótszych eucharystii gdzie indziej, a prawie każdy ma samochód.
    Liturgia wschodnia jest bardziej rozbudowana a wierni są bardziej rozmodleni. I dlaczego tak jest?

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje mi się, że książka spełniłaby moje oczekiwania :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...