sobota, 31 maja 2014

"Pańska jest ziemia" Abraham Heschel

Historia Żydów w Europie Środkowo-Wschodniej (zwłaszcza w Polsce) przedstawiana jest coraz częściej w krzywym zwierciadle. Losy narodu wybranego w tej części świata ogranicza się tylko do hekatomby podczas II wojny światowej. A przecież potomkowie Abrahama mieszkali tu, pracowali, modlili się, ubogacali lokalne kultury i byli nieodłącznym fragmentem pewnych społeczności. "Pańska jest ziemia" to hołd oddany Żydom zamordowanym przez wywodzącą się ze skrajnej lewicy ideologię.

Abraham Heschel pozostawia wielkie miasta, skupiając się na niewielkich miasteczkach na kresach Rzeczypospolitej. Omija wielką sztukę czy ekonomię, zwracając się w zamian ku obyczajom, skali wartości i postawie wobec życia ówczesnych mieszkańców zapadłych mieścin. Żydom, którzy osiedli się na tych terenach może nie wiodło się zbyt dobrze (takie przekonanie wyraża autor, aczkolwiek jest to teza dyskusyjna), ale ich duchowość w XVII czy XVIII wieku wzniosła się na wyżyny. W każdym domu znajdował się komplet opracowań Tory i wszelkie inne publikacje niezbędne do zgłębiania tajników wiary. Pobożny Żyd był sceptyczny wobec idei oświecenia. Nie cenił zbytnio regularnych studiów, ale poświęcał mnóstwo czasu na analizowanie Pięcioksięgu.

Zadziwia postawa Żydów z Europy Środkowo-Wschodniej wobec życia ludzkiego, z której mogą czerpać wyznawcy innych religii. Abraham Heschel w poetycki sposób wyjaśnia, co powinno być najważniejsze: Pomniki z brązu żyją dzięki łasce pamięci tych, którzy przyglądają się ich kształtom, podczas gdy chwile duszy trwają nawet wygnane w głąb umysłu. Uczucia, myśli są nasze własne, podczas gdy posiadany dobytek jest nam obcy i często zdradliwy. "Być" jest czymś bardziej istotnym niż "mieć". Ach, gdyby wszyscy zawsze o tym pamiętali...

Cieszy mnie to, że autor zrezygnował nawet z pojedynczych wzmianek odnoszących się do holocaustu. Na ten temat jest przecież mnóstwo opracowań. Poza tym kwestię tę obecnie wykorzystuje się politycznie (kto nie słyszał o młodych Żydach przywożonych obowiązkowo przed wstąpieniem do armii do obozów koncentracyjnych znajdujących się na terenie Polski...?). Abraham Heschel w zamian ukazał głęboką duchowość narodu wybranego, który odnalazł swoją Ziemię Obiecaną w zapomnianych przez wielki świat miasteczkach. Życie tam może nie było zbyt proste pod względem materialnym, ale pozwalało za to rozwijać się religijnie. Choć muszę tutaj zaznaczyć, że autor trochę dramatyzuje przedstawiając losy Żydów: żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwami Tory. Skrajna nędza dotykała od XVII wieku polskie chłopstwo. Żydzi zaś często zajmowali intratne stanowiska w szlacheckich folwarkach. Nie wiem, skąd Abraham Heschel wziął takie rewelacje... Dalej stwierdza zaś, że: przodujący w budownictwie miejskim i w rozwijaniu ważnych gałęzi przemysłu Żydzi napotykali zorganizowany, dobrze zaplanowany system hamulców i przeszkód. Cóż, autor nie zaznacza o jakim państwie pisze. Trudno więc odnieść się do tego. Na pewno stwierdzenie to nie jest prawdziwe w przypadku Polski.

Abraham Heschel opisując zwyczaje i duchowość środkowo-europejskich Żydów tworzy pewną wizję świata opartą na zasadach religijnych (i to niekoniecznie judaistycznych). Dzieło (nie waham się użyć tego słowa w przypadku tej publikacji) powstałe pół wieku temu z zadziwiającą przenikliwością odnosi się do naszych czasów: cywilizacja całkowicie poświęcona temu, co użyteczne, w gruncie rzeczy nie różni się od barbarzyństwa. Świat podtrzymywany jest przez to, co poza światem.

Książce z dużą uwagą powinni przyjrzeć się katolicy (i generalnie chrześcijanie). "Pańska jest ziemia" to nie judaistyczny traktat filozoficzny, ale zbiór wskazówek, jak żyć i czemu się poświęcić. Zamieńmy w tym fragmencie słowo "Talmud" na "Pismo święte" i otrzymamy odpowiedź: Uczony nie był już młodzieńcem - miał prawie trzydzieści lat, ale nigdy przedtem nie odwiedzał cadyka. "Czego dokonałeś w ciągu życia" - zapytał mistrz. "Trzy razy przeszedłem cały Talmud" - odpowiedział uczony. "Tak, ale jak wiele z Talmudu przeszło przez ciebie?" - pytał dalej cadyk. Abraham Heschel pięknie też opisuje rolę religii w życiu człowieka: Ludzkość nie ma wyboru pomiędzy religią, a neutralnością. Bezbożność to nie opium, lecz trucizna. Czy można w bardziej trafny sposób w jednym zdaniu ująć istotę duchowości...?

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

środa, 28 maja 2014

Kradnę. Zabijam. Wierzę.

Nie tak dawno głośno było o antyteistycznej (bo trudno użyć tutaj przymiotnika "ateistyczna") kampanii prowokacyjnej, która polegała na umieszczeniu w kilku miastach billboardów z napisem "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę". "Fronda", która jest znana z tego, że lubi wkładać kij w mrowisko nie mogła przejść obok niej obojętnie.

Promowany na okładce artykuł to wywiad z członkiem bractwa więziennego dotyczący, rzecz jasna, wierzących więźniów. Kiedyś już o tym wspominałem, ale muszę podkreślić to jeszcze raz - cenię "Frondę" za bardzo rozbudowane artykuły. W większości magazynów liczy się głównie przykucie uwagi czytelnika, z którą według niektórych światłych dziennikarzy kilka stron ciągłego tekstu przegrywa. Tymczasem wspomniany wywiad liczy aż 17 stronic. Jest to przestrzeń, która daje pole do dyskusji.

Trochę dłużej zatrzymałem się przy wywiadach z młodymi ateistami. Na początku byłem zły na autorkę. Zastanawiałem się, dlaczego zrobiła z nich idiotów?! Po chwili przyszło zastanowienie. Monika Chomątowska nie zadawała tendencyjnych pytań, nie prowokowała. Po prostu rozmawiała z nimi. To sami rozmówcy zaprezentowali się, delikatnie mówiąc, niezbyt korzystnie.
Monika Chomątowska: Czy uważasz, że dobrze znasz nauczanie Kościoła katolickiego?
Łukasz: Tak, raczej tak.
Czy zanim odszedłeś od wiary, byłeś może w jakiejś wspólnocie? Czy czytałeś jakieś książki religijne, Katechizm Kościoła Katolickiego itp.?
- Nie.
Ciekawe spojrzenie na relację muzyka-Kościół prezentuje artykuł o black metalu. Podczas jego lektury ciągle wracałem myślami do "Egzorcysty". Z perspektywy czasu muszę przyznać, że ten ostatni magazyn jest trochę skrzywiony pod kątem zagrożeń duchowych. Oczywiście cenię "Pismo ludzi wolnych", bardzo dużo mnie nauczyło, ale czasami jest zbyt rygorystyczne. Pamiętam lutowy numer z tematem wiodącym "Muzyka ciemności". Autor w tylu różnych nurtach i zespołach dopatrzył się działania Złego, że bardziej lękliwy czytelnik po lekturze tych rozważań przez tydzień nie włączy żadnej płyty. Tymczasem artykuł we "Frondzie" kończy się pięknym cytatem z Pisma Świętego w tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka: Duch tchnie, kędy chce. 

Pisząc o jakimkolwiek numerze "Frondy" zawsze spotyka mnie ten sam problem. Jak zaprezentować pismo wyróżniające się taką różnorodnością artykułów? Wspomnienie choćby o części najciekawszych mija się z celem, ponieważ mój wpis przybrałby dość duże rozmiary. Z drugiej strony zaś trudno napisać kilka zdań ogólnych, ponieważ "Fronda" wymyka się spod wszelkich ogólników i uproszczeń. Jedno jest pewne - to kwartalnik wyjątkowy. Może irytować, może czasami prowokować, ale przynosi dużo świeżości w konserwatywne mury. Prezentuje nieco inne oblicze konserwatyzmu, odmienne od wizerunku "zamkniętej na wszelkie nowości konserwy".

Za egzemplarz dziękuję:

poniedziałek, 26 maja 2014

Pismo poświęcone, ale czy "święte"?

Numer archiwalny, ale temat jak najbardziej aktualny. Hanna Gronkiewicz Waltz po raz kolejny zdecydowała się wydać dziesiątki tysięcy złotych na szpecącą plac Zbawiciela instalację. Z widokiem przedstawionym na okładce "Frondy" możemy się jednak pożegnać. Nową tęczę wykonano bowiem z ognioodpornych materiałów. Pozostaje modlitwa do św. Michała Archanioła i to nie o to, aby mieczem ognistym, z którym jest przedstawiany zniszczył wszelkie siedliska grzechu, ale aby zesłał na wyborców odrobinę mądrości, gdy będą przechodzili obok urny. Oprócz niebiańskich orędowników mamy także "Frondę", która walczy w pierwszych szeregach przeciwko dechrystianizowanej wizji Polski i Europy. Robi to w bardziej lub mniej trafiający do nas sposób. Nie można jednak odmówić jej determinacji i stałości w głoszeniu swoich poglądów. Forma nie zawsze odpowiada wszystkim konserwatystom, ale trudno mieć zastrzeżenia do prezentowanych treści.

Numer 68 jest pierwszym numerem opracowanym przez odświeżoną redakcję. Pełno więc w nim manifestów, deklaracji i różnych wprowadzeń. W recenzji numeru 70 wspominałem już o dość prowokacyjnym apelu: Czego od Was chcemy? Żebyście chodzili do kościoła, płodzili dzieci, ginęli w powstaniach i czytali dobrą literaturę. Szczególnie ucieszył mnie ostatni wymóg, który sugeruje, że redaktorzy Frondy będą zajmować się nie tylko religią i polityką, ale także kulturą. Nie rozumiem tylko, dlaczego czytelnik kilkanaście stron dalej dostaje do przeczytania wywiad z wokalistką disco polo. Czy to ma być kultura promowana przez Frondę? Dobór artykułów to dla mnie czarna magia.

Główny artykuł związany z  tematem przewodnim uważam za świetny. Chętnie wysłałbym go osobom obchodzącym "żałobę" po tęczy i fotografującym się z jej szkieletem. Tomasz Bardamu w bardzo logiczny sposób wyjaśnia symbolikę instalacji Julity Wójcik i rozbiera na części pierwsze całe to zamieszane związane z tym. Warto też zwrócić uwagę na artykuł "Chwała pięknu oraz brzydocie! Chwała Panu!" traktujący o Bożym pierwiastku, który znajduje się we wszystkim, co nas otacza.

Nie będę odnosić się do wszystkich artykułów, które mnie zainteresowały, bo mój wpis przybrałby monstrualne rozmiary. Jedno jest pewne - żaden konserwatysta nie powinien być zawiedziony. A i osoby nieutożsamiające się z tą ideologią nie będą się nudzić przy lekturze "Frondy". Kwartalnik prowokuje i zachęca do dyskusji. Ale takie było chyba założenie twórców. Czytelnik, który przeczytał numer i odłożył go na półkę to znak ostrzegawczy dla autorów, że coś poszło nie tak. Czytelnik, który na piętnaście sposobów rozbierał manifest i dziesięć razy posprzeczał się z trzema znajomymi o jego interpretację świadczy zaś o sukcesie. Wszystko stoi na głowie? Nie, to tylko Fronda.

Za egzemplarz dziękuję:

sobota, 24 maja 2014

"Schizma" Jesús Bastante Liébana

"Schizma" jako książka historyczna przedstawia się naprawdę nieźle. Znajdziemy w niej dość dużo faktów i sporo szczegółów. Problem w tym, że miała to być powieść. Pod względem literackim pozycja nie wypada jednak najlepiej. Nie wciąga i raczej trudno przy jej pomocy przenieść się w czasy Marcina Lutra i początków reformacji.

Głównymi bohaterami są trzy osoby: wspomniany już Marcin Luter, cesarz Rzeszy Niemieckiej Karol V i papież Hadrian VI. Książka opowiada o próbach reformy Kościoła i relacjach między wyżej wymienionymi osobami. Podobało mi się przedstawienie augustianina z Wittenbergi jako postaci wieloznacznej, o wielu obliczach. Z jednej strony zakonnik jest szczerze przejęty problemami Kościoła, z drugiej zaś buntuje się przeciw Niemu i hierarchii ustanowionej przez Chrystusa. Raz słucha swojego opiekuna i zgadza się na spotkanie z możnymi tego świata, by zaraz później okazywać lekceważenie swojemu chlebodawcy w sejmie Rzeszy. Czasami miałem nawet wrażenie, że Luter cierpi na rozdwojenie jaźni... Jego postulatami z racji pełnionej funkcji zainteresowany jest Karol. Niestety postać tę wykreowano sztucznie. Młody, pewny siebie i zapalczywy Habsburg zmienia się na przestrzeni kilku lat w roztropnego męża stanu. Nieco lepiej wypada Hadrian VI. Na pewno można by wysunąć pewne zarzuty w stosunku do kreacji tej osoby, ale lubię bohaterów kryształowo czystych, więc kardynał i późniejszy papież przypadł mi do gustu.

Rok 1521, w którym toczy się akcja książki to czasy kryzysu Kościoła. Watykanem rządzi żądna władzy i pieniędzy kuria, a symonia i spiski są na porządku dziennym. Do tego dochodzi problem reformacji, z którym ani cesarz, ani władza kościelna nie potrafią sobie poradzić. Kardynałowie w trudnym okresie wybierają na Najwyższego Kapłana Hadriana - biskupa związanego z Karolem, ale głęboko wierzącego. Ten od razu przystępuje do reformy kurii rzymskiej. Oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, nie wszystkim podoba się zapał nowego papieża. Kolegium kardynalskie liczyło, że Hadrian będzie marionetką w ich rękach. Z wyboru nie jest zadowolony również Karol. Liczył on, że człowiek, który był jego wychowawcą zwiąże silnie papiestwo z władzą cesarską. Tymczasem Ojciec Święty próbuje wybić się na niezależność. Wreszcie na arenę wkracza Marcin Luter, któremu sprawy wymykają się spod kontroli. Lud wysuwa już takie postulaty, które zakonnikowi nie przychodziły do głowy w najczarniejszych snach. Gdy wreszcie udaje się zaaranżować spotkanie Hadriana, Lutra i Karola podczas uczty w Watykanie dochodzi do pewnego wypadku...

Narracja jest dość sztywna. Postaci w zdecydowanej większości są płaskie, pozbawione charakteru. Dużą część zdarzeń można przewidzieć już podczas lektury poprzedniego rozdziału. "Schizma" nie wciąga i nie pozwala przenieść się w świat szesnastowiecznych problemów. Na pewno ma ona pewną wartość jako książka historyczna, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek szukał rzetelnych faktów w zbeletryzowanej opowieści. Autorowi zdecydowanie brakuje polotu.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 22 maja 2014

"Resortowe dzieci. Media", czyli kto za kim stoi

Przez media przetoczyła się już potężna fala na temat "Resortowych dzieci". Do księgarń docierają kolejne zamówienia, a łącza suma zarobiona przez autorów przekroczyła już milion złotych! Nie bez znaczenia jest świetna reklama zrobiona przez Gazetę Wyborczą i podobne jej media. Nie wiem, czy ci dziennikarze zdają sobie z tego sprawę, ale sami nakręcili popyt na "Resortowe dzieci". Gdyby nie ta nagonka medialna to bardzo możliwe, że nie zdecydowałbym się na sięgnięcie po tę pozycję. Po skończonej lekturze wiem, że byłaby to duża strata. Pierwszy raz jestem więc wdzięczny chórkowi mediów śpiewających jednym głosem.

Trójka autorów omówiła dziesiątki postaci, które należą do owego chórku, a wywodzą się ze środowisk komunistycznych. W ich domach nie śpiewało się kolęd, nie chodziło na pasterkę, nie wywieszało się flagi na 11 Listopada, a dziadek nie opowiadał przy kominku o swoim udziale w wojnie przeciwko bolszewikom (chyba że po przeciwnej stronie) - według autorów jest to jedną z przyczyn jednorodności tego środowiska. Wbrew temu, co niektórzy insynuują autorzy nie obwiniają dziennikarzy zaprezentowanych w książce za winy przodków. Gdyby tak było to omówiliby wszystkie osoby, także te należące do niezależnego nurtu dziennikarstwa. Tymczasem w "Resortowych dzieciach" odnajdziemy biogramy tylko tych postaci, którzy mogą się poszczycić przynależnością do tzw. salonu.

Włos się na głowie jeży, gdy czyta się kolejne rozdziały. Diagnozy autorów są nadzwyczaj trafne. Charakteryzując środowisko GW trafiono w samo sedno: Kierownictwo "Gazety Wyborczej" od początku jej istnienia miało jeden cel: wychować i ukształtować nowe pokolenie Polaków. Dlatego, tworząc redakcję, sięgnięto głównie po psychologów i socjologów. Niestety cel postawiony przez GW został w dużej mierze zrealizowany. Wystarczy spojrzeć na otumanionych Gazetą Wybiórczą "młodych, wykształconych, z dużych miast". Zresztą nie ma co się dziwić. Ich guru uznał kiedyś gen. Kiszczaka (tfu!) i gen. Jaruzelskiego (tfu!) za ludzi honoru! Czegóż więc można spodziewać się po czytelnikach tego pana? Chylę czoło przed Zbigniewem Herbertem, który już dawno poznał się na zaletach Michnika. Tak o nim powiedział: Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Choć trzeba przyznać, że czołowy propagandzista III RP przynajmniej raz miał rację np. wtedy, gdy ocenił Wałęsę: on jest głupi jak but z lewej nogi [...] wspaniały ludowy demagog z bożej łaski.

O zmarłych nie wypada źle mówić. Tadeuszowi Mazowieckiemu (niech mu ziemia lekką będzie) poświęcę tylko jeden cytat: ponad 90 proc. archiwów Służby Bezpieczeństwa zostało zniszczonych w czasie, gdy premierem był Tadeusz Mazowiecki. Warto za to zatrzymać się na dłużej przy Jacku Żakowskim. Tak się oburzył na umieszczenie swojej podobizny na okładce (czyżby towarzystwo mu nie odpowiadało?), że złożył pozew sądowy. Tymczasem cała jego działalność w pełni kwalifikuje go do grona "resortowych dzieci".

Najpoważniejszym błędem, którego dopuścili się autorzy było niesprecyzowanie pojęcia "resortowe dzieci". Szybko podchwycili to salonowi dziennikarze. Niestety, ale mają trochę racji. Z pozycji niezorientowanej osoby może wyglądać to tak, że Dorota Kania, Jerzy Targalski i Maciej Marosz wzięli na tapetę tylko swoich ideologicznych przeciwników, pomijając osoby o komunistycznych rodowodzie, które utożsamiają się obecnie z prawą stroną sceny politycznej. Wystarczyło we wstępie wyraźnie zaznaczyć, że aby zostać zaliczonym do "resortowych dzieci" nie wystarczy ojciec w MO czy stryj w UB. Można nie mieć absolutnie żadnych powiązań rodzinnych z komunistycznym aparatem władzy, a błąkać się jak "resortowe dziecko". Tym, co łączy postaci zaprezentowane przez trójkę publicystów wcale nie jest jedynie pochodzenie, ale także żywe przywiązanie do ideałów PRL, sprzeciw wobec rozliczenia komunizmu i stała obecność w liberalno-lewicowym dziennikarskim, chórku niezachowującym nawet pozorów niezależności.

W czasie lektury cały czas przez moje myśli przewijała się "Oda do sprzedajnych żurnalistów" Lecha Makowieckiego. Ostatnia zwrotka idealnie mogłaby służyć za dedykację "osobistościom" pojawiającym się na kartach książki:
Iluż ludzi zgubicie?
Ilu przez was błądzi?
Naród kiedyś to przejrzy,
A Bóg was osądzi...
Zazwyczaj powstrzymuję się przed otwartym zachęcaniem do zakupu. Zwłaszcza, gdy dostaję egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa. Wolę nie stwarzać nawet pozorów nieuczciwości. W tym przypadku muszę odstąpić od mojej reguły i gorąco zachęcić do przeczytania "Resortowych dzieci". Ta książka otwiera oczy na wiele spraw. Nawet jeśli macie świadomość, jaka sytuacja panuje na rynku medialnym to warto po nią sięgnąć. Na pewno nie wiecie o wszystkim. Autorzy wykonali kawał solidnej roboty. Jeśli choć jedna osoba za przyczyną tej pozycji zmieni swoje preferencje medialne to myślę, że Dorota Kania, Jerzy Targalski i Maciej Marosz będą mogli uznać, że odnieśli sukces. Mam nadzieję, że prawda przebije się do szerszych mas, bo... poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8, 32).

 Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 20 maja 2014

"W dżungli zdrowia" Beata Pawlikowska

Miało być tak pięknie. Dopiero co skończyłem czytać "Zdrowie z mądrości z natury". Myślałem więc, że "W dżungli zdrowia" wpisze się w cykl wartościowych książek o zdrowym odżywianiu. Niestety tak się nie stało...


Przykro mi to pisać, ale głównym powodem napisania "W dżungli zdrowia" przez Beatę Pawlikowską była najprawdopodobniej żądza zysku. Autorka wielokrotnie pyta retorycznie na łamach swoich artykułów i większych publikacji czytelników, czy aby na pewno uczciwie pracują. Myślę, że pierwszą osobą, której powinna postawić to pytanie jest ona sama. Doskonale zadawałem sobie sprawę, że "W dżungli zdrowia" nie jest książką naukową. Liczyłem jednak przynajmniej na garstkę interesujących porad. Cóż, ostatecznie przekonałem się, że poradniki to nie moja bajka. Chyba zupełnie zrezygnuję z tego typu pozycji.

Ilekroć zabierałem się do lektury przychodziły mi na myśl krzykliwe tytuły ze stron poświęconych DIY - "jak zrobić coś z niczego?". Autorka wykorzystała tę zasadę w dziedzinie literatury. Ponad 360 stron można by streścić w maksymalnie 50, a czytelnik nie straciłby absolutnie nic. Tezy stawiane przez autorkę wielokrotnie powtarzają się. Poza tym duża część rozdziałów jest o niczym. Już nie wspomnę o celowym przedłużaniu niektórych fragmentów. Naprawdę niektóre części trudno było mi doczytać do końca. Niejeden uczeń złapałby się za głowę i zapytałby: jak można tak lać wodę? Beata Pawlikowska zgromadziła oczywiście pewną pulę argumentów (inna sprawa, czy są one zasadne...), ale nie jest ona tak pokaźna, żeby pisać od razu publikację tej objętości.

Wspominałem już nie jeden raz, że ścieżki rozumowania Pawlikowskiej bywają kręte (nawet bardzo). Exemplum? Proszę bardzo: Tak jest w krajach buddyjskich. Jest po prostu przyjaźnie i bezpiecznie. Dlaczego? (...) Moim zdaniem jest tak dlatego, że buddyści nie jedzą mięsa. Cóż, nie dostrzegam analogii między spożywaniem mięsnych potraw i bezpieczeństwem w danym państwie. Może mam zbyt ograniczony umysł... Ale to nie wszystko. W kolejnych rozdziałach autorka dalej ciągnie ten wątek i snuje kolejne domysły: Moim zdaniem całe zło, jakie dzieje się teraz na świecie, ma swój początek w chemicznych proszkach dodawanych do masowo produkowanego jedzenia. Zawsze rozbrajają mnie takie "genialne" recepty na świat. Chemiczne dodatki do jedzenia to domena XX i XXI wieku. To znaczy, że wcześniej żadnego zła na świecie nie było? Trudno nawet komentować ten fragment.

Autorka nie omieszkała podzielić się swoimi przemyśleniami na temat rządowego projektu dotyczącego wydłużenia wieku emerytalnego. Zasada jest równie prosta. Jeśli protestujesz to znaczy, że nie lubisz pracować. Albo masz pracę, którą nienawidzisz, albo jesteś leniem. Koniec kropka. Beata Pawlikowska nie wzięła tylko pod uwagę, że nie każdy ma tak absorbującą pracę jak ona. Myślę, że wszyscy ci, którym nie podoba się ta reforma chętnie pracowaliby nawet do śmierci, gdyby musieli tylko podróżować i dzielić się swoimi przemyśleniami w hurtowo pisanych książkach. Zaznaczam, że nie mam nic do publikacji Beaty Pawlikowskiej. Książki podróżnicze są całkiem niezłe. Przymierzam się właśnie do lektury "Blondynki na Orinoko". Po prostu podziękuję za poradniki, bo z tymi autorka zdecydowanie nie radzi sobie. Co więcej, mam wrażenie, że traktuje czytelników jak nieuków, którym piętnaście razy trzeba powtarzać to samo.

"W dżungli zdrowia" składa się właściwie z trzech części (w książce nie są wyodrębnione). W pierwszej Beata Pawlikowska pisze o swoich przemyśleniach na temat zachodniej cywilizacji (w zasadzie kalka "Teorii bezwzględności"),  a w drugiej pisze o produktach, których unika. Zatrzymam się tutaj na chwilę. Całkowicie rozumiem szkodliwość batoników czy chleba z supermarketu. Nie pojmuję jednak umieszczenia na czarnej liście wszystkich mrożonek (także tych domowych!). Nie słyszałem, żeby np. mrożone truskawki niekorzystnie wpływały na nasze zdrowie. Autorka zresztą z rozbrajającą szczerością wyznaje: nie przytoczę mądrych badań. W części ostatniej podróżniczka przytacza listę rzeczy, które lubi jeść i które uznaje za zdrowe. Nie podobała mi się teoria kuchni pięciu przemian. Generalnie jednak rozdział ten przedstawia się najlepiej.

Nie lubię przedstawiać pozycji książkowych w barwach czarno-białych. Wydaje mi się, że niewiele jest tak złych publikacji, żeby nie dało się w nich znaleźć choćby jednej, malutkiej zalety. Dodam więc jedno: "W dżungli życia" może pełnić funkcję motywacyjną i pomóc zdecydować się na zdrowy styl życia. Beata Pawlikowska w takim świetle ukazała wszelką żywność nieekologiczną, że czytelnik może ogarnąć tylko jedno uczucie - strach, które spowoduje, że zaczniemy dbać o to, czym się odżywiamy. W wersji pesymistycznej tymi uczuciami mogą być rozczarowanie i politowanie... Ale to już od nas zależy, jak odbierzemy książkę.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 16 maja 2014

"Zdrowie z mądrości natury" dr Wighard Strehlow

Medycyna św. Hildegardy, z którą zetknąłem się po raz pierwszy prawie rok temu, początkowo nie przekonała mnie do siebie. "Wiedza lecznicza św. Hildegardy od A do Z" zawiera sporo metod i zaleceń nieprzystających do naszych czasów. Trudno było mi się pogodzić z uznaniem przez świętą truskawek za truciznę kuchenną. Z czego jak z czego, ale z truskawek nigdy nie zrezygnuję. Pierwsze zniechęcenie wpłynęło na brak dalszego zainteresowania wiedzą leczniczą niemieckiej doktor Kościoła. Coś mi jednak podpowiedziało, żeby zamówić najnowszą publikację dr. Wigharda Strehlowa. Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na lekturze "Zdrowia z mądrości natury".

Zaskakuje mnie to, jak łatwo można dbać o swoje zdrowie i to ponosząc relatywnie niewielkie koszty. Szkoda, że ta wiedza nie przedostała się do szerszych mas odbiorców. Nie mam jednak złudzeń, że zmieni się to w najbliższym czasie. Wstęp do książki pozbawił mnie resztek nadziei. Autor bez ogródek stwierdza: Kogo dziwi ta sytuacja,  skoro służba zdrowia w świecie zachodnim czerpie zyski z ludzkich cierpień? Nie leży w jej interesie przekształcenie systemu opieki nad chorymi w system opieki nad zdrowymi. Dzieje się coś wręcz przeciwnego - to przemysł farmaceutyczny stanowi największą przeszkodę na drodze ku transformacji, która przysłużyłaby się dobru ogółu. W słowach o podobnym nasileniu emocjonalnym zachodni system opieki zdrowotnej przedstawia Beata Pawlikowska. Czytając jej książki (choćby "Teorię bezwzględności") teoretycznie zgadzałem się z jej tezami, ale brakowało mi pewności, żeby zacząć stosować naturalne metody leczenia i prowadzić rzeczywiście zdrowy tryb odżywiania. Być może nie zdecydowałem się na taki krok, ponieważ podróżniczka mimo że trafnie charakteryzuje problem, to nie przedstawia zaleceń, do których mógłbym się z czystym sumieniem stosować. Wszelkie diety wywodzące się z filozofii Wschodu odstraszają mnie. Tymczasem okazuje się, że coś podobnego (ale na gruncie chrześcijańskim) prawie tysiąc lat temu stworzyła niemiecka mistyczka i wizjonerka!
Św. Hildegarda z Bingen

Warto przy tej okazji przyjrzeć się różnym organizacjom, które na sztandarach mają wypisane hasła odwołujące się do troski o człowieka. Szczególnie krzykliwi się działacze ekologiczni. Tymczasem niemiecka minister zdrowia wywodząca się z Partii Zielonych zakazała używania w Niemczech tysięcy naturalnych środków leczniczych! Szczytne idee ideami, ale kasa musi się zgadzać. Ciekawe, ile dostała pod stołem od koncernów farmaceutycznych za podpisanie takiej ustawy... W zestawieniu nie lepiej wypada nasza kochana Unia, która wprowadziła zakaz swobodnego obrotu ziołami. Istnieje cała lista ziół, które można dostać tylko na receptę. Z herbatkami ziołowymi z Herbapolu (albo jakiejś innej firmy) możemy się pożegnać. Pozostaje zbieranie leczniczych roślin na własną rękę. Z tymże w UE poza lobby farmaceutycznym wpływ na podjęcie takiej decyzji miał także fakt, że dziurawiec niweluje działanie pigułek antykoncepcyjnych. UE wspiera rewolucję seksualną, a tu nagle głupi dziurawiec ma przeszkodzić w realizacji programu, który nie może doczekać się wejścia w życie od czasów bolszewickich?!

Skoro nie możemy liczyć na wsparcie międzynarodowych organizacji ani polskiego systemu opieki zdrowotnej sami powinniśmy wziąć kwestię zdrowia w nasze ręce! Autor gorąco zachęca do tego: Wiedza o tym, jak zachować lub odzyskać zdrowie, jest w stanie uczynić was radosnymi i szczęśliwymi ludźmi. Tylko wy sami możecie w pełni decydować o swoim życiu, ostatecznie to właśnie wy dokonujecie wyboru, co jeść i pić oraz jak organizować swój czas w ciągu dnia. Nie wiem, czy Was przekonały te słowa. Mnie tak. Zwłaszcza, że nic nie tracę. Mogę tylko zyskać poprawę swojego zdrowia i samopoczucia, a przy okazji zagrać na nosie tym, którym zależy na wciskaniu nam kolejnych pigułek. Autor jest bezwzględny dla koncernów farmaceutycznych: Podobnie jak w przypadku wielu innych tematów, również tutaj obowiązuje zasada, że słyszymy i oglądamy tylko to, za czym stoją duże pieniądze i władza. Zresztą przypomnijmy sobie białą gorączkę związaną z kolejnymi "epidemiami". Ptasia grypa już była, świńska też. Co będzie następne? Proponuję wziąć na tapetę króliki. Niechże i gryzonie doczekają się swojej "choroby".

Kończę jednak te dygresje i wracam do książki. Ktoś może zapytać, jakim prawem dr Wighard Strehlow kreuje się na eksperta od medycyny św. Hildegardy. Odpowiadam: od 25 lat zajmuje się on specyfikami i metodami wskazanymi przez świętą. Przy tym zaznaczam, że dzieło O przyczynach i leczeniu chorób to pierwsza i jedyna medycyna chrześcijańska (co nie oznacza oczywiście, że innowiercy czy ateiści nie mogą z niej korzystać - przecież większość z nas zdrowie umieszcza bardzo wysoko w hierarchii wartości!). Niemiecka doktor Kościoła swoje dzieło oparła na wizjach, których doświadczyła osobiście. Poza tym przez lata zajmowała się naturą i jej związkiem z życiem i zdrowiem człowieka. Dr Wighard Strehlow zwraca uwagę, że jest to jedyna usystematyzowana lecznicza metoda chrześcijańska porównywalna z medycyną starożytnych ludów, Chińczyków, Japończyków, a zwłaszcza pochodzącą z Indii Ajurwedą. Wielu z nas szuka inspiracji w filozofii Wschodu nie wiedząc, że podobny system powstał w cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Tymczasem według autora wyważona dieta oparta na orkiszu, owocach i warzywach może zapobiegać rozwojowi raka i innych chorób cywilizacyjnych. Może kogoś do św. Hildegardy przekona fakt, że nie była ona pozbawiona także wiedzy ogólnej. 300 lat przed Galileuszem za centrum wszechświata uznawała Słońce!

Oprócz obszernego wstępu, w którym autor wyjaśnia zasadność życia zgodnie z zaleceniami niemieckiej doktor Kościoła w książce znajdziemy mnóstwo opisów poszczególnych chorób ze zwróceniem uwagi na poglądy św. Hildegardy oraz konkretne rozwiązania. Niektóre przepisy mogą nas zadziwić. Możliwe, że o wielu składnikach usłyszymy po raz pierwszy. Według mnie warto się jednak przełamać. W końcu ceną jest nasze zdrowie, samopoczucie i zadowolenie z życia. Niewiele wartości znajduje się wyżej w hierarchii... Mamy więc o co walczyć. "Zdrowie z mądrości natury" może stać się furtką do nowego życia.

[Polecam także wywiad z dr Alfredą Walkowską - jedyną dyplomowaną terapeutką medycyny św. Hildegardy w Polsce]

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 15 maja 2014

"Mała cisza" Michał Płoski

Ciszy wielu się boi. Współczesny świat pozostawia dla niej niewiele miejsca. Może dlatego, że w ciszy można zajrzeć do głębi swojej duszy? Może dlatego, że nie potrafimy być sami ze sobą? Cisza to niezwykły stan, wręcz magiczny. I wcale nie jest tak, że w ciszy nie usłyszymy żadnego dźwięku. Cisza to przecież gromy spadające z jasnego nieba, krople deszczu uderzające miarowo o dach, szum liści samotnej gruszy zagubionej pośród pól. Cisza ma wiele odcieni, które łączy ta sama niezwykłość, pozwalająca zatopić się w marzeniach, odbyć podróż w przeszłość, odkryć sens tego, co pozornie wydaje się bezsensowne...

Z ciszą kojarzą mi się dwa dzieła: film "Wielka cisza" oraz utwór Antoniny Krzysztoń "Jest cisza". "Wielka cisza" to filmowy zapis życia kartuzów. Średniowieczne mury, warzywny ogródek, modlitwa, kontemplacja i codzienna praca ręczna - tak w dużym skrócie wygląda tydzień mnichów. Minimalizm w czystej formie. W piosence "Jest cisza" pojawia się taki wers: "Jest taka cisza, cisza w której, cisza w której słyszysz NIESŁYSZALNEGO". Oba utwory łączy zwrot ku Bogu. Czy to przypadek, że zgodnie z ich przesłaniem Najwyższego spotykamy w ciszy? Taka filozofia przyświecała rytowi trydenckiemu. Liturgia sprawowana według jego zasad pełna była momentów, w których wierni pozostawali "bezczynni". Obecnie praktycznie nie zdarza się to. Albo coś śpiewamy, albo odpowiadamy na wezwania kapłana, albo jesteśmy zaaferowani jeszcze czymś innym. W trakcie mszy trydenckiej wierni mają mnóstwo czasu na modlitwę myślną we własnym zakresie.

Głównie z powodu tych skojarzeń zdecydowałem się na sięgnięcie po "Małą ciszę". Autorem jest, dotychczas bliżej mi nieznany, Michał Płoski - prawnik (z wykształcenia), pisarz i artysta. Książka to zbiór refleksji, wspomnień, opisów przyrody oraz relacji z poszczególnych etapów pisania kolejnych ikon. Ta ostatnia warstwa tekstu najbardziej przykuła moją uwagę. Duchowość wschodniego chrześcijaństwa kryje w sobie tyle tajemnic i wydaje się tak oderwana od ziemskiego świata, że staje się przez to niezwykle ciekawa (przynajmniej dla mnie). Czytając opisy liturgii prawosławnej lub któregoś z Kościołów wschodnich często mam wrażenie, że w ich mszy jest zdecydowanie więcej sacrum niż w naszym posoborowym rycie.

Dziennik uzupełniają fotografie Stanisława Kamieńskiego, które przedstawiają świat rządzony kolejnymi porami roku. Wszystkie są dość nostalgiczne. Na pierwszy plan przebija się w nich przemijalność. Pozycja dobra dla osób, które chcą zwolnić tempo życia, które zwracają na szczegóły i drobiazgi istniejące w otaczającej nas rzeczywistości, które cenią piękno przyrody, dla których świat składa się z tysięcy małych rzeczy, niezauważalnych przez większość homo sapiens. 

Za egzemplarz "Małej ciszy" dziękuję wydawnictwu:

piątek, 9 maja 2014

"Nowy leksykon sztuki chrześcijańskiej"

Zdążyłem się już przyzwyczaić, że dość często reaguję nietypowo na różne książki. Wydaje się, że "Nowy leksykon sztuki chrześcijańskiej" nie powinien wzbudzić większych emocji. Ktoś powie, że to zwykła encyklopedia. We mnie wywołała jednak nostalgię, a nawet melancholię. Sobór watykański to, moim zdaniem, requiem dla sztuki sakralnej. Przejrzenie reprodukcji zamieszczonych w książce utwierdziło mnie w tym przekonaniu.Wątpię, że jakakolwiek ze współczesnych świątyń przejdzie to zbioru wybitnych dzieł sztuki kościelnej. Nowoczesne kościoły częściej straszą niż zachęcają do rozmodlenia. Cóż, nie pozostaje nic innego niż wędrówki po szlakach barokowych czy renesansowych miejsc kultu. Nie mam już nadziei, że architektura sakralna powróci do dawnych wzorców czy wykształci nowe nieustępujące tamtym.

Leksykon polecam nie tylko osobom poszukującym fachowej wiedzy z rzetelnego źródła, ale także miłośnikom historii, pasjonatom historii sztuki, osobom zainteresowanych sztuką sakralną, podróżnikom, który w bardziej świadomy sposób pragną zwiedzać napotkane na ich drogach świątynie oraz wszystkim wrażliwym na piękno, które niekonieczne ma swoje źródła w ziemskim świecie. Szczególną uwagę na tę publikację powinni zwrócić wierni czytelnicy książek historycznych. Myślę, że nie tylko ja napotykam co jakiś czas pojęcia, których nie rozumiem. Można wtedy oczywiście sięgnąć do internetu (w tym nieśmiertelnej Wikipedii). Zaręczam jednak, że to nie to samo. Porównałem z ciekawości kilka haseł. Przykładowo retabulum w najpopularniejszej encyklopedii internetowej objaśniono aż w trzech (!) linijkach. W "Nowym leksykonie..." pojęciu poświęcono prawie całą stronę. Zresztą wyższość wiedzy książkowej nad "wiedzą internetową" jest tak oczywista, że nie ma sensu drążyć dalej tematu.

Pół tysiąca haseł, 150 barwnych ilustracji umieszczonych na papierze kredowym, ponad 600 rycin, szkiców i planów, twarda oprawa i szyty grzbiet robią wrażenie. "Nowy leksykon sztuki chrześcijańskiej" to potężna publikacja nie tylko pod względem intelektualnym, ale i estetycznym. Nie lubię zwrotu "ozdoba biblioteczki" (traktowanie książek jako dekoracji to grzech nie do wybaczenia dla każdego mola książkowego), ale w tym przypadku trudno odstąpić o użycia go.

Hasła obejmują ikonografię Starego i Nowego Testamentu, wspólnoty zakonne, miejsca, budowle, sprzęty liturgiczne, wizerunki Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i świętych, style i główne kierunki w malarstwie, rzeźbie i architekturze itd. Myślę, że publikacja powinna zaspokoić żądzę wiedzy najbardziej dociekliwych i wymagających czytelników. Warto poszerzyć swoją wiedzę na temat sztuki sakralnej. Tam gdzie korzenie Kościoła, tam też fundamenty naszej kultury. Ars sacra przez wieki nie tylko kształtowała duchowość kolejnych pokoleń wiernych, ale była także istotnym fundamentem cywilizacji europejskiej.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 4 maja 2014

Gender srender

Jako że to moja pierwsza recenzja "Frondy" (i w ogóle pierwsza przygoda z tym kwartalnikiem) pozwolę sobie na kilka ogólnych uwag, po czym dopiero później przejdę do opinii na temat najnowszego numeru, w którym temat wiodący brzmi "Gender sredner". 

Czego od Was chcemy? Żebyście chodzili do kościoła, płodzili dzieci, ginęli w powstaniach i czytali dobrą literaturę! - takim apelem swoją działalność rozpoczął nowy redaktor naczelny Mateusz Matyszkiewicz. Może i prowokacyjne, ale taka miała być przecież od początku "Fronda". W okresie, gdy głównodowodzącym na pokładzie kwartalnika został Tomasz Terlikowski trochę osłabło postrzeganie czasopisma w kategoriach kontrrewolucji (naprawdę lubię Tomasza Terlikowskiego, ale w porównaniu z nową ekipą jest on dość przewidywalny).

Nie czytałem wcześniej "Frondy" głównie ze względu na cenę magazynu. Uznałem, że 29 zł za jeden numer to astronomiczna kwota. Nie wziąłem wtedy po uwagę, że kwartalnik to nie kilkudziesięciostronicowa gazetka, ale poważne przedsięwzięcie przypominające raczej książkę. Na ponad trzystu stronach nie znajdziemy ani jednej reklamy (co zasługuje na uwagę zwłaszcza w porównaniu z np. "National Geographic", w którym 40-50% objętości to artykuły sponsorowane i materiały reklamowe). 

Wydaje się, że kwartalnik z dumnie widniejącą deklaracją "Pismo poświęcone" na okładce podejmuje jedynie tematykę teologiczną. Tymczasem artykuły dotyczące problemów z tej dziedziny są w mniejszości (o ile w ogóle pojawiają się). Autorzy dużo większą uwagę przykładają do zmian społeczno - politycznych, kultury i postępów cywilizacji śmierci. W dobie macdonaldyzacji kolejnych sfer życia niejednego czytelnika mogą zaskoczyć kilkunastostronicowe wywiady. W epoce, w której liczą się zwięzłe, możliwie najbardziej skondensowane informacje i bon moty autorzy proponują zatrzymanie się nad artykułem składającym się z kilkunastu tysięcy znaków. 

"Fronda" stanowi przykład, że nie liczy się jedynie liczba sprzedanych egzemplarzy. Pismo poświęcone jest wydawane tylko w 4000 sztuk (niestety nakład zmniejszył się ostatnio o 700 egzemplarzy). Nie zmienia to faktu, że może ono kształtować nową inteligencję katolicką. "Fronda" to szlifiernia dla konserwatywnego narybku. Niewątpliwie różni się ona od klasycznie przedstawianego konserwatyzmu. "Fronda" reprezentuje raczej "hipsterską" wersję tej ideologii.

Zachęcam do prenumeraty magazynu. Bez grona stałych czytelników pismo w naturalny sposób zginie z rynku. Stracony byłby kolejny bastion konserwatyzmu w mediach. Kto więc może - do prenumeraty przystąp! 


Wbrew wiodącemu tematowi artykułów o ideologii gender jest jak na lekarstwo. Redakcja skupiła się bardziej na relacjach damsko-męskich oraz wizerunku i roli współczesnego mężczyzny. Kilkadziesiąt stron zajmują opracowania dotyczące mody. Kilka z nich (choćby "Ciuchy lewicy" czy "Moda turecka") przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Mieszane uczucia wzbudził we mnie natomiast "Katofaszyn", który jest lekki, łatwy i przyjemny, ale przy tym nie przekazuje czytelnikowi praktycznie nic. Choć może moment oderwania się od spraw cięższego kalibru jest potrzebny... 

Uwaga, uwaga - idzie gender! - to nie fragment kazania jakiegoś biskupa, nie są to także słowa Tomasza Terlikowskiego (przy okazji przypominam, że katotalib zdecydował się na założenie własnego bloga). To deklaracja ze spotu wyborczego kandydatki do europarlamentu z ugrupowania biłgorajskiego. Niektórym jak widać znudziła się już ta cała otoczka polegająca na rzekomej realizacji programów równościowych i wprost wystawiają działa, nie kryjąc swoich prawdziwych celów. Źle się dzieje w państwie duńskim... 

Raziły mnie wulgaryzmy w, skądinąd świetnym, artykule Dawida Wildsteina. Rozumiem, że ekspresja dziennikarska rządzi się swoimi prawami, ale pewne standardy muszą obowiązywać. Przypominam, że "modę" na używanie przekleństw w prasie rozpoczął Jerzy U. i tygodnik "Nie". Głowę daję, że żaden autor Frondy nie chciałby być kojarzony z tym czerwonym pisemkiem. Nie czas jednak na lamenty, gdy wróg przedarł się już przez mury...

Nawet nie próbuję wybrać artykułu, który najbardziej mi się podobał. Zadanie przerasta moje możliwości. W numerze 70 naprawdę jest mnóstwo ciekawych rzeczy do przeczytania. Wymienię tylko "Notatnik smoleński" (znajdziecie w nim informacje, które dziennikarzom TVN - Tusk Vision Network - nie przechodzą przez gardło: W kwietniu 2010 roku władze Rosji postąpiły podobnie. Zabłocone ciała, ludzkie szczątki wrzucone do foliowych worków, gumowe rękawiczki i odpadki zaszyte w ciałach. Gumowa rękawica albo fragment materiały tkwiący w głowie Anny Walentynowicz. Fotografie ciał, zmasakrowanych, zniekształconych, zalanych krwią. Krzyczą. Słyszycie? Krzyczą krwawe koszule), "Samiec alfa Romeo" i "Beati pauperes" (nieco przewrotny artykuł dotyczący Romów i ich szans na zbawienie). 

Nie mam wątpliwości, ze "Fronda" była pismem niszowym i takim pozostanie. Lwia część artykułów wymaga ogromnej uwagi, pewnego dystansu do swoich poglądów oraz dużej dozy otwartości na dość prowokacyjny i eksperymentalny warsztat autorów. Nie bez znaczenia jest także to, że "Fronda" skłania do wysiłku intelektualnego oraz przedstawia punkt widzenia, który już dawno stał się przedmiotem wykpiwania liberalno-lewicowych (czy nawet lewackich) mediów. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...