czwartek, 24 kwietnia 2014

"Lawendowe pole. Czyli jak opuścić miasto na dobre" Joanna Posoch

Lawenda to jedna z moich ulubionych roślin. W ogródku mam niestety tylko jeden krzaczek (reszta sadzonek nie przetrwała konfrontacji z kosiarką i samochodem sąsiada). W tym roku zamierzam wysiać nasionka do doniczek. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mógł się pochwalić solidnym zagonem. Cały czas marzy mi się poletko (a najlepiej pole!) złożone tylko z tej rośliny.

Po tym wstępie nikt już nie powinien mieć wątpliwości, dlaczego sięgnąłem po tę książkę. Trudno było mi przejść obojętnie obok okładki z urokliwie położoną plantacją, którą można pomylić z daleką Prowansją. Poza tym o "Lawendowym Polu" czytałem w jednym z przewodników (tutaj o nim pisałem), a także kiedyś trafiłem przypadkowo na stronę właścicielki. Nie miałem jednak pojęcia, że jest ona także autorką takiej pozycji. Dopiero kilka miesięcy po zafascynowaniu się uprawą tej niezwykłej rośliny przeczytałem informację na jednym z blogów.

Mimo że nie czytam portalu natemat.pl to tym razem dałem się przełamać i przeczytałem wywiad z autorką. Ku mojemu zdziwieniu okazał się naprawdę rzetelny i ciekawy (najwyraźniej autorzy tego portalu powinny zajmować się ogrodnictwem, a nie bieżącą publicystyką). Na pytanie, jak wygląda praca na "Lawendowym Polu" autorka odpowiada tak: Jest bezpośrednio związana z porami roku. Zimą nie zajmujemy się polem, to czas twórczy, rodzinny, kiedy hula wiatr za oknem a my siedzimy przy kominku. Zajmuję się czymś zupełnie innym: długo śpię, długo odpalam samochód, noszę drewno – te wszystkie czynności zabierają mi dużo czasu. Czy tylko mi marzy się takie życie? Dla mnie bajka. A ten fragment do reszty zaciekawił mnie książką: Zapach, który się unosi znad pola jest magiczny, a sam proces zbierania kwiatów ma właściwie metafizyczny charakter. Joanna Posoch prowadzi także gospodarstwo agroturystyczne i organizuje warsztaty (nie tylko związane z lawendą). Szkoda tylko, że i tam musiała wkraść się joga. Czy zdrowy styl życia musi łączyć się ze wschodnią filozofią...?

Joanna Posoch pracowała w firmie brokerskiej. Zarabiała oczywiście nieźle. Nie miała jednak czasu, jak sama przyznaje, nie tylko na czytanie książek (pochłaniała je namiętnie od czwartego roku życia), ale nawet na wydawanie zarobionych pieniędzy. Jej życie pełne było stresu, ciągle musiała o czymś pamiętać, a każdy kolejny dzień wypełniała niezliczona liczba obowiązków. W pewnym momencie powiedziała dość. Postanowiła kupić osobno ziemię oraz dom, który ostatecznie znalazła na Łemkowszczyźnie. Powoli zaczęła się uczyć życia wiejskiego oraz próbować kolejnych rzeczy związanych z funkcjonowaniem gospodarstwa agroturystycznego, uprawą roślin oraz kuchnią. Tak właśnie powstało "Lawendowe Pole" znajdujące się w warmińskim Nowym Kawkowie.

Trochę jestem zawiedziony przedstawieniem motywacji autorki w podjęciu radykalnej decyzji o zmianie nie tylko miejsca zamieszkania, ale i dotychczasowego życia. Liczyłem na bardziej złożony opis. Tymczasem Joanna Posoch ograniczyła się do dwudziestu pięciu stron. Za bardzo, według mnie, rozbudowała część praktyczną złożoną m.in. z zielnika, szczegółowych wskazów dotyczących wyboru miejsca zamieszkania oraz zakupu domu. Motto książki jest za to znakomite:
Kto jednak pragnie życie w prawej mądrości pędzić,
Temu i bez majątku pogodne ono będzie:
Małych rzeczy na świecie nie braknie...
Lukrecjusz, O naturze wszechrzeczy, Księga V
Jeśli drogi Czytelniku nie jesteś miłośnikiem ruchu ekologicznego to mogą irytować Cię nieustanne wstawki dotyczące tej ideologii. Nie mam nic przeciwko ochronie środowiska i naturalnych siedlisk zagrożonych gatunków, wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii czy propagowaniu postaw sprzyjających naturze. Nie znoszę natomiast organizacji ekologicznych, które w znakomitej większości albo realizują prywatne interesy wąskiej grupy, albo angażują się politycznie, albo są zwyczajnie przepełnione hipokryzją (żaby rozjechane przez samochody - płacz i lament, ludzie mordowani w łonach matek - wszystko w porządku). Zazwyczaj przeglądam bibliografię czytanych książek oraz spis literatury, którą poleca autor. Ciśnienie mi podskoczyło, gdy zobaczyłem stronę www.greenpeace.pl w rubryce "Polecane strony internetowe".

Przez całą książkę przebija się zainteresowanie autorki Wschodem, jego kulturą, technikami medytacyjnymi i wszelkimi innymi nowościami pochodzącymi z kultur azjatyckich. Joanna Posoch poleca np. korzystanie z usług radiestetów przed wybraniem miejsca, w którym ma zostać wybudowany dom. Radiestezja, poza tym że jest nieakceptowana przez Kościół katolicki, zwyczajnie zalicza się do pseudonauki. Propagowanie jej w książce nie wydaje się zbyt rozsądne. Zupełnie nie rozumiem także tej wskazówki: Droga nie powinna prowadzić wprost do domu, ale jeśli tak wyszło - zbudujmy podjazd po łuku i po okręgu. Niestety autorka nie poparła swojej rady żadnymi logicznymi argumentami. Domyślam się, że może to mieć związek z feng shui. Joanna Posoch najwyraźniej fascynuje się w pewnym stopniu ezoteryką: Data 26 września, święto Michała Archanioła, to ważny dzień w kalendarzu ezoterycznym, w którym współistnieją dwie istotne siły: przyroda przygotowuje się do zimowego snu, zaś człowiek skupia się na wewnętrznym świetle, dzięki któremu zimowe dni może przeznaczyć na refleksję. Ta koncepcja jest bliska ideom życia zgodnego z rytmem przyrody. Cóż, koncepcja może i bliska filozofii życiowej prezentowanej przez autorkę, zdecydowanie jest mi daleka.

Przyznaję szczerze, że pominąłem kilka rozdziałów. Nie miałem ochoty zagłębiam się w technikę rąbania drewna, wskazówki dotyczące budowania drewnianych budynków gospodarczych (choć doceniam precyzję autorki - porady są rzeczywiście konkretne i bardzo dobrze opracowane), wykorzystanie gliny w gospodarstwie domowym i czytać całego zielnika (w przypadku tego ostatniego warto zwrócić uwagę na oryginalne przepisy z nietypowymi składnikami).

Część porad uznaję zaś za bardzo przydatne czy nawet genialne. Spodobał mi się pomysł na wytwarzanie leczniczego miodu z kwiatami oraz kilka przepisów (stanowią one bardzo ważną część książki, nie mam bynajmniej na myśli tylko przepisów stricte kulinarnych). Joanna Posoch promuje wegetariańską kuchnię opartą na produktach wytwarzanych w sposób ekologiczny. Sama przyznaje, że: Dopiero na wsi odkryłam smak posiłków gotowanych na prawdziwym ogniu. Wydaje mi się on nieosiągalny z użyciem kuchenki elektrycznej albo mikrofalowej (ta ostatnia wydaje mi się teraz wręcz nieludzka).

"Lawendowe pole" nie jest pozbawione akcentów humorystycznych. Poniżej przytaczam jedną z zabawniejszych historii opisanych na kartach książki:
No i te wspaniałe dialogi!
Wracam pewnego dnia ze spaceru i oświadczam sąsiadowi:
- Znalazłam w lesie olbrzymie kości! Cóż to mogło być za zwierzę?
- O, to na pewno od krowy - mówi mój miejscowy przyjaciel.
- Nie, nie, te kości były ogromne! - Rozkładam ramiona na metr. -  Taaakie wielkie kości! Jak od słonia!
Sąsiad na to ze spokojem i pełną powagą odpowiada na to:
- W tych lasach z całą pewnością nie ma żadnych słoni.
Książkę odebrałem jak najbardziej pozytywnie. Nie mogłem nie wspomnieć o rzeczach, które mnie irytują, z którymi nie zgadzam się i które uważam za zbędne. Nie zmieniają one jednak mojej oceny. Warto zwrócić uwagę na żywy styl, którym posługuje się autorka, trzy wkładki z reprodukcjami urokliwych zdjęć oraz bardzo estetyczną oprawę graficzną i oczywiście cudowną okładkę. Cenię "Lawendowe pole" także z innego względu. Książka ta pokazuje, że warto podążać za marzeniami, warto czasami postawić wszystko na jedną kartę, warto nie zgadzać się na dotychczasowy stan rzeczy oraz warto po prostu marzyć. Jeśli dołączymy do tego zdeterminowanie oraz ciężką pracę to pewnego dnia również możemy zamieszkać w swoim "lawendowym domku" (niezależnie od tego, czym on dla nas jest).

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym wpisie pochodzą ze strony lawendowepole.pl Właścicielką zdjęć jest pani Joanna Posoch, od której otrzymałem zgodę na opublikowanie ich tutaj. Bardzo dziękuję za to!

6 komentarzy:

  1. To na pewno bardzo przydatna książka dla wielbicieli lawendy. Ja lubię jej zapach, ale nie w nadmiarze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie nie istnieje coś takiego jak nadmiar lawendy :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasugeruj zakup swojej bibliotekarce :) W mojej bibliotece zmieniła się dyrektorka i są nowe zasady - kupują tylko te książki, o które ktoś pytał.

      Usuń
  3. No to mamy wiele wspólnego! Przepadam za lawendą, marzę o Prowansji, a moje lawendowe krzaczki wyglądają jak karzełki:-))))) mimo, że tyle serca im daję!!!!!
    Pod wieloma Twoimi poglądami się podpisuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja może w przyszłym roku będę mógł się pochwalić rabatką lawendową :) Dostałem od znajomej sadzonki. Na razie trzymam je w doniczkach na parapecie, ale za kilka tygodni (jak wszystko dobrze pójdzie ) wysadzę je do gruntu.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...