środa, 30 kwietnia 2014

Manifest pederastyczny...

Dzisiaj rano przejrzałem genialną książkę Wojciecha Cejrowskiego pt. "Kołtun się jeży". Tytuł jak najbardziej adekwatny do emocji, które towarzyszą lekturze. Włos mi się zjeżył na głowie, gdy zacząłem czytać "Manifest pederastyczny" autorstwa Michaela Swifta. Zaznaczam, że nie jest to żaden falsyfikat.
Waszych synów, symbol waszej lichej męskości, waszych marzeń i głęboko zakorzenionych kłamstw, uczynimy sodomitami. Będziemy ich uwodzić w waszych szkołach, w waszych internatach i domach studenckich, salach gimnastycznych, w szatniach, w waszych ośrodkach sportowych, w waszych seminariach, w waszych grupach młodzieżowych, w ubikacjach publicznych, w koszarach, na przystankach, w waszych męskich klubach, na waszych kongresach i gdziekolwiek tylko mężczyźni przebywają wśród mężczyzn. Przerobimy ich na nasz wzór, będą tęsknić za nami i nas uwielbiać (…)

Nasi pisarze i artyści uczynią modną miłość między mężczyznami, a nasze zamierzenie skończy się sukcesem, gdyż jesteśmy biegli w narzucaniu stylu życia. Stosunki heteroseksualne usuniemy za pomocą dowcipów i ośmieszania, czyli za pomocą środków, które potrafimy wykorzystywać z dużą wprawą. 

Będziemy ujawniać wpływowych homoseksualistów. Będziecie zaszokowani i przerażeni, uświadomicie sobie, że wasi senatorzy, burmistrze, i generałowie, wasi atleci, gwiazdy filmowe i osobistości z telewizji, wasi przywódcy i wasi kapłani nie są figurami pewnymi, dobrze poznanymi burżujami, jak to o nich mniemaliście. Jesteśmy obecni wszędzie; zinfiltrowaliśmy wasze szeregi . Więc bądźcie ostrożni, gdy wypowiadacie się na temat homoseksualistów, ponieważ zawsze będziemy wśród was; nawet możemy spać z wami w jednym łóżku (…) 

Instytucja rodziny - tarlisko kłamstwa, zdrad, mierności, hipokryzji i przemocy - będzie zniesiona. Instytucja rodziny, która jedynie tłumi wyobraźnię i utrzymuje w karbach wolną wolę, będzie usunięta. Chłopcy doskonali będą poczęci i hodowani w laboratoriach genetycznych. Będą zgrupowani w ośrodkach społecznych pod kontrolą i opieką uczonych homoseksualistów. 

Wszystkie kościoły, które nas potępią, zostaną zamknięte. Naszymi bogami są wyłącznie młodzi i przystojni mężczyźni. Należymy do klubu piękności, uduchowienia i estetyki. Wszystko co jest w złym guście i banalne, będzie zniszczone. Skoro posiadamy uraz do konwenansów heteroseksualnych klasy średniej, jesteśmy wolni w prowadzeniu życia zgodnie z tym, co nam dyktuje nasza wyobraźnia. Dla nas, zbyt wiele to nie dosyć (…) 

Zwyciężymy, ponieważ jesteśmy przepojeni dziką goryczą uciśnionych, którzy na przestrzeni wieków zostali zmuszeni do pozornej gry w waszych głupich widowiskach heteroseksualnych. My również potrafimy strzelać z dział i stawiać barykady w ostatecznej rewolucji. 

Drżyjcie heteroświnie, kiedy pojawimy się przed wami bez naszych masek. 
[Przedruk ze "Stańczyka" 1 (24) 1995]
Powyższy tekst cytuję za: Cejrowski Wojciech, Kołtun się jeży, Warszawa 1996, s. 150-152
Waszych synów, symbol waszej lichej męskości, waszych płytkich marzeń i
głęboko zakorzenionych kłamstw, uczynimy sodomitami. Będziemy ich uwodzić w
waszych szkołach, w waszych internatach i domach studenckich, w salach
gimnastycznych, w szatniach, w waszych ośrodkach sportowych, w waszych
seminariach, w waszych grupach młodzieżowych, w ubikacjach publicznych, w
waszych koszarach, na przystankach, w waszych męskich klubach, na kongresach
i gdziekolwiek tylko mężczyźni przebywają wśród mężczyzn. Przerobimy ich na
nasz wzór. Będą tęsknić za nami i nas uwielbiać/.../
Nasi pisarze i artyści uczynią modną miłość pomiędzy mężczyznami, a nasze
zamierzenie zakończy się sukcesem, gdyż jesteśmy biegli w narzucaniu stylu
życia. Stosunki heteroseksualne usuniemy za pomocą dowcipów i ośmieszania,
czyli za pomocą środków, które potrafimy wykorzystać z dużą wprawą.
Będziemy ujawniać wpływowych homoseksualistów. Będziecie zaszokowani i
przerażeni, kiedy uświadomicie sobie, że wasi senatorowie, burmistrzowie i
generałowie, wasi atleci, gwiazdy filmowe i osobistości z telewizji, wasi
przywódcy i wasi kapłani nie są figurami pewnymi, dobrze poznanymi
burżujami, jak o nich mniemaliście. Jesteśmy obecni wszędzie;
zinfiltrowaliśmy wasze szeregi. Więc bądźcie ostrożni, gdy wypowiadacie się
na temat homoseksualistów, ponieważ zawsze będziemy wśród was; nawet możemy
spać z wami w jednym łóżku /.../
Instytucja rodziny - tarlisko kłamstwa, zdrad, mierności, hipokryzji i
przemocy - będzie zniesiona. Instytucja rodziny, która jedynie tłumi
wyobraźnię i utrzymuje w karbach wolną wolę, będzie usunięta. Chłopcy
doskonali będą poczęci i hodowani w laboratoriach genetycznych. Będą
zgrupowani w ośrodkach społecznych pod opieką i kontrolą uczonych
homoseksualistów.
Wszystkie kościoły, które nas potępią zostaną zamknięte. Naszymi bogami są
wyłącznie młodzi i przystojni mężczyźni. Należymy do kultu piękności,
uduchowienia i estetyki. Wszystko, co jest brzydkie, w złym guście i banalne
będzie zniszczone. Skoro posiadamy uraz do konwenansów heteroseksualnych
klasy średniej, jesteśmy wolni w prowadzeniu stylu życia zgodnie z tym, co
nam dyktuje nasza wyobraźnia. Dla nas zbyt wiele to nie dosyć.
Zwyciężymy, ponieważ jesteśmy przepojeni dziką goryczą uciśnionych, którzy
na przestrzeni wieków zostali zmuszeni do pozornej gry w waszych głupich
środowiskach heteroseksualnych. My również potrafimy strzelać z dział i
stawiać barykady w ostatecznej rewolucji.

Zobacz więcej na: http://www.wykop.pl/ramka/1911362/manifest-pederastow-czyli-jawne-wypowiedzenie-wojny/

wtorek, 29 kwietnia 2014

Po co nam historia?

Klio Pierre Mignard
Może liczba recenzji na to nie wskazuje, ale historia to najbliższa mi dziedzina. Uwielbiam życie codzienne w dawnych wiekach, minione tradycje i zwyczaje, przepadam za średniowieczem i wiekiem XVII. Lubię historię wojskowości i dwudziestolecie międzywojenne. Zaczytuję się we wspomnieniach i biografiach słynnych niegdyś osób.

Nie mam złudzeń, że sentencja Historia magistra vitae est sprawdza się w przypadku poszczególnych narodów, nie mówiąc już o całej ludzkości. Nie zmienia to faktu, że sami możemy wyciągać z niej wnioski. Nawet podstawowa znajomość historii pozwala zdystansować się od rzeczywistości i spojrzeć na to, co dzieje się obecnie przez pryzmat wydarzeń, które rozegrały się na przestrzeni wieków. Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy przyjrzeć się idei pacyfizmu. Wydaje się, że dwudziesty wiek całkowicie ją skompromitował. Jak jednak wytłumaczyć to, że ma ona nadal swoich licznych zwolenników? Wydaje mi się, że może to wynikać z nieznajomości podopiecznej Klio. Jedną z bardziej znanych polskich autorek opowiadających się na ideologią pacyfistyczną jest Beata Pawlikowska. W książce "Teoria bezwzględności" stwierdziła, że wierzy w pokój za wszelką cenę i dodała arbitralnie, że człowiek, który idzie walczyć w obronie granic ma problem z sobą. Takie myślenie doprowadziło do hekatomby podczas II wojny światowej. Marszałek Piłsudski zakładał możliwość wojny z Niemcami pod koniec lat dwudziestych lub na początku trzydziestych. Próbował przekonać do swojego pomysłu państwa Europy Zachodniej. Te jednak pozostały bierne. Przymykały oczy na łamanie kolejnych postanowień traktatu wersalskiego, byleby tylko nie dopuścić do jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego. Nie przeczę, że wtedy nie byłoby ofiar, ale na pewno nie takie jak w latach 1939-45. Niemcy w latach dwudziestych przędły dość nędznie. Atak z dwóch stron lub nawet tylko od zachodniej granicy zgniótłby rodzący się nazizm. Pacyfizm wygrał jednak na zachodzie. Wiemy jak się to skończyło...

Stańczyk, czyli uosobienie zatroskania nad Rzeczpospolitą
Historia pozwala także uzmysłowić sobie, jak wiele zależy od każdego człowieka. Historią rządzą przecież jednostki. I niekoniecznie musi płynąć w nas błękitna krew, żeby zmienić losy regionu, państwa czy świata. Luter był prostym księdzem, a jego jedno wystąpienie wstrząsnęło Kościołem powszechnym. Historia uczy szacunku do każdego człowieka i jego dokonań.

Nigdy nie rozumiałem, dlaczego akurat matematyka jest uznawana za królową nauk. Nie żebym od razu przyznawał ten tytuł historii. Wiem, że bez tych wszystkich słupków i wykresów nie mógłbym pisać teraz tych słów. Można jednak żyć z bardzo podstawową znajomością tej dziedziny i nic nie tracić. Historia tymczasem łączy się z ogromną liczbą dyscyplin. Zagłębiając się w historię Kościoła, volens nolens, poznajemy elementy teologii. Czytając biografie zagłębiamy się w historię kultury materialnej i życie codzienne w dawnych wiekach. Zajmując się barokiem czy renesansem nie możemy nie zahaczyć o historię sztuki. Przykłady można by mnożyć bez końca. Historia pozwala poszerzyć wiedzę o świecie. Prawdą ogólną jest, że nie ma ludzi bez historii, nie ma przedmiotów bez historii i nie ma miejsc bez historii. Od historii uciec się nie da.

Historia pozwala także kształtować swoje poglądy oraz ustosunkowywać się do tego, co dzieje się obecnie. Historia to nie zamknięty etap. Na jej podstawie można wyciągać wnioski (stwierdzenie, że historia uczy myślenia wcale nie jest banałem). Pierwsze, co się nasuwa to polityka i ugrupowania polityczne. Można być zupełnie oderwanym od rzeczywistości i nie interesować się polską sceną polityczną, ale mieć świadomość, do czego odwołują się poszczególne partie, żeby wiedzieć, z której mąki chleba nie będzie. Historia uczy samodzielnego i krytycznego (ale nie krytykanckiego) spojrzenia na rzeczywistość.

Wreszcie historia to wspaniała podróż w przeszłość. Nie każda książka historyczna oczywiście może być teleportem do innych czasów (duża część publikacji stricte naukowych niestety nie nadaje się do tego), ale jeśli na taką trafimy to fantastykę możemy wyrzucić do kąta. Na jawie działy się takie rzeczy, które żadnemu Sapkowskiemu nawet się nie śniły.

Znajomość historii pozwala także oprzeć się manipulacjom, które na co dzień serwują nam media. Sztandarowym przykładem jest zaliczanie nazizmu do skrajnej prawicy. Widocznie niektórzy uznali, że nie może tak być, że tylko lewica miała swoje wynaturzenia. Stalinowi i podobnym mu trudno było przypiąć nacjonalistyczną łatkę. Zabrano się więc za Hitlera. Tymczasem faszyzm i nazizm to ideologie mające swoje korzenie w skrajnej lewicy. Mussolini w młodości należał do lewicowej bojówki, a nawet bardzo pobieżne przejrzenie programu wyborczego Hitlera pozwoli uzmysłowić sobie, że był to człowiek lewej strony politycznej. Podstawową różnicą dzielącą go z komunizmem stanowi odrzucenie hasła proletariusze wszystkich krajów łączcie się. Hitler w przeciwieństwie do komunistów uważał, że pochodzenie narodowe ma znaczenie. Ograniczył się więc do realizowania skrajnie lewicowych haseł tylko w obrębie narodu niemieckiego. Świetnie wyjaśnia to książka "Lewicowy faszyzm", o której pisałem kilka miesięcy temu.

Rzadko też mówi się, gdzie są korzenie inżynierii społecznej. Pierwszym państwem, które zalegalizowało aborcję był ZSRR i to komuniści jako pierwsi rozpoczęli walkę z rodziną. Po kilku latach osłabiania naturalnych więzi i represji wymierzonych w podstawową komórkę społeczną poddali się. Okazało się, że nagle w Związku Radzieckim znajduje się bez opieki kilka milionów sierot. Przerosło to możliwości komunistycznego aparatu władzy. Zarzucono więc ten pomysł. Pomysłodawcy odwołujący się do Marksa i Lenina zaznaczyli jednak, że w czasach ich wnuków poszczególne narody na pewno powrócą do realizacji tych założeń. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się teraz na zachodzie Europy, żeby przyznać im rację. Niestety nie mylili się.

Alegoria historii na obrazie Nikolaosa Gyzisa
Znajomość historii pomaga także chociażby w podróżowaniu. Znajomość trendów w dawnej sztuce i realiów historycznych pozwala na zdecydowanie głębsze poznanie poszczególnych zabytków, miejsc, miast czy całych państw. Wracając jeszcze do współczesności warto przyjrzeć się mapie pokazującej poziom praktyk religijnych, wyniki ostatnich wyborów czy aktywność gospodarczą. Wszystkie podziały na tych mapach pokrywają się z granicą rozbiorów.

Można by jeszcze długo wymieniać powody, dla których warto znać historię. Pełne wyczerpanie tematu, o ile w ogóle jest możliwe, nie było moich celem. Chciałem tylko podać kilka przykładów, które pozwolą sobie uzmysłowić, jak ważna jest znajomość tej pięknej nauki. Władza (nie mam na myśli żadnego konkretnego rządu) generalnie boi się jej. Bo nie tylko uczy ona myśleć i patrzeć z boku na to, co dzieje się w teraźniejszości, ale i oprzeć się nachalnej propagandzie. Każdy system totalitarny zaczynał przecież od wykorzeniania tożsamości i tradycji (czyli pośrednio historii). W Polsce pod tym względem ostatnimi laty też nie jest kolorowo, co pokazuje radykalne ograniczenie lekcji historii w szkołach, zamykanie kolejnych konkursów i olimpiad historycznych, podcinanie ekonomiczne IPN i wyjątkowe udziwnienie programu nauczania. W zamian za to proponuje się programy typu równościowe przedszkole. Nie zważając na to sami powinniśmy pogłębiać swoją wiedzę historyczną. Cyceron mawiał, że historia jest światłem prawdy...

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"Piękno odnalezione" Barbara Wójcik

Dzisiejszy post będzie poświęcony jednej z moich niezwykłych czytelniczek. Malarka, poeta i nauczycielka (trzymam kciuki za wyniki egzaminu gimnazjalnego!). Prowadzi przepiękny blog Pięć pór roku. Zamieszcza na nim swoje wiersze oraz obrazy. Wystarczy przejrzeć kilka ostatnich wpisów, żeby przekonać się, że to osoba obdarzona niezwykłą wrażliwością. W jej wykonaniu nawet proza brzmi jak poezja. Barbara Wójcik już od ponad roku dzieli się swoimi pasjami w internecie. Jest mi bliska także dlatego, że nasze zainteresowania częściowo się pokrywają. Nie tylko ja uwielbiam książki i nie tylko autorka bloga Pięć pór roku zainteresowana jest uprawą kwiatów :)

Pozwolę sobie zacytować jeden z utworów:
Idziesz Panie
w rezurekcyjnej procesji
prowadzonej głosem dzwonów
z chorągiewką w przebitej dłoni
a my za Tobą radośni
że minęła noc i grób pusty
zapewnił nam wieczność.
Ile razy spotkamy Cię teraz
idącego do Emaus 
i czy uda nam się w porę rozpoznać
to co najważniejsze?
**************
przecież nasze drogi pokryte są kurzem...
Prawda, że piękne?


Basia Wójcik skrywa w sobie nie tylko ogromne pokłady wrażliwości, ale i dobre serce. Tak mi się spodobały jej wiersze, że postanowiłem zakupić jeden z jej tomików. Niestety tym razem internet mnie zawiódł. Napisałem więc do samej autorki. Ta zaś wysłała mi album "Piękno odnalezione" oraz "Wszystko co kocham" w zamian prosząc tylko o modlitwę. Lekturę pierwszego zbioru mam już za sobą.

"Piękno odnalezione" to dzieło dwóch osób. Wspaniałej poetki oraz jej syna, który uzupełnił wiersze mamy zdjęciami z okolic Olesna. Całość robi naprawdę dobre wrażenie. Dotychczas wydawało mi się, że lubię poezję na zasadzie wyjątku (czyli generalnie za nią nie przepadam, a jeśli któryś utwór podoba mi się to jest to odstępstwo od reguły). Widocznie nie znałem poetów, którzy reprezentują wrażliwość bliską mojej osobie... Nigdy nie zapomnę "zamęczania" mnie utworami modernistycznymi na lekcjach języka polskiego. Zawsze miałem wrażenie, że każdy poeta Młodej Polski w sumie pisze o tym samym, a można to podsumować jednym niemieckim słowem - Weltschmerz. Kompletnie nie rozumiem tej epoki i twórczości powstałej w niej. Zdecydowanie wolę bardziej optymistyczną poezję (na czele z Janem Kochanowskim). W ten nurt wpisuje się Barbara Wójcik. Jej wiersze są refleksyjne, skłaniają do podróży w przeszłość i zastanowienia, w jakim kierunku idzie współczesny świat. Żaden nie kończy się jednak lamentacją. Wszystkie utrzymane są w pozytywnej tonacji. Szczególnie cenię "Wiarę" (tekst powyżej) i "Zaczarowaną wieś".

Zachęcam do zaglądania na blog Pięć pór roku. Znajdziecie na nim nie tylko poezję i obrazy (nawet gdyby autorka na tym poprzestała to już byłaby to niezwykle wartościowa cząstka polskiej blogosfery), ale także mnóstwo cudownych zdjęć, a nawet od czasu do czasu przepisy kulinarne.


Bardzo dziękuję za książeczki, piękną dedykację i za prowadzony blog. Odwiedzam go regularnie!

niedziela, 27 kwietnia 2014

"Człowiek Krzyża. Historia w obrazach" Alfredo Tradigo

Okres Wielkiego Postu i Triduum Paschalnego mamy już co prawda za sobą, ale w żaden sposób fakt ten nie przeszkadza w odbiorze "Człowieka Krzyża...". W końcu w czasie każdej Mszy Świętej wspominamy to, co działo się w Jerozolimie między 30 a 33 rokiem naszej ery. Publikacja nie jest skierowana, rzecz jasna, jedynie do osób wierzących (choć oni w albumie zobaczą na pewno także drugie dno, trzecie i kolejne). "Człowiek Krzyża. Historia w obrazach" można uznać za pozycję z historii sztuki (choć zahacza i o teologię).

"Człowiek Krzyża..." to spacer przez kolejne epoki wraz z ukrzyżowanym Panem. Dominuje malarstwo renesansowe i barokowe, które jest balsamem dla mojej duszy po obejrzeniu nowoczesnych przedstawień tego, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu na Golgocie. Kompletnie nie rozumiem nowoczesnej sztuki. Nie twierdzę jednak, że zamieszczenie reprodukcji współczesnych malowideł jest błędem. Przynajmniej czarno na białym widać upadek tej dziedziny, która miała budzić w człowieku wrażliwość. We mnie wzbudza raczej zniesmaczenie. Ale... de gustibus non est disputandum.


Każdą reprodukcję poprzedza analiza autorstwa Alferdo Tradigo, którą kończą cytaty powiązane tematycznie z omawianym dziełem (fragmenty Ewangelii, Listów św. Pawła, pism ojców Kościoła, Bernarda z Clairvaux, Katarzyny ze Sieny, Jacopone da Todi, Ignacego Loyoli,  Benedykty od Krzyża, Eliota, Ungarettiego, Claudela, Borgesa, Giussaniego, papieży Wojtyły i Ratzingera i wielu innych). Badacz w fachowy sposób wyjaśnia kontekst powstania danego dzieła, tło historyczne i szczegółowo interpretuje kolejne elementy obrazu. Bez uwag autora odebranie większości reprodukcji byłoby praktycznie niemożliwie, a na pewno stracilibyśmy wiele. Przeciętny czytelnik nie zna się bowiem zazwyczaj na bardzo bogatej symbolice malarstwa sakralnego. Często jeden najmniejszy szczegół jest kluczem do zrozumienia dzieła. Dodatkowo Alfredo Tradigo pokusił się o stworzenie podręcznego słowniczka terminów związanych z ikonografią krzyża, co uważam za pomysł genialny. Niejednokrotnie czytając analizę danego obrazu zastanawiałem się, jak rozumieć jakiejś pojęcie użyte przez autora. Na szczęście ani razu nie zdarzyło się tak, że nie znalazłem odpowiedzi w dodatku zamieszczonym na końcu albumu.

Autor pogrupował dzieła wraz z rozważaniami w cztery części: Historia Ukrzyżowanego, Ludzkość u stóp Golgoty, W uścisku z Krzyżem, Symbol Krzyża. Wraz z wybitnym włoskim dziennikarzem i pisarzem przebyłem drogę przez kilkanaście wieków sztuki chrześcijańskiej. Poznałem wczesnośredniowieczne freski i gotyckie wzorce, renesansową statykę i barokową ekspresję, klasycystyczne kanony i współczesne próby łamania ich.


Nie sposób pominąć starannego wydania "Człowieka Krzyża". Twarda oprawa, szyty grzbiet, papier kredowy, doskonałej jakości ilustracje oraz kartonowe etui czynią z książki prawdziwą ozdobę biblioteczki. Szkoda tylko, że okładka nie jest identyczna z obwolutą. Nie oszukujmy się - obwolutę wcześniej czy później wyrzucimy (zresztą w założeniu ma ona pełnić funkcję ochronną). Wtedy pozostaje nam jedynie pusta czerń. Choć to akurat do tej publikacji pasuje...


Wbrew temu, co niektóre środowiska próbują wtłoczyć nam do głów, cała kultura europejska oparta jest na Krzyżu Chrystusowym. Cywilizacja zachodnioeuropejska zapuszcza swoje korzenie w cywilizacji judeo-chrześcijańskiej. Jeśli Europa odetnie się od swojego dziedzictwa to pozostanie ciemna pustka. Bo jakie inne dziedzictwo ma Europa? Choćby z tego powodu warto sięgnąć po "Człowieka Krzyża...". Praca Alfredo Tradigo w przystępny sposób prowadzi nas poprzez kolejne epoki kulturowe stawiając na pierwszym miejscu znak, który nie jest jedynie symbolem religijnym, ale buduje także całą naszą kulturę. Być może moje zafascynowanie książką płynie z ogromnej sympatii do historii i dawnej sztuki. Jakby nie patrzeć publikację "Człowiek Krzyża. Historia w obrazach" uznaję za niezwykłą. W założeniach miała zaprezentować najwybitniejsze dzieła związane z ikonografią krzyża, a sama okazała się dziełem.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 25 kwietnia 2014

"Pod skrzydłami aniołów przez cały rok" Alberto Vela

Tradycyjna pobożność anielska niestety powoli zanika. Autor zbioru "Pod skrzydłami aniołów przez cały rok" przejawia chyba nadmierny optymizm twierdząc, że trend stopniowo odwraca się. Nie bez znaczenia są zmiany, które zaszły w Kościele po Soborze Watykańskim II. Niegdyś po każdej Mszy Świętej odmawiano modlitwę papieża Leona XIII do św. Michała Archanioła (Święty Michale Archaniele , broń nas w walce...). Dziś ten piękny zwyczaj kultywuje niewielka część parafii. Z radością i zaciekawieniem przyjąłem więc pracę Alberto Vela. "Pod skrzydłami aniołów przez cały rok" to nie tylko przepiękny album, ale i zbiór rozważań na każdy dzień roku.

Autorami medytacji są wybitni papieże (Jan Paweł II, Benedykt XVI i inni), znani i nieznani mędrcy, doktorzy i ojcowie Kościoła (warto wśród nich wyróżnić św. Tomasza z Akwinu, który żywił takie nabożeństwo do aniołów, że nazywano go doctor Angelicus) oraz szereg innych świętych. Wyjaśniają oni naturę aniołów, ich powołanie i zadania, relacje z człowiekiem i Bogiem oraz obecność zastępów niebieskich na tym świecie, a także egzystencję chórów anielskich za bramami niebios. Papież Polak w najbardziej trafny sposób ujął ich znaczenie: Aby pozbyć się aniołów, trzeba poświęcić całe Pismo Święte, a z nim całe dzieje zbawienia. Na drodze "zwyczajnej" możemy spotkać się z nimi w czasie uczestnictwa w świętej liturgii. W każdej Mszy Świętej włączamy się przecież w pieśń aniołów - Santus. Św. ojciec Pio zganił kiedyś człowieka, który powiedział mu, że nie ma z kim odmawiać różańca. Zapytał go, dlaczego nie zaprosi do modlitwy swojego Anioła Stróża. Nie zawsze ten, kogo oświeca jego anioł, uznaje, że został oświecony przez anioła. - niestety, ale ta historia powtarza się w naszych losach.

Wbrew pozorom istota ludzka ma wiele wspólnego z aniołami. W jednej z części Godzinek o Niepokalanym Poczęciu NMP pojawia się taki fragment odnoszący się do człowieka: niewiele od aniołów jest on umniejszony. Tak też stwierdza Sobór Laterański IV: Na samym początku czasów Bóg stworzył z nicości oba porządki stworzeń, duchowy i materialny, czyli aniołów i świat ziemski; a następnie stworzył człowieka, niejako uczestnika jednego i drugiego, złożonego z duszy i ciała.

Co tydzień powtarzamy słowa modlitwy Wierzę (...) wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. Nie zawsze chyba mamy świadomość, czym są owe rzeczy niewidzialne. Wspomniany już św. Tomasz z Akwinu twierdził, że od momentu narodzenia człowiek korzysta z opieki anioła. Niestety czasami nasza "znajomość" z bytami niebieskimi ogranicza się do pacierza Aniele Boży, Stróżu mój... Książka "Pod skrzydłami aniołów przez cały rok" może być wyjściem na spotkanie chórom anielskim. Na każdy dzień przewidziano bardzo krótkie (zazwyczaj jednozdaniowe) rozważanie. Wystarczy więc poświęcić dziennie zaledwie kilka sekund. Mogą to być najlepiej wykorzystane chwile między wschodem i zachodem Słońca, które dane jest nam oglądać po raz kolejny.

Medytacje przeplatają obrazy wybitnych artystów, wśród których warto wyróżnić Altichiera z Zevio, Stefana z Ferrary, Donatella, Bartolomea Bellano, Pietra Liberiego, Pietra Roncaiolego, Filippo Parodiego i Achille Casanovy. Niestety w książce nie znajdziemy spisu z autorami poszczególnych dzieł. Mankament ten rekompensuje przepiękne wydanie. Twarda oprawa ze złoceniami, bardzo dobrej jakości papier i nieprzeciętnej jakości reprodukcje nie pozwalają przejść obojętnie obok publikacji.

"Pod skrzydłami aniołów przez cały rok" to pozycja niebanalna, skłaniająca do refleksji i budząca w człowieku ogromne pokłady wrażliwości na sztukę sakralną. Na kolejnych stronach odnajdziemy pocieszenie w chwilach smutku, kroplę nadziei w sytuacjach wydających się beznadziejnymi i iskrę, która rozpali na nowo tlący się w nas płomień wiary.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 24 kwietnia 2014

"Lawendowe pole. Czyli jak opuścić miasto na dobre" Joanna Posoch

Lawenda to jedna z moich ulubionych roślin. W ogródku mam niestety tylko jeden krzaczek (reszta sadzonek nie przetrwała konfrontacji z kosiarką i samochodem sąsiada). W tym roku zamierzam wysiać nasionka do doniczek. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mógł się pochwalić solidnym zagonem. Cały czas marzy mi się poletko (a najlepiej pole!) złożone tylko z tej rośliny.

Po tym wstępie nikt już nie powinien mieć wątpliwości, dlaczego sięgnąłem po tę książkę. Trudno było mi przejść obojętnie obok okładki z urokliwie położoną plantacją, którą można pomylić z daleką Prowansją. Poza tym o "Lawendowym Polu" czytałem w jednym z przewodników (tutaj o nim pisałem), a także kiedyś trafiłem przypadkowo na stronę właścicielki. Nie miałem jednak pojęcia, że jest ona także autorką takiej pozycji. Dopiero kilka miesięcy po zafascynowaniu się uprawą tej niezwykłej rośliny przeczytałem informację na jednym z blogów.

Mimo że nie czytam portalu natemat.pl to tym razem dałem się przełamać i przeczytałem wywiad z autorką. Ku mojemu zdziwieniu okazał się naprawdę rzetelny i ciekawy (najwyraźniej autorzy tego portalu powinny zajmować się ogrodnictwem, a nie bieżącą publicystyką). Na pytanie, jak wygląda praca na "Lawendowym Polu" autorka odpowiada tak: Jest bezpośrednio związana z porami roku. Zimą nie zajmujemy się polem, to czas twórczy, rodzinny, kiedy hula wiatr za oknem a my siedzimy przy kominku. Zajmuję się czymś zupełnie innym: długo śpię, długo odpalam samochód, noszę drewno – te wszystkie czynności zabierają mi dużo czasu. Czy tylko mi marzy się takie życie? Dla mnie bajka. A ten fragment do reszty zaciekawił mnie książką: Zapach, który się unosi znad pola jest magiczny, a sam proces zbierania kwiatów ma właściwie metafizyczny charakter. Joanna Posoch prowadzi także gospodarstwo agroturystyczne i organizuje warsztaty (nie tylko związane z lawendą). Szkoda tylko, że i tam musiała wkraść się joga. Czy zdrowy styl życia musi łączyć się ze wschodnią filozofią...?

Joanna Posoch pracowała w firmie brokerskiej. Zarabiała oczywiście nieźle. Nie miała jednak czasu, jak sama przyznaje, nie tylko na czytanie książek (pochłaniała je namiętnie od czwartego roku życia), ale nawet na wydawanie zarobionych pieniędzy. Jej życie pełne było stresu, ciągle musiała o czymś pamiętać, a każdy kolejny dzień wypełniała niezliczona liczba obowiązków. W pewnym momencie powiedziała dość. Postanowiła kupić osobno ziemię oraz dom, który ostatecznie znalazła na Łemkowszczyźnie. Powoli zaczęła się uczyć życia wiejskiego oraz próbować kolejnych rzeczy związanych z funkcjonowaniem gospodarstwa agroturystycznego, uprawą roślin oraz kuchnią. Tak właśnie powstało "Lawendowe Pole" znajdujące się w warmińskim Nowym Kawkowie.

Trochę jestem zawiedziony przedstawieniem motywacji autorki w podjęciu radykalnej decyzji o zmianie nie tylko miejsca zamieszkania, ale i dotychczasowego życia. Liczyłem na bardziej złożony opis. Tymczasem Joanna Posoch ograniczyła się do dwudziestu pięciu stron. Za bardzo, według mnie, rozbudowała część praktyczną złożoną m.in. z zielnika, szczegółowych wskazów dotyczących wyboru miejsca zamieszkania oraz zakupu domu. Motto książki jest za to znakomite:
Kto jednak pragnie życie w prawej mądrości pędzić,
Temu i bez majątku pogodne ono będzie:
Małych rzeczy na świecie nie braknie...
Lukrecjusz, O naturze wszechrzeczy, Księga V
Jeśli drogi Czytelniku nie jesteś miłośnikiem ruchu ekologicznego to mogą irytować Cię nieustanne wstawki dotyczące tej ideologii. Nie mam nic przeciwko ochronie środowiska i naturalnych siedlisk zagrożonych gatunków, wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii czy propagowaniu postaw sprzyjających naturze. Nie znoszę natomiast organizacji ekologicznych, które w znakomitej większości albo realizują prywatne interesy wąskiej grupy, albo angażują się politycznie, albo są zwyczajnie przepełnione hipokryzją (żaby rozjechane przez samochody - płacz i lament, ludzie mordowani w łonach matek - wszystko w porządku). Zazwyczaj przeglądam bibliografię czytanych książek oraz spis literatury, którą poleca autor. Ciśnienie mi podskoczyło, gdy zobaczyłem stronę www.greenpeace.pl w rubryce "Polecane strony internetowe".

Przez całą książkę przebija się zainteresowanie autorki Wschodem, jego kulturą, technikami medytacyjnymi i wszelkimi innymi nowościami pochodzącymi z kultur azjatyckich. Joanna Posoch poleca np. korzystanie z usług radiestetów przed wybraniem miejsca, w którym ma zostać wybudowany dom. Radiestezja, poza tym że jest nieakceptowana przez Kościół katolicki, zwyczajnie zalicza się do pseudonauki. Propagowanie jej w książce nie wydaje się zbyt rozsądne. Zupełnie nie rozumiem także tej wskazówki: Droga nie powinna prowadzić wprost do domu, ale jeśli tak wyszło - zbudujmy podjazd po łuku i po okręgu. Niestety autorka nie poparła swojej rady żadnymi logicznymi argumentami. Domyślam się, że może to mieć związek z feng shui. Joanna Posoch najwyraźniej fascynuje się w pewnym stopniu ezoteryką: Data 26 września, święto Michała Archanioła, to ważny dzień w kalendarzu ezoterycznym, w którym współistnieją dwie istotne siły: przyroda przygotowuje się do zimowego snu, zaś człowiek skupia się na wewnętrznym świetle, dzięki któremu zimowe dni może przeznaczyć na refleksję. Ta koncepcja jest bliska ideom życia zgodnego z rytmem przyrody. Cóż, koncepcja może i bliska filozofii życiowej prezentowanej przez autorkę, zdecydowanie jest mi daleka.

Przyznaję szczerze, że pominąłem kilka rozdziałów. Nie miałem ochoty zagłębiam się w technikę rąbania drewna, wskazówki dotyczące budowania drewnianych budynków gospodarczych (choć doceniam precyzję autorki - porady są rzeczywiście konkretne i bardzo dobrze opracowane), wykorzystanie gliny w gospodarstwie domowym i czytać całego zielnika (w przypadku tego ostatniego warto zwrócić uwagę na oryginalne przepisy z nietypowymi składnikami).

Część porad uznaję zaś za bardzo przydatne czy nawet genialne. Spodobał mi się pomysł na wytwarzanie leczniczego miodu z kwiatami oraz kilka przepisów (stanowią one bardzo ważną część książki, nie mam bynajmniej na myśli tylko przepisów stricte kulinarnych). Joanna Posoch promuje wegetariańską kuchnię opartą na produktach wytwarzanych w sposób ekologiczny. Sama przyznaje, że: Dopiero na wsi odkryłam smak posiłków gotowanych na prawdziwym ogniu. Wydaje mi się on nieosiągalny z użyciem kuchenki elektrycznej albo mikrofalowej (ta ostatnia wydaje mi się teraz wręcz nieludzka).

"Lawendowe pole" nie jest pozbawione akcentów humorystycznych. Poniżej przytaczam jedną z zabawniejszych historii opisanych na kartach książki:
No i te wspaniałe dialogi!
Wracam pewnego dnia ze spaceru i oświadczam sąsiadowi:
- Znalazłam w lesie olbrzymie kości! Cóż to mogło być za zwierzę?
- O, to na pewno od krowy - mówi mój miejscowy przyjaciel.
- Nie, nie, te kości były ogromne! - Rozkładam ramiona na metr. -  Taaakie wielkie kości! Jak od słonia!
Sąsiad na to ze spokojem i pełną powagą odpowiada na to:
- W tych lasach z całą pewnością nie ma żadnych słoni.
Książkę odebrałem jak najbardziej pozytywnie. Nie mogłem nie wspomnieć o rzeczach, które mnie irytują, z którymi nie zgadzam się i które uważam za zbędne. Nie zmieniają one jednak mojej oceny. Warto zwrócić uwagę na żywy styl, którym posługuje się autorka, trzy wkładki z reprodukcjami urokliwych zdjęć oraz bardzo estetyczną oprawę graficzną i oczywiście cudowną okładkę. Cenię "Lawendowe pole" także z innego względu. Książka ta pokazuje, że warto podążać za marzeniami, warto czasami postawić wszystko na jedną kartę, warto nie zgadzać się na dotychczasowy stan rzeczy oraz warto po prostu marzyć. Jeśli dołączymy do tego zdeterminowanie oraz ciężką pracę to pewnego dnia również możemy zamieszkać w swoim "lawendowym domku" (niezależnie od tego, czym on dla nas jest).

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym wpisie pochodzą ze strony lawendowepole.pl Właścicielką zdjęć jest pani Joanna Posoch, od której otrzymałem zgodę na opublikowanie ich tutaj. Bardzo dziękuję za to!

środa, 23 kwietnia 2014

A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki

Rzadko decyduję się na wpis muzyczny, ponieważ nie lubię pisać o czymś, na czym kompletnie się nie znam. Z racji liczby czytanych książek niewiele czasu pozostaje mi na inne zainteresowania (zwłaszcza muzykę). Tym bardziej, że nie potrafię czytając robić coś innego. Kiedy czytam nie istnieje dla mnie nic oprócz opowieści, w którą się przenoszę. Nie znoszę wtedy żadnych hałasów. Jedyne, co toleruję to spokojne barokowe brzmienia.

Nie kupuję często płyt, ale i nie uznaję ściągania w internetu (choć nie wrzucam wszystkiego do jednego worka - czym innym jest pobranie książki, której ostatnie 5 egzemplarzy znajduje się w malutkim stacjonarnym sklepiku w Kurozwękach, a czym innym ściąganie najnowszego bestsellera). Zawsze wtedy myślę, jak czułbym się, gdybym poświęcił mnóstwo swojego czasu na jakiś projekt, a nikt tego nie doceniłby, ograniczając się do ściągnięcia mojej pracy z internetu. W uznaniu dla Luxtorpedy zakupiłem ich najnowszą płytę. Decyzję ułatwił fakt, że jeden ze sklepów oferował ją w promocji. Co prawda i tak nie była tania, ale 15 zł, które udało mi się zaoszczędzić piechotą nie chodzi.

Zarówno w przypadku książek (widać to chyba w większości moich opinii dotyczących przeczytanych pozycji), jak i płyt dużą wagę przykładam do oprawy graficznej. Często decydując się na zapoznanie się z jakąś pozycją kluczowej roli nie odgrywa tytuł (choć jest ważny), recenzje w internecie czy opis wydawniczy, ale okładka. Trzeba przyznać, że wydanie krążka "A morał..." zasługuje na uznanie. Płyty imitują winyle, a książeczka, koperta na CD i opakowanie są bardzo estetyczne.
Siłą napędową "A morał..." miał być/ma być utwór "Mambałaga". Zdążyły się już pojawić głosy krytyki, że Luxtorpeda sprzedała się za komercję. Rzeczywiście tekst "Mambałagi" nie zachwyca. Jest chyba najbardziej płytki spośród trzynastu kawałków, które znalazły się na płycie. Nie ferowałbym jednak od razu takimi wyrokami. "Mambałagę" można po prostu potraktować jako przerywnik między utworami podejmującymi trudniejsze tematy.

Wspominałem już kiedyś, że niektórzy zaliczają Luxtorpedę do nurtu muzyki chrześcijańskiej. Jestem ostrożny w takich stwierdzeniach. W końcu w żadnej z piosenek nie pojawia się bezpośrednie odniesienie do Jezusa Chrystusa. Oczywiście jako osobie wierzącej nasuwają mi się od razu interpretacje odwołujące się do mojej wiary. Nie oznacza to oczywiście, że "A morał..." jest skierowany tylko do chrześcijan. Ile ludzi, tyle interpretacji. Rzadko można do jakiegoś utworu z tej płyty przypisać jedno konkretne przesłanie. Zazwyczaj to, co zrozumiemy z danego kawałka zależy od naszych doświadczeń, poglądów i aktualnego stanu ducha.

Cenię Luxtorpedę za to, że podejmuje tematy, które są rzekomo passe. Sukces zespołu ("A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki" zdążył się już pojawić na szczycie listy najchętniej kupowanych płyt) potwierdza, że mnóstwo osób oczekuje od muzyki czegoś więcej. Celowo nie piszę nic o warstwie muzycznej utworów, gdyż jest ona dla mnie mniej ważna. Na drugiej płycie Luxtorpeda umieściła wszystkie kawałki w wersji instrumentalnej. Przyznaję się szczerze, że jeszcze nie zajrzałem do nich. Dużo większe znaczenie przykładam do tekstu i tego, jakie przesłanie zawiera on. Jako że mam spokojny charakter i czytam może mało emocjonujące książki (oczywiście wciągają mnie, ale faktem jest, że trupów w nich nie ma - Olga Rudnicka twierdzi, że nic tak nie ożywia powieści jak trup) to czasami potrzebuję mocniejszych brzmień.

Jeśli chodzi o promowane wartości, o których wspomniałem to najlepiej oddaje je "Hymn" z płyty "Robaki":
Wiara, siła, męstwo -
to nasze zwycięstwo!

Kiedy duch i serce jest silniejsze niż ciało
to ból wśród nieszczęść uczynił Cię skałą.
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość,
Ty wśród nich wyciągasz dłoń po wygraną.
W każdym moim zwycięstwie jest pot i krew poświęceń.
Chcę ubrudzić ręce, by wybudować szczęście,
ubrudzić ręce, by wybudować szczęście.
W jednym z utworów pojawiła się ostra krytyka aborcji:
Rano zlinczowali pracownika rzeźni
Brutalnie kroił mięso na porcje
A już nocą ci sami dobroczyńcy
Legalizowali dla ludzi aborcję.
Odniesienia religijne, o których wspomniałem mimo że niewyeksponowane rzucają się w oczy:
Synu bądź spokojny
Nie będzie żadnej wojny
Oprócz tej która jest
Na życie wieczne i śmierć
Wszystkie utwory dają niesamowitą ilość energii. Pokazują, że w świecie zachodniej cywilizacji, w którym dla większości ważny jest stan konta, metka na ubraniu i model samochodu są ludzie, którzy nie poprzestają na tym, którzy dążą do czegoś innego, którzy kierują się w życiu wyższymi wartościami i których nadrzędny cel życiowy przekracza sferę doczesności. W dodatku przedstawiają to w atrakcyjny, przyjemny dla ucha sposób. "A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki" wzbudził we mnie tak pozytywne emocje, że zamierzam zapoznać się z pozostałymi dwiema płytami Luxtorpedy.


wtorek, 22 kwietnia 2014

"Był człowiekiem, był świętym" Lino Zani

Czytając kiedyś biografię św. Faustyny (swoją drogą polecam genialną książkę Ewy Czaczkowskiej) natknąłem się na jedną z reprodukcji fotografii Apostołki Miłosierdzia Bożego, z którą nie mogłem sobie poradzić. Przedstawiała ona Faustynę wraz z dwiema koleżankami podczas jakiegoś festynu. Niby nic nadzwyczajnego, ale wcześniej trudno było mi wyobrazić sobie tę świętą jako normalną dziewczynę. Będąc pod wrażeniem "Dzienniczka" i niezwykle głębokiej duchowości zakonnicy miałem ją przed oczami tylko jako rozmodloną wizjonerkę i mistyczkę. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że zachowało się bardzo mało wizerunków świętej. Właściwie spopularyzowany jest tylko jeden, w którym zza habitu wynurzają się oczy pełne wiary. A święty to przecież człowiek z ciała i krwi, który ma swoje zainteresowania, pasje, zmaga się z różnymi problemami, upadkami. Cenię książki, które przedstawiają wybitne postaci Kościoła jako zwykłych ludzi (polecam z tej tematyki książkę "Święci nie-święci"). W przypadku publikacji "Był człowiekiem, był świętym" oprócz mojego oczywistego zainteresowania z wyżej wymienionych względów, doszedł fakt bardzo bliskiej kanonizacji.

Pierwszy rzut oka na okładkę i już wyzwalają się w czytelniku pozytywne emocje. Człowiek w bieli na tle białej barwy otaczającego go śniegu, a na twarzy delikatny uśmiech. Aż mi się przypomniała piosenka z katechezy w podstawówce pt. Święty uśmiechnięty. Pojawiał się tam taki wers: Każdy święty chodzi uśmiechnięty. Trudno czasami uwierzyć, że święci żyją tuż obok nas i być może mijamy ich na ulicy. Gdzie można dzisiaj świętych zobaczyć? Są między nami w szkole i w pracy! Książka "Był człowiekiem, był świętym" przedstawia Jana Pawła II nie jako zastępcę Chrystusa na Ziemi, nie jako następcę św. Piotra, nie jako najwyższego kapłana i sługę sług Bożych. Autor ukazuje papieża, który pozostał człowiekiem nawet bez cienia jakiejkolwiek wyniosłości z powodu pełnionej funkcji. 

Lino Zani to instruktor narciarstwa i alpinista. Jako dwudziestosiedmiolatek zaczął w 1984 roku towarzyszyć Ojcu Świętemu podczas wypraw górskich i zjazdów narciarskich. Z czasem stał się zaufanym przyjacielem Karola Wojtyły. Wszystko zaczęło się bardzo niespodziewanie. Pewnego dnia ks. Stanisław Dziwisz zadzwonił do rodziny Zanich i zapytał, czy Jan Paweł II mógłby przyjechać na kilka dni. Pierwsza reakcja to oczywiście niedowierzanie. W końcu nie codziennie zapowiada się tak niezwykły gość. Co więcej, przyjechał w towarzystwie prezydenta Republiki Włoskiej! Aż trudno uwierzyć, że żadnemu dziennikarzowi nie udało się wytropić, gdzie udają się te dwie osobistości. Dopiero na wyraźną prośbę samych zainteresowanych i za ich aprobatą świat dowiedział się o miejscu, w którym przebywa papież. Nie obyło się bez kolejnych komicznych sytuacji. Pertini, jak zwykle bezpośredni i zapalczywy, dosłownie wyrwał mi mikrofon z rąk i swoim donośnym, wyraźnym głosem zaczął mówić: "Sierżancie, jestem waszym prezydentem. Proszę pisać!". Colombo, podejrzewając, że ktoś chciał mu zrobić dowcip, naśladując głos prezydenta, przerwał mu: "Lepiej skończcie już pić tam na górze, mam dość problemów z tym rozminowywaniem...".

A tak autor relacjonuje swoje pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II: Zapytał mnie po prostu: "Jak się nazywasz?". Kiedy odpowiedziałem, dodał: "No to dzisiaj idziemy razem na narty!". Bezpośredniość, komunikatywność i zdolność do znalezienia z każdym wspólnego języka przez Karola Wojtyłę jest zadziwiająca. Lino Zani był przewodnikiem papieża po górskich szlakach. Towarzyszył mu, wybierał odpowiednie trasy, znajdował odpowiednie miejsca na modlitwę, a także opowiadał o historiach, które rozegrały się w Adamello podczas wojny (te bardzo poruszyły papieża). Porankami i wieczorami z Ojcem Świętym spotykała się zaś cała rodzina. Autor do dziś nie może uwierzyć, że święty siedział w szarym sweterku w jego kuchni i czekając na kolację podtrzymywał konwersację z mamą przygotowującą posiłek. Trzeba przyznać, że to niecodzienna sytuacja. Jan Paweł II dwukrotnie przebywał w schronisku w Adamello. Nie zapomniał jednak o rodzinie Zanich. Lino wielokrotnie odwiedzał papieża w Watykanie. Ten zaś przekazywał mu krzyże, które alpinista miał zanosić na kolejne zdobywane przez siebie szczyty.

"Był człowiekiem, był świętym" to piękna opowieść o papieżu, który na każdym kroku okazywał, że pozostał zwykłym człowiekiem. Lino Zani snuje historie w sposób zajmujący. Nie aferuje swoją osobą czytelnika, na pierwszy miejscu stawiając Ojca Świętego. Książka wciąga (sam czytałem ją do 4 rano) także dlatego, że różni się od większości publikacji poświęconych osobie Jana Pawła II. Zazwyczaj meritum tego typu pozycji jest posługa na tronie Piotrowym, a ciekawostki i anegdotki pojawiają się na zasadzie wyjątku. "Był człowiekiem, był świętym" składa się z opowieści, które na ujawnienie czekały kilkanaście lat. W przeddzień kanonizacji możemy przypomnieć sobie posługę papieża z innej perspektywy. Każdy wie, że Jan Paweł II kochał góry, ale opowieści snute przez Lino Zani zna już niewielu.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

"Papież Jan XXIII. Droga do świętości"

Jan XXIII zaskakiwał już od pierwszych dni swojego pontyfikatu. Wielu zastanawiało się, dlaczego wybrał akurat takie imię. Pojawiały się domysły związane z Janem Chrzcicielem, Janem Ewangelistą, dwudziestoma papieżami. Ojciec święty odpowiedział zaś krótko: Ponieważ Jan to imię mojego ojca.
Jan XXIII nazywany jest dziś Dobrym Papieżem lub Papieżem Dobroci. Spośród następców św. Piotra wyróżniała go wyjątkowa łagodność, pogoda ducha i nieustanny, delikatny uśmiech. Miał być papieżem przejściowym, a tymczasem zmienił losy Kościoła zwołując Sobór Watykański II. Można dziś kontestować jego postanowienia, ale nie zaprzecza to faktowi, że Jan XXIII jest inicjatorem wszelkich zmian, które zaszły w dwudziestym wieku w owczarni Chrystusowej.

Pierwszy papież, który od razu po wyborze został pokazany światu za pośrednictwem telewizji pochodził z biednej, ale nie skrajnie ubogiej rodziny (sam ojciec święty określał sytuację w domu rodzinnym jako pogodne i zadowolone ubóstwo). Czytelnikowi mogą się nasuwać skojarzenia z papieżem Franciszkiem. Tym bardziej, że Jan XXIII również miał dość duży dystans do swojej osoby i niejednokrotnie zachowywał się niezgodnie z odwiecznymi obyczajami panującymi za Spiżową Bramą.

Jan XXIII w tiarze [źródło]
Niestety autorzy nie podeszli obiektywnie do bardzo ciekawej postaci, jaką jest Jan XXIII i nie udało im się przedstawić rzetelnej sylwetki papieża. Nieustannie podkreślają jego zamiłowanie do wprowadzania nowinek w Kościele i łamania zwyczajów. Tymczasem wystarczy spojrzeć na wkładkę z kolorowymi ilustracjami, żeby zrozumieć, dlaczego takie ukazanie ojca świętego jest nieprawdziwe. Przypadkowo otwarta strona, a tam reprodukcja fotografii przedstawiającej koronację papieską. Dziś już niestety ten zwyczaj nie jest praktykowany. Potrójna tiara przypominała o trzech aspektach władzy Chrystusa: nauczycielskiej, kapłańskiej i pasterskiej. Spójrzmy na kolejną ilustrację: objęcie arcybazyliki na Lateranie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie papież niesiony na lektyce na pierwszym planie, a za nim pióropusze. Tylko te dwa przykłady pozwalają uzmysłowić sobie, że Jan XXIII cenił sobie ceremoniał i w żadnym razie nie był modernistą. Wystarczy przypomnieć, w jaki sposób ogłosił kardynałom decyzję o zwołaniu soboru. Ci zupełnie nieprzygotowani na taką wiadomość liczyli przynajmniej, że papież zapyta ich o zdanie, poprosi o radę. Tymczasem ten arbitralnie zarządził, że zwołuje zebranie biskupów z całego świata. Nie można reform, które zaszły w czasie Soboru Watykańskiego II lub były jego bezpośrednim następstwem odnosić jednoznacznie do posługi Jana XXIII. Zmarł on przecież krótko po zwołaniu soboru. Z tych i innych powodów Papież Dobroci raczej nie nadaje się na patrona kościelnych liberałów (ku utrapieniu tych ostatnich).

Niedawno natknąłem się w księgarni na "Dzienniki duszy" Jana XXIII. Nie czytałem ich jeszcze, ale myślę, że to pozycja obowiązkowa dla osób pragnących zrozumieć duchowość Dobrego Papieża. Niestety książka dwóch Włochów nie pozwala nam na to. "Droga do świętości" to raczej zbiór anegdotek i bardzo ograniczona nota biograficzna niż rzetelne opracowanie. Lektura nie była bezwartościowa (mimo uchybień dowiedziałem się co nieco o człowieku, który lada moment zostanie wyniesiony na ołtarze). Nie spełniła jednak moich oczekiwań. Przykro mi to mówić, ale przypomina bardziej hagiografię rodem ze średniowiecza (nie żebym coś miał do tej epoki). Rozumiem, że autorzy mogli postawić sobie inne cele, ograniczając się do popularyzacji osoby Jana XXIII, ale nie zwalnia to z pewnych standardów. Po przeczytaniu "Drogi do świętości" nadal nie wiem, jaką wizję Kościoła miał Papież Dobroci.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 20 kwietnia 2014

"Oni Cię nie zawiodą" Sylwester Szefer

Sylwester Szefer wziął pod lupę trzech świętych, którzy słyną ze swojego wstawiennictwa w sprawach szczególnie trudnych. Zaprezentował sylwetki św. Judy Tadeusza, św. Antoniego Padewskiego oraz św. Rity z Cascii. Oprócz skróconych żywotów oraz cudów, których dokonał Bóg za ich wstawiennictwem w książce znajdziemy także modlitwy do nich (zarówno te tradycyjne, jak i najnowsze).

Autor posługując się systematyką chronologiczną przedstawia najpierw św. Judę Tadeusza - apostoła, który był spokrewniony z Jezusem (nazywany jest nawet bratem Pańskim), a znajomość jego życia i działalności wśród wiernych ciągle nie zachwyca. Może to efekt tego, że orędownik nie pojawia się zbyt często na kartach Pisma Świętego. Został wymieniony tylko w spisach apostołów. Ponadto jeden z ewangelistów zanotował jego pytanie postawione Jezusowi w wieczerniku podczas ostatniej wieczerzy: Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?. Imię Juda oznacza "chwała Jahwe", Tadeusz zaś znaczy "odważny". W pełni zrealizował symbolikę swoich imion. Zginął śmiercią męczeńską, zabity pałkami (w tym samym czasie Szymona przecięto drewnianą piłą). Relikwie obu apostołów znajdują się w bazylice św. Piotra w Rzymie. Święty Juda Tadeusz jest patronem chorych, pracowników służby zdrowia, strażaków, policjantów, opiekunem i orędownikiem w szczególnie trudnych i nagłych sprawach.

Św. Juda Tadeusz na obrazie Georges de La Tour
Kto nie widział w żadnym kościele skarbony ze św. Antonim Padewskim? Wspominałem już kiedyś o nim przy okazji odwiedzin w sanktuarium w Radecznicy (przypomnę, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie objawił się ten święty - 8 maja przypada 350 rocznica objawień, uroczysta msza święta w bazylice ojców bernardynów będzie sprawowana przez nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Celestino Migliore). Św. Antoni Padewski czerpał inspirację z działalności św. Franciszka z Asyżu (był jego uczniem). Pochylał się nad ubogimi ostrzegając wiernych, że nie okazując miłosierdzia najbardziej potrzebującym zamykają swoją drogę do zbawienia (Kto zatyka uszy, by nie słyszeć głosu biedaka, sam będzie wołał, a nie zostanie wysłuchany - fragment z kazania św. Antoniego). Portugalski święty to także znakomity kaznodzieja, którego władze zakonne wyznaczały do najtrudniejszych zadań, teolog, charyzmatyk (posiadał dar uzdrawiania, dar rozmnażania pokarmów, dar proroctwa, dar czytania w ludzkich sercach, dar modlitwy o pogodę - zatrzymanie burzy i ulewy). Znany jest głównie dzięki darowi słowa. Z pomocą Ducha Świętego Antoni potrafił zmienić obyczaje całego miasta! Ceniony głównie jako patron rzeczy zagubionych.

Wreszcie autor przechodzi do św. Rity, która jest chyba najbardziej znana spośród trzech świętych zaprezentowanych w książce "Oni Cię nie zawiodą" jako orędowniczka w sprawach beznadziejnych, trudnych, po ludzku wydających się za nierozwiązywalne. Sama nie miała łatwego życia. Tradycyjnie rodzice nie pozwoli jej na wstąpienie do klasztoru mimo głębokiego pragnienia i poczucia powołania (ile razy powtarza się ta historia...?). Skłonili ją za to do małżeństwa, które okazało się dość trudne. Jakby tego było mało, mąż pewnego dnia nie wrócił do domu. Rita usilnie modliła się, że woli aby synowie zginęli niż zemścili się na zabójcach ojca (Panie Jezu Chryste, chroń ich od złego i raczej zabierz ich z tego świata, niżbyś miał dopuścić, by zgrzeszyli, przelewając krew). Modlitwa została wysłuchana - synowie zginęli w zarazie, która nawiedziła okolicę... Rita nie zwątpiła nawet przez chwilę i wstąpiła do zakonu. Jej wzrost (150 cm) był odwrotnie proporcjonalny do pokładów wiary, które w sobie znajdowała. A jej imię oznacza "perełka". Do dziś ciało św. Rity pozostało w stanie nienaruszonym.

Obraz autorstwa Francisco de Zubaran
Meritum książki nie są jednak skrócone życiorysy trzech świętych, ale zbiór modlitw do każdego z tych, którzy wstawiają się za nami u Boga w sprawach szczególnie trudnych, pozornie niemożliwych do rozwiązania. Cieszy mnie różnorodność modlitw. W "Oni Cię nie zawiodą" znajdziemy litanie, nowenny, pieśni oraz mnóstwo innych modlitw. Atutem jest także twarda oprawa i niewielki format pozwalający zabierać ze sobą zbiór opracowany przez Sylwestra Szefera.

Bardzo lubię myśl św. Ignacego Loyoli: Módl się tak jakby wszystko zależało od Boga. Działaj tak, jakby wszystko należało do ciebie. Szczera modlitwa i uczciwe działanie to siła nie do pokonania. Książka "Oni Cię nie zawiodą" wpisuje się w tę filozofię. Nikt przecież nie zachęca do bierności. Są jednak takie sytuacje, w których nasze siły zawodzą i żadnym sposobem nie możemy sami znaleźć rozwiązania. Wtedy dobrze mieć pod ręką zbiór modlitw przygotowany przez Sylwestra Szefera. Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

sobota, 19 kwietnia 2014

Zmartwychwstał Pan i żyje dziś!

Zmartwychwstanie Szymon Czechowicz

Już jutro we wszystkich diecezjach rozlegnie się pytanie retoryczne: "O śmierci, gdzie jesteś o śmierci? Gdzie jest moja śmierć? Gdzie jest jej zwycięstwo?".

Życzę wszystkim Czytelnikom:

wiary, która nadaje sens życiu;
nadziei na lepsze jutro;
miłości do bliźniego.
Wierzącym optymizmu i radości, którymi napawa Zmartwychwstanie Pańskie.
Poszukującym, wątpiącym i niewierzącym wielu spokojnych chwil wypełnionych refleksjami nad doczesnością.
A wszystkim pogody ducha i wiosennego nastroju


Czas Świętego Triduum Paschalnego to dla mnie nie tylko uczestnictwo w liturgii Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wigilii Paschalnej oraz wzmożone szturmowanie nieba modlitwami, ale także czas na lekturę. W czasie Wielkiego Tygodnia przeczytałem "Był człowiekiem, był świętym", "Papież Jan XXIII. Droga do świętości", "Oni Cię nie zawiodą" oraz "Lawendowe pole". Recenzje wymienionych pozycji pojawią się w przyszłym tygodniu. Czytam nadal "Dzienniczek" św. s. Faustyny oraz zacząłem "Literaturę renesansu w Polsce" Jerzego Pelca.

sobota, 12 kwietnia 2014

Znikam z blogowania

W Wielkim Tygodniu postanowiłem ograniczyć czas spędzany w internecie. Niestety nie całkowicie. Mam pewne obowiązki, które wymagają korzystania z komputera. Blogowanie, przeglądanie dzienników internetowych i odwiedzanie zakamarków internetu zawieszam jednak do przyszłego tygodnia. Szum informacyjny nie wpływa pozytywnie na czyjąkolwiek duchowość. Na wszystkie komentarze odpowiem po świętach wielkanocnych. Pojawi się tylko jeden post z życzeniami świątecznymi dla Was.


Ecce homo św. brat Albert Chmielowski
Na okres Triduum Paschalnego polecam przepiękną pieśń "Ogrodzie oliwny", ale całe wykonanie, a nie tylko część. W kościołach śpiewa się zazwyczaj jedynie kilka zwrotek. Tymczasem liczy ona aż 39 strof! Całość znajdziecie tutaj.

Po świętach powinno pojawić się kilka recenzji: "Oni Cię nie zawiodą. Modlitwy w sprawach trudnych i beznadziejnych do trzech świętych orędowników", "Był człowiekiem, był świętym" (książka o Janie Pawle II) i "Papież Jan XXIII. Droga do świętości". Poza tym może uda mi się zdobyć "Lawendowe pole". W drodze do mnie jest pozycja "Goj patrzy na Żyda. Dzieje braterstwa i nienawiści od Abrahama po współczesność".

A na razie czytam nadal "Dzienniczek" św. s. Faustyny Kowalskiej.
Polecam także przepiękną pieśń "Twój krzyż".
Pewnego dnia objęły mnie ramiona krzyża,
Przytuliły mnie mocno do Twojego serca
I ujrzałem w każdym upadku moim płomień miłosierdzia,
a w każdym powstaniu zwycięstwo nadziei,
Że jedna kropla krwi Twojej...

piątek, 11 kwietnia 2014

"Dobre maniery w przedwojennej Polsce" Maria Barbasiewicz

Spodziewałem się nostalgii, tęsknoty za zwyczajami, które nie są już kultywowane, może nawet odrobiny melancholii. W końcu większość książek dotyczących życia codziennego w XIX wieku i dwudziestoleciu międzywojennym wzbudzała we mnie, w mniejszym lub większym stopniu, te uczucia. Tymczasem Maria Barbasiewicz zwróciła uwagę na kwestie, które są często pomijane. W ostatnich latach próbuje się przywracać godność ziemiaństwu, z którego odarło je PRL. Czasami jednak przybiera to formę apoteozy i w efekcie praca historyczna może zmienić się w panegiryk (nie mam na myśli żadnej konkretnej publikacji).

"Dobre maniery w przedwojennej Polsce" były kubłem zimnej wody na moją fascynację tym okresem. Oczywiście dalej go uwielbiam i na pewno będę zaczytywać się książkach dotyczących międzywojnia w Polsce. Książka pozwoliła mi jednak spojrzeć bardziej obiektywnie na ziemiaństwo. Wcześniej jego życie wydawało mi się niemal idealne. Rauty, oficjalne spotkania, nieustanne przyjmowanie gości i piękne tradycje, które już zanikły, bądź właśnie zanikają na naszych oczach - na to głównie zwraca się uwagę w publikacjach historycznych podejmujących losy tej warstwy społecznej w dwudziestoleciu. Tymczasem rzadko wspomina się, że życie spętane było konwenansem, który mógł utrudnić przyszłość (vide: historia pary, która przez 15 lat musiała zbierać pieniądze, aby się pobrać - oficer, który zamierzał się pobrać musiał dysponować odpowiednią sumą umożliwiającą mu jeżdżenie wagonami tylko pierwszej klasy, jadanie w restauracjach na odpowiednim dla swojego stopnia wojskowego poziomie itp.). Co więcej, pewne normy nie przestawał obowiązywać nigdy. Nawet chwila pogrzebu nie była wystarczającą przesłanką, aby je przełamać. Najbliższa rodzina, przyjaciele i znajomi musieli wtłoczyć się w odpowiednie ramy. Jeśli ktoś nie mógł pohamować żalu podawano mu odpowiednio wysoką dawkę środków uspokajających. Płacz i zgrzytanie zębów podczas ceremonii pośmiertnej były bowiem niedopuszczalne.

Powyżej omówionemu zagadnieniu poświęcono jednak tylko jeden rozdział (opatrzono go bardzo trafnym tytułem "Z konwenansem przez życie"). Reszta zaś wypełniona jest nostalgicznymi wspomnieniami, anegdotkami oraz charakterystyką życia towarzyskiego i należytego zachowania między dwiema wielkimi wojnami. Autorka omawia szeroko maniery wojskowe, zwraca uwagę, na co mogła pozwolić sobie kobieta, arbitralnie stwierdza, jak należało zachować się w kawiarni, w lokalu i na balu, a nie zabrakło też opowieści o gafach i kłopotach wynikających z dość sztywnego konwenansu. Przyjemnym dodatkiem jest rozdział o wychowaniu dzieci. Zawsze zastanawiam się przy tego typu lekturze, które dzisiejsze dziecko wytrzymałoby takie zabiegi wychowawcze... Trudno jednak nie pochwalić ich, gdyż czasy II wojny światowej pokazały, że przyniosły efekty.

Maria Barbasiewicz nie ogranicza się tylko do sfery ziemiańskiej. Zagląda także m.in. do sklepu, gdzie subiekci uwijają się, aby zadowolić swoich klientów. Niejednemu czytelnikowi zakręci się łezka w oku, gdy porówna ich ze współczesnymi sprzedawcami, których w większości żadnym sposobem nie można uznać za spadkobierców swoich przedwojennych kolegów po fachu. Dawni kupcy świetnie rozumieli tę zasadę i całą duszą stosowali się do niej: "A więc grzeczność i przyzwoitość podnoszą człowieka w szacunku u publiczności, wyjednywają mu renomę i dobre imię u ludzi i podnoszą jego dobrobyt".

Język jest bardzo plastyczny, w trakcie lektury przed oczami stają kolejne szczegółowo przedstawione kadry z życia w dwudziestoleciu międzywojennym. Maria Barbasiewicz nie stroni on anegdotek. Przytacza także sporo wyimków z publikacji na temat savoir-vivre z tamtego okresu, dzienników i pamiętników. Bardzo lubię, gdy w tego typu pozycjach autor nie waha się od czasu do czasu oddać głos ludziom z epoki. Doskonałe opracowanie uzupełnia kolekcja czarno-białych fotografii. W połączeniu ze specyficznym, wyglądającym na lekko pożółkły, papierem pomagają one przenieść się w inny świat. Wraz z ostatnią stroną ogarnął mnie żal, że muszę go opuścić. A na to uczucie jest tylko jedno remedium - kolejna rzetelnie opracowana książka mogąca teleportować mnie do przedwojennego świata.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Luxtorpeda

Nie przepadam za negatywnymi recenzjami i wylewaniem swoich żali na kolejne publikacje. Po prostu nie piszę o pozycjach, które mi się nie podobają lub mnie irytują. Wyjątkiem jest oczywiście książka otrzymana od wydawnictwa jako egzemplarz recenzyjny. Wtedy muszę ją skończyć i napisać opinię niezależnie od moich odczuć. Rzadko jednak decyduję się na wspomnienie o publikacji, która jest moją własnością, a którą uważam za niewartą uwagi. Są rzecz jasna od tego wyjątki. I tak wczoraj pokusiłem się o napisanie paru akapitów na temat "Niebieskich migdałów". Sytuacja była jednak wyjątkowa, ponieważ przez pewien czas Beata Pawlikowska należała do grona moich ulubionych autorów. Żeby jednak zachować równowagę to dziś napiszę o czymś, z czym wiążą się przyjemniejsze emocje. Nie lubię negatywnego myślenia i pesymizmu (choć od czasu do czasu mój umysł zajmują czarne myśli). Wolę przekazywać informacje o wartościowych pozycjach niż ostrzegać przed pomyłkami wydawniczymi.

Książki pochłaniają taką ilość mojego czasu, że na inne zainteresowania czasami mi go brakuje. Mając do wyboru literaturę i muzykę zawsze wybieram pierwszą opcję. Nie oznacza to oczywiście, że nie lubię muzyki. Nie znam się jednak na niej, a więc i rzadko o niej wspominam. Jeśli jakiś utwór mi się spodoba to zazwyczaj jest to efekt snucia się po różnych blogach.

Luxtorpedę kojarzyłem wcześniej tylko z nazwy. Natknąłem się na nią na jednym z portali społecznościowych. Swoją drogą to chyba muszę być trochę oderwany od rzeczywistości. Dowiedziałem się o istnieniu tej grupy muzycznej cztery lata po jej powstaniu (zaznaczam, że nie jest to niszowy zespół). Przesłuchałem może dwa utwory i zapomniałem o nich (prawdopodobnie nie miałem wtedy ochoty na tego typu brzmienia). Wróciłem do nich dopiero teraz, gdy ukazała się najnowsza płyta Luxtorpedy. Krążek "A morał tej historii mógłby być tak,i mimo że cukrowe to jednak buraki" pojawił się na sklepowych półkach dokładnie 1 kwietnia (połączenie tej daty z dość osobliwym tytułem wydało mi się na początku kuriozalne).

Zastanawiałem się, czy w ogóle tutaj wspominać o tym zespole. W końcu mój blog ma inny profil tematyczny. Trudno jednak ograniczyć mi się do tematów stricte literackich. Od czasu do czasu pojawia się więc post dotyczący trochę innej tematyki (choć nieoderwanej całkowicie od pierwotnych założeń bloga) i tak już pewnie pozostanie. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza?

A o Luxtorpedzie wspominam, bo to dość ciekawa grupa muzyczna. Niektórzy zaliczają ją do nurtu muzyki chrześcijańskiej. Jeden z księży, broniąc pomysłu organizowania koncertów przez ten zespół w okresie Wielkiego Postu, posunął się nawet do stwierdzenia, że podczas koncertów dokonują się nawrócenia... Wydaje mi się, że to zbyt daleko posunięte wnioski. W żadnym z utworów nie pojawiło się bezpośrednie odniesienie do Jezusa Chrystusa. Oczywiście jako katolikowi nasuwa mi się interpretacja odwołująca się do mojej wiary. To chyba jednak trochę za mało, żeby wtłaczać zespół w kościelne ramy. Zresztą nie widzę nawet potrzeby, żeby to robić. Wiemy dobrze, że w obecnych czasach etykietka chrześcijańska może odstraszyć pewne grupy. A szkoda byłoby. Teksty są raczej refleksyjne i dotykają spraw poważniejszej materii. Co ważne, bazują one na doświadczeniach twórców, którzy zmagali się z różnymi problemami m.in. narkotykami. Zespół jest przykładem, jak katolicy i ateiści mogą współdziałać dla większego dobra i rozwijania swojej pasji.

Na płycie znalazł się m.in. utwór "Mambałaga". Na wielu stronach internetowych pojawiły się komentarze, że zespół sprzedał się za popularność, że poprzednie płyty reprezentowały wyższą wartość. Nie do końca rozumiem ten sposób myślenia. Jeśli kilkanaście piosenek podejmuje poważne, trudne tematy, a jedna jest lżejsza, którą można potraktować jako przerywnik między tymi "właściwymi" to co w tym złego? Na razie o samej płycie nic więcej nie napiszę, ponieważ nie miałem czasu przesłuchać jej do końca. Zainteresowanym mogę powiedzieć, że wszystkie utwory Luxtorpeda umieściła na swoim oficjalnym koncie na youtube.

środa, 9 kwietnia 2014

"Niebieskie migdały", czyli dzieje pychy

Poszedłem do Saturna tylko po pendrive'a. Ale oczywiście musiałem zahaczyć o dział z książkami (bieda w nim taka, że aż piszczy), a także skusiłem się na przejrzenie nowości muzycznych. Zdziwiłem się, gdy w dziale wyprzedaży zobaczyłem "Niebieskie migdały" Beaty Pawlikowskiej za (UWAGA) 10 zł. A jeszcze kilka miesięcy temu płyta kosztowała 40 zł. Oktawian August miał rację mówiąc "spiesz się powoli"...

Nie byłoby w tym nic dziwnego (w końcu wyprzedaż to normalna sprawa), gdyby nie zawartość płyty. Składa się ona z 16 ulubionych piosenek słynnej podróżniczki. Nie wiem, jaki sens ma wydawanie czegoś takiego. Równie dobrze Beata Pawlikowska mogłaby opracować książeczkę z ulubionymi bajkami z dzieciństwa. Niby wszystkim znany "Czerwony kapturek", "Dziewczynka z zapałkami" i kilka podobnych im, ale do tego wielkie zdjęcie pisarki i podpis "Polecam. Beata Pawlikowska".

Beata Pawlikowska ma chyba coraz mniej szacunku do czytelnika. Czytając jej pierwsze książki byłem zachwycony. Tyle tylko, że do tamtych rzeczywiście się przykładała. Obecnie woli się zaś zajmować wydawaniem książek do nauki języków, których nie zna, przygotowywaniem fikuśnych fiszek i pisaniem bajek dla dzieci. Coś mi się wydaje, że komuś zaczyna brakować funduszy na spełnianie kolejnych marzeń... Nie chcę być złośliwy. Nie uważam, że nastawienie twórcy na zysk jest czymś złym. Przykładem może być chociażby Cejrowski. Jego książki musiały przynieść rekordowe przychody (tylko "Gringo wśród dzikich plemion" sprzedało się w ponad pół milionie egzemplarzy, a gdzie reszta?), ale reprezentują coś sobą. Niestety nie mogę napisać tego samego o Pawlikowskiej. Niby zarzeka się, że pisanie jest jej pasją, że nie wyobraża sobie bez niego życia. Ale jak ma mi przyjść do głowy inny wniosek, gdy czytam po raz kolejny ten sam morał albo gdy widzę na sklepowej półce "Niebieskie migdały"?

Na płycie znalazło się, tak jak już wspominałem, szesnaście utworów:
1. Dinah Washington - What A Difference A Day Makes
2. Sting - Brand New Day
3. Robbie Williams – The Road To Mandalay
4. A.R. Rahman - Jai Ho
5. Justin Timberlake - What Goes Around Comes Around
6. Coldplay – Clocks
7. Seal - Kiss From A Rose
8. Norah Jones - Sunrise
9. Babyface - For The Cool In You
10. Prince – Money Don't Matter Tonight
11. Vanessa Paradis - Your Love Has Got A Handle On My Mind
12. Panjabi Mc – Jogi
13. Akon - Channaj Challo (Z Filmu Ra.One)
14. Maroon 5 - She Will Be Loved
15. Robbie Robertson – Somewhere Down The Crazy River
16. Jose Feliciano – Light My Fire
Nie rozumiem, według jakiego klucza autorka wybierała piosenki. Chociaż to wyjaśnia chyba okładka płyty, na której znalazło się sformułowanie "Moje ulubione piosenki". Przepraszam, ale dla mnie nie jest to żadna rekomendacja. Co mnie obchodzą ulubione piosenki jakiegokolwiek pisarza? Przecież może się on podzielić swoim gustem muzycznym w jakimś wywiadzie. Ale żeby od razu wydawać płytę?

Wydaje mi się, że słynna podróżniczka uznała, że wszystko, co jest firmowane jej nazwiskiem rozejdzie się jak ciepłe bułeczki. Musiała się zawieść skoro nawet EMPiK sprzedaje "Niebieskie migdały" za nieco ponad 6 złotych. A ten sklep nie jest taki skory do szalonych wyprzedaży. Płyty musiały więc naprawdę tylko zbierać kurz i zalegać w magazynach. Pycha została poskromiona. Zakończenie twórczości pozostaje otwarte. Albo Beata Pawlikowska zacznie pisać o tym, na czym się naprawdę zna (nikt nie neguje jej dwudziestoletniego doświadczenia w podróżach do dżungli amazońskiej), albo popłynie w projekty podobne do "Niebieskich migdałów". Naprawdę liczę, że podróżniczka opamięta się i powróci na właściwe tory. Jeśli wybierze drugą drogę to mogę zacytować jedynie słowa króla Salomona: "Pycha poprzedza upadek".

wtorek, 8 kwietnia 2014

Antidotum na duchową oziębłość


"Spiritualis Unctio" to kontynuacja serii zapoczątkowanej przez "Miserikordynę". O ile "Miserykordyna" i "Vis Crucis Panaceum Forte" promowały modlitwy powszechnie znane (pierwszy specyfik koronkę do Miłosierdzia Bożego, drugi drogę krzyżową), to najnowszy medykament wydawnictwa św. Stanisława prezentuje mniej znane modlitwy.

W opakowaniu znajdziemy koronkę do Ducha Świętego, ulotkę z wyjaśnionym sposobem odmawiania jej oraz 80-stronicową książeczkę z dwiema litaniami do Ducha Świętego, dwiema nowennami, koronką oraz kilkunastoma innymi modlitwami. Całość do nabycia za 8-9 zł.

Na specyfik trafiłem przypadkowo w księgarni katolickiej. Już miałem podchodzić do kasy, gdy zobaczyłem koszyk z "Miserikordyną" i jakimś drugim tajemniczym pudełeczkiem. Czytałem wcześniej o "Spiritualis Unctio"na stronie internetowej wydawnictwa św. Stanisława. Spodziewałem się jednak opakowania podobnego rozmiarami do wcześniejszych produktów. Tymczasem najnowszy duchowy specyfik zajmuje dwa razy więcej miejsca niż "Vis Crucis Panaceum Forte".

Z modlitewnika jeszcze nie korzystałem. Modliłem się natomiast wielokrotnie przy pomocy koronki do Ducha Świętego. Modlitwa jest bardzo prosta. Jej odmówienie zajmuje ok. 10 minut. Składa się ze Składu Apostolskiego, sekwencji do Ducha Świętego oraz siedmiokrotnego Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu poprzedzonych odpowiednimi wezwaniami.

Teraz czekam tylko na informację z Watykanu, że papież Franciszek rozdaje antidotum na duchową oziębłość. Nowy jałmużnik papieski (przypominam, że jest nim Polak) działa dość prężnie. Wierni zgromadzeni podczas niedzielnego spotkania na Anioł Pański z Ojcem Świętym otrzymali już tysiące opakowań "Miserikordyny". W najbliższym czasie mają zostać rozdane kieszonkowe wydania Ewangelii. Mój egzemplarz "Spiritualis Unctio"ostatnio trochę kurzył się na półce. Nie miałem czasu (a żeby być uczciwym to chyba raczej nie chciałem go znaleźć) na modlitwę z jego pomocą. Jako że podczas rekolekcji, w których ostatnio uczestniczyłem duchowny zachęcał do modlitwy do Ducha Świętego to teraz odkurzam medykament, do czego zachęcam i Was.

Jak Wam się podoba taki sposób promowania modlitwy?

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Subiektywny wybór zapowiedzi wydawniczych

Zacznę od tych najbardziej optymistycznych pozycji autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie każdy przepada za jej twórczością. Nie mam też złudzeń, że jej publikacje nie są żadnymi wielkimi dziełami. Od czasu do czasu potrzebuję jednak lżejszej książki, która pomaga zresetować umysł. Tegorocznej wiosny mogę liczyć na słynną podróżniczkę. Otóż planuje ona w maju wydać aż 3 książki. Należy więc na początku postawić sobie pytanie o ich jakość. Nie znam autora, który w takim tempie wprowadzałby na rynek swoje kolejne publikacje... Tak czy inaczej, na pewno zapoznam się z nimi (zwłaszcza, że współpracuję z wydawnictwem Burda Książki).

"Blondynka na Orinoko" Beata Pawlikowska

Dwa miesiące samotnej wyprawy przez Amazonię w Ameryce Południowej. Mój plan był prosty: przedostać się po rzekach od Orinoko w Wenezueli przez Rio Negro aż do Amazonki w Brazylii. Półtora tysiąca kilometrów przez dżunglę. Czółnem, statkiem, motorówką wojskową z małpą na pokładzie i innymi przypadkowymi łodziami. Wśród tajemniczych głosów tropikalnej puszczy, przez zagubione na końcu świata wioski i nieoczekiwane zdarzenia. Wielka przygoda!

"Planeta dobrych myśli" Beata Pawlikowska

Każdy człowiek sam decyduje o tym
jak będzie wyglądało jego życie.
Czy chcesz być narzekającym dorosłym,
który ma zawsze za mało czasu,
za mało pieniędzy i za mało zdrowia?
Nie musisz.

Możesz być mądrym, dobrym i silnym człowiekiem,
który spełnia swoje marzenia,
ma czas na wszystko, co jest ważne
i kocha swoje życie.
I tego ci życzę!
 
 "W dżungli zdrowia" Beata Pawlikowska
Zmieniałam się podczas podróży. Obserwowałam jak działa moje ciało i umysł w różnych krajach, gdzie inaczej żyje się na co dzień, używa się innych składników i przypraw do gotowania jedzenia. W niektórych częściach świata ludzie byli szczupli, zwinni i bardzo uważni. W innych – otyli, powolni i zatrzaśnięci w schematach.
To było fascynujące.
Eksperymentowałam na własnym organizmie i odkrywałam coraz to bardziej zdumiewające rzeczy.
Od czego zależy zdrowie, siła ducha i bystrość umysłu?
Zapraszam w podróż przez dżunglę zdrowia.

Opisy pochodzą ze strony wydawnictwa. Na pewno recenzje wszystkich trzech książek pojawią się na blogu na przełomie maja i czerwca. Po więcej informacji zapraszam więc pod koniec wiosny.


Wydawnictwo Zysk przyzwyczaiło mnie już, że praktycznie cały czas ma jakieś nowe zapowiedzi. Jedne tytuły przechodzą do działu "Nowości", a na ich miejsce od razu pojawiają się następne. Przedstawiam kilka, które najbardziej mnie zainteresowały.

Święty i błazen – niepowtarzalna w swej szczerości opowieść dominikańskiego wizjonera. Jan Góra, który co roku przyciąga na pola Lednicy pod Rybę 100 tysięcy ludzi, dla jednych jest charyzmatykiem, dla innych błaznem i hochsztaplerem pożerającym swoich współpracowników. Nad Lednicą, u źródeł chrzcielnych Polski, ojciec Jan wypełnia wypaloną przez PRL i współczesne media wyobraźnię młodych chrześcijańskimi symbolami. Góra to żywioł, budując swój teatr, rani i sam jest raniony. Zdążając do celu, idzie na skróty. Jego nielegalne metody działania wykańczają biskupów i przełożonych. „Zostawcie go, to co robi jest Boże!”, usprawiedliwiają go obrońcy. Czy rzeczywiście chroni go „niebiański immunitet”?
 
MIŁOŚĆ I STRACH. DZIEJE UCZUĆ KOBIET I MĘŻCZYZN
 Tom 4: Wiek XVI-XVIII. Uwolnienie i konsumpcja żądz
Nadchodziły nowe czasy dla obu płci, średniowieczny wzorzec załamywał się. Mężczyźni przestawali być dominantami w realizowaniu „miłości” jako pożądania. Wykształcone królowe, jak osławiona francuska Margot de Valois, potrafiły gardzić „prostackimi” mężczyznami w stopniu dotąd niespotykanym, pisać – jak byśmy powiedzieli dziś – feministyczne teksty i otwarcie realizować swe seksualne potrzeby. Złość kobiet, wynikająca z nierówności praw, od XVI wieku dość łatwo zaczęła wydobywać się na powierzchnię życia publicznego. W czwartym tomie Miłości i strachu przeczytamy m.in. o romansach i miłosnej manipulacji wśród polskich i europejskich elit, maskach dworskich i etykiecie, uczuciach „zreformowanych” i skrytych w klasztorach, żądzach po szlachecku i rozkoszach chłosty.

"Co znaczy konserwatyzm" Roger Scruton
Książka Co znaczy konserwatyzm uznawana jest za ważną pozycję w dziejach myśli politycznej oraz najoryginalniejsze i najbardziej prowokacyjne współczesne przedstawienie stanowiska konserwatywnego. Roger Scruton polemizuje w niej nie tylko z przeciwnikami tego stanowiska, ale także z tymi, którzy się za konserwatystów uważają. Dowodzi, że konserwatyzm ma niewiele wspólnego z liberalizmem i łączą go tylko odległe parantele z gospodarką rynkową, monetaryzmem, wolną przedsiębiorczością i kapitalizmem. Jego podstawowe pojęcia to lojalność, patriotyzm, wspólnota i tradycja. Nie oznacza ani wrogości wobec państwa, ani chęci ograniczenia zakresu jego obowiązków wobec obywatela. W konserwatywnym ujęciu społeczeństwa, prawa i obywatelstwa jednostka nie jest przesłanką, lecz punktem dojścia polityki. Jednocześnie konserwatyzm stanowczo sprzeciwia się etosowi sprawiedliwości społecznej, równości pozycji, szans, dochodów i osiągnięć oraz próbom poddania najważniejszych instytucji społecznych — takich jak szkoły i uniwersytety — kontroli rządowej.

Opisy pochodzą ze strony wydawnictwa.


Wydawnictwo Esprit nie opublikowało jeszcze niestety wszystkich okładek książek znajdujących się w dziale "Zapowiedzi". Mimo to chciałbym zwrócić uwagę na jedną pozycję - "Niezniszczalni". Poluję na nią od dłuższego czasu w bibliotekach. Niestety w żadnej, z której korzystam nie ma tego tytułu. Ucieszyłem się więc, gdy zobaczyłem, że krakowskie wydawnictwo planuje wznowienie.

"Niezniszczalni" Joan Carrol Cruz
Opis ponad 100 przypadków ciał świętych, które nie tylko nie poddają się normalnym procesom biologicznym, ale też posiadają inne niezwykłe właściwości. Ze wstępu: „Na­leży podkreślić, że święci objęci niniej­szą pracą, to absolutnie nie wszyscy świę­ci, których ciała zachowane zostały od rozkładu. (...) Jestem jednak raczej pewna, że znakomita większość - a niewątpliwie naj­sławniejsze - tych uprzywilejowanych dusz znalazła swoje miejsce w tym tomie”. Należy jednak dodać, że autorka opisuje tu wyłącznie takie przypadki, które uznać można za cudowne, czyli inaczej mówiąc, te, w których normalną koleją rzeczy na­stą­pić musiałby rozkład ciała. Ponadto za­zwy­czaj towarzyszą im inne niezwykłe zja­wiska: niezwykły aromat, krwawiące przez wiele lat po śmierci rany, uzdrowienia i in.

Opis pochodzi z tej strony.


Oczywiście strony przeglądanych przeze mnie wydawnictw zawierają dużo więcej ciekawych zapowiedzi. Z oczywistych względów nie mogłem wspomnieć o wszystkich. Wydaje mi się jednak, że udało mi się przedstawić te najciekawsze. Starałem się, aby były to książki różnych gatunków. Jest więc książka podróżnicza, religijna, historyczna, poradnik.

Czy któraś z książek zainteresowała Was? Uważacie, że wpisy z zapowiedziami są potrzebne? Zastanawiam się nad sensem publikowania tego typu postów. Będę wdzięczny za naprawdę szczere opinie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...