poniedziałek, 31 marca 2014

"Dom" Zofia Starowieyska-Morstinowa


"Dom" to autobiograficzna powieść Zofii Starowieyskiej-Morstinowej. Losy rodziny ukazała na tle wydarzeń końca XIX wieku i dwudziestolecia międzywojennego. Pojawiają się także odniesienia do II wojny światowej. Akcja rozgrywa się Baszówce (miejscowość oparta na rzeczywiście istniejącej Bratkówce) w podkarpackiem. 300 stron i na każdej słowo "Dom" pisane wielką literą. Szacunek autorki do swojego pierwszego miejsca zamieszkania musi być więc ogromny. Dla Zofii Starowiejskiej-Morstinowej Dom to coś więcej niż budynek. Dom to dla niej cały świat, który historia XX wieku bezpowrotnie zabrała jej.

Każdy mól książkowy będzie usatysfakcjonowany w czasie lektury, ponieważ może się utożsamiać aż z dwoma bohaterami. Helenka Zabielska (pod tym pseudonimem ukrywa się sama autorka) to dziewczynka, która ma jedną ogromną pasję - czytanie. Namiętnie pochłania kolejne lektury, zwłaszcza romanse (rzecz jasna tylko te zaakceptowane przez czujną matkę - aby nie doszło do zgorszenia). W czasie, gdy nie może czytać (czyli wtedy, gdy niesforni bracia chowają jej książki) układa klocki Richtera. Zainteresowania odziedziczyła po ojcu Władysławie, który całe dnie spędza w bibliotece. Nie jest człowiekiem zbyt praktycznym. Zdecydowanie nad przyziemne kwestie przedkłada teoretyzowanie i studiowanie kolejnych dziedzin. Może się temu poświęcić tylko z jednego powodu - żony Emilii czuwającej nad wszystkim, którą szanował i zwykle słuchał. Niestety raz postawił na swoim...i musiał rozstać się z tym światem. (...) nie udało się obronić pana Władysława przed owym zaziębieniem ostatnim a fatalnym, którego nabawił się oczywiście w zimnym kościele, do którego, wbrew prośbom i błaganiom żony, pojechał na rekolekcje. Wtedy to - jeden chyba z nielicznych razy - przeprowadził pan Władysław swą wolę i przypłacił to życiem. Sprzeciwianie się kobietom może przynieść więc katastrofalne skutki...

Mimo wielu zabawnych (z dzisiejszej perspektywy) sytuacji książka w trakcie lektury nastrajała mnie raczej melancholijnie. Żal mi było czasów, które już nigdy nie wrócą, a nie bez emocji poznawałem kolejne losy bohaterów. Świat się dla mnie zatrzymał, gdy się dowiedziałem, że Baszówka kilka lat po I wojnie światowej opustoszała, Jagusia zmarła w opuszczeniu bez cienia zainteresowania i sympatii ze strony nowych właścicieli dworu, a babcia Lizka przeniosła się do klasztoru (trudno to uznać za smutne wydarzenie, ale reakcja domowników była naprawdę przejmująca).

Już pierwszy akapit zauroczył mnie.
"Dom" jest także polemiką z indoktrynacją komunistyczną (autorka zmarła w 1966 roku, czyli w czasie, gdy ziemiaństwo było jeszcze przedstawiane w krzywym zwierciadle). Zgodnie z oficjalną wykładnią PRL ziemianie to najbardziej zepsuta grupa społeczna, bezwzględnie wykorzystująca niższe warstwy. Ostatnio książki dotyczące życia codziennego w dworach dziewiętnastowiecznych i doby dwudziestolecia międzywojennego przeżywają swój renesans. Prawda na temat potomków szlachty polskiej powoli przedostaje się do szerszej świadomości. W tę linię wpisuje się "Dom". Zofia Starowieyska-Morstinowa wiele miejsca poświęciła służbie (w tym dwa całe rozdziały wyłącznie opiekunkom licznych dzieci), której część była traktowana niemal jak domownicy. Ojciec autorki nie pozwalał nawet na rozmowy przy stole w języku francuskim (a był to popularny sposób na doskonalenie umiejętności językowych młodego pokolenia) właśnie ze względu na służących, którzy nie znali tego języka i mogli pomyśleć, że rodzina obmawia ich. Także pani Emilia okazywała wiele serca mieszkańcom wsi. Toteż wiele bojów stoczyła o poprawę warunków mieszkaniowych ludzi pracujących "na folwarkach", walczyła o opiekę lekarską nad nimi, także o jakieś minimum praw "ludzkich" służby, o jej prawo do "wolnego" na śluby, chrzty, pogrzeby, także o dawanie im na te okazje koni - tak działalność matki przedstawia córka Zofia.

Wbrew doniesieniom komunistycznej propagandy nie było żadnej wrogości między dworem a wsią. I tak podczas wojny, pierwszej wojny światowej, gdy poprzez Baszówkę przetoczyła się straszliwa jej fala, chłopi rozebrali między siebie dworskie bydło, licząc słusznie, że u nich prędzej się uratuje niż w oborze dworskiej. Gdy państwo Władysławowie po cofnięciu się frontu wrócili - chłopi krowy odprowadzili, potem zaś gdy pan Władysław stał bezradny wobec robót jesiennych nie mając zupełnie koni - chłopi wyjechali w pole, cały majątek zaorali i nigdy za to żadnej zapłaty przyjąć nie chcieli. "Po somsiedzku" - powtarzali odtrącając z urazą propozycję wynagrodzenia. Fragment ten nie wymaga żadnego komentarza.

Żal ogarnia czytelnika, gdy poznaje kolejne zasady moralne rządzące Baszówką (jak i całą warstwą ziemiańską w tamtych czasach). Patrząc na to, co się dzieje dzisiaj marzę o teleporcie do XIX wieku lub dwudziestolecia międzywojennego. Owszem, życie spętane było konwenansem, który czasem mógł zniszczyć marzenia niejednej osoby, ale komu nie nie zakręci się łezka w oku w połączeniu z niedowierzaniem i uśmiechem, gdy czyta ten akapit: Oto bowiem, podczas gdy dzieci szły - jak zawsze na spacerze - znudzone i niechętne, okutane w harasowe chustki, ciepłe majtki, kamasze i berlacze - z tyłu usłyszały śpiew. Zatrzymały się, by zobaczyć, kto śpiewa, i zobaczyły człowieka, który zataczając się od rowu do rowu zbliżał się ku nim - śpiewając na całe gardło. Pani Gracka od razu  wyczuła niebezpieczeństwo. Trochę straciła głowę, każąc dzieciom to iść szybko naprzód, to zawracać. A tymczasem wesoły śpiewak zbliżał się wyciągając coraz głośniej swoją pieśń, której teraz każde słowo było doskonale słyszalne i zrozumiałe. I oto jasno, dobitnie, na cały głos wykrzyczana wpadła w dziecinne uszy zwrotka, która wryła się w ich pamięci po wszystkie czasy: "Każdy się ze mnie wyśmieje, że mi wiater w dupę wieje..." Pani Gracka jęknęła. Stało się. Dzieci usłyszały brzydkie słowo. Zostały zepsute i moralnie zdeprawowane. Poza niesłychaną wrażliwością pani Gracka odznaczała się wyjątkową uczciwością. Oddam głos autorce: (...) dla pani Grackiej mienie baszowskiego domu nie było cudze. Uważała je za cudze tylko wtedy, gdy miała z niego korzystać,
Główny bohater książki Zofii Starowieyskiej-Morstinowej
za własne - gdy trzeba je było bronić, ochraniać, osłaniać. W czasie I wojny światowej rodzina Zabielskich przeniosła się do Wiednia. Dom pozostał po opieką pani Grackiej, która część mebli i innych sprzętów zamurowała w jednym pokoju, część schowała u siebie, resztę zabezpieczyła. Gdy właściciele wrócili nie szczyciła się jednak swoją sumiennością. Wpadła w rozpacz, ponieważ brakowało...dwóch poduszek. Zabrali dwie gościnne poduszki, te najlepsze! - I znowu rozpłynęła się w łzach. Gdzie dziś znaleźć takich ludzi?

"Dom" jest dla mnie kopalnią aforyzmów. Autorka wnika dość głęboko w psychologię domowników i kręgu osób związanych z nimi. Wiemy dobrze, że z tego samego materiału jeden człowiek potrafi zbudować sobie życie dobre, nawet szczęśliwe, podczas gdy dla innego te same konkrety są źródłem nieustających udręk i smutków -  trafniej chyba nie da się przekazać prawdy o tym, jak sposób myślenia o sobie i otaczającej nas rzeczywistości może wpływać na nasze samopoczucie. Człowiek bowiem uważa zawsze, że powodzenie jest rzeczą prostą, samo przez się zrozumiałą i jemu należną. Natomiast dużo zawsze mówi się o każdym niepowodzeniu, które wywołuje u człowieka poczucie krzywdy - może to jest źródłem wiecznego narzekania, z które ponoć słyniemy?

Grób Starowieyskich.
Nie sposób nie napisać przynajmniej kilku słów o stylu autorki i języku, którym się posługuje. Zofia Starowieyska-Morstinowa w mistrzowski sposób łączyła wyszukane słownictwo z lekkością narracji. Wspominałem o melancholii, które w wielu momentach lektury ogarniała mnie, ale gdybym na tym poprzestał to ukazałbym tylko jedno oblicze "Domu". W książce jest bowiem mnóstwo anegdotek i zabawnych historyjek. Nawet sprawy poważne tak są przedstawiane przez autorkę, że przez łzy pojawia się uśmiech. Pierwszorzędny warsztat Helenki dopełnia przepiękna oprawa techniczna tekstu. Nostalgiczna okładka, trzy wkładki z czarno-białymi delikatnie rozmytymi reprodukcjami zdjęć i kartonowy "karbowany" grzbiet ( pierwszy raz spotyka się z takim rozwiązaniem) dodają publikacji uroku.

"Dom" to także książka historyczna przekazująca rzetelną wiedzę na temat obyczajów, tradycji i życia codziennego ziemiaństwa. Autorka podejmuje m.in. temat wychowania dzieci (nie wiem, które dziecko w XXI wieku nie zbuntowałoby się na tamte metody i stałoby spokojnie, gdy codziennie polewano by je zimną wodą od razu po przebudzeniu, aby ćwiczyć jego charakter...), jadłospisu, źródeł zarobku, zwyczajów związanych z uroczystościami rodzinnymi i kościelnymi oraz ubioru.

Do tekstu powieści dołączono wspomnienia ks. Marka Starowieyskiego - bratanka Zofii. Na podstawie wspomnień z dzieciństwa buduje portret cioci - pisarki. Odnosi się także co nieco do dworu w Baszówce. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa cytaty. Pierwszy dobitnie ukazuje komunizm w całej swej okazałości: (...) ani najazd szwedzki, ani barbarzyństwo Niemiec hitlerowskich nie zniweczyło w takim stopniu polskiej kultury, jak właśnie reforma rolna. Dokonano zniszczenia kilkunastu tysięcy dworów z ich zawartością i parkami. Drugi fragment także mnie przygnębił: A jednak czytając to dziś, mam niemalże pewność, że poddany został ingerencjom, i to znacznym.
Dziś w dworze znajduje się szkoła. [źródło]
strach pomyśleć, co jeszcze Zofia Starowieyska-Morstinowa mogła napisać, a co zostało wycięte przez brutalne ręce cenzora.

W czasie lektury ciągle mieszały się we mnie dwa uczucia - melancholia oraz radość. Melancholia, ponieważ czasy, gdy rytm dnia wyznaczały wschody i zachody Słońca minęły bezpowrotnie. Nie sposób jednocześnie tłumić szczerej radości. Świat wykreowany przez Starowieyską jest tak barwy i pełen tylu anegdot, że trudno czytać "Dom" nie śmiejąc się co kilka stron. Lektura poza solidną dawką wiedzy na temat życia codziennego ziemiaństwa w niemal magiczny sposób przenosi w świat podkarpackiej wsi. Niełatwo oderwać się od wspomnień Helenki, a zaraz po przeczytaniu ostatniej strony czytelnika ogarnia żal, że musi rozstać się z losami Baszówki i jej mieszkańców. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

15 komentarzy:

  1. Dzięki recenzji przypomniałam sobie całą gamę wzruszeń, jakie ogarnęły mnie podczas czytania "Domu". To słowo archetyp, dlatego tak bliskie. Dom w nas jest, nawet jeśli w rzeczywistości już nie istnieje. Po tej lekturze doceniłam Starowieyską - Morstinową, której nazwisko pojawiało się tu i ówdzie, a niewiele mi mówiło. Książka dla wszystkich kochających ziemiańskie dwory i to, co z nich promieniowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli lubisz takie książki to polecam książkę "Dwór - polska tożsamość" Macieja Rydla. Tutaj przeczytasz moją opinię: http://librimagistri.blogspot.com/2013/12/dwor-polska-tozsamosc-maciej-rydel.html :)

      Usuń
    2. Jako ciekawostkę mogę dodać, że autorem jest wnuk znanego wszystkim z "Wesela" Lucjana Rydla :)

      Usuń
  2. Dobrą książka biograficzną nigdy nie pogardzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwaga - wciąga ;) W weekend miałem zupełnie inne plany niż lektura "Domu", ale na moje nieszczęście w piątek wieczorem przed snem przeczytałem kilkanaście stron. W sobotę i niedzielę nie mogłem się już od niej oderwać :)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę szkoda. "Dom" to jedna z najlepszych książek o tematyce ziemiańskiej. Może zgłoś jej brak? W mojej bibliotece bibliotekarka zapisuje sobie książkę, o którąś ktoś pyta. Jeśli pojawi się przy tytule więcej osób to zamawia ją.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Trzeba więc mieć nadzieję, że jak będą robić zakupy to nie zapomną o "Domu" :)

      Usuń
  4. Lubię takie powieści - wrzucam na swoja listę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze, że piszesz o takich książkach. Jeśli tylko wpadnie mi w ręce, na pewno ją przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Interesująco bardzo i wyczerpująco zaprezentowałeś książkę. Jestem pełna podziwu.
    Chętnie bym przeczytała. Może kiedyś wpadnie mi w ręce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Im ciekawsza książka, tym zazwyczaj dłuższa recenzja. Nie potrafię pisać krótko o najlepszych pozycjach :)

      Usuń
  7. Piękny wpis, doskonale zachęca do przeczytania tej wartościowej książki. Fragment o domu (zdjęcie pierwszego akapitu) jakże prawdziwy, ile tu trafnych spostrzeżeń.
    Zapisałam, mam w pamięci, bo bardzo chcę przeczytać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...