poniedziałek, 31 marca 2014

"Dom" Zofia Starowieyska-Morstinowa


"Dom" to autobiograficzna powieść Zofii Starowieyskiej-Morstinowej. Losy rodziny ukazała na tle wydarzeń końca XIX wieku i dwudziestolecia międzywojennego. Pojawiają się także odniesienia do II wojny światowej. Akcja rozgrywa się Baszówce (miejscowość oparta na rzeczywiście istniejącej Bratkówce) w podkarpackiem. 300 stron i na każdej słowo "Dom" pisane wielką literą. Szacunek autorki do swojego pierwszego miejsca zamieszkania musi być więc ogromny. Dla Zofii Starowiejskiej-Morstinowej Dom to coś więcej niż budynek. Dom to dla niej cały świat, który historia XX wieku bezpowrotnie zabrała jej.

Każdy mól książkowy będzie usatysfakcjonowany w czasie lektury, ponieważ może się utożsamiać aż z dwoma bohaterami. Helenka Zabielska (pod tym pseudonimem ukrywa się sama autorka) to dziewczynka, która ma jedną ogromną pasję - czytanie. Namiętnie pochłania kolejne lektury, zwłaszcza romanse (rzecz jasna tylko te zaakceptowane przez czujną matkę - aby nie doszło do zgorszenia). W czasie, gdy nie może czytać (czyli wtedy, gdy niesforni bracia chowają jej książki) układa klocki Richtera. Zainteresowania odziedziczyła po ojcu Władysławie, który całe dnie spędza w bibliotece. Nie jest człowiekiem zbyt praktycznym. Zdecydowanie nad przyziemne kwestie przedkłada teoretyzowanie i studiowanie kolejnych dziedzin. Może się temu poświęcić tylko z jednego powodu - żony Emilii czuwającej nad wszystkim, którą szanował i zwykle słuchał. Niestety raz postawił na swoim...i musiał rozstać się z tym światem. (...) nie udało się obronić pana Władysława przed owym zaziębieniem ostatnim a fatalnym, którego nabawił się oczywiście w zimnym kościele, do którego, wbrew prośbom i błaganiom żony, pojechał na rekolekcje. Wtedy to - jeden chyba z nielicznych razy - przeprowadził pan Władysław swą wolę i przypłacił to życiem. Sprzeciwianie się kobietom może przynieść więc katastrofalne skutki...

Mimo wielu zabawnych (z dzisiejszej perspektywy) sytuacji książka w trakcie lektury nastrajała mnie raczej melancholijnie. Żal mi było czasów, które już nigdy nie wrócą, a nie bez emocji poznawałem kolejne losy bohaterów. Świat się dla mnie zatrzymał, gdy się dowiedziałem, że Baszówka kilka lat po I wojnie światowej opustoszała, Jagusia zmarła w opuszczeniu bez cienia zainteresowania i sympatii ze strony nowych właścicieli dworu, a babcia Lizka przeniosła się do klasztoru (trudno to uznać za smutne wydarzenie, ale reakcja domowników była naprawdę przejmująca).

Już pierwszy akapit zauroczył mnie.
"Dom" jest także polemiką z indoktrynacją komunistyczną (autorka zmarła w 1966 roku, czyli w czasie, gdy ziemiaństwo było jeszcze przedstawiane w krzywym zwierciadle). Zgodnie z oficjalną wykładnią PRL ziemianie to najbardziej zepsuta grupa społeczna, bezwzględnie wykorzystująca niższe warstwy. Ostatnio książki dotyczące życia codziennego w dworach dziewiętnastowiecznych i doby dwudziestolecia międzywojennego przeżywają swój renesans. Prawda na temat potomków szlachty polskiej powoli przedostaje się do szerszej świadomości. W tę linię wpisuje się "Dom". Zofia Starowieyska-Morstinowa wiele miejsca poświęciła służbie (w tym dwa całe rozdziały wyłącznie opiekunkom licznych dzieci), której część była traktowana niemal jak domownicy. Ojciec autorki nie pozwalał nawet na rozmowy przy stole w języku francuskim (a był to popularny sposób na doskonalenie umiejętności językowych młodego pokolenia) właśnie ze względu na służących, którzy nie znali tego języka i mogli pomyśleć, że rodzina obmawia ich. Także pani Emilia okazywała wiele serca mieszkańcom wsi. Toteż wiele bojów stoczyła o poprawę warunków mieszkaniowych ludzi pracujących "na folwarkach", walczyła o opiekę lekarską nad nimi, także o jakieś minimum praw "ludzkich" służby, o jej prawo do "wolnego" na śluby, chrzty, pogrzeby, także o dawanie im na te okazje koni - tak działalność matki przedstawia córka Zofia.

Wbrew doniesieniom komunistycznej propagandy nie było żadnej wrogości między dworem a wsią. I tak podczas wojny, pierwszej wojny światowej, gdy poprzez Baszówkę przetoczyła się straszliwa jej fala, chłopi rozebrali między siebie dworskie bydło, licząc słusznie, że u nich prędzej się uratuje niż w oborze dworskiej. Gdy państwo Władysławowie po cofnięciu się frontu wrócili - chłopi krowy odprowadzili, potem zaś gdy pan Władysław stał bezradny wobec robót jesiennych nie mając zupełnie koni - chłopi wyjechali w pole, cały majątek zaorali i nigdy za to żadnej zapłaty przyjąć nie chcieli. "Po somsiedzku" - powtarzali odtrącając z urazą propozycję wynagrodzenia. Fragment ten nie wymaga żadnego komentarza.

Żal ogarnia czytelnika, gdy poznaje kolejne zasady moralne rządzące Baszówką (jak i całą warstwą ziemiańską w tamtych czasach). Patrząc na to, co się dzieje dzisiaj marzę o teleporcie do XIX wieku lub dwudziestolecia międzywojennego. Owszem, życie spętane było konwenansem, który czasem mógł zniszczyć marzenia niejednej osoby, ale komu nie nie zakręci się łezka w oku w połączeniu z niedowierzaniem i uśmiechem, gdy czyta ten akapit: Oto bowiem, podczas gdy dzieci szły - jak zawsze na spacerze - znudzone i niechętne, okutane w harasowe chustki, ciepłe majtki, kamasze i berlacze - z tyłu usłyszały śpiew. Zatrzymały się, by zobaczyć, kto śpiewa, i zobaczyły człowieka, który zataczając się od rowu do rowu zbliżał się ku nim - śpiewając na całe gardło. Pani Gracka od razu  wyczuła niebezpieczeństwo. Trochę straciła głowę, każąc dzieciom to iść szybko naprzód, to zawracać. A tymczasem wesoły śpiewak zbliżał się wyciągając coraz głośniej swoją pieśń, której teraz każde słowo było doskonale słyszalne i zrozumiałe. I oto jasno, dobitnie, na cały głos wykrzyczana wpadła w dziecinne uszy zwrotka, która wryła się w ich pamięci po wszystkie czasy: "Każdy się ze mnie wyśmieje, że mi wiater w dupę wieje..." Pani Gracka jęknęła. Stało się. Dzieci usłyszały brzydkie słowo. Zostały zepsute i moralnie zdeprawowane. Poza niesłychaną wrażliwością pani Gracka odznaczała się wyjątkową uczciwością. Oddam głos autorce: (...) dla pani Grackiej mienie baszowskiego domu nie było cudze. Uważała je za cudze tylko wtedy, gdy miała z niego korzystać,
Główny bohater książki Zofii Starowieyskiej-Morstinowej
za własne - gdy trzeba je było bronić, ochraniać, osłaniać. W czasie I wojny światowej rodzina Zabielskich przeniosła się do Wiednia. Dom pozostał po opieką pani Grackiej, która część mebli i innych sprzętów zamurowała w jednym pokoju, część schowała u siebie, resztę zabezpieczyła. Gdy właściciele wrócili nie szczyciła się jednak swoją sumiennością. Wpadła w rozpacz, ponieważ brakowało...dwóch poduszek. Zabrali dwie gościnne poduszki, te najlepsze! - I znowu rozpłynęła się w łzach. Gdzie dziś znaleźć takich ludzi?

"Dom" jest dla mnie kopalnią aforyzmów. Autorka wnika dość głęboko w psychologię domowników i kręgu osób związanych z nimi. Wiemy dobrze, że z tego samego materiału jeden człowiek potrafi zbudować sobie życie dobre, nawet szczęśliwe, podczas gdy dla innego te same konkrety są źródłem nieustających udręk i smutków -  trafniej chyba nie da się przekazać prawdy o tym, jak sposób myślenia o sobie i otaczającej nas rzeczywistości może wpływać na nasze samopoczucie. Człowiek bowiem uważa zawsze, że powodzenie jest rzeczą prostą, samo przez się zrozumiałą i jemu należną. Natomiast dużo zawsze mówi się o każdym niepowodzeniu, które wywołuje u człowieka poczucie krzywdy - może to jest źródłem wiecznego narzekania, z które ponoć słyniemy?

Grób Starowieyskich.
Nie sposób nie napisać przynajmniej kilku słów o stylu autorki i języku, którym się posługuje. Zofia Starowieyska-Morstinowa w mistrzowski sposób łączyła wyszukane słownictwo z lekkością narracji. Wspominałem o melancholii, które w wielu momentach lektury ogarniała mnie, ale gdybym na tym poprzestał to ukazałbym tylko jedno oblicze "Domu". W książce jest bowiem mnóstwo anegdotek i zabawnych historyjek. Nawet sprawy poważne tak są przedstawiane przez autorkę, że przez łzy pojawia się uśmiech. Pierwszorzędny warsztat Helenki dopełnia przepiękna oprawa techniczna tekstu. Nostalgiczna okładka, trzy wkładki z czarno-białymi delikatnie rozmytymi reprodukcjami zdjęć i kartonowy "karbowany" grzbiet ( pierwszy raz spotyka się z takim rozwiązaniem) dodają publikacji uroku.

"Dom" to także książka historyczna przekazująca rzetelną wiedzę na temat obyczajów, tradycji i życia codziennego ziemiaństwa. Autorka podejmuje m.in. temat wychowania dzieci (nie wiem, które dziecko w XXI wieku nie zbuntowałoby się na tamte metody i stałoby spokojnie, gdy codziennie polewano by je zimną wodą od razu po przebudzeniu, aby ćwiczyć jego charakter...), jadłospisu, źródeł zarobku, zwyczajów związanych z uroczystościami rodzinnymi i kościelnymi oraz ubioru.

Do tekstu powieści dołączono wspomnienia ks. Marka Starowieyskiego - bratanka Zofii. Na podstawie wspomnień z dzieciństwa buduje portret cioci - pisarki. Odnosi się także co nieco do dworu w Baszówce. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa cytaty. Pierwszy dobitnie ukazuje komunizm w całej swej okazałości: (...) ani najazd szwedzki, ani barbarzyństwo Niemiec hitlerowskich nie zniweczyło w takim stopniu polskiej kultury, jak właśnie reforma rolna. Dokonano zniszczenia kilkunastu tysięcy dworów z ich zawartością i parkami. Drugi fragment także mnie przygnębił: A jednak czytając to dziś, mam niemalże pewność, że poddany został ingerencjom, i to znacznym.
Dziś w dworze znajduje się szkoła. [źródło]
strach pomyśleć, co jeszcze Zofia Starowieyska-Morstinowa mogła napisać, a co zostało wycięte przez brutalne ręce cenzora.

W czasie lektury ciągle mieszały się we mnie dwa uczucia - melancholia oraz radość. Melancholia, ponieważ czasy, gdy rytm dnia wyznaczały wschody i zachody Słońca minęły bezpowrotnie. Nie sposób jednocześnie tłumić szczerej radości. Świat wykreowany przez Starowieyską jest tak barwy i pełen tylu anegdot, że trudno czytać "Dom" nie śmiejąc się co kilka stron. Lektura poza solidną dawką wiedzy na temat życia codziennego ziemiaństwa w niemal magiczny sposób przenosi w świat podkarpackiej wsi. Niełatwo oderwać się od wspomnień Helenki, a zaraz po przeczytaniu ostatniej strony czytelnika ogarnia żal, że musi rozstać się z losami Baszówki i jej mieszkańców. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

niedziela, 30 marca 2014

"Odprawianie Wielkiego Postu" o. Aleksander Mień


Tegoroczny Wielki Post zaskoczył mnie wieloma niezapomnianymi lekturami. Przeczytałem m.in. wstrząsającą "Pasję" Anny Katarzyny Emmerich i świetną analizę teologiczną unikatowego na skalę światową nabożeństwa - gorzkich żali ("Gorzkie żale. Między rozumem a uczuciem"). Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że "Odprawianie Wielkiego Postu" dołączy do grona moich perełek wielkopostnych. Liczyłem raczej na dość typowy zbiór rozważań. Tymczasem...

 Sąd Ostateczny Pieter Paul Rubens
...okazało się, że autorem książki nie jest duchowny katolicki. Zamawiając "Odprawianie Wielkiego Postu" nie miałem świadomości, że o. Aleksander Mień to prawosławny teolog. Nazwisko nie brzmi zbyt obco. Dobrze się stało, że wcześniej o tym nie wiedziałem. Wątpię, że w innym przypadku skusiłbym się na przeczytanie tej pozycji. Na pewno wtedy wiele straciłbym. Poznanie tego wyjątkowego okresu liturgicznego dla całego Kościoła z perspektywy prawosławia było niezwykłą przygodą literacką. Tym bardziej, że prawosławie doktrynalnie znajduje się najbliżej Kościoła Katolickiego.

Na szczęście "Odprawianie Wielkiego Postu" opatrzono wstępem Marka Kity, w którym nie tylko napisał on kilka słów na temat o. Aleksandra Mienia, ale i scharakteryzował cerkiew prawosławną w okresie komunistycznym. Dzięki temu łatwiej było mi zrozumień część napisaną przez duchownego, który swoje rozważania zaczyna od ogólnych przepisów. Co ciekawe, wszystkie mogą z powodzeniem zostać wcielone w życie przez katolików. Żaden z punktów nie odnosi się tylko do wyznawców prawosławia. O. Aleksander Mień zaleca m.in. codzienną medytację, przeczytanie w okresie Wielkiego Postu Dobrej Nowiny według wszystkich czterech Ewangelistów i sporządzenie listy szczególnie umiłowanych świętych, aby móc zwracać się do nich codziennie przez wszystkie dni aż do Wigilii Paschalnej.

Podobnego uniwersalizmu nie dopatrzyłem się niestety w zbiorze porad na kolejne tygodnie Wielkiego Postu. Właściwie są skierowane jedynie do wiernych cerkwi prawosławnej. Mimo to nie warto pomijać tego rozdziału. Może nie rozwiniemy się religijnie poprzez lekturę tej części, ale za to poszerzymy swoją wiedzę na temat duchowości prawosławnych, ich tradycji i zwyczajów.

Sąd Ostateczny Stefan Lochner
"Każdy post powinniśmy przejmować tak, jakby to on był ostatnim postem w naszym życiu" - to moje ulubione zdanie z książki o. Aleksandra Mienia, które można uznać za sedno Wielkiego Postu. W podobnym tonie wypowiadał się także Tomasz Terlikowski (przy okazji polecam jego felieton z 5 marca). Przecież powinniśmy żyć tak, jakby dzisiaj było ostatnim naszym dniem. Szkoda, że większość katolików (łącznie ze mną) nie zawsze pamięta o tym...

W kolejnych rozdziałach możemy zapoznać się z ogólnymi wskazówkami dotyczącymi spowiedzi świętej oraz wreszcie przechodzimy do sedna książki - rozważań o. Aleksandra Mienia związanych z okresem Wielkiego Postu. Nie są szczególnie porywające pod względem językowym, ale zwracają uwagę na wiele aspektów tego szczególnego czasu w roku liturgicznym, do których nie przywiązujemy należytej wagi.

"Odprawianie Wielkiego Postu" może być wspaniałą podróżą w głąb duchowości prawosławnej, z której pamiątki nie z tego świata mogą przywieźć nie tylko wierni cerkwi prawosławnej, ale i katolicy oraz osoby nieidentyfikujące się z żadnym wyznaniem chrześcijańskim. Pisząc "pamiątki" mam na myśli zwrócenie się ku drugiemu człowiekowi (do tego w zasadzie sprowadza się duża część rozważań o. Aleksandra Mienia), zdystansowanie się wobec ziemskich problemów i zapoczątkowanie przemiany swojego życia.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

sobota, 29 marca 2014

"Cudowne modlitwy. Proście, a będzie wam dane" Valentina Ben


"Jeśli ktoś się mod­li, Pan Bóg w nim oddycha" - tak o modlitwie pisał ks. Jan Twardowski. Trudno się z nim nie zgodzić. Problem może się jednak pojawić, gdy próbujemy się modlić, ale brakuje nam słów. Wtedy z pomocą przychodzi skarbiec z modlitwami Kościoła, które przez wieki kolejne pokolenia chrześcijan powtarzały z ufnością i nadzieją, że ich błagania zostaną wysłuchane.

Matka Boska Kodeńska
Książka jest w zasadzie modlitewnikiem. Nie znajdziemy w niej nic więcej. Modlitwy zebrano w dziewięciu rozdziałach m.in. "Modlitwy dla podróżujących", "Modlitwy przeciw demonom" i "Modlitwy dla rodziny". Właściwie tylko jedna modlitwa była mi wcześniej znana (De profundis). Cała reszta to modlitwy mniej znane, niezwykle rzadko pojawiające się w książeczkach do nabożeństwa, co jest chyba największą z zalet "Cudownych modlitw".

Szkoda, że wydawnictwo nie postarało się o zezwolenie kościelne. Rozumiem, że trudno byłoby zabiegać o nie w przypadku wszystkich publikacji religijnych wydawanych przez Esprit (a tych rocznie ukazuje się kilkadziesiąt). Nihil obstat świadczy jednak o wierności doktrynie. O ile w książkach religijnych jego brak nie przeszkadza mi, to w modlitewnikach wydaje się bardzo potrzebny.

Jedyne co zmieniłbym w tej pozycji to format. Mniejsze rozmiary pozwalałyby zabierać wszędzie ze sobą "Cudowne modlitwy" i korzystać z nich w każdej chwili. Treść z nawiązką rekompensuje jednak ten mankament. Zachęcam wszystkich wierzących (nie tylko katolików) do korzystania z książki. Największym grzechem przeciw Bogu jest podobno nieufność w jego miłosierdzie i łaskawość. Jeśli tylko zmobilizujemy się i zaczniemy się regularnie modlić możemy zostać obsypani deszczem błogosławieństw.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 21 marca 2014

W habicie w The Voice of Italy!

Zakonnica, która podbija internet. Po południu obejrzałem po raz pierwszy poniższy filmik. Wtedy miał ok. 3,5 mln wyświetleń. Teraz liczba ta wynosi prawie 5 mln! Dwudziestopięcioletnia urszulanka zaśpiewała "No one". Wystarczyło kilka minut, żeby pokazać, że zakonnicy nie muszą rezygnować ze swoich pasji, ale mogą je nadal rozwijać (rzecz jasna nie dotyczy to wszystkich zgromadzeń zakonnych, trudno byłoby się zdobyć na podobny krok choćby w zakonie kartuzów, o którym pisałem w lutym). Poza tym mam wrażenie, że wizerunek Kościoła został znacząco ocieplony.

Na niektórych stronach katolickich pojawiły się komentarze, że występ siostry Cristiny to duża przesada. Jaka przesada?! Nie rozumiem zarzutu. Słuchałem już jej występu kilkanaście razy i za każdym razem pojawia się na mojej twarzy ogromny uśmiech. Można zazdrościć siostrze optymizmu :) Siostry towarzyszące Cristinie też nie grzeszą pesymizmem :)

Miny jurorów bezcenne (mimo że wyreżyserowane). Tylko skąd oni takich cudaków wzięli? Jeden nogi na stole, drugi cały wytatuowany z kozią bródką. Chyba tego typu programy mają na całym świecie podobne jury :)

Podoba mi się także utwór, który wybrała siostra Cristina. Z pozoru banalna piosenka o miłości. Tekst jednak nie sugeruje, do kogo jest kierowane uczucie. Pasuje i do kobiety, i do mężczyzny, i do Boga! W ustach zakonnicy brzmi jak wyznanie ku czci Jezusa. A kto śpiewa, ten modli się dwa razy! Tak twierdził św. Augustyn. Grzech się z nim nie zgodzić, gdy się słyszy siostrę Cristinę.

czwartek, 20 marca 2014

"Polska cz. 1" i "Polska cz. 2" - cudze chwalicie...

Nie przeczę, że Polska może być piękna. Przysłowie Stanisława Jachowicza ciągle jest aktualne. Autorom "Polski" National Geographic nie udało się jednak w pełni pokazać tego, co mamy najpiękniejsze. Miejsca o wątpliwej atrakcyjności turystycznej przeplatają się z banałami. W obu częściach prawdziwe perełki można zliczyć na palcach obu rąk.

Skarby Warmii.
Nie rozumiem klucza, którym posługiwali się twórcy "Polski" w doborze prezentowanych miejsc. Kraków czy Wrocław są tak oczywiste, że szkoda na nie miejsca w takiej publikacji. Zamiast nich można umieścić by miejscowości mniej znane, które są rzadziej odwiedzane przez turystów. Zamieszczanie zaś knajp jako miejsc koniecznych do odwiedzenia w danym mieście uważam za duże nieporozumienie.

W "Polsce" znalazło się kilka perełek m.in. muzeum ikon w Supraślu, które rzeczywiście robi wrażenie. W tym przypadku trochę patetyczny tytuł "Między niebem a ziemią" jak najbardziej oddaje rzeczywistość. Rozdział poświęcony miasteczku z Puszczy Knyszyńskiej sąsiaduje z niezwykłą atrakcją Mazur - Lawendowym Polem. We wsi Nowe Kawkowo spokojnie rośnie największa w Polsce plantacja lawendy. Właścicielka prowadzi także działalność agroturystyczną. Można tam np. wytarzać się w wannie wypełnionej po brzegi kwietnym suszem.

Wbrew pozorom to nie daleka Prowansja, ale Mazury.


W niektórych rozdziałach doskwiera brak zdjęć (mimo, że całej publikacji znalazło się ich dość dużo). Jeden ze współautorów opisuje niezwykłą łaźnię w jakimś pałacu. Poświęca jej cały akapit, opisując cudowności znalezione w niej. Aż prosi się, żeby pokazać ją czytelnikowi na zdjęciu. Mocną stroną jest za to żywy, barwny język.

Każde z miejsc jest jedynie zarysowane. Trudno "Polskę" uznać za przewodnik po opisywanych  miejscach. Można w niej jedynie poszukać inspiracji. Naprawdę nie miałem dużych oczekiwań zamawiając ją. Spodziewałem się, że nie będzie to porywająca lektura. Mimo to zawiodłem się.

Za egzemplarze recenzyjne dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 18 marca 2014

"W salonie i w kuchni" Elżbieta Kowecka


Rozstrzygające losy świata bitwy, znaczące traktaty pokojowe, międzynarodowe konferencje, następujące po sobie dynastie, wybitni dowódcy... - wszystko to ma oczywiście znaczenie i bez tych elementów nie można mówić o historii. Obok pałaców monarszych istnieją jednak zwykłe szlacheckie dworki. Punkty zwrotne dziejów państwa sąsiadują z nie mniej ważnymi dla zwykłych obywateli wydarzeniami - ślubami, pogrzebami, narodzinami dzieci, smutkami i radościami kolejnych dni. Zawsze życie kraju koegzystuje z codziennymi troskami tysięcy obywateli. I o nich jest ta książka. "W salonie i w kuchni" na pierwszy plan wysuwa zwykłego ziemianina zmagającego się przez cały XIX wiek z darami i przeciwnościami losu.

Przeglądałem kiedyś wydanie tej pozycji z lat siedemdziesiątych. Po zapoznaniu się z kilkoma akapitami stwierdziłem, że żadna pozycja dotycząca historii kultury materialnej nie dorówna jej pod względem językowym. Brakowało mi tylko odpowiedniego "opakowania" genialnej treści. Nowe wydanie z nawiązką zrekompensowało ten mankament. Nie dość, że kolejne rozdziały wzbogaca mnóstwo ilustracji, to jeszcze całość wydrukowano na bardzo dobrej jakości papierze. "W salonie i w kuchni" spełnia wszystkie warunki, aby stać się ozdobą domowej biblioteczki.

Elżbieta Kowecka zabiera nas w podróż, którą zaczynamy w sieni, a kończymy w kuchni. Po drodze poznajemy razem z autorką salony, sypialnie, pokoje rezydentów, bawialnie, gabinet pana domu, pokoje przeznaczone dla służby, biblioteki i sale balowe. Ogromnym atutem książki jest język, którym posługuje się autorka. Trudno w czasie lektury uwierzyć, że "W salonie i w kuchni" to książka historyczna. Czyta się ją jak najlepszą powieść o wartkiej narracji. Owszem, nie znajdziemy zaskakujących zwrotów akcji, ale spokojną gawędę urozmaicają setki ciekawostek. Cieszę się, że cytaty z pamiętników i dzienników nie dominują w kolejnych rozdziałach (a tak dzieje się niestety w wielu tego typu publikacjach i w efekcie autor ogranicza się do zdawkowych komentarzy).

Elżbietę Kowecką interesuje człowiek mieszkający w dziewiętnastowiecznym dworze lub pałacu oraz wszystkie osoby związane z nimi (guwernantki, służące, rezydenci, kamerdynerzy, kucharze itd.), a także wszystko to, co wiąże się z mieszkańcami: ubiór, wystrój wnętrz, potrawy, meble i wiele innych. Opisy kolejnych pokoi (taki układ rzeczowy przyjęła autorka) są wnikliwe, przekazują ogromną liczbę informacji, przy czym nie zanudzają czytelnika zasypując go datami. Dzieje kultury materialnej to chyba najlepszy sposób na popularyzowanie historii. Zwłaszcza jeśli jest podana w tak przystępnej i ciekawej formie, jak u Koweckiej.

Myślę, że nie tylko mi w trakcie lektury "W salonie i w kuchni" towarzyszy nostalgia, a nawet smutek. Sprzęty domowe i dekoracje goszczące w dziewiętnastowiecznych wnętrzach można odtworzyć, klimat jednak minął bezpowrotnie. Nikt i nic nie zdoła już go przywrócić. Stęsknionym za dawnymi czasami pozostają sentymentalne literackie podróże. Książka Elżbiety Koweckiej przy odrobinie uwagi może stać się portalem przenoszącym w świat ziemiaństwa doby XIX wieku.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 14 marca 2014

"III wieża Babel w budowie" Andrzej Krauze


Wydawało mi się, że zamawiając "III wieżę Babel w budowie" otrzymam zbiór niezłych, ale tylko rysunków. Sądziłem, że jest to publikacja, która po jednokrotnym przejrzeniu (bo trudno tu mówić o przeczytaniu) trafi na półkę i będzie przez resztę swojego pobytu u mnie zbierać kurz. Po raz kolejny przypomniała o sobie zasada, zgodnie z którą jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów. Ilustracje Andrzeja Krauze są przemyślane, przenikliwie, idealnie oddają polską rzeczywistość.

Rysunki wraz z komentarzami zebrane w siedmiu rozdziałach poprzedza "Pamiętnik znaleziony na budowie". Mimo że składa się z jedynie kilkunastu zdań oddaje więcej niż nie jeden pokaźnych rozmiarów felieton na temat zdziczenia obyczajów w sferze polityki. Andrzej Krauze jak widać jest nie tylko uzdolnionym rysownikiem.

Rysunki nie przedstawiają rzeczywistości z prawej strony, co pewnie nasunie się niektórym potencjalnym czytelnikom, którzy kojarzą Andrzeja Krauze z "Do rzeczy", wPolityce.pl czy z "Uważam Rze". Czy nazwanie zbrodniarza mordercą, kłamcy oszustem, a zagarniającego mienie państwowe złodziejem to prawicowe skrzywienie (co niektóre media od wielu lat próbują wtłoczyć swoim odbiorcom do głów)? Jeśli z tym ma się kojarzyć prawica to bardzo chętnie pozostanę po tej stronie sceny politycznej.

Jedyne co może odrobinę przeszkadzać w lekturze to zbyt cienki papier, przez który przebija część rysunków. Bystrość autora w obserwacji otaczającej nas rzeczywistości rekompensuje jednak tę niedogodność z nawiązką. Nie wszystkie rysunki podobały mi się oczywiście w tym samym stopniu. Część uważam za wybitne, część nie oceniłbym powyżej przeciętnej. Kilka wybranych przeze mnie perełek możecie możecie obejrzeć powyżej i poniżej tych słów.

Andrzej Krauze podejmuje temat lustracji, negatywnego oblicza transformacji ustrojowej, układów postkomunistycznych, nieuczciwości polityków, łamania obietnic wyborczych, a przede wszystkim szeroko pojętego ogłupiania narodu. Najwięcej pstryczków obok socjalistów dostało się PO, co chyba nie powinno nikogo dziwić (zwłaszcza, że "III wieża Babel w budowie" miała premierę w listopadzie 2011 roku, czyli już po pierwszej kadencji Donalda Tuska). Autor nie wskazuje w tym zbiorze rysunków swojego partyjnego faworyta (choć znając pozostałą twórczość rysownika nie jest to dla czytelników tajemnicą). Andrzej Krauze opowiada się po prostu za rozsądkiem i działaniami na rzecz triumfu prawdy (nawet jeśli miałaby ona zaburzyć istniejący porządek), bo "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli"...



sobota, 8 marca 2014

"Klasztor i kobieta. O miłości romantycznej. Pod urokiem zaświatów" Stanisław Wasylewski


Nakładem wydawnictwa Iskry w 2013 roku ukazało się wznowienie trzech opublikowanych niegdyś oddzielnie tekstów: "Klasztor i kobieta", "O miłości romantycznej", "Pod urokiem zaświatów". Pierwotne wydania dostosowano do obecnych wymogów języka polskiego, ujednolicono i zmodernizowano ortografię i interpunkcję oraz skorygowano błędne cytaty. Całość uzupełniono znakomitym wstępem prof. Janusza Tazbira.

"Klasztor i kobieta" to przekrój poprzez historię żeńskich zakonów w średniowieczu. Co ciekawe, żywot mniszki często nie był traktowany jako wyrzeczenie i oddanie całego życia Bogu, ale poprawienie swojej pozycji. Mieszkanki klasztorów niejednokrotnie bowiem miały więcej do powiedzenia niż ich rówieśniczki będące żonami i matkami. Stanisław Wasylewski przedstawia codzienne życie sióstr zakonnych, ich ubiór, zajęcia, rozkład dnia i obowiązującą regułę.

Część druga przenosi nas do świata romantycznej miłości traktowanej z pietyzmem i wiążącej się z szeregiem ideałów. Uczucie zwykle było całkowicie oderwane od rzeczywistości. Zakochani wznosili się w obłokach zupełnie zapominając o przyziemności. Autor prezentuje kochanki naszych wieszczów narodowych oraz innych kobiet, które dostały się na karty dziewiętnastowiecznej historii za sprawą swoich nieprzeciętnych osiągnięć.

Wreszcie zasiadamy przy spirytystycznym stoliku i poznajemy stosunek romantyków do wszelkich szatańskich wynalazków: zjaw, wirujących stolików, rozmów z przybyszami z innego świata. Romantyzm to apogeum świetności spirytyzmu (choć w Polsce jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym doktryna ta miała się świetnie - sam Piłsudski wierzył w zdolności mediów i możliwość komunikowania się z duchami zmarłych).

Czytelnikowi może odrobinę brakować ilustracji. Niestety na czterystu stronach nie znalazła się ani jedna. Ten mankament rekompensuje jednak styl autora, który powinien porwać nie tylko zapaleńców historycznych, ale także tych, których drogi z historią zawsze rozmijały się. Mimo tylu lat, które minęły od premiery trzech szkiców historycznych Stanisława Wasylewskiego dalej pozwalają one oderwać się zupełnie od rzeczywistości i przenieść do czasów, które (niestety) już nigdy nie powrócą.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 6 marca 2014

Kolejne potyczki z "Egzorcystą"


"Egzorcysta" to jedyna gazeta, którą uczciwie czytam od deski do deski. Nie omijam żadnych artykułów. Nawet jeśli jakiś wydaje się pozornie mniej interesujący to po skończonej lekturze zawsze przyznaję, że warto było nie ulec pierwszemu wrażeniu. Artykuły nawet nie tyle pogłębiają wiarę, co poszerzają wiedzę (i to nie tylko religijną, ale także historyczną). Co więcej, nie tracą na aktualności. Czytuję czasami tygodniki katolickie, które później lądują na dnie szafy. Po kilku miesiącach często próbuję do nich wrócić, ale wtedy okazuje się, że właściwie tylko kilka (w porywach kilkanaście) stron mógłbym z zainteresowaniem przeczytać po raz kolejny.

Rekomendacja Tomasza Adamka.
Miesięcznik to ucieleśnienie łacińskiej sentencji "verba docent, exempla trahunt". Na łamach każdego numeru znaleziono miejsce dla osobistych świadectw. Co więcej część z nich została opatrzona komentarzem teologicznym, co ma duże znaczenie zwłaszcza, gdy osoba dzieląca się swoimi doświadczeniami porusza kontrowersyjne tematy.

Pismo skupia całą plejadę bardzo dobrych lub wybitnych autorów. W "Egzorcyście" publikują lub publikowali swoje teksty m.in. ks. dr hab. Aleksander Posacki (niestety został ukarany w formie zakazu wypowiedzi przez prowincjała jezuitów), ks. dr hab. Marek Chmielewski (w każdym numerze możemy przeczytać niezbyt długi, ale za to treściwy i konkrety wywód z zakresu teologii duchowości) i dr Wincenty Łaszewski. Cenię artykuły z zakresu historii sztuki, które opatrzone są doskonałej jakości reprodukcjami omawianych dzieł.

Wspominałem już kiedyś, że nie rozumiem zarzutów kierowanych w stronę miesięcznika, zgodnie z którymi ma on rzekomo skupiać się tylko na Szatanie i demonach. Oczywiście dużą część artykułów poświęcono zagrożeniom duchowym (i bardzo dobrze!), ale na tym nie zamyka się tematyka podejmowana przez "Egzorcystę". Czytałem dotychczas 1/3 trzecią numerów (mam nadzieję, że uda mi się kiedyś nadrobić zaległości i przeczytać wszystkie) i na tej podstawie mogę stwierdzić, że ks. abp Marek Jędraszewski niesprawiedliwie ocenił miesięcznik.
Tomasz Adamek o walce duchowej.
Okazuje się, że jest jakieś czasopismo, które nosi tytuł "Egzorcysta", które dla niektórych stało się jakby organem egzorcystów polskich i nikt nie zwraca uwagi na taki drobiazg, że to pismo nie ma imprimatur, że nie wiadomo przez kogo jest wydawane, prawdopodobnie przede wszystkim dla celów komercyjnych (...)
Zgoda, "Egzorcysta" nie ma imprimatur. Teraz to jednak norma. Zdecydowana większość książek religijnych, które czytam jest pozbawiona oficjalnej aprobaty władz kościelnych. Można się przez to natknąć na pseudoteologiczne bzdury, co zdarzało mi się, ale nie przesadzajmy - może dwa, trzy razy. Gdybyśmy jednak przykładali tak dużą wagę do imprimatur to chyba musielibyśmy przestać czytać literaturę religijną. Nie wiem, co metropolita łódzki ma na myśli wspominając o komercji. Nawet jeśli "Egzorcysta" nastawiony jest na zysk to czy to jest czymś złym? Chyba nawet najbardziej zagorzali moraliści nie uznają zarabiania pieniędzy za grzech. Oczywiście ważny jest sposób ich zdobycia. Ale czy przedstawianie katolickiego spojrzenia na zagrożenia duchowe i inne kwestie związane z duchowością chrześcijańską może być uznane za niemoralne (nawet jeśli ktoś czerpie z tego zyski)?
(...) tworzy się jakąś manichejską wizję świata: są siły zła, zdawałyby się nawet silniejsze niż Pan Jezus.
Powiem tylko tyle: temat wiodący styczniowego numeru z tego roku to "Słabość Złego". 
Miejmy nadzieję, że zostaną podjęte kolejne kroki i informacja o tym, że "Egzorcysta" i tego typu przedsięwzięcia mogą przynieść więcej szkód, niż korzyści, będzie docierać do świadomości wszystkich katolików.
Przeczytałem kilka numerów i nie zauważyłem, żeby ta lektura przyniosła mi jakąkolwiek szkodę. Być może nieopatrznie część czytelników niewłaściwie zrozumie przesłanie "Egzorcysty" i zacznie wszędzie widzieć przejawy zła (poniekąd mogę się z tym zgodzić; w numerze z lutego tego roku czytałem list kobiety, która dopatrywała się źródła nieszczęść w swoim życiu w wazonie...), ale autorzy czasopisma nie mogą ponosić za to odpowiedzialności. Cenię ks. abp. Jędraszewskiego i bardzo podoba mi się pomysł comiesięcznego spotykania się z wiernymi swojej archidiecezji (relacje z tych spotkań można znaleźć w internecie), ale w tym przypadku pozwolę sobie pozostać w kontrze do zdania duchownego.

Cenię ten miesięcznik nie tylko za podejmowane tematy, ale i za formę wydania. Bardzo dobrej jakości papier, przyjemny dla oka układ graficzny i duża ilość kolorowych zdjęć uatrakcyjniają lekturę. Może kiedyś autorzy tygodnika zdecydowaliby się na jakieś dodatki związane z tematyką podejmowaną przez "Egzorcystę"? Nie wiem, jak przedstawia się taki pomysł od strony technicznej i finansowej, ale wydaje się niegłupi. Pamiętam, że dwa lata temu "Gazeta Polska Codziennie" dodawała poświęcone medaliki św. Benedykta. Zainteresowanie było ponoć ogromne.

Część tez postawionych w niektórych artykułach uważam za przesadzone. Mam tu ma myśli przede wszystkim numer z "Muzyką ciemności" na okładce. Znam osoby, które słuchają zespołów krytykowanych przez autorów i wcale nie noszą one oznak jakiejkolwiek formy zniewolenia. Są praktykującymi katolikami. Do wszystkiego potrzebny jest dystans. Czasami w "Egzorcyście" brakuje go (tu mogę zgodzić się z ks. abp. Jędraszewskim). Ale chyba otwierając gazetę nie wyłączamy umysłu? Część artykułów rzeczywiście może wzbudzić w nas jakiś lęk, obawę, ale tylko wtedy, gdy bezrefleksyjnie przyjmujemy to, co czytamy.

Piotr Żyłka w październiku tak pisał o "Egzorcyście": Uważam, że miesięcznik "Egzorcysta" jest czasopismem szkodliwym, niepotrzebnie skupiającym uwagę na sprawach, którym nie jest dobrze poświęcać zbyt wiele uwagi. Po lekturze kilku numerów opinia ta wydaje mi się całkowicie bezzasadna. Dlaczego zagrożeniom duchowym nie poświęcać należnego im miejsca? Chowanie głowy w piasek nie rozwiązuje żadnego problemu. Wychodzę z założenia, że lepiej mieć wiedzę (nawet gdy może okazać się trudną) niż jej nie mieć. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby "Egzorcysta" nie był jedyną gazetą religijną czytaną przez nas. Jako uzupełnienie wiedzy sprawdza się jednak doskonale. Na koniec zwracam uwagę, że opinia metropolity łódzkiego nie jest opinią całego episkopatu. Ks. abp. Wacław Depo bardzo przychylnie odnosi się do miesięcznika. Skierował nawet swoje słowa do czytelników pierwszego numeru.

Poza tym warto zacytować słowa "Gazety Wyborczej":
Miesięcznik "Egzorcysta" to mieszanka erotyki, horroru, demonologii i problemów kapłaństwa. Błogosławi go abp Wacław Depo, metropolita częstochowski. Czy wcześniej to przeczytał? Czy te brednie to obecna prawda Kościoła?
Jeśli GW nazywa coś bredniami to z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jest to szczera prawda. 

poniedziałek, 3 marca 2014

Kołysanka platformerska

Znaleziona w internecie. Nie mogłem się oprzeć, żeby jej tutaj nie dodać.


Znów stara zgraja szczęśliwym trafem,
bez głów, bez planów, za to z rozmachem
do żłobu toczy swe tłuste cielska!
Idzie Platforma Obywatelska!
Do sądu złodziej śmiało ucieka,
Bo wszak korupcja prawem człowieka!
Czar PRL-u wraca do formy,
Wdzięczni jesteśmy ludziom z Platformy.

Zwrot w dyplomacji to rozdział drugi.
Od dziś będziemy świadczyć usługi
Dla Władimira i dla Angeli.
Czas na kolanach iść do Brukseli.

Szef MSZ-u już ma kaganiec,
Śląsk i Pomorze weźmie Germaniec,
Trzeba wywłaszczyć polskiego chłopa.
Vivat Platforma! vivat Europa!

Angela z Ritą ręce zaciera,
By na wschód ruszyć tropem Hitlera,
A za nią ziomków procesja tłumna.
Vivat Platforma, piąta kolumna.

„Za tawariszcza Tuska zdarowie”
Piją Gazpromu oligarchowie.
Władimir Putin z radości śpiewa:
„Nu, tiepier budiet kak za Breżniewa”.

Odwrót z Iraku, z Afganistanu -
Osama śmieje się spod turbanu,
Taki sojusznik jak Tusk się przyda!
Vivat Platforma i Al-Kaida!

Koniec z lustracją! Koniec rozliczeń!
Dla konfidentów to koncert życzeń:
„Od dzisiaj wszyscy jesteśmy święci”.
Vivat Platforma i konfidenci!

Niech żyje wolność! Ćpun na wagarach
Łbem durnym kręci w dymu oparach,
Całkiem legalnie ćmiąc porcję zielska.
Vivat Platforma Obywatelska!

Niech żyje miłość! rusza parada.
Dumnych homosiów cała gromada
Gzi się bezwstydnie wśród publiczności.
To dar Platformy! Tryumf wolności!

Elektoracie! Wyborco durny!
Gdy będziesz wrzucać głos swój do urny,
A chcesz być sługą Niemca i Ruska,
Dalej popieraj Donalda Tuska!

W tekstach istnieją drobne rozbieżności. Opierałem się na tym źródle

niedziela, 2 marca 2014

KONKURS JĘZYKOWY: "Władca języków" i "Codzienniki" Agnieszki Drummer!


Poprzednie dwa konkursy były dość ubogie jeśli chodzi o pulę nagród. W każdym z nich można było wygrać tylko jedną książkę. Tym razem na nowych czytelników czekają trzy egzemplarze. Najpierw mniej ciekawa część, czyli regulamin:
  1. Uczestnikiem może być osoba, której adres korespondencyjny znajduje się na terenie Polski.
  2. Konkurs trwa od 2 marca do 16 marca 2014 roku do północy. Zwycięzca zostanie ogłoszony do 31 marca (ale oczywiście postaram się wcześniej wyłonić laureata).
  3. Nagrodami są: dwa egzemplarze "Codziennika" Agnieszki Drummer i "Władca języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą".
  4. Aby wziąć udział w konkursie należy być stałym czytelnikiem bloga. Można do tego grona dołączyć ---> patrz "Obserwatorzy". 
  5. Nie jest to warunek konieczny, ale byłoby miło gdybyś umieścił/a na swoim blogu informację o konkursie.  
  6. Książki otrzymają autorzy najciekawszych wypowiedzi, które należy zamieszczać w komentarzach poniżej. 
Zadanie konkursowe: motywacja jest niezbędna w każdym działaniu, które podejmujemy. Jakie macie sposoby na motywowanie się do nauki języka obcego?
Sponsorzy:


sobota, 1 marca 2014

Ci, którzy nie dali się złamać


Przypominam, że dziś obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych". W związku z tym polecam "Żołnierzy wyklętych" Jerzego Ślaskiego. Pozycja została wydana przez Oficynę Wydawniczą Rytm. Książka traktuje o trudnych losach żołnierzy AK (głównie po jej rozwiązaniu przez komendanta Leopolda Okulickiego, choć są też fragmenty dotyczące stosunków dowództwa Armii Krajowej z Armią Czerwoną "wyzwalającą" tereny polskie). Zadziwiające są zdolności autora do zainteresowania czytelnika i wciągnięcia go w dość rozbudowaną akcję.

Warto poszerzyć swoją wiedzę na ten temat zwłaszcza, że postkomuniści próbują zniszczyć pamięć o bohaterach, o którym miał zapomnieć cały świat. Aparatczyk Leszek M. niewiele ponad rok temu haniebnie obraził polskich żołnierzy walczących z okupantem sowieckim:
Sejm głosami PO, PiS, PSL i SP uczcił rocznicę utworzenia NSZ. Sojuszników Hitlera, pogromców Żydów, orędowników III wojny światowej.
Niech za jedyny komentarz do tych słów posłuży fragment "Ody do sprzedajnych żurnalistów" Lecha Makowieckiego. Dedykuję ją Leszkowi M. i spółce:
Lecz wyście już wybrali…
Wiem ja, co to znaczy:
Ja przez swój wybór tracę…
Wam ktoś zań zapłaci!

Po was – chociażby potop,
Źródło zdjęć: ipn.gov.pl
Czas rzezi baranów…
Kraj nasz w biedę popadnie,
Wy – pod nowych panów…

Jesteście ZŁYMI LUDŹMI,
Dziećmi swoich maci…
Brzydzę się wami, podlcy,
Demokracji kaci!

Wiem, że próżna ma mowa,
Daremne me żale.
Śmiejecie się z naiwnych…
Drwicie z dawnych zalet…

Iluż ludzi zgubicie?
Ilu przez was błądzi?
Naród kiedyś to przejrzy,
A Bóg was osądzi…
Ten i inne utwory Lecha Makowieckiego znajdziecie w książce "Pro publico bono", o której pisałem w sierpniu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...