piątek, 31 stycznia 2014

Niemiecki dla... ciebie?


Pamiętacie mój post o języku niemieckim z lutego tamtego roku? Dla tych, którzy nie znają jeszcze opinii Wojciecha Cejrowskiego na temat języka naszych zachodnich sąsiadów polecam lekturę "O języku niemieckim". Abstrahując już od naszych sympatii czy antypatii względem tego języka, trudno nie zgodzić się, że warto się go uczyć. Tylko jak się do tego zabrać?

Z pomocą przychodzi nieoceniona Agnieszka Drummer i jej publikacja "Niemiecki dla ciebie". Samouczek pozwala porozumieć się WSZĘDZIE i z KAŻDYM na różne tematy. Oczywiście nie będziemy przygotowani do rozmowy o najnowszych trendach w literaturze niemieckiej czy kompozycjach muzycznych św. Hildegardy z Bingen. Ale nie taki jest cel tego podręcznika. Autorka wprost odsyła osoby pragnące perfekcyjnej znajomości języka niemieckiego na filologię germańską. Agnieszka Drummer przygotowuje samouka do porozumienia się w codziennych sytuacjach.

 Wszelkie wyjaśnienie gramatyczne są logiczne i klarowne, zestawienia bardzo przejrzyste, a dodatkowo każdy temat opatrzono licznymi przykładami (dodano także do nich tłumaczenia). W drugiej części książki znajdziemy ćwiczenia odpowiadające poszczególnym zagadnieniom z kolejnych rozdziałów. Podręcznik można "przerobić" w ok. 2 miesiące (jeśli nie brakuje nam solidnych podkładów motywacji to oczywiście szybciej). Na końcu samouczka trafimy na odpowiedzi do wszystkich zadań oraz płytę CD.

Odrobinę brakuje mi w książce kolorów. Czarno-białe strony nie zachęcają do częstego zaglądania. Choć autorkę usprawiedliwia trochę niedawno wydany "Codziennik". W sumie, gdy posiadamy tę publikację to na braki w "Niemieckim dla ciebie" można przymknąć oko.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

środa, 29 stycznia 2014

Język obcy w rok z Agnieszką Drummer


Systematyczność. Każdy, kto próbował uczyć się języków obcych zna wszystkie barwy tego słowa. Bez niej wszelkie wysiłki kończą się fiaskiem, różne cudowne metody przestają przynosić obiecywane efekty, a najlepsze materiały tracą swój urok. Zniechęcenie zaś rośnie wprost proporcjonalnie do jej spadku. Drugim kluczowym pojęciem niezbędnym w procesie uczenia się języka obcego jest motywacja. Być może przeczytałeś już kilkanaście artykułów na temat coraz większego znaczenia języka niemieckiego (o j. angielskim nawet nie wspominam z oczywistych względów), ale zapał do nauki w tajemniczy sposób rozmył się po kilku tygodniach. Posiadasz w przepastnych zbiorach swojej pamięci takie doświadczenia? Niestety muszę przyznać, że mi nie jest to obce. A co byście powiedzieli gdybym zaraz przedstawił Wam remedium na powyższe bolączki?

Nie mam zbyt dobrych wspomnieć związanych z podręcznikami do nauki języków angielskiego i niemieckiego. W większości były nieciekawe, sztampowe i odpychające. Choć może nie powinienem na nie narzekać. W końcu widziałem książki nie posiadające ani jednego zdjęcia. Całe czarno-białe! Ktoś może powie, że to nie przedszkole i liczyć się treść. Jaką jednak korzyść wyniesie uczeń z najlepszego podręcznika jeśli nie będzie do niego zaglądał? Pierwszy kontakt z pozycjami Agnieszki Drummer wypadł bardzo pozytywnie. Otwieram, a tam wszystkie kolory tęczy (obie książki były wydane przed 11 listopada, więc nie myślcie, że to jakaś prowokacja:). Na połowie stron zdjęcia, schematy, tabelki, diagramy i różne inne barwne cuda, od których trudno oderwać wzrok.

A czym właściwie są "Codziennik niemiecki" i "Codziennik angielski"? Na pewno nie zaliczyłbym ich do kategorii typowych książek do nauki języków obcych. Dla mnie są podręcznikami motywacji. Wyraźnie zaznaczam, że nie zastępują one tradycyjnych materiałów do nauki! Są raczej ich uzupełnieniem. Choć w tym przypadku to chyba za małe słowo, ponieważ owo "uzupełnienie" jest równie ważne (jeśli nie ważniejsze) niż "normalny" podręcznik.

Pierwsza strona (oczywiście po stronie z informacjami od wydawcy, stronie tytułowej i tego typu rzeczach) i już zaskoczenie. "Po co uczę się angielskiego/niemieckiego?" To moje początkowe zadanie. Pierwszy raz spotykam się z podręcznikiem, który tak poważnie traktowałby kwestię motywacji w procesie nauki. Ale to nie wszystko. Wystarczy przewrócić kilka kartek, żeby przekonać się, że autorka będzie czuwać nad naszą nauką przez okrągły rok. Otóż wymyśliła ona diagram kołowy, w których na zielono zaznaczamy dni, w które sumiennie poznawaliśmy tajniki danego języka obcego, a wszelkie nasze lenistwa odnotowujemy barwą czerwoną. Od dziś nic już nie będzie takie kolorowe. Każdy nasz upadek będzie kłuł w nasze oczy i serce tyle razy, ile otworzymy podręcznik. Metoda kija i marchewki na jednej stronie.

Na następnej stronie zaczyna się tęczowa część podręcznika, którą podzielono na 365 dni (daty uzupełniamy sami, więc nie możesz drogi czytelniku wykręcać się, że zaczniesz od 1 stycznia, 1 lutego czy jakiejkolwiek innej "daty granicznej"). W każdym dniu znajdziemy trzy lub cztery elementy z następującej listy: cytat, idiom, humor, rada, przysłowie, czy wiesz, że... Wszystko (poza radą) oczywiście w języku obcym. Zapewnia to minimalny dzienny kontakt z językiem. Między poszczególnie dni wpleciono rozmaite zestawienia np. czasy przeszłe, konstrukcje gramatyczne wyrażające teraźniejszość czy najczęściej używane czasowniki. Wyjaśnienia są bardzo przejrzyste. Ale to nie koniec. Autorka dodała także kilka pragmatycznych dodatków m.in. "jak dobrze napisać CV po angielski?" i"gdzie szukać pracy w Wielkiej Brytanii?". Tematy jak najbardziej aktualne.

Druga część książki to plany tygodniowe. W każdym tygodniu zobowiązujemy się (pisemnie!), co będziemy robić każdego dnia (konkretnie!) i jak dużo czasu nam to zajmie. Nie myśl Drogi Czytelniku, że wymyślisz nierealny plan, nie zdołasz go zrealizować, a później szybko przejdziesz do kolejnego planu tygodniowego. Autorka przewidziała grzechy językowe takich spryciarzy. Po każdym planie tygodniowym musimy wypełnić "moje podsumowanie językowe". Możliwości wymówek dla leni zostały poważnie ograniczone. Nie ma tam miejsca na elaboraty. Nieuchronnie musimy pod koniec każdego tygodnia zmierzyć się z prawdą i ocenić od 1 do 10, czy jesteśmy zadowoleni z siebie czy też nie.

Książka nie jest przeznaczona dla jakiegoś konkretnego poziomu językowego. Mogą z niej korzystać zarówno osoby rozpoczynające przygodę językową, jak i te bardziej zaawansowane. Może zabrzmi to jak z taniej reklamy, ale efekty gwarantowane (jeśli oczywiście zastosujemy się do rad autorki). Pomimo mojego krytycznego nastawienia do wszelkich cudownych materiałów trudno mi znaleźć jakieś poważniejsze defekty w publikacjach Agnieszki Drummer. Natknąłem się na jeden ale nie jest kluczowy w ocenie "Codzienników", a poza tym nie ma tu miejsca na opisywanie go. Wspomnę o nim innym razem...

Poniżej kilka przykładowych stron:





 Za egzemplarze do recenzji dziękuję wydawnictwu:

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Marks i Lenin przed Harrym Potterem?!

Autorzy, których książki zostały sprzedane w Polsce w największej liczbie egzemplarzy*:

Trudno mówić tu o autorze, ale nie mogłem pominąć KKK w zestawieniu.
Nikogo chyba nie zaskakuje wysoka pozycja Jana Pawła II.
Cóż, na pocieszenie mogę powiedzieć, że nikt raczej ich "dzieł" nie kupował dobrowolnie...
Seria się rozrasta, ale wciąż oczko za Leninem.
Cieszę się, że jeden z moich ulubionych autorów znalazł się w pierwszej piątce.
 
Czy coś Was zaskoczyło? Może jesteście zaskoczeni wysoką pozycją, któregoś z powyższych autorów?

*Powyższą listę opracowałem na podstawie jednego z wywiadów z Wojciechem Cejrowskim.

sobota, 25 stycznia 2014

"Lewicowy faszyzm" - wszystkie Twoje przekonania na temat doktryny faszystowskiej są błędne!


Co ma wspólnego Obama z faszyzmem? Czy Roosevelt miał zapędy autorytarne? Jakie elementy łączą doktrynę faszystowską z komunizmem? Pytania z pozoru bezpodstawne. Przez lata wpajany mit, że faszyzm to domena skrajnej prawicy przeorał umysły kolejnych pokoleń. O ile są jeszcze osoby, które te i podobne kwestie poruszają to nikt poważnie ich nie traktuje i nie próbuje znaleźć uczciwej odpowiedzi. Wydaje się, że kłamstwo wmówione światu utrwaliło się w zbiorowej opinii. Tymczasem Rok Pański 2013 przyniósł w Polsce zaskakującą publikację...

Z czym kojarzy Ci się faszyzm? Większość odpowie pewnie, że ze skrajną prawicą. Podobne stwierdzenia pojawiają się w podręcznikach szkolnych i w niektórych encyklopediach. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się niestety powoli prawdą. Iluż publicystów podważyło w ostatnim czasie to błędne rozumowanie?

Jonah Goldberg
"Lewicowy faszyzm" to nie pamflet na ugrupowania lewicowe, ale solidnie przygotowana praca licząca ponad 600 stron. Opatrzono ją przypisami i kilkoma zajmującymi dodatkami. Autor wychodzi od dogłębnej charakterystyki ideologii Mussoliniego oraz Hitlera, by w kolejnych rozdziałach przejść do drobiazgowego rozpatrzenia programów prezydentów Wilsona i Roosevelta. Oczywiście Jonah Goldberg nie stawia wyżej wymienionych polityków na jednej półce. Logicznie wykazuje natomiast, że wszyscy czterej byli mniej lub bardziej (z naciskiem na to drugie sformułowanie) związani z doktrynami lewicowymi.

"Ze wstępem Leszka Balcerowicza" - sformułowanie, które od początku nie pasowało mi do książki. Niepokorna publikacja uderzająca w "elity" III RP rekomendowana przez człowieka, który jest symbolem zmian w Polsce po 1989 roku... Czy ekonomista na pewno przeczytał uważnie książkę i zdaje sobie sprawę, że uderza ona w jego medialnych przyjaciół?  Niezależnie od tego warto uważnie przeczytać i zastanowić się szczególnie nad tym akapitem:
Propaganda nie musi być prawdziwa, aby zatriumfować w umysłach ludzi. Wystarczy, gdy jest silna i uporczywa oraz umiejętnie gra na emocjach. Taka jest lekcja z krajów totalitarnych, gdzie – z definicji – stosując przymus władza publiczna ma monopol na wszystko, w tym na środki masowego przekazu. Fałszywa propaganda może jednak również odnosić sukcesy w ustrojach demokratycznych, w których systematycznie wybiera się władze i istnieją rozległe indywidualne swobody
Mimo nieustannie propagowanych tez dotyczących rzekomo niezaprzeczalnych związków faszyzmu z prawicą publikacji amerykańskiego felietonisty udało się przebić. W 2008 roku (wtedy "Liberal fascism" zostało opublikowane po raz pierwszy) książka zajęła pierwsze miejsce na liście bestsellerów non-fiction przygotowanej przez New York Times. Wreszcie może warto raz jeszcze wczytać się w słowa Józefa Piłsudskiego: "Polskie społeczeństwo chętnie wierzyło kłamstwu, dając przy tym dowód swej słabości. Jest to rzecz niebezpieczna dla bytu naszego jako państwa i narodu". Czy aby nie daliśmy się zwieść temu, przed czym ostrzegał nas Marszałek?

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 24 stycznia 2014

"Niepokonani" - trudna droga do szczęścia


"Niepokonani" to autorki program Krzysztofa Ziemca. Prezenter w każdym odcinku spotyka się ze znaną osobą, która przeżyła dramat, ale podniosła się i przezwyciężyła trudności postawione na jej drodze. Kolejnymi rozmówcami byli m.in. Ewa Błaszczyk, Radosław Pazura, Robert Skolimowski i Henryk Gołębiewski.

Dziś polecam rozmowę z Beatą Pawlikowską. Odcinek z jej udziałem to skondensowana książka "W dżungli życia" w wersji wideo. Podróżniczka i pisarka opowiada o problemach, z którymi borykała się od czasów młodzieńczych. A lista ich nie jest krótka: bulimia, anoreksja, alkohol, papierosy, próba samobójcza i wreszcie gwałt. To wszystko spotkało "ekspertkę od optymizmu", która dziś jest znana z pozytywnego podejścia do życia. Beata Pawlikowska opowiada o trudnej drodze do szczęścia, o swoich przykrych doświadczeniach oraz o tym, dlaczego warto polubić siebie.

Myślę, że program powinien spodobać się nie tylko fanom znanej podróżniczki, ale też tym, których irytuje moralizatorski ton pisarki. W "Niepokonanych" Beata Pawlikowska opowiada tylko o swoich doświadczeniach. Nie poucza, nie wymądrza się i nie kreuje się na ekspertkę od wszystkiego (co część czytelników zarzuca jej). A tak kończy się rozmowa:
Myślę, że nie ma zbyt późnego momentu, żeby to zrozumieć. Każdy moment jest dobry. Bo od tego momentu wszystko się zmienia i zaczynasz żyć zupełnie inaczej.


czwartek, 23 stycznia 2014

"Cristiada" - jaką cenę zapłaciłbyś za wolność i za to, w co wierzysz?


"Cristiada" opowiada o powstaniu meksykańskich katolików w latach 1926-1929 przeciwko masońsko-socjalistycznym rządom prezydenta Callesa. Zdecydowana większość scen przedstawionych w filmie wydarzyła się naprawdę. Podobnie lwia część bohaterów to postacie autentyczne. Genialna obsada, dopracowany scenariusz i staranne odwzorowane przedwojennych realiów to tylko niektóre zalety "Cristiady".

Wszystko zaczęło się od reform prezydenta Callesa. Z dnia na dzień zakazano wolności sumienia, wolności religii i wolności wyznania. Księżom zabroniono odprawiania Mszy Świętych (niepokornych rozstrzelano), a dzwony kościelne musiały zamilknąć. Plądrowano świątynie, strzelano do posągów świętych, niszczono zabytkowe obrazy. Masoneria nie doceniła jednak Meksykanów, ich wiary i godności. Prości chłopi podnieśli dumnie głowę i rozpoczęli walkę.

Oficjalny zwiastun:


"Cristiada" to film o umiłowaniu wolności i swobodzie sumienia, o bezkompromisowości, całkowitemu zawierzeniu w to, w co się wierzy i gotowości do bronienia tego za wszelką cenę.

Niestety film nie odbił się szerszym echem w świecie. Władze Meksyku zakazały emisji. W Europie były zaś trudności ze znalezieniem sieci kin, która chciałaby go pokazywać. Czyżby świat przestraszył się ideałów, które promuje "Cristiada"? Co ciekawe można dostrzec pewne analogie między programem "wolnościowym" prezydenta Callesa i postulatami członków niektórych polskich partii politycznych (mam na myśli stosunek do wolności religijnej, programu gospodarczego nie analizowałem).

Film polecam nie tylko katolikom. Nie jest to opowieść o fanatykach, nie jest to także produkcja nastawiona na ewangelizację (choć na pewno osoby wierzące mogą ją tak odebrać, ponieważ skłania do przemyślenia swojej wiary). "Cristiada" to film o wolności oraz o tym, do czego mogą doprowadzić z pozoru niegroźne postulaty...




wtorek, 21 stycznia 2014

"Myślę o Tobie", "Lubię Cię", "Kocham Cię" Beata Pawlikowska


Czytelnik, który zetknął się z twórczością Beaty Pawlikowskiej z pewnością wie, że do większości (a może do wszystkich?) książek dołącza ona swoje rozważania na temat świata, otaczającej nas rzeczywistości, sposobu patrzenia na cywilizację, siebie i nasze życie. Nie sposób nie zwrócić uwagi na przebijający się w nich ogromny optymizm autorki. Tym razem trzonem nowej serii są właśnie wstawki, które wcześniej były tylko dodatkiem do relacji podróżniczej. Każda książeczka to pięćdziesiąt pozytywnych stron i pięćdziesiąt powodów, aby być szczęśliwym człowiekiem.

Nie będę udawać, że jest to jakaś wielka literatura. Właściwie trudno określić tę serię pod względem literackim. Tekstu jest tak niewiele, że niełatwo go oceniać pod względem języka. Jedyne, co rzuca się w oczy to nagminne lekceważenie zasad polskiej interpunkcji. Autorka skrupulatnie tłumaczy się jednak w każdym tomie, że ma własne poglądy dotyczące poprawności językowej, które kłócą się w powszechnie przyjętymi normami, ale nie zamierza z nich rezygnować.

Seria "Moc dobrych myśli" przypomina mi bardziej kolekcję albumów niż klasyczną literaturę motywacyjną. Jedyne, czego nikt nie może odmówić autorce to talent fotograficzny. Zdjęcia są oryginalne, nieszablonowe, nastrajają optymistycznie i zwyczajnie przyjemnie się je ogląda. Tekst Beaty Pawlikowskiej to zaś przyjemne przerywniki między kolejnymi etapami relacji zdjęciowej z odwiedzonych przez pisarkę i podróżniczkę krajów.

Komentarze autorki dotyczą m.in. poczucia własnej wartości, pozytywnego obrazu siebie, wyznaczania celów, egzystencji zgodnie z wyznawanymi wartościami, optymistycznego nastawienia do świata, konieczności wykorzystywania trudnych sytuacji, które spotykają nas w życiu, cieszenia się trwającą chwilą, uczciwości, przeznaczenia, życzliwości, nieprzejmowania się opiniami innych, zwracania większej uwagi na swoje marzenia i plany, skupiania się na pozytywnych wspomnieniach i zaprzestania nieustannego zamartwiania się.

Podobno książek nie powinno się oceniać po okładkach. Od każdej reguły są chyba jednak jakieś wyjątki. Niewątpliwie serię "Moc dobrych myśli" zaliczyłbym do nich. Przepiękne zdjęcia na okładkach i żywe kolory nastrajają optymistycznie i zachęcają do zapoznania się z zawartością. Kolejnym tomom uroku dodaje twarda oprawa, doskonałe fotografie i nieprzeciętnej jakości papier. Od strony technicznej książeczki przedstawiają się bardzo dobrze. Ciekawym pomysłem jest także zastosowanie w każdej z nich innej barwy wiodącej na okładce. Dzięki temu kolekcja na półce prezentuje się naprawdę efektownie.

Wierni fani twórczości Beaty Pawlikowskiej na pewną będą zadowoleni. Satysfakcja z lektury pozostałych czytelników zależy od ich nastawienia. Jeśli ktoś poszukuje wymagającej intelektualnie lektury na długi wieczór to się niewątpliwie zawiedzie. Serię polecam osobom wiecznie zamartwiającym się, nieakceptującym swojego życia i patrzącym pesymistycznie na świat. Myślę, że "Kocham Cię", "Lubię Cię" i "Myślę o Tobie" pomogą przełamać stare przyzwyczajenia, spojrzeć na siebie z innej perspektywy i zacząć cieszyć się tym, co już się ma.




Za egzemplarze do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 17 stycznia 2014

"Wskrzeszenia" Małgorzata Pabis


Kiedy w lipcu 2013 roku arcybiskup Henryk Hoser zorganizował na Stadionie Narodowym w Warszawie spotkanie ze znanym ugandyjskim charyzmatykiem część dziennikarzy przystąpiła do ataku. Zgromadzonym wiernym zarzucano naiwność i głupotę. Oskarżano ich o zacofanie i ciemnotę. Ks. Johna Bashoborę bez pardonu nazwano szarlatanem. A posła Johna Godsona, który przy okazji pewnego wywiadu przyznał, że sam widział wskrzeszenie lewa strona mediów niemal zlinczowała. Większość katolików nie wiedziała zaś, co o tym myśleć. Teoretycznie ponad 40% z nas co niedzielę deklaruje, że wierzy w zmartywchwstanie ciała. Ale czy rzeczywiście uznajemy wskrzeszenie za możliwe?

Publikacja Małgorzaty Pabis jest niezwykle ważna. Przede wszystkim ukazuje wszechmoc Jezusa Chrystusa. Jesteśmy skłonni uwierzyć w cudowne uzdrowienie z nowotworu czy nagłe zniknięcie guza mózgu dość pokaźnych rozmiarów. Wydaje się jednak, że do wskrzeszeń podchodzimy z pewną rezerwą. Myślę, że lektura książki Małgorzaty Pabis pozwoli przełamać niewiarę i ostatecznie przyznać, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Na pewno nie bez znaczenia dla wiary czytelnika pozostanie kilkaset cudownych przypadków powstania z martwych, które zostały skrupulatnie zebrane przez autorkę.

Jezus Chrystus wskrzesza Łazarza
Niestety książka nie została przygotowana z należytą starannością. Po bardzo ciekawym i rzetelnym pierwszym rozdziale, który podejmuje tematykę wskrzeszeń opisanych na kartach Biblii, przechodzimy do części traktującej o świętych, którzy dokonywali podobnych cudów. Od tego typu publikacji oczekuję przede wszystkim uczciwego spojrzenia na materiał źródłowy i opisaniu tylko tego, co jest pewne. Tymczasem w tym rozdziale roi się od baśni i podań ludowych, czego zresztą autorka nie ukrywa. W przypisach znalazło się nawet odwołanie do "Legend polskich"... Czy nie wystarczyłoby sięgnąć po przypadki wskrzeszeń potwierdzone przez Kościół lub reprezentujące dużą wiarygodność? Tych warunków nie spełnia choćby legenda o św. Stanisławie i komesie Piotrze. Autorka opiera się w tym przypadku jedynie na "Rocznikach" Jana Długosza, który jak wiadomo miał skłonność do konfabulacji. Wszystkie informacje z jego dzieła powinny być więc konfrontowane z innymi źródłami.

Dobrze, że pojawiła się taka publikacja. Nie sposób co prawda przymknąć oczu na pewne niedociągnięcia, ale nie mają one decydującego wpływu na ocenę książki. Poza ciekawą tematyką warto zwrócić na kompleksowe przedstawienie tematu przez autorkę.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...