środa, 31 grudnia 2014

Podsumowanie roku czytelniczego 2014

Koniec roku to dobry czas na wszelkiego rodzaju podsumowania. Warto przyjrzeć się także pozycjom, z którymi zetknęliśmy się przez ostatnie 12 miesięcy. Mnie pomaga w tym zeszyt, w którym od kilku lat zapisuję wszystkie przeczytane książki. Lubię przeglądać go przed rozpoczęciem nowego roku, bo można z niego wysnuć wiele ważnych dla mnie wniosków. Czarno na białym widzę, jak zmieniają się moje upodobania czytelnicze, który gatunek dominował w tym roku, jakich autorów miałem dość, a których polubiłem.

Poniżej przedstawiam listę książek, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Niestety nie o wszystkich mogłem szerzej napisać. Tym niemniej jednak z ręką na sercu polecam wszystkie (może z wyjątkiem dwóch pierwszych, które są w stanie porwać jedynie sympatyków kultury baroku).
  1. "Blaski i cienie baroku" Michał Rożek
  2. "Gorzkie żale. Między rozumem a uczuciem" Michał Buczkowski
  3. "Pasja" Anna Katarzyna Emmerich
  4. "Stworzenie czy ewolucja? Dylemat katolika" o. Michał Chaberek
  5. "Dom" Zofia Starowieyska-Morstinowa
  6. "Kościół, naród i państwo" Roman Dmowski
  7. "Konopielka" Edward Redliński
  8. "Wyspa na prerii" Wojciech Cejrowski
  9. "Maria i Magdalena" Magdalena Samozwaniec
  10. "Książeczka minimalisty" Leo Babauta
  11. "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasz a Kempis
  12. "Błogosławiona wina" Zofia Kossak-Szczucka
  13. "Droga na Górę Karmel" św. Jan od Krzyża
  14. "Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley
  15. "Dzieje duszy" św. Teresa od Dzieciątka Jezus
  16. "Marszałek Piłsudski odbrązowiony" Antoni Położyńskii
  17. "Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" Joanna Jurgała-Jureczka
 "Odkryciem" roku ogłaszam Zofię Kossak-Szczucką. Wcześniej znałem jedynie jej heroiczną postawę podczas ostatniej wojny światowej. W tym roku poznałem ją jako świetną pisarkę. Na razie udało mi się przeczytać jedynie "Błogosławioną winę". Zamierzam jednak zapoznać się z jej pozostałymi powieściami historycznymi.

Jeśli chodzi o liczbę przeczytanych książek religijnych i historycznych to nie odbiega ona od poziomu z roku 2013. Inaczej przedstawia się sprawa z książkami podróżniczymi. Zdawałem sobie sprawę, że w tym roku rzadziej sięgałem po ten gatunek, ale nie sądziłem, że aż tak rzadko (do tego między innymi przydaje się lista przeczytanych pozycji). Jestem bardzo zadowolony z tej zmiany. Właściwie większość przeczytanych książek podróżniczych (poza Cejrowskim i w pewnym stopniu Pawlikowską) nie wniosła do mojego życia nic. Przeczytałem za to więcej powieści. W zeszłorocznym podsumowaniu stwierdziłem, że ten gatunek jest nie dla mnie. Teraz dziwię się, że mogłem coś takiego napisać. Cóż, człowiek jest istotą zmienną :)

W przyszłym roku zamierzam skupić się na dwóch autorach: wspomnianej już Zofii Kossak-Szczuckiej oraz Tadeuszu Dołędze-Mostowiczu. Na pewno chciałbym poczytać trochę wspomnień i pamiętników z XIX wieku i dwudziestolecia międzywojennego. Ostatnio chodzi mi po głowie życie codzienne, obyczaje i tradycje świąteczne wśród polskiego chłopstwa przełomu wieków XIX i XX. Ciągle czytam tylko o warstwie ziemiańskiej (o niej zresztą ukazuje się najwięcej publikacji), a życie uboższych stanów też mnie ciekawi. Bez tego mój obraz społeczeństwa la belle epoque będzie niepełny.

Z pewnością będę uważniej podchodzić do książek religijnych. Czasami rzucam się bez namysłu na nowości, a te okazują się, delikatnie mówiąc, mało wybitne. Szczerze mówiąc to szkoda mi czasu na książki przeciętne. Jeśli więc chodzi o ten gatunek to zamierzam raczej sięgać do klasyki niż przeglądać nowinki wydawnicze.

Zdecydowanie zaskoczyła mnie liczba opinii (nazywanych niekiedy szumnie recenzjami, aczkolwiek nie lubię tego słowa w stosunku do moich wpisów) na temat książek. Przed chwilą policzyłem je i wyszło, że udało mi się szerzej napisać o 75 pozycjach. Nie myślałem, że uzbierało się tego aż tyle. Nie sądziłem, że liczba przekroczy 40. A tu taka niespodzianka. Kolejny powód, dla którego warto robić podsumowania.

Z odkryć pozaliterackich muszę wspomnieć o "Frondzie" (dotychczas przeczytałem 4 numery) oraz miesięczniku "Egzorcysta". Te dwa magazyny mogę polecić z czystym sumieniem (co nie znaczy, że są wolne od wad, jeśli ktoś jest ciekaw mojej opinii to może skorzystać z wyszukiwarki znajdującej się na samym dole i odnaleźć odpowiednie wpisy). Pochłonęły mnie także dwa kolejne blogi: "Pięć pór roku" oraz "Światła miasta". Oba są niezwykłe. Pierwszy pokazuje otaczające nas piękno, którego nie zauważamy oraz uczy, jak cieszyć się drobnymi sprawami. Drugi prowadzi o. Krzysztof Pałys proponujący wyciszenie się, refleksję nad światem oraz skupienie się na sprawach najważniejszych. Wspominam tylko o tych dwóch blogach, ponieważ zacząłem na nie zaglądać dopiero w tym roku, natomiast odwiedzam i cenię dużo więcej. Wszystkie znajdują się one po prawej stronie.

Jeszcze trochę liczb... Przeczytałem łącznie 99 książek, napisałem recenzje 75 i łącznie opublikowałem 127 postów (w tym ten). Mam nadzieję, że moje wpisy choć trochę komuś się przydały. Jeśli tak było to będę mógł uznać ten rok blogowania za udany.

Na koniec przedstawiam zdjęcie jednej z kartek, którą dostałem w tym roku. Przyszła ona z wydawnictwa Esprit, a wspominam o niej, bo to jedyne życzenia z wydawnictwa, które przyszły w formie papierowej. Reszta osób, z którymi współpracuję wysłała je w formie elektronicznej. Oczywiście za te życzenia również dziękuję, ale co papier to papier.

niedziela, 28 grudnia 2014

Posypuję głowę popiołem...

Choć do Środy Popielcowej daleko to ja już dzisiaj muszę posypać swoją głowę popiołem. Tak ostatnio zaniedbałem mój kawałek sieci, że nawet nie złożyłem Wam życzeń świątecznych. Ręczę jednak, że pamiętałem o Was. Nie zdążyłem tylko przelać na papier swoich ciepłych myśli w stosunku do Was. Jako że na życzenia świąteczne już za późno to śpieszę ze złożeniem życzeń noworocznych.

Życzę Wam wielu błogosławieństw Bożych w całym Roku Pańskim 2015. 
Radości z małych rzeczy i nietrapienia się problemami.
Dużo zdrowia, spokoju i miłości.
Spełnienia choćby kilku marzeń....
oraz oczywiście, zważywszy na to, że to blog książkowy, wielu niezapomnianych lektur, które zmienią Was na lepsze, bo literatura ma taką moc...


Jak już zahaczyłem o Środę Popielcową to chciałbym Wam polecić przepiękne wykonanie Psalmu 51 w wersji łacińskiej. Nie jesteśmy wprawdzie w okresie Wielkiego Postu, ale możemy przecież modlić się psalmami przez cały rok.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Mól molowi odpowiada


Nie przepadam za wszelkiego rodzaju zabawami blogowymi (zwłaszcza tymi przypominającymi łańcuszki), ale tym razem pytania okazały się naprawdę ciekawe. Bardzo dziękuję za nominację Magdalenie z bloga "O biografiach i innych drobiazgach".

1. Czy planując świąteczne prezenty wiesz już ile kupisz książek (jako podarunki dla rodziny czy przyjaciół)?
Nie mam pojęcia. Takie rzeczy odkładam zwykle na ostatnią chwilę.

2. Czy przeczytałaś/eś "Pana Tadeusza" od przysłowiowej "od deski do deski"? 
Tak, oczywiście.

3. Jak reagujesz na książkę, którą określono mianem "bestseller"? Raczej ostrożnie czy poszukujesz, by natychmiast przeczytać?
Włącza mi się czerwona lampka. Choć znam świetnie książki obdarzone mianem "bestsellera" (choćby "Gringo wśród dzikich plemion" czy "Rio Anaconda") to podchodzę do nich nieufnie. Mam raczej specyficzny gust czytelniczy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że to, czym zachwyca się większość przyniesie mi rozczarowanie.

4. Czy książki historyczne powinny być ilustrowane? 
Ilustracje nie są dla mnie niezbędnym elementem, aczkolwiek to miły dodatek. Kilka dni temu zacząłem po raz kolejny czytać "Opowieść wigilijną", ale w nowym wydaniu, właśnie z ilustracjami. Przyznam, że dużo bardziej podoba mi się ta wersja. Czy tak samo ma się sprawa z książkami historycznymi? Myślę, że tak. Jeden obraz jest podobno wart więcej niż tysiąc słów (choć mnie jako molowi książkowemu trudno się z tym pogodzić). Może dobrze byłoby skorzystać z tej zasady. Na pewno ilustracje uatrakcyjniają tekst, a niekiedy czynią go bardziej zrozumiałym.

5. Czy okładka ma wpływ na to, że będąc w księgarni wybierasz właśnie tę, a nie inną książkę do przejrzenia, ewentualnie zakupienia?
Nie. Tak jak nie lubię oceniać ludzi po pozorach, tak też staram się nie kierować okładką przy wyborze lektury. Znam mnóstwo świetnych książek, które pod względem wizualnym przedstawiają się nie najlepiej. Choćby "W salonie i w kuchni". Nowe wydanie jest bardzo atrakcyjne, ale okładka tego z lat siedemdziesiątych (a po raz pierwszy czytałem właśnie tę wersję) raczej zniechęca do lektury. Wolę nie myśleć, ile miłych chwil straciłbym, gdybym wtedy kierował się pozorami. 

6. Jakich informacji, przemyśleń nigdy nie napisałabyś/napisałbyś na swoim blogu?
Wszystkich tych, które uważam za zbyt osobiste. Prywatność się ma tylko wtedy, gdy nie mówi się o niej na lewo i prawo.

7. Pożyczasz książkę, po czasie zostaje Ci oddana w nie najlepszym stanie fizycznym. Jak reagujesz?
Cóż, zależy to od pożyczającego :) Jeśli jest to mniej znana mi osoba to nic nie mówię. Jeśli zaś najbliższa rodzina to potrafię się zirytować. Zwłaszcza jak ktoś nawet nie sklei kartek, które powypadały...

8. Czy marzysz o swojej prywatnej biblioteczce z prawdziwego zdarzenia. Jedno pomieszczenie w domu/mieszkaniu przeznaczone tylko na książki?
Oczywiście. Czasami w wyobraźni planuję jak miałoby wyglądać. Masywne, wysokie, drewniany regały przy czterech ścianach, stół na środku na którym można rozłożyć najpotrzebniejsze pozycje oraz fotel i mały stolik w którymś z rogów. I oczywiście tysiące książek...

9. Twoje najciekawsze spotkanie czytelnicze w tym roku (wydarzenie, w którym brałaś/eś udział, "spotkanie" z bohaterem, odkrycie nowego autora).
O tym napiszę pewnie więcej pod koniec miesiąca w ramach podsumowania roku czytelniczego. Niestety nie brałem udziału w żadnym spotkaniu czytelniczym. Jeśli chodzi o odkrycie "nowego" autora to zachwycam się Zofią Kossak, o której wcześniej miałem mgliste pojęcie. Ważna była dla mnie lektura "Domu" Zofii Starowieyskiej-Morstinowej oraz "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza z Kempis. Coś we mnie zostało także z dzieł św. Jana od Krzyża. 

10. Przed Tobą 8 godzin lotu samolotem. Jaka książka będzie Ci towarzyszyć?
Zapewne zabrałbym tę, którą właśnie czytam. A jako że czytam zwykle kilka jednocześnie to musiałbym zabrać więcej pozycji. Na chwilę obecną byłyby to: "Nowy wspaniały świat", "Dzieje duszy", "Marszałek Piłsudski odbrązowiony" i "Opowieść wigilijna". 

11. Czy korzystasz z bibliotek cyfrowych?
Nie. Nie lubię czytać dłuższych tekstów w formie elektronicznej. 

sobota, 6 grudnia 2014

"Pasja" Tomasz a Kempis

Nie wiem, czy pamiętacie mój wpis dotyczący "Pasji" autorstwa Anny Katarzyny Emmerich. Jeśli nie to zachęcam do przejrzenia go. Na pewno będę bowiem odwoływać się do tamtej pozycji. Oba dzieła (bo trudno nie użyć tego słowa w przypadku publikacji takiego formatu) mają identyczny tytuł i poruszają podobną tematykę, ale na tym kończą się podobieństwa. Wizje Anny Katarzyny Emmerich bardziej wpływają na uczucia i emocje, zaś św. Tomasz z Kempis na intelekt.

"Pasja" Anny Katarzyny Emmerich rozbija i wyciska z oczu łzy. Sceny torturowania Jezusa, drogi krzyżowej i konania są opisane tak obrazowo, że jeszcze długo po zamknięciu książki przerażające sceny okrucieństwa przewijają się przez myśli czytelnika. "Pasja" Mela Gibsona (którą oparto przecież o wizje Emmerich) absolutnie nie oddaje głębi wizji niemieckiej mistyczki. Z tego względu raczej nie jest to lektura odpowiednia dla najmłodszych czytelników. Ostatnie dni Chrystusa na ziemi w odmienny sposób przedstawia Tomasz z Kempis. Reprezentuje on zdecydowanie inny typ wrażliwości. W jego dziele nie odnajdziemy brutalnych scen. Jest to raczej medytacja nad męką Jezusa. Szczegółowe opisy cierpienia Zbawiciela zastępują modlitwy do Niego.

"Pasja" obejmuje ostatnie dwanaście godzin Jezusa na ziemi od pojmania w Ogrójcu do męczeńskiej śmierci. Może być wykorzystywana jako pomoc do rozważań w czasie odprawiania nabożeństwa drogi krzyżowej oraz ćwiczeń duchowych. Internetowe księgarnie katolickie opatrują tę pozycję mianem "jednego z najbardziej przejmujących dzieł mistyki religijnej". Cóż, wydaje mi się to przesadą. Ale może to kwestia tego, że jestem już po lekturze wizji bł. Anny Katarzyny Emmerich. W porównaniu z jej wspomnieniami chyba żadnego opisu Męki Pańskiej nie uznam już za "przejmujący". "Pasję" Tomasza z Kempis polecam osobom niegotowym jeszcze na lekturę książki autorstwa niemieckiej mistyczki. Choć zachęcam oczywiście do przeczytania obu pozycji. Każda z nich w nieco odmienny sposób przedstawia te same wydarzenia, przez co obraz ostatnich dwunastu godzin Chrystusa staje się pełniejszy.


Znowu wyszła mi dość krótka opinia. Ostatnio pisanie sprawia mi jednak trudność. Mam zdecydowanie więcej obowiązków, przez co brakuje mi czasu nie tylko na przelewanie myśli na papier, ale nawet na czytanie. Stałem się też bardziej wymagający jeśli chodzi o dobór lektur. Publikacje, o lekturze których myślałem jeszcze kilka miesięcy temu przestają mnie interesować. Dziwię się czasami, że dodałem taką czy inną pozycję do listy "Chcę przeczytać". Wspominałem niedawno o targach wydawców katolickich. Obszedłem kilkukrotnie wszystkie stoiska i udało mi się znaleźć jedynie dwie książki, na zakup których skusiłem się ("Dzieje duszy" św. Teresy od Dzieciątka Jezus i "Biblijny rachunek sumienia dla młodych"). Chociaż może to i lepiej. W końcu nie warto tracić czasu na czytanie przeciętnych lektur, gdy obok czeka tyle wybitnych...

sobota, 22 listopada 2014

"Przez Maryję do Jezusa" Tomasz a Kempis

O ile wielkości "O naśladowaniu Chrystusa" i jego roli w kształtowaniu wiary i pobożności kolejnych pokoleń przez wieki nie trzeba tłumaczyć, to inaczej przedstawia się kwestia z książką "Przez Maryję do Jezusa". Mam wrażenie, że na hasło "Tomasz a Kempis" w myślach większości czytelników pojawia się natychmiast wspomnienie tej pierwszej publikacji. Nie chcę nic jej oczywiście ujmować, bo to wspaniała pozycja. Zwracam jednak uwagę, że nie jest jedyną wartą uwagi napisaną przez niemieckiego kanonika regularnego, który szczególnie ukochał Maryję, zwierzył jej swoje życie i pragnął, aby inni czynili podobnie.

"Przez Maryję do Jezusa" to zbiór refleksji, natchnionych tekstów, modlitw, psalmów i hymnów. Czytelnik powinien podejść do niej tak, jak do lektury "O naśladowaniu Chrystusa". Przeczytanie od deski do deski i odłożenie książki na półkę niewiele zmieni w naszym życiu. "Przez Maryję do Jezusa" wymaga innego podejścia. Pozycja ta domaga się przemyślenia jej, przemodlenia, wracania do szczególnie ważnych dla nas fragmentów. Należy mieć nie tylko otwarty umysł na przekaz autora, ale i gotowe serce na Boże działanie.

"O naśladowaniu Chrystusa" i "Przez Maryję o Jezusa" świetnie się uzupełniają. Kwestie poruszane przez autora na kartach jednej i drugiej książki nie pokrywają się. Warto zwrócić uwagę na piękny język, którym posługuje się autor. Delikatny, subtelny, ale jednocześnie konkretny i precyzyjny.

Trudno jednoznacznie określić istotę książki "Przez Maryję do Jezusa". Dla mnie jest to bardziej medytacja nad życiem Jezusa ze szczególnym zwróceniem uwagi na wydarzenia, w których dużą rolę odgrywała Maryja niż typowy traktat teologiczny. "O naśladowaniu Chrystusa" to przewodnik po życiu ludzkim i wyjaśnienie jak w nim powinien funkcjonować chrześcijanin. Pozycja bardzo konkretna, rzeczowa, przekazująca życiowe prawdy w prosty sposób. "Przez Maryję do Jezusa" to zaś zadumanie się nad tymi prawdami. Nie jest to na pewno łatwa lektura i szczerze mówiąc nie polecam sięgania po nią przed przeczytaniem "O naśladowaniu Chrystusa".

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 16 listopada 2014

Zrobienie dziecka św. Elżbiecie - 22 zł, czyli remonty po katolicku

Niebawem na blogu pojawi się moja opinia na temat książki "Przez Maryję do Jezusa". Tymczasem dzielę się pewnym rachunkiem dostarczonym niegdyś ks. Augustowi Poniatowskiemu za prace wykonane w czasie restauracji kościoła w Krakowie. Musicie przyznać, że użyty język nie jest zbyt zręczny. Miłej lektury :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

Żeby pisać trzeba żyć...

Wiem, że zaniedbałem ostatnio mój kawałek sieci. Jedynym usprawiedliwieniem jest brak czasu. Ostatnio nie mam go nie tylko na pisanie, ale nawet na czytanie. W październiku udało mi się przeczytać jedynie dwie książki (tak marnego wyniku nie zanotowałem od co najmniej dwóch lat). Listopad pod tym względem przedstawia się lepiej. Mam już za sobą pięć pozycji. Niestety wszystkie czytane z przymusu (co nie znaczy, że ich lektura nie była przyjemnością - większość z nich naprawdę mi się podobała).

Nie wiem, czy komukolwiek brakowało moich wpisów przez te trzy tygodnie. Mam nadzieję, że chociaż jeden czytelnik poczuł się zawiedziony. Jeśli istnieje taka osoba to znaczy, że moja praca nie jest daremna.

W przyszłym tygodniu wybieram się na Targi Wydawców Katolickich. W tamtym roku udało mi się kupić trzy pozycje. Stos, który ich tak już jest pokaźny na pewno powiększy się jeszcze. Poniżej przedstawiam to, co udało mi się zgromadzić w ostatnim czasie (przepraszam za jakość fotografii, ale była ona robiona telefonem).

Od góry:
  1. "Pieśń duchowa" św. Jan od Krzyża - zakup własny.
  2. "Pasja" św. Tomasz a Kempis - od wydawnictwa M.
  3. "Przez Maryję do Jezusa" św. Tomasz a Kempis - jw.
  4. "Jezus jest blisko" Sarah Young - od wydawnictwa Esprit.
  5. "Szaleńcy Boży" Zofia Kossak - zakup własny.
  6. "Huculszczyzna" Michał Kruszyna - od wydawnictwa Zysk.
  7. "Jego oczami" Szymon Wróbel - dostałem.
  8. "Rozmowy z dystansu" Krzysztof Ziemiec - dostałem.
  9. "Fronda" - najnowszy numer od wydawnictwa.
  10. "Jasnowidz w salonie czyli spirytyzm i paranormalność w Polsce międzywojennej" Paulina Sołowianiuk - z wymiany.
  11. "Życie polskie w XIX wieku" Stanisław Wasylewski - od wydawnictwa Iskry.
  12. "Literaci w przedwojennej Polsce" Remigiusz Piotrowski - od wydawnictwa PWN.
  13. "Ułani, poeci, dżentelmeni" Maja i Jan Łozińscy - jw.
  14. "Życie przestępcze w przedwojennej Polsce" Monika Piątkowska - jw.

poniedziałek, 20 października 2014

"Leczenie chorób duszy" św. Hildegarda z Bingen

Już starożytni zauważyli, że wszystko, co dzieje się w umyśle wpływa na ciało i wszystko, co dzieje się z ciałem wpływa na umysł. Wiedza teoretycznie znana, ale w dziwny sposób niepraktykowana przez całe pierwsze tysiąclecie (nie licząc jednostkowych przypadków). Do tych założeń powróciła dopiero św. Hildegarda z Bingen. Genialna kompozytorka, mistyczka, wizjonerka, uzdrowicielka, reformatorka religijna, a przede wszystkim doktor Kościoła. Mimo, że odnajdujemy pewne wspólne cechy stworzonego przez nią systemu medycznego ze starożytnymi myślicielami to jej koncepcja jest absolutnie oryginalna. Nie czerpała ona ani z osiągnięć ówczesnych klasztorów, ani z arabskich pomysłów. Fundamentem jej terapii jest stwierdzenie, że wszystko, co dzieje się z duszą wpływa na ciało. Zatem źródłem cielesnych chorób należy szukać przede wszystkim w kondycji naszego ducha.

Pierwszy kontakt z teorią św. Hildegardy może być trudny. W końcu niemalże wszyscy przyzwyczajeni jesteśmy do medycyny konwencjonalnej. Doszukiwanie się więc związku między niewłaściwym światopoglądem (to nie moje określenie, ale świętej) a odklejeniem się siatkówki, bólami głowy i nerwowością może wydawać się co najmniej dziwne. Przed rozpoczęciem lektury wskazane jest zaopatrzenie się w dużą dawkę pokory. Wiem, że koncepcje niemieckiej doktor Kościoła brzmią absurdalnie, ale czy nasza medycyna jest taka logiczna? 80% naszych chorób zależy od trybu życia i diety (i znowu kłaniają się starożytni: niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem), 10% od zestawu genów, a pozostałe 10% od różnych innych czynników. Stąd można wysnuć prosty wniosek, że eliminacja z produktów spożywczych wszelkich toksyn i wprowadzenie kilku zmian do naszego tygodniowego grafiku zmniejszyłaby naszą podatność na choroby o 80%. Pacjenci tak jednak nie patrzą na to. Od czasu do czasu odżywa dyskusja na temat legalizacji tzw. narkotyków miękkich. Pojawia się wtedy zarzut o ich oczywistej szkodliwości. Tylko że mogą one zaszkodzić znikomemu procentowi społeczeństwa. Tymczasem substancje dodawane do pożywienia niszczą zdrowie ponad 90% obywateli. Nikt jakoś nie protestuje przeciwko temu. Czy to nie dziwne, że uznaliśmy to za normalność? Warto przypomnieć to sobie zanim ktoś zacznie wyśmiewać się z medycyny św. Hildegardy. Nasze zachowanie nie jest ani odrobinę bardziej zdroworozsądkowe.

Niemiecka święta rozpatruje trzydzieści pięć cnót i wad duszy. Do każdej z nich dołącza wyczerpujący opis, listę związanych z nimi zaburzeń fizycznych, propozycję uzdrowienia duchowego (w większości przypadków poleca post) oraz wymienia kamienie szlachetne, które można wykorzystać w terapii. Ten ostatni punkt pominąłem przy lekturze (zresztą sam dr Wighard Strehlow ma świadomość, że część czytelników może obawiać się porad kojarzących się z działaniami magicznymi - choć święta oczywiście nie promuje technik okultystycznych i magii). Oprócz postu św. Hildegarda zaleca modlitwę, izolację od świata, bliski kontakt z przyrodą, medytację oraz ziołowe specyfiki przygotowywane według jej receptur. Jako najsilniejszy środek leczniczy wymienia miłość. 

Nikt oczywiście nie zachęca do porzucania medycyny konwencjonalnej i przerywania terapii wykorzystującej środki pochodzenia innego niż naturalne. Nic jednak nie tracimy, a możemy zyskać naprawdę wiele. Nawet jeśli nie zostaniemy uzdrowieni fizycznie to bardzo możliwe, że poprawi się kondycja naszej duszy. A które uzdrowienie ma większe znaczenie? Ciała, które jest śmiertelne czy duszy, która nigdy nie umiera? Odpowiedź, przynajmniej dla ludzi wierzących, wydaje się oczywista.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:

piątek, 17 października 2014

Niewolnictwo maryjne

Ona jest Jego mistycznym kanałem, Jego akweduktem, przez który delikatnie i obficie spływa Jego miłosierdzie. To mój ulubiony wyimek z "Traktatu o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny". Prawda, że piękne porównanie? Cieszę się, że książkę tę udało mi się przeczytać w miesiącu poświęconym Maryi. Zwłaszcza, że to szczególna pozycja. Dzieło św. Ludwika Marii Grignon de Montfort uznawane jest za klasykę duchowości maryjnej. Nieprzekonanym przypominam, że lekturę rekomendował św. Jan Paweł II. "Traktat..." był książką, na której wychował się przyszły papież, a jego dewiza to początek modlitwy, którą ułożył św. Ludwik. W tłumaczeniu brzmi ona tak: Jestem cały Twój i wszystko, co moje, do Ciebie należy. Przyjmuję Ciebie całym sobą. Daj mi Swoje serce, Maryjo (w oryginale: Totus Tuus ego sum et omnia mea Tua sunt. Accipio Te in mea omnia. Praebe mihi cor Tuum, Maria). 

Ludwik Maria Grignon de Montfort był pisarzem religijnym siedemnastego stulecia, kiedy w Europie królował barok. Wpływy tej epoki widać oczywiście w doborze słownictwa i w stylu, którym posługuje się autor. Jako że uwielbiam kulturę baroku to jest to dla mnie ogromną zaletą. Najbardziej rzucają się w oczy nieoczekiwane i zaskakujące porównania. Właściwie na każdej stronie można znaleźć przynajmniej jedno aforystyczne zdanie. Jednocześnie zalecenia autora są bardzo konkretne. Połączenie wysokiego stylu z praktycznymi radami nie pozwala zaszufladkować książki. Warto też zwrócić uwagę na tłumaczenie. Teksty barokowe często bywają trudne w odbiorze (choćby z powodu długich, wielokrotnie złożonych zdań). "Traktat..." czyta się jednak bardzo dobrze. Przypuszczam jednak, że nie jest to zasługą autora (który zapewne stosował się do barokowych trendów), ale tłumacza.

Czas jednak zakończyć rozpatrywanie "Traktatu..." pod względem językowym i literackim, żeby przejść do samej treści. Zdaję sobie sprawę, że tytuł tego wpisu dla wielu może być odrzucający. Każdy lubi, gdy akcentuje się jego wolność, a samo wspomnienie o niewoli mierzi. Niewolnictwo maryjne to jednak zupełnie inne pojęcie. Nie ogranicza ono wierzącego, ale wznosi go na wyżyny nie tylko wiary, ale i człowieczeństwa. Nie tracimy absolutnie nic. Za to możemy zyskać morze łask. Temu właściwie poświęcony jest "Traktat...". W zdecydowanej większości rozdziałów francuski święty uzasadnia celowość zawierzenia Maryi oraz wymienia błogosławione skutki, które z niego wynikają. Sam sposób odprawiania nabożeństwa jest zaś na tyle różnorodny, że wszyscy czytelnicy powinni odnaleźć propozycję, która będzie odpowiadać jego duchowości, a wówczas będą wyraźnie oglądać piękną Gwiazdę Morza, na ile tylko umożliwi im to sama wiara. Aby kierując się Jej wskazaniem, zawinąć do bezpiecznego portu, pomimo burz i piratów. Poznają wspaniałości tej królowej i poświęcą się Jej całkowicie w swojej pracy jako poddani i niewolnicy z miłości. 

Wpis rozpocząłem przepięknym cytatem z "Traktatu...", więc i zakończę go go podobnie. Błogosławiony człowiek, który oddał wszystko Maryi, który zawsze i we wszystkim Jej ufa i zatraca się w Niej. Nie tylko swoim czytelnikom, ale i sobie życzę takiej ufności i wiary, żeby to, o czym pisał św. Ludwik Grignon de Montfort stało się w naszym życiu ciałem. I oczywiście zachęcam do lektury dzieła francuskiego duchownego, bo jest ono klasyką duchowości. W sieci pojawiają się nawet informacje, że autor należy do zaszczytnego grona kandydatów (jeśli można użyć takiego słowa) oczekujących na przyznanie tytułu doktora Kościoła.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 12 października 2014

"Prostota" Bill Hybels

Nie, to nie kolejny poradnik z zakresu filozofii minimalistycznej. To coś więcej. "Prostota" to przewodnik po projekcie życia skupionego na tym, co najważniejsze. Bill Hybels jest pastorem, który pewnego dnia zatrzymał się i zadał pytanie "po co?". "Po co to wszystko robię?". Protestancki duchowny zdał sobie sprawę, że dzisiejsze tempo życia i koncentracja w jednym tygodniu nadmiernej liczby obowiązków prowadzi do wykończenia człowieka, który zajmuje się wieloma drugorzędnymi sprawami, tracąc z horyzontu to, co najważniejsze. Tytułowa prostota nie polega na uporządkowaniu domu i zmianie grafiku. Przede wszystkim jest to droga oczyszczenia duszy ze wszystkiego, co zbędne i dające złudne poczucie satysfakcji.

Nie przepadam za poradnikami traktującymi o tym, jak żyć, ale doceniam "Prostotę". Na tle innych tego typu publikacji wypada naprawdę nieźle. Autor nie poucza czytelnika i nie stara się za wszelką cenę przekonać go, że jego sposób na życie jest najlepszym z możliwych. W zamian dość logicznie argumentuje swoje pomysły i przytacza historie zasłyszane od wiernych w czasie swojej kilkunastoletniej posługi. Niektóre z jego postulatów są kontrowersyjne (choćby zalecane zerwanie relacji z przyjaciółmi, którzy mają inne priorytety od naszych - wiem, że brzmi to niejasno, ale nie ma tutaj miejsca na szersze wytłumaczenie tego projektu autora; zainteresowanych odsyłam do książki). Niestety Bill Hybels nie wziął pod uwagę tego, że nie wszystkie obowiązki nakładamy na siebie sami. Nie wiem więc, czy poradnik ten jest uniwersalny...

Nie uważam czasu poświęconego na lekturę "Prostoty" za straconego. Warto było ją przeczytać choćby dla jednego rozdziału dotyczącego wyboru swojego motta z Pisma Świętego. Bill Hybels uważa, że każdy chrześcijanin powinien odnaleźć je, nauczyć się go na pamięć, a następnie powtarzać w trudnych momentach i hołdować mu przynajmniej przez część życia. Ostatnią część książki autor przeznaczył na pomoc w wyborze odpowiedniego fragmentu. Argumentacja Billa Hybelsa jest przekonywająca. Nie wiem, czy każdy czytelnik poczuje się zobligowany do wykonania tego kroku, ale ja zamierzam odnaleźć moje motto życiowe, bo może przynieść to pozytywne skutki.

Bill Hybels zanim wyrazi opinię na temat działalności jakiejkolwiek osoby działającej w sferze publicznej powinien sprawdzić, jakie wartości wyznaje i czy rzeczywiście to, co robi jest dobre. Autor zachwyca się nad małżeństwem Gatesów, którzy zdecydowali się na założenie fundacji. Przed wydaniem pochopnej opinii należało zapoznać się z działaniami i projektami, które wspiera ta organizacja charytatywna. Tylko w latach 1998-2006 przekazała ona 12 milionów dolarów na rzecz Planned Partenthood Federacion of America. Stowarzyszenie to zajmuje się m.in. lobbingiem na rzecz aborcji przy ONZ i propagowaniem szerokiego dostępu do antykoncepcji. Nad czym więc zachwyca się pastor?

Wrócę jeszcze do koncepcji uproszczonego życia. Autor nie ma na myśli jedynie zredukowania liczby naszych zajęć. Uważa on, że powinniśmy przynajmniej próbować stawać się takimi, jakimi chciałby nas widzieć Bóg. Oznacza to więc, że sprawy istotne powinniśmy postawić na pierwszym miejscu, spychając na dalszy plan to, co rozprasza nas od osiągnięcia naszego ostatecznego celu. Brzmi to logicznie. Wymaga jednak sporej odwagi, ale warto chyba spróbować?

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

piątek, 26 września 2014

"Historyczny atlas Biblii"

Literatura nieustannie mnie zaskakuje. Potrafi doskonale przybliżyć to, co działo się tysiące lat temu. Opowieści z kart Biblii, które niektórzy chcieliby zaliczyć do kategorii baśni i legend nagle ożywają i stają tuż obok nas. Wiele teorii wtłaczanych do podręczników, delikatnie mówiąc, mija się z prawdą. Sami katolicy też często nie przyczyniają się do wzrostu szacunku do tej świętej księgi, gdy na siłę chcą być w głównym nurcie. Klasycznym przykładem jest bezgraniczna wiara wielu (w tym również wierzących) w hipotezę Darwina dotyczącą ewolucji. Nie zamierzam głębiej wchodzić w ten temat. Zainteresowanych odsyłam do świetnej książki "Stworzenie czy ewolucja? Dylemat katolika" o. Michała Chaberka. Przytaczam ten przykład, ponieważ wiele historii, które uznawano jedynie za biblijne metafory znajduje swoje odzwierciedlenie w nauce. Niedawno naukowcy dowiedli, że wszyscy pochodzimy od jednej kobiety (a podobno Adam i Ewa to tylko symbol...). A czy biblijny potop wydaje się wymysłem starożytnych, gdy kolejni badacze znajdują szczątki żyjątek morskich na Mount Everest? Zarówno Stary Testament, jak i Nowy to oczywiście bardzo trudne księgi zawierające mnóstwo przenośni. To nie znaczy jednak, że na kartach Pisma Świętego nie ma prawdziwych historii. "Historyczny atlas Biblii" znakomicie temu dowodzi. Jest to próba krytycznego spojrzenia na dane przedstawione w Biblii.

Mapy dotyczą wydarzeń od wędrówki Abrahama (wcześniejsze losy świata przedstawione w Księdze Rodzaju nie zostały przecież uznane jako fakty historyczne) po zniszczenie Świątyni Jerozolimskiej i rozpowszechnienie się chrześcijaństwa po świecie. Atlasu nie można uznać jedynie za kartograficzne przedstawienie terytoriów, o których wspomina Pismo Święte. "Historyczny atlas Biblii" to coś więcej. To wędrówka przez kilka tysięcy lat historii zbawienia. Każdą mapę opatrzono starannym komentarzem wybitnego biblisty Enrico Galbiatiego.

Atlas został bardzo starannie wydany. Kredowy papier, bardzo dobrej jakości reprodukcje zdjęć i obrazów oraz kolorowe mapy czynią korzystanie z niego przyjemnością. Szyty grzbiet i twarda oprawa dodają zaś trwałości. Nie podoba mi się natomiast to, że okładka nie jest identyczna z obwolutą. Obwoluta prędzej czy później ulegnie zniszczeniu i będziemy musieli ją wyrzucić. Wtedy pozostanie czarna oprawa, która wygląda nie lepiej niż stary słownik ortograficzny. 

Historie biblijne często bywają trudne w odbiorze. "Historyczny atlas Biblii" może pomóc w odczytaniu ich. Wędrówkę Abrahama czy podróże misyjne św. Pawła możemy prześledzić z palcem na mapie. Warto przeczytać odpowiednią księgę z Pisma Świętego, a dopiero później porównać ją z opisem oraz mapą z atlasu. "Historyczny atlas Biblii" pozwala uzmysłowić sobie, że dzieje narodu wybranego i historia zbawienia to nie jedynie kwestia wiary, ale także nauki. Wiele faktów biblijnych zostało potwierdzonych przez historię i archeologię. Podstawową funkcją tej pozycji pozostaje jednak pomoc w lekturze Pisma Świętego. Z przyjemnością mogę uznać, że zła passa literacka, która mnie niedawno dopadła została przerwana. "Historyczny atlas Biblii" to książka zasługująca na szczególne miejsce w domowej biblioteczce.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 23 września 2014

"Myśl negatywnie" Bob Knigt

Wraz z jesienną aurą pojawiła się u mnie zła literacka passa. "Myśl negatywnie" to już trzecia książka, która nie spełniła moich oczekiwań. Sięgnąłem po nią ze względu na przewrotny tytuł. Obecnie modny jest raczej kult pozytywnego myślenia niż zdroworozsądkowe myślenie. Publikacje zachęcające do patrzenia na świat przez różowe okulary biją rekordy popularności. A jako że nie lubię płynąć z głównym nurtem to nie mogłem przejść obojętnie obok pozycji Boba Knighta. Niestety tym razem zawiodłem się.

Zaznaczam, że "Myśl negatywnie" wcale nie promuje pesymizmu. Autor odcina się od niego (podobnie jak od optymizmu). W zamian proponuje trzecią drogę - realizm. Argumentacja Boba Knigta jest poniekąd przekonująca. Jeśli uważamy, że na pewno coś nam się uda to bardzo możliwe, że osiądziemy na laurach, przestaniemy solidnie pracować i ostatecznie możemy odnieść porażkę. Człowiek, który od czasu do czasu dopuszcza do siebie negatywne myśli wie, że istnieje możliwość przegrania, więc pracuje nad tym, aby była ona jak najmniej prawdopodobna.

Brzmi to jak najbardziej logicznie. Nie rozumiem tylko, jak taką tezę można wyjaśniać przez dwieście czterdzieści stron... Argumentacja zdania autora to materiał na kilkunastostronicową (maksymalnie kilkudziesięciostronicową) broszurkę, a nie na książkę. "Myśl negatywnie" to niesamowicie nudna publikacja. Pierwszą połowę przeczytałem od deski do deski, w drugiej połowie omijałem już niektóre akapity. Trzy czwarte tekstu zajmują wspomnienia z różnych meczy i treningów. Naprawdę nie rozumiem, po co wplatać tego typu historyjki. Kompletnie nie interesuje mnie życie osobiste autora. Nie chcę być niesprawiedliwy, ale wydaje mi się, że Bob Kingt jest w pewnym stopniu megalomanem. Trzon książki to wcale nie promocja realistycznego myślenia, ale to, co autor dzięki niemu osiągnął i czego dokonał. Być może jest on na tyle popularny w Stanach Zjednoczonych, że czytelnicy kupią "Myśl negatywnie" tylko ze względu na jego osobę. To, co sprawdza się za oceanem niekoniecznie można z pozytywnym skutkiem przenieść nad Wisłę. Przyznaję szczerze, że dawno nie czytałem tak nieciekawej książki. Skończyłem ją tylko z tego względu, że zobowiązałem się napisać opinię na jej temat. Gdyby nie to odłożyłbym ją na półkę już po kilku rozdziałach. Sportowcy nie powinni zabierać za pisanie książek (a przynajmniej nie wszyscy mają predyspozycje ku temu).

Optymizm jest mi bliższy...

Razi mnie powoływanie się na dość kontrowersyjne wyniki badań. Fraza "Amerykańscy naukowcy odkryli..." jest już kultowa. W kwietniu stwierdzają, że codzienne picie lampki wina zmniejsza ryzyko zachorowania na nowotwór, po czym w maju dowodzą, że wino powinno być absolutnie wykluczone z diety. Bob Kingt przytacza opinię jakiegoś rzekomo wybitnego profesora, który wywnioskował, że osoby opisywane przez rodziców jako niezwykle pogodne i wolne od zmartwień zazwyczaj umierały szybciej niż ich mniej optymistyczni rówieśnicy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby stwierdzić, że to wierutna bzdura.

"Myśl negatywnie" nie przekonała mnie do siebie. To wyważanie otwartych drzwi. Każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że zdroworozsądkowe myślenie jest ważne. Czy temu zagadnieniu trzeba poświęcać aż całą książkę? Poza tym mimo że autor odcina się od pesymizmu to czarnowidztwo obecnie jest na co piątej stronie. Może jestem naiwny, ale zdecydowanie wolę optymistyczne publikacje np. "Planetę dobrych myśli... dla dzieci od lat 7 do 100" czy serię "Moc dobrych myśli" Beaty Pawlikowskiej.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 21 września 2014

"Zbaw nas ode Złego" Ralph Sarchie

Nie może nazywać siebie chrześcijaninem, a już na pewno katolikiem ten, kto wątpi bądź nie wierzy w istnienie diabła - teoretycznie oczywista prawda rozpoczyna pierwszy rozdział. Ralph Sarchie to nowojorski policjant, który oprócz służby społeczeństwu ma także drugą Pracę (zawsze pisze o niej wielką literą) - jest członkiem grupy modlitewnej pomagającej egzorcyście w pełnieniu swojej posługi. Niejednokrotnie z prawdziwym złem spotkał się niemalże twarzą w twarz. Do granic ludzkich możliwości angażuje się w  niesieniu pomocy osobom dręczonym przez demony, o czym świadczy między innymi opublikowanie książki, której celem jest uświadomienie wierzącym o czyhających na nich pułapkach. Gdyby opętani nie otworzyli furtki Szatanowi to ten prawdopodobnie nigdy nie zawładnąłby ich ciałem. Całą publikację poświęcono udowodnieniu prawdziwości tezy rozpoczynającej ją. Ralph Sarchie dzieli się wspomnieniami dotyczącymi trudnych przypadków, z jakimi spotkał się podczas pomocy biskupowi McKenna.

Historie przytaczane przez autora często wydają się nieprawdopodobne. Telefon, którym zawładnął demon, wirujący żyrandol, samoistne odkręcanie się kurków z wodą oraz włączanie i wyłączanie się światła, krzesło przesuwające się przez jadalnię, fruwająca po pokoju popielniczka, nagłe błyski światła - to tylko niektóre paranormalne sytuacje pojawiające się na kartach książki. Przyznam, że początkowo trudno było mi w nie uwierzyć. W żadnej przeczytanej przeze mnie pozycji poświęconej zniewoleniom duchowym nie pojawiały się podobne rzeczy. Żaden z polskich egzorcystów w jakimkolwiek wywiadzie nawet nie wspomniał o tego typu sytuacjach. Również ks. infułat Jan Pęzioł (egzorcysta pełniący swoją posługę w sanktuarium w Wąwolnicy), z którym miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu nie mówił o czymś podobnym. Twierdził, że nie raz widział przypadki przeczące prawom natury (np. lewitacja), ale zawsze działy się podczas sprawowanego obrzędu wypędzania złego ducha. Sam nie wiem, czy wierzę autorowi. Wydaje się, że jest osamotniony w swoich tezach. A może z naszą religijnością nie jest jeszcze tak źle i u nas nie dzieją się podobne rzeczy? Generalnie obdarzam piszących książki (zwłaszcza te wydawane w sprawdzonym wydawnictwie) zaufaniem. Dlaczego autor miałby zmyślać?

Ralph Sarchie trochę rozpędził się w zadaniu, które sobie postawił. Nie tylko uświadamia czytelnikowi o zagrożeniach czyhających na niego, ale także niestety wzbudza w czytającym strach. Czy takie uczucie powinno towarzyszyć osobie kończącej chrześcijańską książkę? Naprawdę czasami obawiałem się przejść do kolejnego rozdziału, bo nie wiedziałem, co mnie może w nim spotkać. Dodatkowo "Zbaw nas ode Złego" czytałem głównie nocami, co nie sprzyjało spokojnej lekturze. Zdecydowanie brakuje podkreślenia tego, że wynik walki duchowej został przesądzony już na początku świata. Przypieczętowała go ofiara Jezusa. Chrystus niósł pokój, pokój serca jest także jednym z owoców Ducha Świętego. Nie rozumiem więc, dlaczego książka wydana przez katolickie wydawnictwo wzbudza strach, a niektóre fragmenty nawet przerażenie. Być może zbyt emocjonalnie podchodzę do czytanych pozycji.

Nie mogę nic zarzucić tej publikacji pod względem literackim. "Zbaw nas ode Złego" czyta się bardzo dobrze. Autor, mimo braku wykształcenia humanistycznego, nieźle posługuje się sztuką pisarską. Potrafi zainteresowań czytelnika i wciągnąć go w lekturę. Zdecydowanie brakuje jednak uzmysłowienia czytelnikowi, że żyjąc w zgodzie z Bożymi przykazaniami nie powinien obawiać się działalności zła. Pozostawiam każdemu decyzję, czy chce zapoznać się z tego typu pozycją. Nie żałuję czasu spędzonego z książką "Zbaw nas ode Złego", ale nie zamierzam do niej wracać. Od literatury chrześcijańskiej oczekuję pogłębienia wiedzy dotyczącej doktryny i historii Kościoła oraz umocnienia wiary. Zdecydowanie nie akceptuję wzbudzania w czytelniku przerażenia (nie twierdzę, że było to celowe działanie).


Albo temat egzorcyzmów wyczerpał się, albo to moje zainteresowanie tym tematem skończyło się. Może nie przeczytałem zbyt wielu pozycji dotyczących tej tematyki, ale na chwilę obecną mogę powiedzieć, że w zupełności wystarcza mi to, co wiem. Jest jeszcze tyle nieznanych mi bliżej obszarów literatury, że szkoda zatrzymywać mi się aż tak długo w jednym temacie. "Zbaw nas ode Złego" to moje pożegnanie z egzorcystami, egzorcyzmami i działaniem złego ducha. Nie żałuję ani chwili na lekturę dotyczącą wyżej wymienionych zagadnień. Otworzyły mi się oczy na wiele zagrożeń i stałem się bardziej świadomym katolikiem. Czuję jednak, że nie mam już ochoty na kolejną podobną książkę. Tych, którzy słabo orientują się w temacie zachęcam do przeczytania kilku pozycji, bo coś wiedzieć wypada (poza tym to dość przydatna na co dzień wiedza - w końcu walka duchowa toczy się cały czas). Ja zaś wyruszam na poszukiwanie kolejnych autorów, których publikacje wciągną mnie bez reszty.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

piątek, 19 września 2014

"Polskie ścieżki masonerii" Andrzej Zwoliński

Ilekroć ktoś porusza temat masonerii na twarzach wielu osób pojawia się szyderczy uśmiech. Samo wspomnienie o tej organizacji próbuje zaliczyć się jako specyficzny rodzaj "oszołomstwa" i zepchnąć na margines dyskusji, bo przecież nie wypada rozmawiać o "teoriach spiskowych". Tymczasem wolnomularstwo to część historii. Warto zapoznać się z rzetelnymi opracowaniami, gdyż wiedzę o tym stowarzyszeniu sami masoni próbują przedstawiać w nieobiektywny, przychylny dla siebie sposób. Od 11 września w Muzeum Narodowym można oglądać wystawę "Masoneria. Pro publico bono", która przedstawia dzieje masonerii jedynie w jasnych barwach, absolutnie nie wspominając o jej ciemnych stronach. Niestety "Polskie ścieżki masonerii" nie są publikacją, która w pełni mnie zadowoliła.

Andrzej Zwoliński (ponoć to ksiądz rzymskokatolicki, ale skoro w książce występuje jako osoba świecka to i ja go nie zamierzam specjalnie tytułować) przedstawia dzieje wolnomularstwa w Polsce od początków po dzieje współczesne. Pierwsza organizacja masońska powstała na terytorium Rzeczypospolitej pod koniec lat dwudziestych XVIII wieku. Należało do niej dwóch polskich królów: Stanisław Leszczyński (prawdopodobnie ktoś z jego otoczenia przeszczepił nowinki francuskie nad Wisłę) i Stanisław August Poniatowski. W XIX wieku miała ona raczej charakter spisku niepodległościowego niż organizacji ideologicznej. Wraz z odrodzeniem się państwa polskiego następuje wzrost znaczenia środowisk masońskich. Do 1926 roku czterech z czternastu premierów było masonami. Z kolei w latach 1926-1939 już trzynastu z siedemnastu czynnie brało udział w zebraniach lóż. Autor doprowadza historię masonerii do roku 2012.

Zdecydowanie zaskoczyła mnie lista masonów. Do wolnomularstwa należeli m.in.: Izabella Czartoryska, Aleksander Fredro, Jan Krukowiecki, książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, książę Stanisław Lubomirski, książę Michał Ogiński, książę Józef Poniatowski, Józef Zajączek, Tomasz Zan, książę Dominik Radziwiłł. Jak widać pojawiają się zarówno wybitne osobistości, jak i wyjątkowo nieudolne postacie. Łączy ich jedno - wysoka pozycja społeczna (co nie zmieniło się do dziś, gdyż nadal do wolnomularstwa należą wpływowe osoby).

Symbol masoński (źródło)

Nie rozumiem, dlaczego książka poświęcona masonerii wydana przez katolickie wydawnictwo nie ostrzega w zdecydowany sposób przed tą organizacją. Zakończenie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Rozczarowanie to zbyt łagodne określenie mojego stanu po przeczytaniu ostatniej strony. Autor chyba nie traktuje tematu z należytą powagą i ostrożnością. Wystarczy zastanowić się nad tym fragmentem, żeby stwierdzić, że coś jest nie tak: Obecność masonerii stanowi też ważne wyzwanie dla poszczególnych grup społecznych, by podjąć polemikę z propagowanymi przez lożę ideami. Spotkanie owych myśli i idei może być ubogacające, gdy traktuje się je jako wyraz pluralizmu intelektualnego i koncepcyjnego co do przyszłości życia społecznego w Polsce. Nie wiem, co takiego może wnieść do życia społecznego organizacja, której głównym celem jest zniszczenie Kościoła katolickiego. Masoneria odpowiada m.in. za zastraszanie trójki dzieci, którym Maryja objawiła się w Fatimie oraz zamordowanie tysięcy Meksykanów w czasie powstania Cristero w latach 1926-1929 (dzieje tego wydarzenia przedstawia genialny film pt. "Cristiada"). Warto też przypomnieć, że to ona była zamieszana w rewolucję francuską. Co więcej, w razie kolizji jej interesów z interesem państwa członków obowiązuje trzymanie się interesów masonerii. Loża żydowska, do której należy m.in. Jan Hartman, jako najważniejszy problem w Polsce uznała kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam ("Polskie ścieżki masonerii" str. 241).

Kościół wielokrotnie wyrażał negatywne zdanie o masonerii. Papieże poruszyli jej temat aż w czternastu encyklikach. Do dziś osoba przystępująca do tej organizacji automatycznie nakłada na siebie karę ekskomuniki. Prymas Polski August Hlond w 1926 roku wypowiedział słowa aktualne do dziś: A przede wszystkim zerwać powinna Polska z masonerią, której ostatecznym celem jest systematyczne usuwanie Ducha Chrystusowego z życia narodu. Tym więcej zaś musi zerwać z nią Polska, że masoneria to konspiracja zagraniczna, której nie tylko na Polsce nic nie zależy, ale która potężnej Polski nie chce. Z kolei w 1938 roku w orędziu noworocznym Episkopat Polski przypominał: Walczą z wiarą, a walczą zwykle w tajnym sprzysiężeniu wolnomularstwo i wolnomyślicielstwo. (...) Stąd to wołanie zakulisowe o szkołę bez nauki religii, o złamanie rzekomego wszechwładztwa kleru (...) Stąd pokątne judzenie na zrzeszenia kościelne i Akcję Katolicką. Stąd arcymasońskie żądanie zerwania konkordatu i rozdziału Kościoła od Państwa. Stąd propaganda etyki świeckiej. Stąd dążenie do wypierania Kościoła z życia publicznego i do takiego ograniczenia jego wpływów, iżby poza dziedziną wewnętrznej ascezy nie miał możliwości oddziaływania na ducha narodu i był wyłączony nawet od moralnego związku z życiem zbiorowym, społecznym, politycznym. Stąd próby kłócenia Kościoła z Państwem, kompromitowania hierarchii i jej powagi. Stąd hasło wolności sumienia, pojmowane jako zasada nie pozwalająca Kościołowi opierać się deprawacji sumień. Stąd pokrewne hasło tolerancji religijnej, według której Kościół katolicki miałby być zrównany z pierwszą lepszą sektą. (...) Stąd ta postawa, według której antyklerykalizm uchodzi w pewnych grupach za dobry ton i za towarzyską legitymację. Ostatecznym celem walki z katolicyzmem jest Polska bez Boga. Brzmi znajomo, prawda?

Wnętrze loży warszawskiej (źródło)

Wybór ilustracji w tej książce to chyba dzieło czystego przypadku. Mam wrażenie, że dobierała je maszyna losująca. Nie wiem, po co zamieszczać fotografię ks. abp. Józefa Michalika czy gen. Władysława Sikorskiego, którzy nie dość, że zostali jedynie wspomniani w jakimś rozdziale to są powszechnie znani. Wolałbym się zapoznać z atrybutami masonerii, wnętrzami miejsc ich spotkań itp. Tymczasem ograniczono się do przedstawienia wizerunków znanych osób, którzy w mniejszy lub większy sposób są związani z wolnomularstwem.

Mam wrażenie, że autor nie dotarł do wszystkich dostępnych źródeł. Współczesny wpływ masonerii na życie publiczne w Polsce został potraktowany po macoszemu. Rozdział dotyczący działaności masonów w III RP jest mało odkrywczy. Na kartach książki szerzej pojawia się jedynie prof. Tadeusz Cegielski, który sam otwarcie przyznaje, że jest masonem. A gdzie jego towarzysze? Gdzie rola masonerii dzisiaj? Niestety nie dowiemy się prawie nic o masonerii we współczesnej Polsce. Publikacja faktycznie dotyczy jedynie historii wolnomularstwa w Rzeczypospolitej. Przydatna może być do połowy XX wieku. Tylko w takich granicach historycznych można ją uznać za rzetelną pracę.

Historia masonerii i jej wpływ na to, co dzieje się dzisiaj zdecydowanie zasługuje na szersze opracowanie. Nie twierdzę, że "Polskie ścieżki masonerii" to bezwartościowa lektura. Moje oczekiwania nie zostały jednak spełnione. Muszę poszukać innych publikacji, bo to ważny i ciekawy temat. Wystarczy przypomnieć sobie nagonkę medialną na ks. abp. Józefa Michalika, gdy w wielkopostnym liście skierowanym do wiernych napisał: Widzimy, jak planowo atakowany jest dziś Kościół przez różne środowiska libertyńskie, ateistyczne i masońskie. Burza, która rozpętała się po jego odczytaniu w polskich świątyniach musi o czymś świadczyć.

Za egzemplarz książki dziękuję:

wtorek, 16 września 2014

"O naśladowaniu Chrystusa" Tomasz a Kempis

Dzisiejszy post nie jest recenzją. To raczej zbiór luźnych myśli. Nie wyobrażam sobie klasycznego wpisu dotyczącego pracy tak wybitnego autora jak Tomasz a Kempis. "O naśladowaniu Chrystusa" to przecież dzieło ponadczasowe, przeznaczone dla czytelnika z niemalże każdej grupy wiekowej (może z wyłączeniem małych dzieci). Jest to pozycja, której nie można przeczytać "od deski do deski" i odstawić na półkę. Do niej wraca się latami. Ona pomaga w trudnych momentach. Z nią wychowały się rzesze świętych.

"Pójdź za mną!" On wstał i poszedł za Nim - to jeden z moich ulubionych fragmentów Pisma Świętego. Podziwiam postawę Lewiego, który w jednej chwili porzucił swoje dotychczasowe życie i poszedł za Chrystusem. Zastanawiam się wtedy, czy i ja postąpiłbym podobnie, gdyby mnie to spotkało... Zostawić wszystko i pójść za Jezusem to plan, który może wydawać się dość szalony (zwłaszcza, że świat kusi tyloma rzeczami). Nie dla Tomasza a Kempis. "O naśladowaniu Chrystusa" to klasyka duchowości. Wybitne dzieło, które uczy, jak zbudować swoje życie na skale. Mam taki zwyczaj, że najciekawsze fragmenty zaznaczam samoprzylepnymi karteczkami. Traktat duchowy Tomasza a Kempis pochłonął ich kilkadziesiąt. Chyba w żadnej książce nie zaznaczyłem aż tylu stron szczególnie wartych uwagi. Można ją przeczytać przez jeden wieczór, ale to lektura na całe życie. Warto wracać do niej każdego dnia i czerpać wskazówki.

Jako że może nie wszyscy znają dość dobrze postać Tomasza a Kempis to krótko go przedstawię. Żył na przełomie XIII i XIV wieku. Był niemieckim zakonnikiem, teologiem i mistykiem. Pochodził z licznej i bardzo religijnej rodziny. Jego matka prowadziła szkołę wiejską, a ojciec trudnił się kowalstwem. Dość wcześnie poświęcił się życiu zakonnemu. Miał trzy ulubione zajęcia: czytanie, pisanie i modlitwę. Wszystkimi tymi rzeczami zajmował się przez większość swojego życia. Udało mu się czterokrotnie przepisać całe Pismo Święte. Jego największym dziełem jest oczywiście "O naśladowaniu Chrystusa", ale napisał także "O naśladowaniu Maryi" i "Pasję".

Źródło
Cenię go za język, którym się posługuje. Daleko mu do wyrafinowanej terminologii teologicznej. Zdania są krótkie i celne. Całość podzielono na wiele, niezbyt obszernych rozdziałów. Wszystko to sprawia, że tekst czyta się naprawdę dobrze. Każdy podrozdział to konkretne zalecenia. Św. Tomasz a Kempis nie napisał ogólnikowych duchowych rozważań, ale konkretny poradnik skierowany absolutnie do wszystkich. Zadziwia jego uniwersalność. Tak jak był aktualny sześćset lat temu, tak i dzisiaj możemy z niego z powodzeniem korzystać. Co więcej, jest to książka adresowana do chrześcijanina w każdym wieku. Na pewno inaczej przeżywa się lekturę w zależności od bagażu doświadczeń życiowych. Tym niemniej jednak pozwala kształtować charakter i duchowość niezależnie od naszego stanu, a także podnosi na duchu w trudniejszych momentach.

Niestety nie do końca odpowiada mi tłumaczenie o. Wiesława Szymona OP. Zupełnie inaczej odebrałem wiele fragmentów przetłumaczonych przez Marka Gajowskiego. W przypadku "O naśladowaniu Chrystusa" tłumacz ma do spełnienia ogromną rolę. Gdyby ktoś planował zakup tego traktatu duchowego to polecam wybranie się do dobrze zaopatrzonej księgarni katolickiej i przeczytanie dla porównania tej samej strony przełożonej przez różne osoby.

"O naśladowaniu Chrystusa" pozwala uświadomić sobie, że ziemska droga nie zawsze jest usłana różami, a radość może być rzadsza od cierpienia i zmartwień. To książka umożliwiająca zdystansowanie się od trapiących nas na co dzień problemów i skupieniu się na wieczności. Nie wyobrażam sobie domowej biblioteczki jakiegokolwiek wierzącego mola książkowego bez tej pozycji.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

środa, 10 września 2014

Zaproszenie

Dostałem informację o dwóch spotkaniach, które mogą zainteresować krakowskich moli książkowych. Więcej informacji poniżej. Mam nadzieję, że komuś przyda się ta informacja.

niedziela, 7 września 2014

"Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" Joanna Jurgała-Jureczka

Ludzie, czy wiecie, kogo żegnamy? Pytanie postawione na pogrzebie Zofii Kossak należałoby zadać i dziś. Mam wrażenie, że postać ta popadła w lekkie zapomnienie. A to kobieta wielkiego formatu. Nieprzeciętna pisarka, gorliwa katoliczka, współtwórca "Żegoty", wyzwolicielka setek Żydów, którym pomagała w czasie okupacji, postać niemal bez skazy.

Książka nie jest klasyczną biografią. Mimo bogatej bibliografii i licznych przypisów nie można uznać jej za publikację naukową. Praca Joanny Jurgały-Jureczki to zbiór wspomnień i opowieści o życiu Zofii Kossak. Losy wybitnej polskiej pisarki zostały przedstawione w przystępny sposób nawet dla czytelnika niespecjalnie zainteresowanego historią. Żywot autorki takich dzieł jak "Krzyżowcy" czy "Błogosławiona wina" był tak barwny, pełen tylu zakrętów i obfitujący w tyle zdarzeń, że książkę czyta się jak powieść. Z książki wyłania się portret kobiety niezłomnej. Przeżyła atak hordy bolszewickiej na Kresach, pobyt w Auschwitz (kiedy wyszła z niego ważyła 38 kg) i reżim komunistyczny. Współwięźniarki zapamiętały jej niebieski różaniec, z którym się nie rozstawała. Do końca swoich dni szła z podniesioną głową. Zachowała człowieczeństwo nawet w najtrudniejszych momentach, nigdy się nie uginając przed złem. Nie poddała się ani okupantowi niemieckiemu, ani później okupacji sowieckiej. Lista jej zasług jej wyjątkowo długa m.in. redagowała podziemną prasę, broszury i odezwy, współpracowała z Delegaturą Rządu RP na Kraj, działała w Społecznej Organizacji Samoobrony, przewodniczyła Unii Kobiet, była współzałożycielką Żegoty. Została uhonorowana medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Zawdzięczamy jej także wznowienie pisma katolickiego "Niedziela", które ukazuje się do dziś. Warto dodać, że powieści Zofii Kossak cenił św. Jan Paweł II.

Uważała, że każdy chrześcijanin powołany jest do świętości. Nie był to pusty frazes, ale zasada której hołdowała przez całe życie. W powieściach starała się przekazywać wyznawane przez siebie wartości. W "Służbie pisarza" podała swoją definicję dobrej literatury: Dobra literatura to ta, która ukazuje nieskończoność i wielkość wszechświata, sens życia, celowość życia, która pobudza do walki ze złem, do przeciwstawiania się złu, która głosi wiarę w zwycięstwo dobra, żąda heroicznej, aktywnej postawy. Tylko ile współczesnych książek można podpiąć pod tę definicję?

Źródło

Jeszcze przed wojną doszła do wniosku (czego niektórzy do dziś nie chcą przyjąć), że między hitleryzmem i komunizmem nie ma różnicy. Przypisywanie faszyzmowi cech skrajnej prawicy jest nieuzasadnione (szerzej pisze o tym Johann Goldberg w książce "Lewicowy faszyzm"). Zofia Kossak podzieliła się swoimi spostrzeżeniami w artykule "Chrześcijańskie posłannictwo Polski": Nikt już chyba dziś nie wierzy, by między hitleryzmem i bolszewizmem istniała rzeczywista rozbieżność. Posiała je ta sama ręka, zrodziły pożądliwość i pycha. Są między nimi różnice i antagonizmy. Ideologia pozostała ta sama.

Zdecydowanie irytujące jest podkreślanie przez autorkę, że Zofia Kossak była postacią niejednoznaczną i nie można przedstawić jej "bez światłocienia". Joanna Jurgała-Jureczka nie podaje jednak żadnych argumentów potwierdzających jej zdanie. Biografię właściwie można uznać za hagiografię. W życiu Pożogi (tak złośliwie nazywały ją kuzynki Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec) nie ma ciemnych kart. Uratowała tysiące istnień ludzkich. Stanowiła podporę dla swojej rodziny i przyjaciół. Angażowała się w ruch oporu przeciwko okupantowi niemieckiemu. Nawet w czasie wojny dzieliła się skromnymi funduszami z ubogimi. Była żarliwą, głęboko wierzącą katoliczką. Jeśli nie mogła o kimś powiedzieć nic dobrego to nie wypowiadała się w ogóle na jego temat. Trudno znaleźć jakąś skazę na jej portrecie. Dziwię się, że Kościół katolicki nie wszczął jeszcze procesu beatyfikacyjnego Zofii Kossak. Swoim życiem pokazała przecież, kim powinien być chrześcijanin i jak powinna wyglądać jego ziemska droga. Wmawianie czytelnikom, że nie da się odtworzyć rzeczywistego portretu autorki "Bez oręża" jest co najmniej nieuzasadnione.

Źródło
W biografii brakuje reprodukcji fotografii. Na ponad trzystu stronach znalazła się zaledwie jedna ilustracja. Nie zobaczymy ani Zofii Kossak w różnych momentach życia, ani jej domu w Górkach Wielkich, który tak często jest opisywany. Szkoda, bo naprawdę wzbogaciłoby to książkę. Biografia bez dokumentacji fotograficznej (o ile możliwe jest jej zdobycie) wiele traci na swojej wartości.

Zofia Kossak nigdy nie narzekała na swój los i z pokorą przyjmowała Boże wyroki. W swoim cierpieniu widziała sens: Bóg po to pozwolił niektórym ludziom oglądać piekło za życia i wrócić, by dali świadectwo prawdzie. Swoim życiem udowodniła, że wierność chrześcijańskiemu systemowi wartości jest możliwa nawet w najtrudniejszych chwilach.  Uważała, że jedyną siłą mogącą przeciwstawić się Rosji jest religia. Dziś, w czasie zagrożenia całej Europy Wschodniej i Środkowej rosyjskim imperializmem, jest to ważny głos.

9 kwietnia w szwajcarskim domu córki Zofii Anny spadł nagle ze ściany obraz Matki Bożej Częstochowskiej, podarowany jej przez matkę. Tego samego dnia ziemską wędrówkę zakończyła kolejna wybitna przedstawicielka rodu Kossaków. O ile jej kuzynka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska jest znana, to Zofia Kossak znajduje się w cieniu. Być może jest to spowodowane jej szczerą wiarą i gorliwością w praktykach religijnych. Zło to brak Dobra. Dobro - to Bóg. Zatem Zło jest tam, gdzie nie ma Boga. Tak jak te słowa doprowadzały do wściekłości wielu pół wieku temu, tak i dziś mają swoich przeciwników.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 28 sierpnia 2014

"Stworzenie czy ewolucja? Dylemat katolika"

Umysły większości katolików opanowało całkowicie błędne przekonanie, że hipoteza (teoria to za duże słowo w tym przypadku) ewolucji stworzona przez Karola Darwina jest powszechnie akceptowana przez naukę, a jej negacja dowodzi ciasnych horyzontów i ślepej wiary niepoddawanej refleksji. Ulegli temu nawet niektórzy biskupi (choćby śp. abp. Józef Życiński, który twierdził, że odrzucanie darwinizmu prowadzi o ośmieszania Kościoła i chrześcijaństwa). Tymczasem nie dość, że nie znajduje ona żadnego potwierdzenia w badaniach i nigdy nie została udowodniona to spora część jej założeń nie zgadza się nawet ze zdrowym rozsądkiem. Domniemanie, że została wymyślona przez Szatana, aby uderzyć w wiarę chrześcijan nie jest wcale pozbawione podstaw. Z drugiej strony nie twierdzę oczywiście, że ziemia ma sześć tysięcy lat i każdą liczbę, którą odnajdziemy w Piśmie Świętym należy brać dosłownie (to domena kreacjonistów młodej Ziemi). Jak więc katolik powinien patrzeć na pojawienie się rodzaju ludzkiego? Jak pogodzić naukę z wiarą? Z pomocą przychodzi nieoceniona książka "Stworzenie czy ewolucja?", w której o. Michał Chaberek wyjaśnia wszystkie wątpliwości, analizuje błędne założenia Darwina i podaje teorię zgodną nie tylko z naszą wiarą, ale i z prawdziwą nauką, której celem powinno być dochodzenie prawdy, a nie udowadnianie kolejnych teorii wymyślonych po to, aby usunąć judeo-chrześcijańskie rozumienie stworzenia.

Nie wiem, dlaczego hipoteza ewolucji Karola Darwina znajduje się w podręcznikach. Podkreślam, że nigdy nie została ona dowiedziona. Poza tym szkoła powinna zajmować się nauką, a nie ideologią. Tymczasem teorii Darwina nie można uznać za naukową. Nauka może odpowiedzieć na pytanie "jak?", ale nie "skąd?". Co więcej, duża część nauczycieli wierzy w nią bezrefleksyjnie i przekazuje bez namysłu swoim uczniom. Tymczasem to, co znalazło się w podręcznikach pełne jest sprzeczności. Każdy z nas na lekcji biologii słyszał pewnie takie stwierdzenie, ze ewolucja jest procesem, który nie ma celu. Z drugiej strony nikt nie zaprzeczy, że pomiędzy bakterią, a człowiekiem istnieje ogromna różnica. Zgodnie z założeniami Darwina organizmy proste, jednokomórkowe przekształcają się w coraz bardziej złożone, bardziej skomplikowane, wielokomórkowe. Czyli mamy postęp. Jak więc można twierdzić, że ewolucja jest całkowicie bezcelowa?

Stworzenie Nieba (ilustracja z Kroniki Norymberskiej)

Środkiem, który ma utrzymywać przy życiu teoryjkę Darwina jest brak rzetelności w przedstawianiu jego dokonań. O ewolucji mówi się jako o jednym procesie. Tymczasem wyróżniamy mikroewolucję (zmiany zachodzące w obrębie jednego rodzaju, najdalej rodziny) i makroewolucję (przekształcanie się jednych organizmów w zupełnie inne). O ile mikroewolucji nikt rozsądny nie neguje (stoją za nią badania naukowe), to na makroewolucję nie ma żadnych dowodów. Prawdą jest, że na przestrzeni tysięcy lat z wilka może wykształcić się pies. Za bzdurę trzeba uznać przekonanie, że z jaszczurki wychodzi nam w końcu skowronek. Wierze w bzdury Darwina sprzyja także to, że niektóre informacje nie są aktualizowane. Ile razy jeszcze dziś można usłyszeć, że podobieństwo genów człowieka i małpy sięga 99%? Tymczasem współczesna nauka szacuje, że nie jest to więcej niż 80%. Wraz z rozwojem badań liczba ta maleje. Nie wiemy, ile będzie wynosić za kilkadziesiąt lat.

Wspominałem już o śp. abp. Józefie Życińskim, który był gorącym zwolennikiem ewolucjonizmu teistycznego. Nie oznacza to jednak, że wierni muszą podążać za jego poglądami. Należy postawić sobie pytanie co ma większą wartość: zdanie jakiegoś biskupa czy autorytet ojców i doktorów Kościoła? Ojcowie i doktorzy Kościoła są zgodni, że pierwszy człowiek został stworzony przez samego Boga. Poza tym, gdy katolik uznaje, że rodzaju ludzkiego nie zapoczątkował jeden mężczyzna i jedna kobieta, ale większa grupa osobników to automatycznie staje w kontrze do swojej wiary i musi odrzucić chrzest (grzech pierworodny jest przekazywany z rodziców na dzieci poprzez zrodzenie; jeśli nie było jednej pary na początku, to grzech nie dotknąłby wszystkich ludzi - w jawny sposób sprzeciwia się to nauczaniu Kościoła) . Czy katolik, który odrzuca chrzest jest nadal katolikiem? Przypominam, że darwinizm za błędny uznał również Jan Paweł II. Niektórzy mogą powiedzieć, że tak jak Kościół zmienił zdanie wobec odkryć Kopernika i Galileusza, tak też może zaakceptować wszystkie odkrycia Darwina. Jest jednak kolosalna różnica między wymienionymi przeze mnie badaczami. Pierwsi dwaj szukali naukowej odpowiedzi na naukowe pytanie. Ten ostatni zaś podał naukowe rozwiązanie religijnego problemu.

Stworzenie świata William Blake
 W zamian o. Chaberek przedstawia teorię inteligentnego projektu. Od razu zaznaczam, że nie warto szukać informacji o niej w najpopularniejszej internetowej encyklopedii. Przed chwilą zajrzałem na stronę poświęconą temu hasłu. Zdołałem przeczytać jedynie pierwszy akapit. Nie kontynuowałem lektury z powodu jawnych kłamstw, których dopuścili się autorzy. Wszyscy ci, którzy chcieliby dowiedzieć się co nieco o inteligentnym projekcie zachęcam do przeczytania książki "Stworzenie czy ewolucja?". Cieszy mnie to, że Tomasz Rowiński nie stroni od trudnych pytań, często zajmuje pozycję ateisty czy zagorzałego wyznawcy darwinizmu. Dzięki temu wywiad jest ciekawy i zajmujący.

Błędem, według mnie, było użycie podtytułu "Dylemat katolika". Słowa te mogą zniechęcić część potencjalnych czytelników. A przecież nie jest tak, że "Stworzenie czy ewolucja?" to pozycja dedykowana tylko do wiernych Kościoła rzymskokatolickiego. Nie widzę przeszkód, żeby zapoznać się z nią mogli innowiercy czy ateiści. O. Michała Chaberka nie można przecież zaliczyć do grona ślepych na wszelkie argumenty naukowe kreacjonistów młodej Ziemi. Książkę mogą (a nawet powinni) przeczytać wszyscy ci, którzy uważają, że hipoteza ewolucji stworzona przez Darwina jest spójna i logiczna. Choć wiem, że spora część z nich na pewno nie zdecyduje się sięgnąć po nią, bo na pewno zachwiałaby ich światopoglądem. Cóż, ich strata. 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 21 sierpnia 2014

"Moda w przedwojennej Polsce" Anna Sieradzka

Gdyby przedwojenne damy miały okazję przyjrzeć się kobietom i mężczyznom przechadzającym się dzisiaj po ulicach miast to w najlepszym wypadku dostałyby ataku apopleksji. W czasach, gdy odsłonięcie kostki bywało uznawane za skandal obyczajowy (w XIX wieku groziło za to wykluczenie z życia towarzyskiego sfery ziemiańskiej) nagie uda czy ramiona musiałyby wzbudzić szok. Moda oczywiście zmieniała się. Doszło nawet do tego, że kobiety uprawiające kajakarstwo mogły założyć krótkie spodenki (w innych przypadkach było to niedopuszczalne). Wyraźnym cenzusem jest przełom lat dwudziestych i trzydziestych. O ile w pierwszej dekadzie niepodległej Polski stroje nie zachwycały przepychem i kosztownością (wojna zubożyła wiele majątków, poza tym panowała moda na "chłopczycę"), to lata trzydzieste przyniosły festiwal kreacji na ulicach, w domach i salach balowych. "Moda w przedwojennej Polsce" to podróż do świata, w którym żaden mężczyzna nie ważył się wychodzić z domu bez kapelusza, a każda kobieta dobierała strój zgodnie z panującymi konwenansami. 

Razem z Anną Sieradzką poznajemy modę codzienną i sportową, wieczorową i ślubną. Zaglądamy do dziecięcych szaf i oglądamy przedwojenną bieliznę. Wiele się zmieniło, choć mała czarna do dziś nie wychodzi z mody, a widok kapelusza niekoniecznie wzbudza skojarzenia z dawnymi czasami. Autorka charakteryzuje międzywojenne garderoby dzieląc je na męskie i damskie. Najpierw zawsze przedstawia skromną modę w latach dwudziestych, a następnie kontrastuje ją z wystawnością strojów lat trzydziestych. Opracowania są rozbudowane, wyczerpują temat, odnosząc się do niemal każdego aspektu przedwojennych trendów. Jedyne, czego może brakować to przypisy. Rekompensuje to jednak lekkość narracji. Z książką można zwyczajnie spędzić miłe popołudnie czy wieczór. Nie jest to opracowanie naukowe, ale publikacja mająca za zadanie przybliżyć trendy sprzed II wojny światowej i skłonić czytelnika do zainteresowania dawną modą. "Moda w przedwojennej Polsce" spełnia doskonale to zadanie. Sam chętnie zapoznałbym się z kolejną pozycją dotyczącą tej tematyki. Anna Sieradzka zdołała zaszczepić we mnie ciekawość do kanonów dawnej elegancji. Zdecydowanie irytuje zaś nadmierne cytowanie dość znanej przed wojną autorki Jadwigi Suchodolskiej. W niektórych miejscach mniej jest autorskiego tekstu, a więcej cytatów. Jako że nie znam przytaczanego poradnika to zabieg ten niespecjalnie mi przeszkadza. Osoby, które dłużej siedzą w tej tematyce mogą się jednak czuć zawiedzione.

Czepek nocny, lata dwudzieste

Wspominałem już o skromności strojów w pierwszych latach po wojnie. Warto jednak jeszcze dodać, że przykład szedł z góry. Zofia z Grabskich Kirkor-Kiedroniowa (żona Józefa Kirkor-Kiedronia, ministra przemysłu u handlu w latach 1923-1925) miała jedną reprezentacyjną suknię, która musiała wystarczyć na wszystkie bale, rauty i oficjalne przyjęcia! Jej mąż także nie wyróżniał się rozrzutnością - razem z małżonką jeździli starym, rozklekotanym autem. Za przykładem sfer rządowych szła arystokracja i większość poselstw zagranicznych. Porównajmy to z dzisiejszymi czasami, gdy minister wydaje z publicznych pieniędzy pensję minimalną na obiad, po czym złapany za rękę stwierdza, że co najwyżej może zapłacić za wino! Przyjrzyjmy się też innemu ministrowi, który chodzi w zegarku wartym kilkadziesiąt tysięcy i nawet nie raczy wpisać go do oświadczenia majątkowego. Gdzie się podziali politycy z klasą?

Bluzka pod kostium, lata trzydzieste
Wiem, że akapit dotyczący oprawy technicznej książek z serii PWN dotyczącej dwudziestolecia międzywojennego powtarzam już po raz kolejny, ale jako mól książkowy nie mogę nie zwrócić uwagi na dbałość o piękne wydanie ciekawego tekstu. Połowę książki stanowią reprodukcje fotografii. Normalnie irytowałoby mnie to, ale w tym przypadku jest to jak najbardziej uzasadnione (choć irytuje rozmieszczenie opisów do zdjęć - często są one pod kątek dziewięćdziesięciu stopni w stosunku do reszty tekstu). Jak przedstawić modę w dawnych czasach bez fotografii, rysunków czy rycin? Praktycznie niewykonalne. Zresztą czytelnik odniósłby mniejszą korzyść z takiej lektury. Doceniam także szyty grzbiet, bardzo dobrej jakości papier, twardą okładkę i obszerną bibliografię (w moim przypadku to gotowa lista książek, które chciałbym przeczytać - wystarczy przepisać ją lub skserować i można wyruszać na łowy do biblioteki, księgarni lub antykwariatu).

Każdą pozycję dotyczącą życia codziennego w dwudziestoleciu międzywojennym przyjmuję z nutką melancholii. Ten barwny świat odszedł już przecież bezpowrotnie. Pewne konwenanse oczywiście utrudniały życie i dobrze się stało, że zniknęły. Części zwyczajów jednak po prostu żal. Gdzie ten świat? Odszedł w pożodze wojennej. Nie oznacza to, że nie możemy przywrócić przynajmniej niektórych jego elementów. Żeby to zrobić trzeba mieć wiedzę na ten temat. "Moda w przedwojennej Polsce" może być doskonałym portem do wyruszenia w sentymentalną podróż w przeszłość.

Z tej tematyki polecam także:
Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...