środa, 31 lipca 2013

Wyniki konkursu


W konkursie wzięło udział 5 osób. Odpowiedzi Lucy nie mogę zaliczyć, ponieważ zamieściła ją dopiero 28 lipca. Żal mi odrzucać jej odpowiedź, ale regulamin to regulamin. Zasady były jasne. Długo zastanawiałem się między dwiema odpowiedziami: Eweliny Artwik i Skahio. Szkoda, że nie mam dwóch egzemplarzy książki.

Zwycięzcą ogłaszam Ewelinę Artwik :) Gratuluję :)

sobota, 27 lipca 2013

"Tysiąc szklanek herbaty" Robert Maciąg


"Tysiąc szklanek herbaty" to zapis podróży jedwabnym szlakiem. Od Syrii i Turcji, poprzez Iran, Turkmenistan i Uzbekistan, aż po Tadżykistan i Chiny. Co ciekawe Robert Maciąg wraz żoną przemierzyli go na rowerach! Ale "Tysiąc szklanek herbaty" to nie tylko książka podróżnicza. To także opowieść o zaufaniu do ludzi, uczciwości i sensie wyruszania z domu na różne wyprawy (nie tylko te dalekie).

Skąd taki tytuł? Robert Maciąg wraz z żoną najczęściej przyjmowani byli przez przypadkowych podróżnych herbatą (nie tylko rzecz jasna). Autor uznał więc, że herbata jest łącznikiem całej podróży i tak podróżnik wpadł na pomysł zatytułowania książki "Tysiąc szklanek herbaty".

W książce urzeka otwartość spotykanych ludzi i ich gościnność. Ludzie Azji szczerze przejęci są zasadą "gość w dom, Bóg w dom". Dzieli się tym co mieli, nawet jeśli nie było tego dużo i sami cierpieli biedę. Zawsze znaleźli coś jednak dla podróżnych. Zdarzały się oczywiście także mniej przyjemne sytuacje, ale zdarzyło się ich zaledwie kilka.

Całą książkę można podsumować jednym słowem - optymizm. Skoro przez kilka miesięcy podróży autor wraz z żoną spotkali się z tyloma dobrymi ludźmi, tyloma przyjaznymi gestami, wyciągniętymi rękami oferującymi pomoc i zwykłą ludzką życzliwością to chyba nie jest tak źle na tym świecie. Z drugiej strony próbowałem sobie wyobrazić podobną sytuację w naszym kraju. Kilka osób z innego kraju przemierza nasz kraj rowerami. Czy spotkali by tyle życzliwości? Czy pomimo barier językowych okazalibyśmy im pomoc? Czy zaprosilibyśmy obcych ludzi na obiad do swojego domu? Mam pewne wątpliwości. Myślę, że dużo możemy nauczyć się od mieszkańców Azji. Z naszą staropolską gościnnością nie jest chyba zbyt dobrze (nie mam na myśli poszczególnych przypadków, ale całość).

W centrum uwagi autora nie leżą ściśle odwiedzane kraje, ich atrakcje turystyczne czy zabytki. Na pierwszy plan wysuwają się ludzie. Ich codzienne życie, obowiązki, zwyczaje, obyczaje i tradycje. Dzięki temu książka zyskuje na wartości.

Książka jest wyjątkowa nie tylko ze względu na podejście autora do podróżowania, ale i wydanie. Nietypowy format, bardzo dobrej jakości papier, duża liczba zdjęć i przykuwająca uwagę pomarańczowa okładka idealnie uzupełniają tekst Roberta Maciąga. "Tysiąc szklanek herbaty" to perełka wśród publikacji podróżniczych. Nie tylko pozwala przeżyć czytelnikowi  w wyobraźni przygodę, ale także napawa optymizmem i wiarą w ludzi oraz zachęca do spakowania się i wyruszenia w podróż. I to nie tylko tę daleką.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

Helion


poniedziałek, 22 lipca 2013

"Może (morze) wróci" Bartek Sabela


"Może (morze) wróci" to nie jest zwykła książka podróżnicza. W centrum zainteresowań autora nie leży tylko sama wyprawa do Uzbekistanu i bezrefleksyjne obejrzenie pozostałości Morza Aralskiego. "Może (morze) wróci" to opowieść o ludzkiej pysze, o cierpieniu spowodowanym przez głupotę i egoizm rządzących oraz nieodwracalności niektórych ludzkich decyzji. Książka jest także ostrzeżeniem przed podobnymi działaniami, które są niebezpieczne dla środowiska naturalnego i milionów ludzi, a pojawiają się na arenie politycznej Rosji.

Bartek Sabela relacjonuje swoją podróż do Uzbekistanu. Do połowy książki relacja nie różni specjalnie się od innych tego typu publikacji. Choć już wtedy pojawiają się wzmianki o poczynaniach ekipy dyktatora rządzącego odwiedzanym krajem. Historia zaczyna się zmieniać gdy autor dochodzi do meritum książki, czyli opisu tego, co stało się z Morzem Aralskim.

A co się stało? Kłopoty zaczęły się na początku lat sześćdziesiątych. Wtedy Nikita Chruszczow zachwycony ogromnymi uprawami kukurydzy, które zobaczył podczas swojego wyjazdu w Stanach Zjednoczonych postanowił rozwinąć w Związku Radzieckim uprawę bawełny na wielką skałę. Tereny, które wybrano do uprawy bawełny były jednak dość suche. Konieczna stała się więc budowa kanałów nawadniających. Zaczęto realizować kolejne plany pięcioletnie. Liczyły się tylko wyrabiane normy, nikt nie patrzył na jakość. W efekcie 70% wody z kanałów nie docierała do upraw! Należy odliczyć także bezsensownie zmarnowaną wodę, które przepływała przez nieużywane już i porzucone kanały. Nikt nie troszczył się o zasypanie tych kanałów. W efekcie ilość wody niesionej do Morza Aralskiego przez dwie wielkie rzeki: Amu-daria i Syr-daria dramatycznie się zmniejszyła. Morze Aralskie (a właściwie Jezioro Aralskie, ze względów na swoje dawne rozmiary i znaczenie nazywane morzem) nigdy nie było jednak głębokie. Każde obniżenie się poziomu wody skutkowało więc natychmiastowym zmniejszeniem powierzchni. W latach sześćdziesiątych poziom morza obniżał się o 20 cm rocznie, w latach osiemdziesiątych już 80 cm rocznie, a w dziewięćdziesiątych nawet o metr rocznie!

Zniszczono życie tysięcy ludzi, dla których Morze Aralskie było wszystkim. Tutaj wychowywali się, dorastali, zarabiali na życie. Stopniowo ich świat zmieniał się, aż w końcu odszedł bezpowrotnie. Zniszczono także kilkadziesiąt gatunków zwierząt i tysiące hektarów lasów. Co pozostało? Jałowa pustynia.

Tytuł książki daje jeszcze jakąś nadzieję. Pojawia się przecież słowo "może". Niestety na powrót Morza Aralskiego nie ma już żadnych szans. Władze Uzbekistanu są niechętne wszelkim pomysłom pomocy ginącemu zbiornikowi. Wystarczy wspomnieć, że pod dawnym dnem morza odnaleziono duże pokłady gazu i ropy naftowej. Więcej chyba nie muszę dodawać. Teraz liczą się tylko perspektywy zysku materialnego.

Tak teraz wygląda dawne dno Morza Aralskiego...
"Może (morze) wróci" jest także ostrzeżeniem przed podobnymi metodami. Wydaje się, że tylko komuniści mogli wpaść na coś takiego i w obecnych czasach takie rozwiązania na pewno nie znajdą zwolenników. Jest to jednak złudne myślenie. Mer Moskwy wielokrotnie wypowiadał się pozytywnie o pomyśle skierowania wód rzek syberyjskich na południe. Na Syberii nic przecież nie rośnie, więc po co tam woda? Poza tym obniży się poziom Oceanu Arktycznego (a przed podwyższeniem go tak bardzo ostrzegają ekolodzy). Ludzie w Azji Środkowej z kolei wreszcie będą mieć wodę. Cudowne rozwiązanie, prawda? Nikt oczywiście nie wspomina o tym, że wtedy państwa Azji Środkowej całkowicie byłyby uzależnione od Rosji. Nie zgadzacie się na nasze rozwiązanie? Zakręcamy wam kurek z wodą! O ile gaz ziemny można zastąpić innym surowcem, to w przypadku wody nie ma już takiego wyboru. Wszystko rozbija się o wielką politykę.

Książka jest nieprzeciętna. Autor niewątpliwie ma duży talent i potrafi go wykorzystać. Narracja jest płynna, przez kolejne strony mknie się bardzo szybko. Czytelnik nie tylko przeżywa w wyobraźni podróż do Uzbekistanu, ale zostaje także uczulony na pewne kwestie. "Może (morze) wróci" bez żadnej przesady ukazuje, do czego prowadzi ludzka pycha. Jednocześnie podkreśla naszą małość. Nie każdą decyzję możemy odwrócić i nie każdy błąd da się naprawić. W przypadku Morza Aralskiego nie ma żadnego "może". Ono już nie wróci. Ono umarło bezpowrotnie. Przez ludzką pychę, głupotę, nieliczenie się z życiem milionów ludzi i przez wielką politykę. Nie wszyscy wyciągnęli jednak wniosku z tej sytuacji, vide mer Mokswy. Boże chroń nas przed takimi ludźmi!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

Helion

poniedziałek, 15 lipca 2013

Konkurs "Wojna światopoglądów"!


Regulamin:
  1. Uczestnikiem może być osoba, która ma adres korespondencyjny na terenie Polski.
  2. Konkurs trwa od 15 do 27 lipca do północy. Zwycięzca zostanie ogłoszony do 31 lipca.
  3. Nagrodą jest książka "Wojna światopoglądów. Czy naukowcy mają duszę?".
  4. Aby wziąć udział w konkursie należy być stałym czytelnikiem bloga. Można do tego grona dołączyć ---> patrz "Obserwatorzy". 
  5. Nie jest to warunek konieczny, ale byłoby miło gdybyś umieścił/a na swoim blogu informację o konkursie.  
  6. Książkę otrzyma autor najciekawszej wypowiedzi.
  7. Odpowiedzi należy zamieszczać w komentarzach poniżej. 
 Jeśli ktoś będzie tak miły i umieści informację o konkursie na swoim blogu to będę bardzo wdzięczny :) W blogspocie wystarczy w menu "Układ" kliknąć "Dodaj gadżet" --> "Obrazek" (obrazek jest poniżej) --> w rubryce link należy wpisać adres tego postu, czyli http://librimagistri.blogspot.com/2013/07/konkurs-wojna-swiatopogladow.html


Zadanie konkursowe:
Nauka pozwoliła nam odkryć tysiące tajemnic natury, opanować jej siły i opracować nowe technologie, które zmieniają nasze życie. Duchowość nie próbuje dokonywać zmian, koncentruje się natomiast na tym, co niewidoczne — na poszukiwaniu sensu istnienia i naszego miejsca na tym świecie. Który z tych światopoglądów jest Ci bliższy? Odpowiedź uzasadnij :)

„Jedna z najbardziej przekonujących i doniosłych książek poświęconych zależnościom między nauką a duchowością we współczesnym świecie”.
Ken Wilber,
autor książki Integralna teoria wszystkiego

"Zobaczyć Boga" o. Joachim Badeni


Już przy pierwszym spojrzeniu książka wydała mi się niezwykła. "Zobaczyć Boga" ma jedną z najpiękniejszych okładek jakie kiedykolwiek widziałem. Wszechobecna ciemność, delikatnie zarysowane źdźbła trawy i mnóstwo gwiazd nadają jej nastrój tajemniczości i niezwykłości. I rzeczywiście tak jest. "Zobaczyć Boga" to książka niezwykła, perełka wśród setek pozycji wydawanych rocznie, które często nic nie wnoszą do naszego życia. Refleksji autora, które poznamy czytając "Zobaczyć Boga" nie można tak łatwo zapomnieć. Trwale zapisują się w pamięci. Myślę, że na zawsze pozostaną gdzieś w nas głęboko. 
O. Joachim Badeni

Książka jest zapisem trzech konferencji, które o. Joachim Badeni wygłosił w 1984 roku w Krakowie. Dominikanin używał przystępnego języka. "Zobaczyć Boga" mimo trudnej tematyki czyta się bardzo dobrze. W wielu miejscach możemy się szczerze uśmiechnąć. Zakonnik obdarzony był dużym poczuciem humoru. 

O. Joachim Badeni proponował modlitwę z wykorzystaniem Pisma Świętego. W książce rozważa dwa fragmenty: psalm 1 oraz sam początek Księgi Rodzaju ("Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię..."). Robi to w sposób zadziwiający. Wchodzi bardzo głęboko w tekst. Nigdy nie myślałem, że aż tyle można powiedzieć o jednym krótkim fragmencie. Psalm 1 o. Joachim Badeni rozkłada na czynniki pierwsze odnosząc go do naszego życia. Później proponuje zaś inną interpretację - chrystologiczną. Niektórzy może pomyślą: to tylko dwa fragmenty. Ciągle mam się nimi modlić? A co dalej? Dalej sami mamy wziąć Pismo Święte i zacząć rozważać je w podobny sposób!

Dominikanin w bardzo przystępny sposób wyjaśnia istotę kontemplacji. Zwraca uwagę na problemy, które mogą nas spotkać w drodze do spotkania z Panem. Charakteryzuje poszczególne etapy tej drogi i oczywiście zachęca do rozpoczęcia wędrówki. W trzeciej części książki dodatkowo przybliża nam karmelitańską szkołę modlitwy. 

"Zobaczyć Boga" jest jedną z książek, które trwale nas zmieniają i rozbudzają nowe pragnienia. Książka sprawiła, że całkowicie inaczej patrzę na modlitwę z wykorzystaniem Pisma Świętego. Na pewno będę teraz rozważał go głębiej niż dotychczas. "Zobaczyć Boga" to niezwykła pozycja, która nie dość że zapisuje się w duszy człowieka to jeszcze zachęca do zbliżenia się do Pana i wejścia w kontemplację.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 11 lipca 2013

"Niewidzialny świat aniołów" Jean-Miguel OP


"Aniele Boże, stróżu mój..." - chyba każdy z nas zna tę modlitwę. Pewnie często zastanawiamy się, kim jest ów tajemniczy nasz Anioł Stróż. Rzadziej myślimy jednak o całej reszcie aniołów. Aniołowie Stróżowie są postawieni najniżej w hierarchii. Oprócz nich istnieje jeszcze osiem chórów anielskich. Jean-Miguel Garrigues przybliża nam świat niewidzialnych istot w sposób ciekawy i przystępny.

Dużą zaletą książki jest język. Autor mimo znakomitego przygotowania teologicznego nie posługuje się skomplikowanymi pojęciami. Swoich refleksji nie kieruje do osób dobrze orientujących się w teologii katolickiej. "Niewidzialny świat aniołów" jest adresowany do czytelnika o przeciętnej wiedzy religijnej, ale obdarzonego szerokimi zainteresowaniami. 

Niebagatelne znaczenie dla lektury mają przypisy. Jean-Miguel Garrigues wygłaszał niegdyś pogadanki dla swoich znajomych i w takiej formie zostały wydrukowane przez francuskiego wydawcę. Dobrze, że polskie wydawnictwo pokusiło się o wyjaśnienia. Refleksje autora z powodu zastosowanej formy niekiedy nie są do końca jasne dla czytelnika. Na szczęście można wtedy sięgnąć do znakomicie opracowanych przypisów. Szkoda tylko, że zostały one zamieszczone na końcu książki. Do prawie każdej strony przypisano kilka uwag. W efekcie w trakcie lektury musimy nieustannie "skakać" między właściwym tekstem a aneksem.

Mimo niewielkich rozmiarów (po odliczeniu przypisów zostaje 60 stron) autor kompleksowo opracował podstawowe tezy angelologii. W książce znajdziemy informacje nie tylko o naturze i zadaniach aniołów, ale także zrozumiemy głębiej powody nieposłuszeństwa Szatana czy relacje między ludźmi i aniołami. 

"Niewidzialny świat aniołów" jest niewątpliwie wartościową lekturą. Znacząco wzbogaca wiedzę czytelnika, pogłębia naszą duchowość i pozwala zrozumieć wyznanie, które wszyscy katolicy na całym świecie powtarzają co niedzielę: "wierzę (...) wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych".

 Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

wtorek, 9 lipca 2013

"Blondynka w Londynie" Beata Pawlikowska


Niedawno czytałem "Blondynkę na Jawie", która nie przypadła mi szczególnie do gustu. Pamiętam, że napisałem wtedy w recenzji o moim pragnieniu, aby Beata Pawlikowska wróciła do stylu "Blondynki wśród łowców tęczy". Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że niniejszym uczyniła to w "Blondynce w Londynie". Dawno nie czytałem tak dobrej książki tej autorki. Może o tym świadczyć to, że nie znalazłem w książce nic, co by mnie irytowało! Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale wszystko mi się w niej podobało (może poza ceną, ale o tym później).

Pewnie niejedna osoba zastanawia się, skąd u Beaty Pawlikowskiej pomysł na napisanie książki związanej z Londynem. Większość kojarzy pewnie autorkę z Ameryką Południową (zwłaszcza Amazonią). Otóż w młodości Beata Pawlikowska przebywała przez rok w Londynie. Pracowała tam jako sprzątaczka zbierając pieniądze na daleką podróż. Dwadzieścia lat temu różniła się nie tylko jej sytuacja materialna, ale i nastawienie do życia, swoich marzeń i samej siebie. I o tym jest ta książka. O sile marzeń, o pasji, o tym, że warto za nią podążać. "Blondynka w Londynie" nastraja pozytywnie. Ukazuje, że walka o marzenia ma sens. Autorka nie zagłębia się w jakieś teoretyczne rozważania, ale uzasadnia swoją tezę na podstawie własnego przykładu.

Książka została napisana lekkim i przyjemnym językiem. W sam raz na wakacje. Kilka momentów skłaniało do szczerego śmiechu. Mnóstwo powodowało uśmiech na twarzy. Autorka wiele spraw potraktowała z przymrużeniem oka. Ciekawy jest komentarz na temat korony Elżbiety II: "No, przyznaję, był tam jakiś czerwony kamień i były niebieskie, ale jakieś małe i niezbyt rzucające się w oczy. I do tego ta fioletowa czapka. I futerko na dole. Słowo daję, gdybym była angielską królową, to zrobiłabym sobie fajniejszą koronę".

Na uwagę zasługuje strona techniczna. Twarda oprawa, ciekawa okładka, grubszy papier i bardzo dobrej jakości zdjęcia uzupełniają tekst Beaty Pawlikowskiej.

Jedyne, co mi się nie podoba w książce to cena. Samego tekstu nie jest wiele. Po odliczeniu stron z rysunkami autorki zostaje ich 87. Dodano do nich 64 strony z samymi zdjęciami. Mimo to uważam, że prawie 32 zł za taką książkę to zdecydowanie za dużo.

Cieszę się, że autorka na siłę nie promuje jakiegoś miejsca. Zawsze przedstawia miejsce tak, jak czuje. Beata Pawlikowska nie zawahała się wyrazić niepochlebnego zdania o londyńczykach. Cenię w książkach podróżniczych szczerość i bezkompromisowość. Autorka nie zawiodła mnie pod tym względem.

"Blondynka w Londynie" to jedna z najlepszych pozycji Beaty Pawlikowskiej. Uważam, że można ją porównywać nawet do jej pierwszych książek (choćby "Blondynki w dżungli"), które uważam za najbardziej wartościowe. "Blondynka w Londynie" nie jest zwyczajną książką podróżniczą. Autorka opisuje oczywiście miasto i swoje obserwacje na temat mieszkańców. Większe znaczenie mają jednak jej przemyślenia na temat marzeń i podążania za swoją pasją. Opis danego miejsca z pewnością przeciętny czytelnik po kilku miesiącach czy latach zapomni. Rozważania na temat życia, uczciwości czy marzeń zaś pozostaną na długo w naszej pamięci.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:


sobota, 6 lipca 2013

"Atak na chrześcijaństwo" o. Joseph Verlinde


Książka mnie nie zachwyciła. Autor porusza kwestie tylko podstawowych prawd wiary. Być może w obliczu postępującej we Francji laicyzacji są one tam nieznane. Dla polskiego czytelnika - katolika większość odpowiedzi zawartych w "Ataku na chrześcijaństwo" jest oczywista.

Nie odpowiada mi forma publikacji. Nie lubię książek pisanych w formie dialogów (nawet jeśli są one odzwierciedleniem realnie przeprowadzonych rozmów). Nie rozumiem także tytułu. Treść książki ma niewiele wspólnego z atakiem na wyznania chrześcijańskie. Można oczywiście podciągnąć przekłamania prawd wiary pod formę ofensywy przeciwników wiary Chrystusowej, ale jest to chyba nadinterpretacja. Wydaje mi się, że tytuł pełni wyłącznie cel marketingowy i ma skłonić czytelnika do zakupu książki.

Niewątpliwie najciekawszą częścią "Ataku na chrześcijaństwo" jest rozdział "Chrześcijaństwo a praktyki Wschodu". Autor odwołuje się w nim do osobistych doświadczeń. W młodości porzucił katolicyzm i zwrócił się w stronę spirytyzmu, radiestezji i religii Wschodu. O. Joseph Verlinde jest więc bardzo dobrze poinformowany w kwestiach praktyk dalekiego Wchodu. Mam jednak wrażenie, że wie dużo więcej niż napisał. Być może ogranicza go forma książki. Wydaje mi się, że rozdziały poświęcone antropologii chrześcijańskiej i Bogu objawionemu były niepotrzebne. Zagadnienia te są już bardzo dobrze opracowane. Autor powinien skupić się bardziej na swoich osobistych doświadczeniach.

O. Verlinde zahacza także o tematykę opętań i egzorcyzmów. Niestety nic nowego się nie dowiedziałem. Poruszanie tak wielu zagadnień w takiej niewielkiej pozycji wydaje się nietrafionym pomysłem. W efekcie czytelnik nie zgłębia rzeczywiście żadnego tematu. O każdym postawionym w książce problemie będzie mieć mgliste wyobrażenie. Upada zatem podstawowy cel książki - rozwinięcie u chrześcijanina umiejętności obrony swojej wiary. Teologia katolicka jest niezwykle obszerną dziedziną. Nie da się stworzyć kompendium na 180 stronach. Jeśli książka nie spełnia postawionego przez autora celu to cóż nam zostaje z lektury? Poza tym prawdy wiary są już dostatecznie wyjaśnione w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Żadna publikacja nie może go zastąpić. Wydawanie więc ich, według mnie, mija się z celem.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...