niedziela, 26 maja 2013

"Rozmówki" Beata Pawlikowska - hiszpański i niemiecki


Tym razem znana podróżniczka postanowiła uczyć swoich czytelników języków obcych. Przyznam, że byłem trochę uprzedzony do tego typu publikacji. Daleki jestem od odsądzania od czci i wiary "Blondynki na językach". Korzystam z hiszpańskiego z tej serii i jestem zadowolony. Oczywiście słowa z okładki o nauce języka cudowną metodą bez wkuwania można włożyć między bajki. Mimo to podręcznik przydaje się jako urozmaicenie nauki (zwłaszcza, że Beata Pawlikowska ma przyjemną barwę głosu). Wróćmy jednak do najnowszych publikacji. Miałem przyjemność zapoznać się z rozmówkami z j. niemieckiego i j. hiszpańskiego. Mają one podobne wady i zalety, nie będę więc dzielić sztucznie recenzji na dwa oddzielne wpisy. 

Rozmówki już na pierwszy rzut oka wywołują pozytywne odczucia. W środku jest pełno obrazków wykonywanych czarnym piórem charakterystycznych dla autorki. Rozmówki są przejrzyste. Logicznie podzielono je aż na 109 kilkustronicowych rozdziałów. Dzięki temu wyszukiwanie potrzebnych zwrotów zajmuje mało czasu i jest niezwykle wygodne. Na końcu, oprócz indeksu, znajdziemy sympatyczny dodatek - "Często mówione" i "Często widziane" - zbiory najczęściej używanych wyrażeń umieszczone na pięciu żółtych stronach. Niewątpliwie za zaletę można uznać format rozmówek. Zazwyczaj tego typu publikacje są tak małe, że do czytania potrzebna jest niemalże lupa. Wydawnictwo G+J zdecydowało się na większe wymiary. Dzięki zastosowaniu odpowiedniego papieru rozmówki nie są jednak ciężkie.

Ciekawym pomysłem jest dodanie w nawiasach kwadratowych, jak powinno czytać się dane wyrażenie. Oczywiście nie osiągniemy dzięki temu poprawnego akcentu. Wielu głosek nie da się po prostu przełożyć na język polski. Jak zapisać np. niemieckie umlauty? Tym niemniej jednak autorka miała dobry pomysł. W większości rozmówek nie ma nawet tego. Przykładowe nagranie możemy pobrać ze strony wydawnictwa. 

Właściwie tylko do jednej rzeczy można się "przyczepić". Dobór słownictwa nie zawsze jest zbyt trafny. Wydaje mi się, że słowa i wyrażenia typu "żurawina", "siedziba radia", "wysypisko śmieci", "dystrybutor", "notariusz" czy "Nie lubię anyżku" nie są absolutnie niezbędne dla początkujących.

Przyznam, że trochę irytuje mnie narzucanie swojego światopoglądu przez Beatę Pawlikowską w jej publikacjach. Przyzwyczaiłem się już do jej psychologicznych wynurzeń w książkach podróżniczych. Nie spodziewałem się jednak, że swoją filozofię autorka wciśnie nawet do rozmówek. Przykład? "Interesujemy się (mowa o Polakach) też polityką (niestety)". Co miało oznaczać to "niestety"? Dowodzi to tylko tego, że Beata Pawlikowska  żyje wyalienowana w swoim świecie. To, że mnóstwo nieuczciwych osób zajmuje się polityką nie oznacza, że sama w sobie jest ona zła. Polityka to sztuka rządzenia, przewidywania i planowania działań. Czy to jest takie okrutne? Kolejne przykłady: "Moja religia to moja prywatna sprawa", "Uważam, że łatwo można obejść się bez mięsa. A dodatkowo ocalić czyjeś życie".

Rozmówki można używać nie tylko podczas podróży, ale z także jako urozmaicenie do samodzielnej nauki. Mimo kilku niedociągnięć przedstawiają się na prawdę nieźle. Zdecydowanie mają więcej zalet niż wad. Negatywy zaś nie są poważne i w żaden sposób nie utrudniają pracy z rozmówkami. Rozmówki wydano w 6 językach (angielski, niemiecki, hiszpański, francuski, włoski i rosyjski). Pozostaje więc uzbroić się w duże pokłady motywacji i zabierać się do nauki.






Za egzemplarze do recenzji dziękuję wydawnictwu:

sobota, 25 maja 2013

"Modlić się Psalmami. Gdy otwieramy Biblię" Thomas Merton

 
Władysław Kopaliński powiedział kiedyś, że "Bib­lia jest jeszcze ciągle na­jin­tensyw­niej cy­towa­nym, choć może naj­mniej czy­tanym z bes­tsel­lerów świata". Trudno się nie zgodzić. Choć obecnie dużo się zmienia i powstaje wiele inicjatyw zachęcających do czytania Pisma Świętego. Thomas Merton postanowił nam nie tylko przybliżyć jedną z najciekawszych części Biblii - Księgę Psalmów, ale i podzielić się refleksjami na temat przekazu świętej księgi chrześcijan i wyzwaniami, które stawia ona przed człowiekiem w obecnych czasach.
Thomas Merton
Książka zawiera dwa teksty wybitnego amerykańskiego pisarza, poety i duchownego. "Modlić się Psalmami" i "Gdy otwieramy Biblię" znacząco się od siebie różnią. Pierwszy esej został napisany w początkowej fazie działalności Thomasa Mertona jako pisarza. Drugi zawiera rzekomo (cytuję za okładką): "dojrzałą refleksję teologiczną". Niestety nie przemówił on do mnie. To zbiór odrobinę nużących i skomplikowanych  rozważań amerykańskiego duchownego. "Modlić się Psalmami" jest bardziej uniwersalne. Przesłanie łatwiej trafia do czytelnika i rzeczywiście zachęca do modlitwy przy pomocy jednej z najpiękniejszych ksiąg Pisma Świętego.
Thomas Merton w ciekawy sposób wyjaśnia przesłanie psalmów. Zauważa, że zawierają one przesłanie zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu. Zwraca uwagę na to, że często modląc się za bardzo myślimy o sobie i nie skupiamy się na Bogu. Autor stawia tezę, że brak zainteresowania psalmami kryje brak zainteresowania Bogiem. Nie do końca się z tym zgadzam. Często wynika to po prostu z niechęci do Starego Testamentu czy jego nieznajomości.
"Modlić się Psalmami" to swoisty przewodnik po Księdze Psalmów. Autor omawia różne rodzaje pieśni napisanych przez Dawida i podaje konkretne przykłady odpowiadające określonemu stanowi naszej duszy (radość, smutek, zwątpienie itd.). Thomas Merton wyjaśnia, że nie ma takiej duchowej potrzeby człowieka, która nie byłaby opisana i przeżywana w psalmach. Żeby to odkryć potrzebujemy tylko zapału, siły i wytrwałości. Autor przywołuje postawę Maryi, która ukochała psalmy, rozważała je i rozmyślała nad nimi,  co zaowocowało Magnificatem. 
Św. Augustyn z Hippony
Druga część nie trafia do mnie. Nie wyniosłem z niej praktycznie nic. Autor posługuje się dość skomplikowanymi pojęciami (Thomas Merton cytuje na przykład te słowa: "Człowiek jest otoczony przez egzystencjalną dychotomię bycia w naturze, a jednak transcendując ją, poprzez fakt posiadania samo - świadomości i wyboru; może rozwiązać tę dychotomię tylko idąc naprzód"). "Gdy otwieramy Biblię" jest zbiorem teoretycznych rozważań. Tezy autora nie są dla mnie przekonywające, tekst nie zachwyca pod względem stylu, a lektura była momentami nużąca. 
"Sposobu chwalenia Pana najlepiej poszukiwać w Piśmie Świętym" - już święty Augustyn doceniał rolę Biblii w osobistej modlitwie. Doktor Kościoła polecał zwłaszcza Księgę Psalmów, która pomaga chwalić Boga nie tylko w chwilach radości, ale i w smutnych momentach naszego życia. Biskup Hippony stwierdził kiedyś, że "nie może się nadawać do tego przyszłego życia nikt, kto nie ćwiczył się w chwaleniu [Boga] w obecnym życiu". Zachęcam do wczytania się w słowa ojca Kościoła polecając jednocześnie lekturę "Modlić się Psalmami".
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

niedziela, 19 maja 2013

"Beskid Śląski, Żywiecki i Mały. Przewodnik - celownik"


Autor: opracowanie zbiorowe
Data wydania: 2013-05-01
Wydawnictwo: Bezdroża
Liczba stron: 208
Okładka: miękka
Cena okładkowa: 29,90 zł

Przewodnik jest niewątpliwie ciekawy. Choć, moim zdaniem, dotyczy zbyt wielu miejsc. Przez to czasami brakuje precyzji, a opis atrakcji beskidzkich nie zachwyca szczegółowością.

Dużym plusem są mapy. Na samym początku znajdziemy 39 dokładnych map przedstawiających Beskid Śląski, Żywiecki i Mały. Opisano także 67 atrakcji regionu. Przy każdej miejscowości podano krótką historię. Dopełnieniem jest ponad 150 kolorowych fotografii.

Beskid Żywiecki
Nieźle wyszła również strona techniczna. Przewodnik jest w przystępnym formacie, nie zajmuje dużo miejsca. Spirala, którą spięto kartki "Przewodnika - celownika" ułatwia odnajdywanie potrzebnych informacji i zapewnia łatwy dostęp do poszczególnych stron.

Przewodnik jest przyjemny dla oka. Zachęca do częstego zaglądania. Kolory są stonowane. Każdy dział odróżnia się barwą dolnych marginesów, co przyśpiesza przeszukiwanie. 

Jedyną wadą jest ogólnikowość. Według mnie lepszym rozwiązaniem byłoby rozbicie publikacji na trzy części: Beskid Śląski, Beskid Żywiecki i Beskid Mały. Taka seria na pewno odznaczałaby się większym bogactwem w rysie historycznym poszczególnych atrakcji. Choć rozumiem, że nie każdego interesuje aż tak historia odwiedzanych miejsc. Przewodnik może nie jest idealny, ale zdecydowanie pomoże zaplanować wolne dni spędzone w Beskidach i logicznie zorganizować zwiedzanie oraz turystykę pieszą.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:


sobota, 18 maja 2013

"Demokracja limitowana, czyli dlaczego nie lubię III RP" Bronisław Wildstein


Żyjemy w państwie, w którym przekaz medialny zdominowany jest przez stronę liberalno - lewicową. Nazwanie oczywistego kłamstwa po imieniu czy brak aprobaty dla dominującego nurtu już nas niejako wyklucza z życia społecznego. Mainstream próbuje ośmieszyć każdego, kto myśli inaczej. Tolerancja jest środkiem do osiągania partykularnych celów, a zarzut homofobii sprytnym sposobem na ochronę własnych interesów. Niewiele mamy rzeczywiście niezależnych mediów. Dominujące tygodniki opinii przedstawiają rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Przeważająca większość rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych jest zaś tubą nowej lewicy. Nie wszyscy jednak poddają się obowiązującej propagandzie. Są jeszcze osoby, które odważnie mówią o swoich poglądach i nie zgadzają się na istniejący porządek. Do tego szacownego grona należy Bronisław Wildstein. Książka jest wyrazem sprzeciwu wobec szerzonej propagandy i próbą skłonienia do samodzielnego myślenia.

"Demokracja limitowana" nie jest skierowana tylko do osób o światopoglądzie prawicowym. Książka to zaproszenie do dyskusji i przemyślenia swoich przekonań. Autor porusza różne sprawy. Od polityki polsko - ukraińskiej, prawdziwego oblicza Okrągłego Stołu, poprzez Unię Europejską i patriotyzm, aż po rolę historii. Bronisław Wildstein odnosi się do wszystkich najważniejszych problemów obecnej Polski i Europy. Podważa to, co rzekomo jest niepodważalne. Zastanawia się nad tym, o czym w głównym nurcie nie można nawet przez chwilę pomyśleć. Kwestionuje sprawy, które przez główne ośrodki medialne uznawane są za pewniki. Nie jest to panegiryk dla prawicowych partii. Autor broni prawdy i zdrowego rozsądku.

Czytam kolejne rozdziały i coraz bardziej się cieszę. Cieszę się, ponieważ wyobrażam sobie miny osób zajmujących się nachalną propagandą (europejską, prorządową itd.). Książka jest dowodem, że są jeszcze osoby, których szare komórki nie są zainfekowane indoktrynacją nowej lewicy i odważnie o tym mówią.

Książka na pewno ma wydźwięk pesymistyczny. Trudno czasami uwierzyć, jak przekazy medialne różnią się od rzeczywistości. Każdy, kto próbuje się im sprzeciwić rugowany jest na margines. Wystarczy przypiąć mu łatkę antysemity, homofoba lub faszysty, żeby zohydzić go w oczach dużej części odbiorców. Dawniej antysemitą był ten, kto nie lubił Żydów. Dziś jest ten, kogo Żydzi nie lubią. Homofobem zostaje ten, kto nie zgadza się na dominację lobby gejowskiego. Żeby zaś kogoś nazwać faszystą nie potrzebne są żadne przesłanki. Walkę z korupcją można zaś nazwać budowaniem państwa policyjnego.

"Demokracja limitowana" pozostawia jednak nadzieję. Nadzieję na to, że bezgranicznie ufający propagandzie obudzą się i wreszcie zaczną myśleć. Zachęcam do kupowania książki jako prezent dla innych (także tych inaczej myślących). Możemy przysłużyć się w otworzeniu komuś oczu na rzeczywistość, co będzie pozytywnie skutkować nie tylko dla tej osoby, ale i całego społeczeństwa. A osób takich nie brakuje. Dla wielu autorytetami jawią się być osoby pokroju Magdaleny Środy czy Jana Hartmana. Elementarne zasady logiki przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Pamięć o historii, naszych przodkach i chlubnych kartach naszego narodu znakowane są "bogoojczyźnianą papką".

W "Demokracji limitowanej" nic był nie zmienił. Przyjmuję ją taką, jaka jest (a jest niewątpliwie wartościową książką, do której wraca się wielokrotnie). Lektura nie należy może do łatwych. Wymaga dużej koncentracji i własnych przemyśleń, ale na pewno pozwoli trzeźwo spojrzeć na otaczającą rzeczywistość, otworzy oczy na rozszerzającą się propagandę (tym, którzy jeszcze jej nie widzą) i zachęci do krytycznego spojrzenia na media, Unię Europejską, prawo czy demokrację. Strzeżcie się lewacy! Koniec waszych działań może nie jest bliski, ale każdy, kto zechce poświęcić czas na lekturę "Demokracji limitowanej" nie będzie już was z pewnością tak gorąco popierać. Nie twierdzę, że wszyscy od razu zmienią swój punkt widzenia na wszystkie sprawy poruszane w publikacji. Książka na pewno uczyni jednak nie jedną wyrwę w lewicowych ideologiach i skłoni do przemyśleń, jak to rzeczywiście jest z tą oligarchią w demokracji.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

piątek, 17 maja 2013

"Łacina dla początkujących"


Tym razem przyszło mi się zmierzyć z publikacją dotyczącą łaciny. Za samo podjęcie się tego wyzwania należy się wydawnictwu pochwała. Wybór podręczników przeznaczonych do nauki tego języka jest nadzwyczaj ubogi. Właściwie poza kilkoma pozycjami wydanymi w PRL (można je znaleźć jeszcze w antykwariatach) nie pojawiło się nic nowego. Niszę rynkową postanowiło wypełnić wydawnictwo Edgard, co mnie bardzo cieszy. Zwłaszcza, że łacina jest obecnie coraz mniej popularna, a liczba osób uczących się jej stale ulega zmniejszeniu.

Zdecydowanie brakuje komentarzy do sentencji. Nie każdą można zrozumieć instynktownie bez odniesień do autora czy sytuacji, w których jest używana. Za przykład może służyć maksyma "Hodie mihi, cras tibi". Dosłownie oznacza: "Dzisiaj mi, jutro tobie". Nie dodano jednak, że umieszcza się ją często na nagrobkach. Wtedy sens wychodzi sam. Inny przykład to "Servus servorum Dei" ("Sługa sług Bożych"). Nie każdy musi wiedzieć, że to tytuł papieża używany w oficjalnych dokumentach adresowanych do całego Kościoła.

Niestety nie wszystkie słówka obecne w danej lekcji są przetłumaczone, co trochę utrudnia pracę z tłumaczeniem. W podręczniku jest trochę literówek i innych błędów. Przykładowo w lekcji 4 podano, że zaszczyt tłumaczymy jako honos, honoris. Uczę się od pewnego czasu łaciny, więc szybko wykryłem błąd, ale zupełnie początkujących może wprowadzić to w błąd. Nie rozumiem także, dlaczego w lekcji 1 autor wymaga ode mnie znajomości liczebników porządkowych, które nie pojawiły się jeszcze w podręczniku.

Każda lekcja składa się z tekstu do przetłumaczenia, słownictwa do niego oraz kilku sentencji (zazwyczaj ok. 10). Materiał gramatyczny wytłumaczono dość klarownie. Myślę, że nikt nie powinien mieć problemów ze zrozumieniem. W razie potrzebny zawsze można zajrzeć do innego źródła. Do każdej lekcji dołączono 6 ćwiczeń sprawdzających nie tylko znajomość gramatyki, ale i słownictwa.

Niewątpliwą zaletą jest dołączona płyta z nagraniami tekstów oraz sentencji pojawiających się w podręczniku. Na końcu książki znajdziemy także klucz do ćwiczeń (choć zawiera on trochę literówek) oraz tabele deklinacyjne i koniugacyjne (przydatne zwłaszcza do systematyzowania wiedzy i powtarzania).

Najciekawszą częścią, według mnie, jest  zbiór oryginalnych tekstów. Możemy zmierzyć się z "Kroniką" Galla Anonima, Ewangelią wg św. Mateusza czy "Wojną galijską" Cezara. Do każdego fragmentu dołączono zbiór nowych słów, co oczywiście znacząco ułatwia pracę z tekstem. Gotowe tłumaczenia umieszczono na końcu książki. Po zakończonej nauce łatwo więc sprawdzić swoje umiejętności.

"Łacina dla początkujących" zawiera trochę wad. Nie wydaje mi się jednak, żeby wpływały one znacząco na ocenę książki. Kontekst do sentencji sprawdzam po prostu w internecie, a drobne literówki sam wyłapuję. Podręcznik "bezboleśnie" wprowadza w tajniki łaciny. Po rzetelnym "przerobieniu" książki na pewno będziemy mieć solidne podstawy. Nauka zajmie z pewnością sporo czasu i wymaga dużej koncentracji, ale "per aspera ad astra".

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwo:

niedziela, 12 maja 2013

"Powiastki wschodnie" Ignacy Krasicki


Niektórych może dziwi obecność na moim blogu recenzji książki, która jest teoretycznie skierowana do dość młodych czytelników. Napisałem "teoretycznie", ponieważ w rzeczywistości z utworów arcybiskupa gnieźnieńskiego mogą skorzystać osoby z różnych grup wiekowych. Dla dzieci są świetną bajką (dodatkowo atrakcyjnie zilustrowaną), a dla starszych czytelników zbiorem wskazówek i prawd o życiu.

Każda z opowieści zawiera morał. Dotyczy innej prawdy życiowej i nakłania do określonych postaw. Szczególnie książką powinni zainteresować się miłośnicy historii. Ignacy Krasicki nie pisał przecież swoich utworów w oderwaniu od rzeczywistości. Tworzył w określonej przestrzeni, w określonym czasie. W opowieściach możemy się więc doszukiwać odniesień do postaw ówczesnych Polaków, ich stosunku do wiedzy czy moralności. "Powiastki wschodnie" świetnie czyta się odnosząc zawarte w tekście konkluzje do sytuacji społeczno - politycznej w XVIII wieku.

Biskup warmiński pochwala rozsądek, trzeźwe ocenianie swojej sytuacji życiowej, ostrożność w podejmowaniu wyborów, miłosierdzie dla innych i zwyczajną ludzką życzliwość. Gani zaś ryzykanctwo, sprzeniewierzanie się radom rodziców, egoizm, a także łamanie danego słowa.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na język, którym posługuje się "książę poetów polskich". Celny i precyzyjny, ale jednocześnie wyszukany. Tekst nie znudzi nas ani na moment. Warto czytać te opowieści dzieciom. Oprócz samej przyjemności dla nich, dodatkową korzyścią będzie poszerzanie ich słownictwa.

Morały opowieści są uniwersalne. Aktualne były w dobie oświecenia, ale nie straciły na wartości w XXI wieku. Lektura jest szybka, łatwa i przyjemna, co nie oznacza, że pozbawiona głębszych wartości. Wszak "Powiastki wschodnie" pisał Prymas Polski! "I śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa" - posłuchajmy rady Ignacego Krasickiego i uczmy się śmiejąc się z naszych przywar, których z pewnością nikomu nie brakuje.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

sobota, 11 maja 2013

"Blondynka na Jawie" Beata Pawlikowska


Tym razem znana podróżniczka zabiera nas na wyprawę po Indonezji, a dokładniej po dwóch wyspach: tytułowej Jawie i Bali. "Blondynka na Jawie" jest kontynuacją "Blondynki na Bali" wydanej w październiku 2012 roku.

Na uwagę zasługuje język, którym posługuje się autorka. Jest plastyczny, giętki, wyraża mnóstwo emocji. Tekst czyta się z przyjemnością. Opisy są barwne. Wszystko można bardzo łatwo sobie wyobrazić. Autorka przenosi nas w inny świat. Za to właśnie cenię książki Beaty Pawlikowskiej. Są one relacją z podróży. Relacja ta nie jest jednak zwyczajna. Nie odnajdziemy w niej nieciekawych informacji np. o powierzchni wyspy czy liczbie mieszkańców. Autorka przedstawia dany zakątek poprzez swój pryzmat postrzegania świata. Skupia się na emocjach, uczuciach, skojarzeniach i marzeniach. Jej styl zupełnie różni się od książek podróżniczych innych autorów. Jest niepowtarzalny. Choć niestety przez tekst przebija się czasami egzaltacja autorki. Przykład? Proszę przeczytać relację o porannym pianiu kogutów: "Nie wiem jak często zdarza wam się spać poza miastem, ale w wioskach żyją tajemnicze potwory, które zaczynają ryczeć dzikimi paszczami w środku nocy i nie milkną aż do rana (...). Pianie kogutów przed świtem jest jak przenikliwie ostry miecz samuraja, który tnie chłodną ciszę nocy na drżące kawałki pełnej krwi (...). Rozbija ciepły sen jak kryształową kulę, ciskając ją o beton, żeby rozpękła się na tysiąc nie pasujących do siebie okruchów. A koguty w tropikach mają napęd napędowy i turbodoładowanie, tak jakby czerpały moc z uśpionego jeszcze słońca".

Cenię "Blondynkę na Jawie" za szczerość. Autorka dobitnie podkreśla nieuczciwość Balijczyków i próby naciągania turystów na każdym kroku. Nie upiększa obrazu wyspy. Pokazuje ją dokładnie taką, jaka jest.

Książka została pięknie wydana. Twarda oprawa, bardzo dobrej jakości papier i wielkoformatowe zdjęcia dodają uroku relacji z podróży. Nie powinno się oceniać książki po okładce, ale wiadomo, że liczy się nie tylko treść, ale i opakowanie. Niestety tym razem jest ono chyba lepiej przygotowane od tekstu.

Irytowały mnie prywatne opinie autorki na temat wyznania katolickiego. Czy książka podróżnicza jest odpowiednim miejscem na takie wynurzenia? Nie sądzę. Cenię pierwsze książki Beaty Pawlikowskiej za ich uniwersalizm. Każdy może je z przyjemnością czytać. Niezależnie od wyznawanej religii i poglądów. Tymczasem ostatnio Beata Pawlikowska swoje podróżnicze wspomnienia przeplata opiniami dotyczącymi Kościoła. Z mojego punktu widzenia wpływa to źle na całokształt jej twórczości. Traci przez to zaufanych czytelników. W pewnym momencie czułem się nawet urażony. Rozdział prywatnych opinii od wspomnień podróżniczych dobrze wpływa na ten rodzaj literatury. Doskonałym przykładem jest Wojciech Cejrowski. Można kochać jego książki, ale nie zgadzać się z jego poglądami. Dlaczego? W książkach podróżniczych nie porusza innych tematów.

Szczególnie dotknął mnie ten fragment: "W Polsce religia jest bardzo mocno związana z polityką i dlatego nie daje ludziom radości. Wiem, pewnie oburzycie się na to, co piszę, ale takie jest moje wrażenie. Religia w Polsce jest smutna, sztywna i ubrana w ortodoksyjne hasła. Nie daje pocieszenia, miłości ani lepszego życia. Mówi tylko, że jesteś paskudnym grzesznikiem, więc padaj na kolana i błagaj na wybaczenie". Na jakiej podstawie autorka stwierdza, że religia w Polsce nie daje ludziom radości? Na jakiej podstawie wysnuwa wniosek, że nie daje m.in. pocieszenia? Ostatnio Beata Pawlikowska ma tendencję do wypowiadania się mentorskim tonem na każdy temat. Niezależnie od tego, czy się na nim zna. Poznaliśmy ją już jako ekspertkę od wychowywania dzieci i dietetyki. Teraz występuje w nowej odsłonie - religioznawca. Nie wiem, dlaczego w naszym kraju na tematy Kościoła wypowiadają się zazwyczaj osoby, które od niego odeszły. Bardzo trudno przychodzi mi pisanie opinii na temat "Blondynki na Jawie". Beata Pawlikowska była/jest moją ulubioną autorką. Na razie nie wiem zupełnie, co o niej sądzić. Na pewno sporo wyniosłem z jej książek. Niekorzystne zmiany zauważyłam dopiero od kilku lat. Co się stało...? Nastawiłem się jednoznacznie pozytywnie do książki. Nie myślałem, że mogę napisać krytyczną recenzję.
Beata Pawlikowska

Kolejną sprawą jest sam tytuł. Poprzednia książka "Blondynka na Bali" w większości poświęcona była wyprawie na Jawie (z tego co pamiętam relacja z wyprawy na Bali kończyła się na 50 stronie...). Z kolei "Blondynka na Jawie" jest w połowie poświęcona Bali. Tytuły dwóch ostatnich książek podróżniczych nie mówią nic o rzeczywistej zawartości. Wydaje mi się, że lepsza byłaby "Blondynka w Indonezji" i wtedy można by zrobić część 1 i 2.

Niestety autorka często wydaje pochopne opinie i mam wrażenie, że trochę jest zadufana  w swoich poglądach. Z tekstu wynika, że jej punkt widzenia góruje nad innymi (mimo, że autorka wielokrotnie wypiera się tego). Nie mogę zgodzić się z jej poglądami na temat zdobywania wiedzy i poszerzania swoich horyzontów za pomocą książek. Autorka stwierdziła, że "Im więcej przeczytasz, poznasz i nauczysz się na pamięć, tym bardziej będziesz ograniczał oryginalne możliwości swojego umysłu, który być może sięgnąłby w zupełnie inną i najbardziej słuszną stronę, gdyby wcześniej nie został przez podświadomość inaczej nakierowany".

Nie podoba mi się nachalne promowanie "Świata według Blondynki". Rozumiem dodanie zakładek z odniesieniem do audycji. Nie jestem jednak w stanie przyjąć poświęcania całej trzeciej strony okładki na reklamę. W poprzednich książkach nic takiego nie miało miejsca. Zapewne słuchalność audycji systematycznie spada. Kiedyś z przyjemnością słuchałem ŚWB. Teraz robię to okazjonalnie.

Mimo, że ostatnio irytują mnie książki Beaty Pawlikowskiej na pewno sięgnę po następne. Dlaczego? Z sentymentu? Z dawnej/obecnej sympatii do autorki? Ciągle mam nadzieję, że Beata Pawlikowska powróci do stylu "Blondynki wśród łowców tęczy". Wydaje mi się, że ostatnio stawia ona na ilość publikacji, a nie na ich jakość.

Czy warto było czytać "Blondynkę na Jawie"? Bez wahania odpowiadam, że tak. Przeżyłem ciekawą przygodę. Dowiedziałem się wielu ciekawych informacji o kulturze i tradycji wyspy. Poznałem prawdziwe oblicze Bali i po prostu miło spędziłem czas przy książce. Nie mogę jednak udawać, że w książce nie ma żadnych niedociągnięć i wszystko jest wspaniałe. Zdecydowanie jestem za powrotem stylu  "Blondynki wśród łowców tęczy". Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam kolejną pozycję Beaty Pawlikowskiej i będę mógł powiedzieć, że dorównała (albo nawet przewyższyła) tamtą.







Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

środa, 8 maja 2013

"Miłosierdzie Boże. Ostatnia nadzieja świata" o. Livio Fanzaga


"Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią" - na krzyżu w pełni ukazało się miłosierdzie Boże, które zauważamy już w starotestamentowych księgach. To nie Bóg Izraela był okrutny. Sam Izrael ściągał na siebie gniew Boży pokładając ufność we władzy świeckiej lub mocach ciemności. Psalmista głosi "chwalcie Pana, bo jest dobry, bo na wieki Jego łaskawość". W dobie kontrreformacji Bóg powraca ze swoim przesłaniem posługując się francuską mistyczką św. Małgorzatą Marią Alacoque. Warto pamiętać, że św. Faustyna Kowalska nie była pierwszą, która głosiła miłosierdzie Boże. Choć jej misja miała oczywiście szczególne znaczenie. Owoce życia sekretarki miłosierdzia Bożego widoczne są dopiero po kilkudziesięciu latach. Święto Miłosierdzia Bożego, koronka do Miłosierdzia Bożego, nowenna do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia i obraz Miłosierdzia Bożego - to wszystko pozostawił nam Bóg poprzez skromną zakonnicę. Czy za sprawą jakiegokolwiek świętego formy kultu zostały aż tak ubogacone? Myślę, że uznanie św. Faustyny Kowalskiej doktorem Kościoła jest tylko kwestią czasu. 

O. Livio Fanzaga zaznacza, że wiele osób podchodzi do wiary katolickiej intelektualnie, deprecjonując znaczenie nabożeństw, które kształciły wiarę ludową od wieków. Pobożność jest fundamentem wiary chrześcijańskiej. Taką tezę stawia dyrektor włoskiego Radio Maria i uzasadnia ją na samym początku wywiadu. Po czym przechodzi do wyjaśnienia, dlaczego Bóg szczególnie objawił swoje miłosierdzie w wieku XX. Autor podkreśla, że w średniowieczu także popełniano grzechy ciężkie, ale poważnie traktowano sakramenty i pokutę. Dziś zaś wiele osób umiera bez pojednania się z Bogiem. 

Niektórzy Boże miłosierdzie traktują jako usprawiedliwienie dla wszystkich swoich grzechów. Zwracała na to uwagę już św. Katarzyna ze Sieny. Nie można zapominać, że oprócz miłosierdzia Bóg ma także inne przymioty. Jednym z nich jest sprawiedliwość. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: "Bo ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i czwartym pokoleniu - tych, którzy Mnie nienawidzą, a który okazuje łaskę w tysiącznym pokoleniu tym, którzy Mnie miłują i strzegą moich przykazań". Sprawiedliwość nierozerwalnie związana jest z miłosierdziem.

W dzisiejszych czasach wielu kwestionuje władzę Kościoła. Nie zauważają (lub nie chcą zauważyć) słów: "Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane". Chrystus dał Piotrowi władzę nad Kościołem i szanuje hierarchię kościelną. Św. Faustyna mimo regularnych kontaktów z Jezusem niezwykle często przystępowała do sakramentu pokuty i pojednania. Jezus powiedział jej nawet, że gdyby usłyszała w konfesjonale nakaz różniący się od Jego to ma słuchać kapłana!
Ojciec Livio Fanzaga

Po krótkim wstępie o. Livio Fanzaga przechodzi do działalności bł. Jana Pawła II związanej z kultem miłosierdzia Bożego. Autor podkreśla zasługi Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego w zablokowaniu decyzji Watykanu dotyczącej ostrej krytyki teologicznej Dzienniczka św. Faustyny oraz porusza tematykę encykliki "Dives in misericordia". Papież zwrócił uwagę, że współcześnie ludzkość nie tylko sprzeciwia się Bogu, ale i próbuje zepchnąć ideę miłosierdzia na margines życia społecznego. Złowieszczo brzmią słowa maksymy Tomasza Hobbesa: "Homo homini lupus est".

W dalszej części dyrektor włoskiego Radio Maria powraca do pytania, dlaczego Boże miłosierdzie w takiej okazałości ujawniło się w wieku XX. Przywołuje słowa Maryi, która 1 stycznia 2001 roku powiedziała, że Szatan został spuszczony z łańcucha. O. Livio Fanzaga zauważa nasilenie zła m.in. w ataku terrorystycznym na WTC w Nowym Jorku.

Kolejny rozdział poświęcono Maryi, która już w 1876 toku przestawiła się jako Matka Miłosierdzia. Wyznała, że "chcę zbawić wszystkie dusze i przedstawić je Bogu". Osobny wątek dotyczy św. Faustyny Kowalskiej. Omówiono także szczegółowo koronkę i nowennę do Miłosierdzia Bożego oraz obraz Chrystusa Miłosiernego. Na końcu książki znajdziemy m.in. cały tekst nowenny czy obietnice Jezusa skierowane do osób odmawiających koronkę.

Zwracam uwagę na niedokładność tłumaczenia Dzienniczka św. Faustyny na j. włoski. Domyślam się, że autor nie korzystał z oryginału. W rozdziale 5 znajdziemy cytat: "Jak długo będziesz się ze mnie naśmiewać?". Tymczasem Jezus powiedział do św. Faustyny " Dokąd mnie zwodzić będziesz?". Między naśmiewaniem się a zwodzeniem jest duża różnica.

"Zapisałam, że większa część dusz, które są w piekle, to dusze, które nie wierzyły, że piekło istnieje" - nie bądźmy więc niedowiarkami i zgłębiajmy swoją wiedzę religijną (także poprzez wartościowe lektury). Polacy w szczególności powinni o tym pamiętać. Jezus powiedział do św. Faustyny: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostatecznie przyjście moje".

Pozycja niewątpliwie porusza ciekawą tematykę. Forma trochę mi nie odpowiada. Nie przepadam za wywiadami - rzekami. Zresztą ta rozmowa jest dość specyficzna. Główny "autor" książki mówi praktycznie tyle samo, co zadający pytania. Nie umniejsza to oczywiście w niczym wartości "Miłosierdzia Bożego". "Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" - do tego fragmentu Apokalipsy św. Jana odwołuje się autor w jednym z ostatnich rozdziałów. Ojciec Livio Fanzaga ostrzega nas, że są dusze, które chcą, żeby im było dobrze i na tym, i na tamtym świecie, co może prowadzić do zguby. Ufajmy zatem w Boże miłosierdzie i sami bądźmy miłosierni, jak nas przestrzega dyrektor włoskiego Radio Maria. Książka na pewno pomoże zimnym zmienić swoje życie, letnim stać się gorącymi, a gorących utwierdzi w wierze.
Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

czwartek, 2 maja 2013

"Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności" Austin Kleon


Fryderyk Schiller zwykł mawiać, że "prostota jest owocem dojrzałości". Zgodnie z tą zasadą została napisana "Twórcza kradzież". Język jest precyzyjny, rozdziały krótkie i zwięzłe, a całość zamyka się w 140 stronach. Liczne czarne strony z cytatami i obrazki stanowią przyjemne przerywniki i tworzą specyficzny "klimat" książki.

Głównym założeniem "Twórczej kradzieży" jest stwierdzenie, że oryginalność to mit. Autor zauważa, że praca twórcza opiera się na tym, co było znane wcześniej. Wszystko, co nas otacza (znajomi, przyjaciele, przeczytane książki, preferowana przez nas muzyka, ulubione dzieła malarskie itd.) ma wpływ na nas i naszą wrażliwość. Trudno się z tym nie zgodzić. Austin Kleon wysuwa nawet tezę, że nic nie może być w pełni oryginalne. Jako potwierdzenie podaje fragment z Księgi Koheleta: "Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem".

Podoba mi się rada, że niezależnie od posiadanego wykształcenia i tego, czy chodzimy do jakiejś szkoły powinniśmy się stale kształcić. Wiele osób o tym zapomina i uważa, że jeśli np. studiuje to przy samokształceniu może z czystym sumieniem postawić krzyżyk.

Autor rozprawia się z mitem, że powinniśmy zacząć tworzyć dopiero wtedy, gdy poznamy siebie. Tymczasem dopiero w trakcie tworzenia odkrywamy swoją osobowość, która jest kształcona przez całe życie. Podaje także przykłady osób, które naśladując innych same odniosły sukces i są dziś powszechnie znane.

Czwarte przykazanie kreatywności ("Używaj rąk") zachęca nas do oderwania się od komputera i tworzenia w zupełnie staromodnych warunkach. Bez nowoczesnych urządzeń, ale za to z kolorowymi mazakami, długopisami, różnymi papierami, spinaczami itp. John Cleese powiedział kiedyś: " Nie wiemy, skąd czerpiemy pomysły. Wiemy natomiast, że nie z laptopów". Nie oznacza to, że Austin Kleon nakazuje nam wyrzucić komputer. Postuluje on tylko rozgraniczenie miejsc pracy. Proponuje stworzenie "biura" analogowego i cyfrowego (oczywiście mogą się one mieścić w jednym pomieszczeniu, wystarczą dwa stoliki). Sam internet autor książki uznaje za bardzo pożyteczne narzędzie w tworzeniu czegokolwiek. Zachęca do założenia swojego bloga i dzielenia się swoimi pomysłami.

Szczególnie wiele korzyści przyniosła mi lektura rozdziału piątego. Nie mam jednego ścisłego zainteresowania. Zawsze myślałem, że muszę wybierać i powinienem skupić większość swojej uwagi na jednym. "Nie rezygnuj z niczego, co lubisz" - esencja przykazania piątego, które pozwoliło mi inaczej spojrzeć na moje zainteresowania i zmienić sposób myślenia.

Zaciekawił mnie wizerunek artysty promowany przez Austina Kleona. Nie jest to już oderwany od rzeczywistości, pogrążony w swoich marzeniach i planach egocentryk, ale trzeźwo myślący, dbający o codzienne sprawy człowiek. W dodatku dobrze zorganizowany! Autor zachęca do założenia w kalendarzu, w którym będziemy odznaczać krzyżykami wykonaną pracę oraz regularnego pisania dziennika.

"Twórcza kradzież" nie jest skierowana tylko do artystów. Porady autora znajdą zastosowanie w życiu każdego, niezależnie od wykonywanego zawodu i pasji. Najważniejsze jest to, że "coś" wyniosłem z lektury. Wystrzegam się "pustych" książek, które nic w nas nie zmieniają i nie zapadają w pamięć. Książka Austina Kleona pozwoliła mi spojrzeć na wiele spraw z innej strony, zachęciła do zmiany kilku rzeczy w moim życiu oraz trwale zapisała w pamięci parę stwierdzeń i ważnych dla mnie cytatów z innych pozycji.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...