poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Getting Things Done czyli sztuka bezstresowej efektywności "


Metoda GTD przekonała mnie do siebie. Nie zdołała jednak tego samego dokonać książka "Getting Things Done". Mam wrażenie, że mogłaby być o połowę krótsza, a nie starciłaby nic ze swojej treści. Wiele informacji powtarza się. Część przykładów nic nie wnosi nowego do tekstu, a powtarzanie najważniejszych wskazówek na marginesie zwyczajnie rozprasza i nie pozwala skupić uwagi na zasadniczej części książki.

Jeśli ktoś myślał, że publikacja jest skierowana dla przeciętnego zjadacza chleba to naprawdę pomylił się. Część rad oczywiście każdy może zastosować w swoim życiu. Zdecydowana większość znajduje jednak swoje przeznacznie w pracy osób na wyższych stanowiskach kierowniczych.

Nie zawsze autor dostatecznie wyjaśnia swoje tezy. W czwartym rozdziale stwierdza np. " Zwykłe szare, tekturowe teczki na dokumenty są zupełnie wystarczające - kodowanie kolorami jest przerostem formy nad treścią". Dlaczego? Dlaczego kodowanie kolorami jest przerostem formy nad treścią? Tego już autor nie wyjaśnia. Ogranicza się jedynie do ogólnika, z którym duża część czytelników nie zgadza się.

Od poradników (a do tej grupy należy "Getting Things Done") oczekuję precyzyjności i zwięzłości. Oczywiście tego typu książka może liczyć nawet 600 stron. Warunek jest jeden: autor powinien rzeczywiście mieć rzetelny materiał na te 600 stron. W tym przypadku sporą część tekstu zajmują "wypełniacze".

Nie twierdzę, że książka jest nieprzydatna. Część rad na pewno zastosuję. Do części mam pewne wątpliwości. Część zaś skreślam z góry i nawet nie będę próbować wcielać ich w życie. Nie jest to książka, do której wraca się latami. Ot, kolejna przeczytana książka. Myślę, że nie za dużo zostanie mi po niej w pamięci. Być może inaczej patrzyłbym na nią gdybym zajmował wyższe stanowisko kierownicze.

Przyznam, że wielu momentach lektury po prostu nudziłem się. Część rad jest zbyt oczywista. Inna część zupełnie mnie nie dotyczy. Zresztą o moich uczuciach do niej świadczy sam czas lektury. Zazwyczaj otrzymane do recenzji książki czytam w czasie maksymalnie dwóch tygodni. Tym razem zajęło mi to ponad miesiąc. "Getting Things Done" nie wciągnęło mnie. Niektóre fragmenty były dla mnie tak odrzucające, że musiałem robić częste przerwy i wręcz zmuszać się do lektury. Inną wadą jest język książki. Nie będę oszukiwać, że David Allen ma szczególnie lekkie pióro. Choć dochodzi tutaj jeszcze kwestia tłumaczenia. Nie wiem, na ile jest wierne oryginałowi, więc nie chcę w tej kwestii otwarcie krytykować autora.

W książce znajdziemy wiele schematów, które teoretycznie mają ułatwiać wykorzystanie w praktyce rad autora. Przestudiowanie nawet jednego wykresu w całości zniechęca do jakiegokolwiek działania. Zastanawiam się, czy zapamiętanie całej kolejności postępowania w przypadku choćby porządkowania strumienia zadań (wykres ze strony 180) jest możliwe dla przeciętnego człowieka.

Na czym polega fenomen tej książki? Dlaczego została okrzyknięta przez "Time Magazine" samouczkiem biznesowym dzisięciolecia? Co jest w niej takiego, że uważana jest za światowy hit? Nie znam odpowiedzi na te pytanie. Zdecydowanie "Getting Things Done" nie przekonała mnie do siebie. Na pewno nie wrócę po raz kolejny do niej. Nie sztuką jest zgromadzić wiedzę w jednej publikacji. Prawdziwe osiągnięcie to przedstawienie jej w sposób przystępny i skłonienie czytelnika do działania według podanych wskazówek.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...