sobota, 25 sierpnia 2018

"Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak" Anna Kamińska

Po zapoznaniu się z trzema pokoleniami rodziny Kossaków przyszło mi się zetknąć z przedstawicielką czwartej generacji (licząc od sławnego Juliusza Kossaka) - Simoną Kossak. Wiedziałem o niej niewiele. Tylko tyle, że zajmowała się Puszczą Białowieską. Kiedyś w księgarni zwróciłem uwagę na "Sagę Puszczy Białowieskiej" jej autorstwa. Później dostałem biografię Simony i ujęła mnie nie mniej niż pozostali przedstawiciele rodu Kossaków.

Simona miała być "czwartym Kossakiem", długo wyczekiwanym następcą sławnych malarzy. Kiedy Jerzemu urodziła się trzecia córka miał nawet strzelić do ryngrafu z Matką Boską, jak podaje Magdalena Samozwaniec w "Zalotnicy Niebieskiej". Zawodu rodziców dopełnił fakt, że Simona była pozbawiona talentu malarskiego. Inaczej niż jej siostra Gloria, która w dodatku znacząco przewyższała Simonę urodą. Gloria była przez rodziców faworyzowana. Dzieciństwo stanowiło dla Simony trudny czas. Nie lubiła Kossakówki, chciała od niej uciec. 

Przez rok studiowała polonistykę, ale uznała, że to nie jest jej droga. Po przerwie rozpoczęła biologię. Różnie się jej wiodło. Po kilku pierwszych sesjach w indeksie było sporo dwój. Dopiero na czwartym i piątym roku stała się bardzo dobrą studentką. Po studiach marzyła o pracy w Bieszczadach. Miała nawet wybrany ulubiony region. Niestety nikt nie chciał zatrudnić drobnej budowy absolwentki do wymagającej pracy. Gdy dowiedziała się o wakacie w Instytucie Badawczym Leśnictwa w Białowieży spakowała się i po prawie 13 godzinach podróży zjawiła się u wrót puszczy. Nie zachwyciła się nią od razu. Zobaczyła ją w listopadzie, kiedy wszystko gniło, a była przyzwyczajona do lasów mieszanych, które nawet w późną jesienią i zimą zachowują swój urok. Mimo to postanowiła pozostać.

Zamieszkała w Dziedzince - starej leśniczówce, w której nie było nawet prądu. Pracowała w IBN, podejmowała działania na rzeczy ochrony puszczy, pisała doktorat, a przede wszystkim zaprzyjaźniła się ze zwierzętami, ale tak naprawdę. Na jej łóżku często leżał dzik, w kącie pokoju drzemała sowa, po meblach chodziły popielice, a oswojony szczur przybiegał na zawołanie. Kochała zwierzęta, nie akceptowała polowań (uważała je za rozrywkę niegodną człowieka cywilizowanego, wbrew rodzinnym tradycjom), ale nie propagowała wegetarianizmu.


Przez całe życie miała kompleksy. Starała się udowodnić, że przedstawiciel rodu Kossaków jest w stanie odnieść sukces w innej dziedzinie i udało się jej to. Dowiodła, że była godna miana "czwartego Kossaka"

Doceniam Annę Kamińską za to, że nie starała się stworzyć hagiografii Simony. Przytaczała różne opinie znajomych Simony na jej temat, także te nieprzychylne. Kamińska próbowała przedstawić Simonę Kossak taką, jaką była naprawdę. Stroni od jednoznacznych ocen. Głos oddaje tym, którzy ją znali. Portret Simony, który wyłania się z książki jest żywy. Staje przed nami człowiek ze swoimi marzeniami, planami często trudnymi do zrealizowania, przeciwnościami losu, kompleksami, traumami, radościami.

Trudno podsumować "Simonę..." tak, aby nie posłużyć się banałami. Bo jak brzmi to, że należy zawsze dążyć do realizacji marzeń nawet jeśli wydają się trudne do zrealizowania i odległe? Że wbrew tradycjom rodzinnym i otoczeniu można osiągnąć wiele w zupełnie innej dziedzinie? Że należy kształtować swoje życie zgodnie z wyznawanymi wartościami i pragnieniami, nawet za cenę łatki ostatniego dziwaka? Brzmi to trochę jak cytaty z motywacyjnych pisemek, ale takie właśnie było życie Simony. "Czwarty Kossak" pozostawił po sobie, poza dorobkiem naukowym, wspomnienie innego życia. Życia zgodnego z wyznawanymi ideałami, idącego pod prąd wszystkim i wszystkiemu. 

środa, 15 sierpnia 2018

Powrót

Nie napisałem niczego od ponad roku. Nie oznacza to, że tutaj nie bywałem. Myślałem czasami, czy nie napisać czegoś o którejś z przeczytanych książek. Nie mogę powiedzieć, że brakowało mi czasu. Gdybym chciał to znalazłbym pół godziny na napisanie kilku zdań. Zabrakło wewnętrznej dyscypliny, konsekwencji (kilka opinii zacząłem pisać), a także chyba poczucia sensu tego, co robię. Odnosiłem wrażenie, że prowadzenie tego bloga nie ma sensu. Zwłaszcza gdy patrzyłem na starsze wpisy. Z wieloma własnymi stwierdzeniami już się nie zgadzam. Zmieniłem się nieco, zacząłem patrzeć inaczej.

Po czasie widzę jednak, że spisanie wrażeń z lektury "na gorąco" ma dla mnie pewną wartość. Zdecydowanie więcej pamiętam z książek, o których coś napisałem. W każdej chwili mogę też wrócić do którejś opinii i odświeżyć myśli, które towarzyszyły mi po przeczytaniu danej pozycji. Blog jest formą dziennika, który pozwala prześledzić własny rozwój, tok rozumowania, podejście do wielu spraw. Niby można robić to samo w wersji papierowej, ale niestety strasznie bazgrzę i rzadko później chce mi się z mozołem odczytywać, co tam kiedyś naskrobałem. Pozostanę zatem przy wersji elektronicznej.

Poza tym przyzwyczaiłem się już do tego, że wchodzę regularnie na zaprzyjaźnione blogi, poznaję dzięki temu książki, o których może nigdy nie dowiedziałbym się. I zwyczajnie cieszyło mnie, kiedy któraś z szumie nazywanych "recenzji" komuś przydała się. 

W ostatnim roku zacząłem czytać więcej klasyki. Coraz bardziej przekonuję się do tego, że to od niej powinienem zacząć. Błądzę czasami po omacku po nowościach, a obok jest mnóstwo książek o uznanej pozycji, z których mniej lub więcej, ale na pewno coś wyniosę. Doszedłem do wniosku, że muszę staranniej dobierać lektury. I wreszcie wyzwolić się z wewnętrznego przymusu dokończenia czegoś, co mnie w najmniejszym stopniu nie ujęło. Praktycznie zawsze kończę to, co zacząłem czytać. Tak mi się wydaje najuczciwiej wobec autora. Bo jakim prawem później wypowiadam opinię na temat publikacji, z którą nie zapoznałem się w całości? Zamierzam jednak z tego zrezygnować. Pochłania to zbyt wiele czasu i jest nużące.

Korzystając z wolnego czasu odświeżę nieco wygląd bloga, odwiedzę Wasze blogi (mam ogromne zaległości) i powrócę do pisania. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

W imię czego ta ofiara?

Plakat powstańczy

Dziś tragiczna rocznica. Z przykrością obserwuję artykuły na cenionych przeze mnie portalach, które często nawet bez argumentów atakują tych, którzy uważają decyzję dowództwa z czasów II wojny światowej za błędną. Powstanie warszawskie przyczyniło się do ogromnych ofiar; zniszczenia miasta, które podobno przed wojną było uznawane za jedno z piękniejszych w tej części Europy (warto sięgnąć po książkę Marii Barbasiewicz pt. "Warszawa. Perła Północy") i unicestwienia najbardziej wartościowej części młodego pokolenia. W zamian nie zyskano dosłownie nic.

Oddajmy hołd tym, którzy zdecydowali się walczyć, bo im niezależnie od wszystkiego należy się wieczna pamięć i szacunek. Nad decyzją dowództwa zaś zastanówmy się.

Posłuchajmy Stanisława Cata-Mackiewicza:
Warszawa została zniszczona bardziej niż Berlin, klęska Polski w tej wojnie, w której Polacy walczyli w obozie zwycięzców, jest większa od klęski Niemiec. Sowietom zależało na zniszczeniu Warszawy, a tak się pomyślnie dla nich składało, że dla tego zniszczenia nie trzeba było używać sowieckich armat ani pocisków. Od czegóż patriotyzm polski! Jest on wielki i wspaniały. Ale ma właściwość bezrozumnego dynamitu. Wystarczy do niego przyłożyć zapałkę prowokacji, aby wybuchł. Powstanie warszawskie bije wszystkie rekordy wytrzymałości. Przez wiele setek lat, dopóki istnieć będzie naród polski, każdy Polak będzie przyznawał, że powstanie warszawskie było samobójczym szałem, i będzie miał do niego synowską tkliwość i miłość. Będzie z niego dumny…
I Pawła Jasienicy:
Jakżeby inaczej wyglądało dziś życie w Polsce, gdyby nie warszawskie cmentarzysko. Nie ma takiej dziedziny życia narodowego, która by tego ciężaru nie czuła. Powstanie warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce.
W nagłówku dzisiejszego wpisu pojawiło się tytułowe pytanie z książki Jana Engelgarda i Macieja Motasa:

poniedziałek, 31 lipca 2017

"Wielkie mity Wielkiego Kryzysu" L. Reed

Dotychczas nie zastanawiałem się specjalnie nad wielkim kryzysem, nad jego przyczynami i przebiegiem. Przyjąłem na wiarę to, co wykładano w podręcznikach szkolnych. A że o ekonomii mam blade pojęcie, to i nie byłem skory do powątpiewania w to, co serwowano. Książkę Reeda przeczytałem z dużym zainteresowaniem głównie dlatego, że jest przystępnie napisana. Nie mam zielonego pojęcia o ekonomii, a nie miałem żadnych trudności podczas lektury. Poza tym wywód jest zwięzły. Całość liczy zaledwie 66 stron. W dodatku "Wielkie mity..." podzielono na wiele podrozdziałów tak, że czytelnika trudno znudzić.

Powszechnie przyjmowaną wersję wydarzeń autor nazywa "współczesną bajką". Faktycznie przedstawia się to tak, że kapitalizm zawiódł i dopiero interwencja państwa uratowała sytuację. Tymczasem L. Reed jako jeden z powodów kryzysu wskazuje właśnie politykę FED - Systemu Rezerw Federalnych, pełniącego funkcję banku centralnego. Zdaniem części ekonomistów emitowanie ogromnej ilości pieniądza spowodowało spadek stóp procentowych i wywołało niesamowite wzrosty na giełdzie. 

F. D. Roosevelt [źródło]
Zostawmy jednak przyczyny kryzysu i to, czy instytucje państwowe przyczyniły się do tego, a jeśli tak to w jakim stopniu. O wiele istotniejsze jest to, co działo się później. Na arenę dziejów wkroczył Roosevelt stojący na czele Partii Demokratycznej. W programie ugrupowania czytamy: "Uważamy, że program wyborczy partii to umowa z ludem, i jej warunków partia, której powierzono władzę, ma wiernie przestrzegać”. W dokumencie domagano się m.in. 25-procentowej redukcji wydatków federalnych, zrównoważonego budżetu, racjonalnego obrotu złotem i wycofania się z rządu z obszarów przynależących do sfery przedsiębiorców prywatnych. Roosevelt jedno obiecał, a drugie zrobił. W trakcie swoich kilku kadencji realizował dokładnie przeciwną politykę.

L. Reed uważa, że to wskutek działań prezydenta kryzys przeciągnął się aż do końca dekady (poprzednie kryzysy trwały zwykle do dwóch lat, nieliczne maksymalnie cztery). Jego działania czasami bywały zupełnie przypadkowe:
Pewnego dnia Roosevelt, jedząc śniadanie w łóżku, zdecydował wraz z sekretarzem skarbu państwa o zmianie stosunku złota do bankowych dolarów. Po oszacowaniu swoich możliwości Roosevelt ustanowił 21-procentową podwyżkę cen, ponieważ to "szczęśliwa liczba". Morgenthau w swoim pamiętniku napisał: "Gdyby ktoś wiedział, w jaki sposób w rzeczywistości ustalamy cenę złota poprzez kombinację szczęśliwych liczb, sądzę, że byłby przerażony". 
Wreszcie Roosevelt odrzucił parytet złota, przejął krajowe złoto i zabrał się za rolnictwo:
Federalni przedstawiciele nadzorowali ponury spektakl niszczenia poprzez przeoranie zupełnie dobrych pól z uprawą bawełny, pszenicy i kukurydzy (trzeba było nakłaniać muły do tratowania plonów; przyuczono je przecież, by szły pomiędzy zagonami). Zdrowe bydło, owce i świnie były wybijane i grzebane w masowych dołach. Minister rolnictwa Henry Wallach osobiście wydał rozkaz uboju sześciu milionów prosiąt, zanim urosną do rozmiaru dorosłych świń. Po raz pierwszy administracja płaciła też rolnikom za to, aby nie podejmowali pracy.
Tłum przed nowojorską giełdą
w czasie krachu w 1929 [źródło]
Kiedy gospodarka jako tako podnosiła się, wszedł w życie National Industrial Recovery Act. Na jego mocy powołano nową rozległą administrację (National Recovery Administration - NRA). Uregulowano zwięźle ceny i warunki sprzedaży i podniesiono znacząco koszt prowadzenia działalności gospodarczej (niektórzy szacują, że nawet o 40%). Wpływ NRA na gospodarkę był niemal natychmiastowy. Przed powstaniem NRA zatrudnienie w fabrykach i wysokość wypłat wzrosły odpowiednio o 23 i 35%. W ciągu sześciu miesięcy od wejścia w życie ustawy produkcja przemysłowa spadła o 25%. Ulubioną częścią polityki Roosevelta stało się podnoszenie podatków. Najwyższa stawka podatku dochodowego osiągnęła 90%!. Szaleństwo NRA ukrócił na szczęście Sąd Najwyższy, który w 1935 roku pozbawił mocy prawnej NRA, uznając większość posunięć prezydenta za niekonstytucyjne. 

My z oczywistych względów możemy czuć niechęć do Roosevelta. Okazuje się jednak, że i Amerykanie nie mają powodów do stawiania na cokołach czterokrotnie wybieranego prezydenta. "Wielkie mity Wielkiego Kryzysu" pokazują w zdecydowanie innym świetle to, co jest kwitowane kilkoma zdaniami w podręczniku, wychwalającymi zwykle posunięcia Roosevelta. 

poniedziałek, 24 lipca 2017

"Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały" Arael Zurli

Odbrązawiania Kossaków ciąg dalszy? Niezupełnie. Z "Bagiennej niezapominajki" rzeczywiście wyłoniła się Maria Pawlikowska-Jasnorzewska nie jako wrażliwa i czuła poetka, ale złośliwa, niezaradna i czasami nieco wulgarna hipochondryczka. Tymczasem w przypadku Wojciecha Kossaka tak wyraźnie nie uderzono w cokół. Mam wrażenie, że Arael Zurli darzy go jakąś sympatią. Na plus w porównaniu z "Bagienną niezapominajką" można uznać większy dystans biografa w stosunku do prezentowanej postaci. W przypadku Kossaka czytelnik otrzymuje opowieść o życiu malarza, ale bez oceny czy nawet praktycznie bez sugestii, w którą stronę mogłaby pójść ta ocena (cytat z zakończenia jest pewnym wyjątkiem, ale to naprawdę niewiele jak na czterysta stron tekstu). 

Mam wrażenie, że tytuł powstał naprędce. Nijak nie pasuje mi on do książki. Wcale nie wybrzmiało to, że Kossak był "malarzem polskiej chwały". Oczywiście przewijają się co rusz wzmianki o kolejnych obrazach, ale nie powiedziałbym, że wysuwają się na pierwszy plan. Po skończonej lekturze wcale nie przychodzi mi na myśl jako pierwsze określenie użyte w tytule. Poza tytułem dziwi mnie układ treści. Arael Zurli chronologicznie przedstawia życie batalisty. Nie rozumiem, po co jednemu rokowi poświęca po kilka rozdziałów. Jeśli już każdy rok (ewentualnie kilka lat razem) wyszczególnia się osobno, to można by w takiej części zawrzeć wszystko z tego okresu, ewentualnie z zastosowaniem podpunktów. 

Powyższe uwagi adresuję do biografa. Nie są to oczywiście kwestie wpływające znacząco na mój odbiór "Wojciecha Kossaka...". Zaznaczam po prostu drobne uwagi, które nasunęły mi się podczas lektury. Zanim przejdę do samego tekstu słów jeszcze kilka o wydaniu. Niestety wydawnictwo Iskry nie popisało się tym razem. Dziwi mnie to, ponieważ mam na półce tak pięknie wydaną książkę jak "Życie polskie w dawnych wiekach". Bardzo nie lubię, gdy okładka ma inną grafikę niż obwoluta. Wiadomo, że obwoluta prędzej czy później zniszczy się (co widać na załączonym zdjęciu). I co wtedy? Zostaje nam książka, która wygląda jak stary słownik. A już kompletnie nie rozumiem takiej oszczędności jeśli chodzi o reprodukcje. Z ogromnym zniechęceniem czytałem opisy obrazów w biografii. Arael Zurli często przedstawia je naprawdę szczegółowo. Czy nie można było ich pokazać? Nie chodzi chyba o koszty? Wydaje mi się, że prawa autorskie do reprodukcji obrazów Wojciecha Kossaka już wygasły. Zamieszczono co prawda wkładkę ze zdjęciami, ale zachodzę w głowę, co kierowało grafikiem (czy tam kimś innym, kto jest za to odpowiedzialny). Czy nie można było tych obrazów wrzucić do tekstu? Rozumiem, gdy reprodukcje są na papierze kredowym. Tymczasem w tym przypadku są na zwykłym papierze! Po co więc wydzielać je z tekstu i dodawać na końcu?

Sama książka jest ciekawa, choć mnie nie porwała. Może to kwestia tego, że wiedziałem już co nieco o bohaterze i całkiem niedawno przeczytałem inną biografię poświęconą mu? Nie wiem. Na pewno "Bagienną niezapominajkę" czytało mi się lepiej. Cenię Arael Zurli za to, że nie narzuca swojego zdania. Dostajemy opowieść bez zbędnych komentarzy. Czytelnik sam może ustosunkować się do postaci batalisty. Warto też zwrócić uwagę na bogatą bibliografię i wykorzystanie wielu materiałów źródłowych.


Kossak w porównaniu do starszej córki był na pewno wyważony i kulturalny. W zapiskach nie pozostawił złośliwych komentarzy. Poza tym odznaczał się ogromną pracowitością i wytrzymałością. Mam wrażenie, że nie był zbyt skomplikowaną osobą. W kolejnych latach pojawia się jeden cel - zdobycie fortuny. Z tego powodu wyjeżdżał kilkukrotnie do Stanów Zjednoczonych, Paryża, Londynu i malował dla cesarzy. Być może czuł się zobowiązany spełnić niekończące się oczekiwania rodziny. Choć trzeba przyznać, że sam też lubił luksus. Przykre jest to, że niewątpliwie zaprzepaścił ogromny talent. Namalował ponad 2000 obrazów. Z tego większość o wartości artystycznej zdecydowanie poniżej jego możliwości. Gdyby miał czas i nie musiał pracować w "fabryczce" portretów, ile wybitnych dzieł mógłby po sobie pozostawić? Wybrał jednak inną drogę. Całe życie gonił za pieniędzmi. Wydaje się, że bardzo niesprawiedliwie oceniał teściów córki Magdaleny, nazywając ich "filistrami". O nim też mógłby tak ktoś powiedzieć na podstawie tego, co po sobie pozostawił...

Tak wyglądała praca we wspomnianej "fabryczce" portretów:
Współpraca z synem rozwinęła się w pełni i wyglądała w ten sposób, że Wojciech tworzył projekty niedużych obrazków o formacie ujednoliconym dla łatwiejszego transportu, po czym posyłał je Jurkowi, który osobiście albo przy pomocy pracowników przenosił je na przezroczystą kalkę, służącą następnie do odbijania w wielu egzemplarzach na zagruntowanym płótnie. Po wykonaniu podmalówki, często bardzo niedbałej, gdyż Wojciech wielokrotnie prosił o większą staranność przy tej pracy, obraz wracał do Kossaka-seniora, gdzie otrzymywał niezbędne poprawki i najistotniejszy akcent: jego podpis. 
Okładka bez obwoluty
Niezmiennie przyjemnie czytało mi się fragmenty wspomnień Magdaleny Samozwaniec. Choćby ten o babci Kossakowej:
Babcia Kossakowa, matrona starej daty, bardzo często dostawała tak zwanych "spazmów". Wystarczyło, że ktoś się jej sprzeciwił albo odpowiedział niegrzecznie - i już atak gotowy, twarz bladła, białka wywracały się do góry, a z ust wydobywało się: ach, ach, ach, ach! - które przechodziło w głośny szloch. Za każdym razem robiło to na domownikach szalone wrażenie, służące zaalarmowane biegały po zimną wodę, Mama drżącymi rękami rozpinała stanik Musi, a dziewczynki podsuwały jej pod nos sole angielskie, pachnące silnie mentolem.
Albo ten o swojej matce, która zasiadała do fortepianu i grała:
(...) przeważnie Szopena, staroświeckim stylem - rzewnie, rozwlekle i lirycznie, a tak rozdzierająco smutnie, że gdy grała preludia czy nokturny, obie dziewczynki, płacząc, zbiegały z pięterka na dół przepraszać Mamę za jakieś widocznie popełnione winy.
- Już niiigdy nie będziemy niegrzeczne - wołały, całując Matkę po rękach - tylko niech Mamidło nie gra tak smutnie, bo nam się serca krają! 
Praca Arael Zurli wydaje się obecnie najbardziej rzetelną i najobszerniejszą biografią Wojciecha Kossaka. Bogata w fakty, z porządną bibliografią i indeksem osobowym. Dobrze się ją czyta, choć nie ujęła mnie tak jak "Bagienna niezapominajka". Co do samego Kossaka to warto na koniec przytoczyć zdanie pejzażysty Jana Stanisławskiego: "Mógłby być pierwszym polskim malarzem, a wszystko robi, co może, by nikt się tego nigdy nie domyślił!". 

środa, 12 lipca 2017

"Bagienna niezapominajka" Arael Zurli

Po hagiografiach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ("Maria i Magdalena", "Zalotnica niebieska" M. Samozwaniec) przyszedł czas na biografię. Książki siostry Lilki czyta się naprawdę świetnie, są pełne anegdot, ale obraz poetki jest wyidealizowany i daleki od rzeczywistości. "Bagienna niezapominajka" ("Bagienne niezapominajki" to ostatni tomik poetki, niestety zagubiony przez wydawcę) choć dotyczy zaledwie kilku ostatnich lat życia Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (od wybuchu wojny do śmierci), to pozwala inaczej spojrzeć na starszą córkę Wojciecha Kossaka. 

Chciałoby się napisać cokolwiek o autorze, ale w tym przypadku to niemożliwe. Autor bądź autorka ukrywa się pod pseudonimem "Arael Zurli". Znalazłem w sieci jeden wywiad, ale on nie zdradził nawet płci twórcy. Z recenzji poświęconej książce "Szkło i brylanty" dowiedziałem się tylko, że Arael Zurli jest prawdopodobnie kobietą (świadczy o tym podobno "żeńskie postrzeganie świata" i "duch kobiecości" w kreacji Gabrieli Zapolskiej). Może kiedyś dowiemy się czegoś więcej. Ciekaw jestem, kto to może być, bo książka okazała się świetna. Ogromnym plusem jest duży materiał źródłowy. Pawlikowską-Jasnorzewską poznajemy z jej listów i wspomnień. 

Portret autorstwa W. Kossaka [źródło]
Jakże inny portret wyłania się z "Bagiennej niezapominajki", jeśli przypomnimy sobie "Marię i Magdalenę" Magdaleny Samozwaniec. Przy okazji recenzji biografii Wojciecha Kossaka autorstwa Mai Łozińskiej zwróciłem uwagę, że prawdopodobnie był filistrem. Książka Arael Zurli potwierdziła to niestety. Cała rodzina Kossaków (tych od Wojciecha rzecz jasna; Kossak-Szczucka to inna bajka) była dość materialistyczna. Już prolog "Bagiennej niezapominajki" odnoszący się do ostatniego lata spędzonego w Juracie zdradza tę cechę rodziny: "Była to modna wówczas miejscowość wypoczynkowa, najelegantsza i najbardziej snobistyczna na Wybrzeżu, gdzie przyjeżdżało dużo znanych, a co najważniejsze majętnych osób. Na ich portretowaniu można było dobrze zarobić, pieniądze zaś były Kossakom szalenie potrzebne". 

Obie siostry ogromną wagę przykładały do wyglądu i nieustannie naciągały ojca na kosztowne stroje (nawet gdy ten miał ogromne długi). Mimo że były dorosłe Wojciech Kossak wypłacał im co miesiąc po 500 zł, nie wliczając w to oczywiście podarunków. Maria będąc w trudnej sytuacji finansowej w Anglii co rusz wydawała z trudem zaoszczędzone przez męża pieniądze na nowe futra i inne elementy garderoby. Pawlikowska-Jasnorzewska była przyzwyczajona do wygody i luksusu. Pozbawiona zupełnie zmysłu praktycznego. Kłopoty sprawiały jej najprostsze sprawy życia codziennego. Stefan Jasnorzewski przypominał w jednym z listów, żeby nie zostawiała mydła w wodzie, w innych wysłał rysunkową instrukcję nadmuchiwania poduszki oraz włączania radia! Przysyłał jej także pocztą gotowe dania (Maria w pierwszym okresie pobytu na emigracji nie potrafiła ugotować nawet najprostszej potrawy). Poetka była rozpieszczoną i kompletnie niezaradną hipochondryczką. Przekonana o swojej wiedzy medycznej lekceważyła lekarzy. Wydawało się jej, że posiada nadzwyczajne moce. Niesamowicie przesądna, bardzo często zaznaczała w listach "n.p.u.", czyli "na psa urok". Zazdrościła nie tylko powodzenia innym kobietom w relacjach z mężczyznami, ale także sukcesów na polu literackim. Pewnego razu obiecała, jeżeli jedna ze sztuk teatralnych zejdzie szybko z afisza, zaniesie doniczkę z piękną tuberozą na ołtarz w kościele sióstr felicjanek.

Portret autorstwa Witkacego [źródło]
Można by przymknąć oko na jej niezaradność życiową. Artystom wiele wybacza się na tym polu. Gorszący jest za to jej stosunek do innych ludzi. Wywyższała się w co drugim liście (nie mówiąc już o prywatnych notatkach), pogardzając nawet osobami które jej pomagały: "Jakaś brudna, rzewna rusińska półidiotka", "Obdarte tapety np. łatwo było przykleić i łańcuszek od zatyczki w umywalni doczepić, nic łatwiejszego, ale takie bydlę nie wpadnie na to". Ostrze krytyki wymierzyła w kobiety. Mężczyzn oceniała łagodnie, o ile byli nią zainteresowani jako kobietą. W przeciwnym razie nie mogli liczyć na jakiekolwiek ciepło słowo. W mężczyznach widziała głównie wygląd. "Lubiła mężczyzn przystojnych i dobrze ubranych, pochodzenie i fach były jej obojętne, byle adorator wyglądał tak, aby się przyjemnie było z nim pokazać, ku zazdrości bab" - pisała siostra.

Poetka nie lubiła Polski. Pisała: "...czekam na chwilę, w której zacznę pisać po francusku. Pożegnać Polskę na zawsze było moim marzeniem i planem. Ale małżeństwo stanęło mi w drodze do realizacji". Język z listów do męża jest niechlujny, pełen błędów. Humor pojawiający się korespondencji mało wyszukany i jakby niegodny poetki... Polega głównie na przekręcaniu słów: "dupełko" zamiast "pudełko", "penis" zamiast "pens", "duper" zamiast "puder". W listach do męża pisała jedynie o sprawach życia codziennego (zwłaszcza o strojach). Korespondencja nie zdradza jakichkolwiek poważniejszych zainteresowań. Aż nadto dowodzi za to zwyczajnemu braku kultury.

Ojciec malował dla pieniędzy, córka pisała dla pieniędzy. Nie tworzyła dla własnej satysfakcji albo dla zadowolenia czytelników. "Pisać nie warto, bo nie płacą nigdzie" - krótko skwitowała wiosną 1942 roku. Wspominałem wcześniej o Wojciechu Kossaku. W "Bagiennej niezapominajce" i o nim znajdziemy trochę informacji: "Tatko lubił świetność, zdrowie, doskonałość i piękno. Los zaś zmusił go do wielbienia córki, która nie była doskonałą fizycznie" (Maria miała wystającą łopatkę i chodziła w gorsecie ortopedycznym). Poetka miała z pewnością kompleksy na punkcie swojego wyglądu. Jej zdaniem lekarz powinien "mówić pacjentce, że jest ładna, że ma oczy i nos, i to i owo w porządku, że jej ubiór mu się podoba, że żałuje, iż jego żona w łóżku tak nie wygląda".

Maria i Magdalena jako dzieci, ok. 1905 [źródło]

Godne pochwały zachowania poetki przytoczone przez Arael Zurli można policzyć dosłownie na palcach jednej ręki. Pawlikowska-Jasnorzewska była hojna, chętnie dzieliła się zawartością paczek otrzymywanych przez męża. Raz coś ją tknęło i została pomysłodawczynią zbiórki na zabawkę dla dziecka, które zamieszkało wraz z rodzicami w tym samym hotelu w Anglii. Jeszcze w Krakowie z kolei jako prezenty dla służby nie wybierała przyjętych zwyczajowo tanich, ciemnych i praktycznych rzeczy, ale "cienkie pończochy, pachnące mydełka i kolorowe jedwabie".

Nie uwierzyłbym, że taka była Pawlikowska-Jasnorzewska gdyby nie tyle dowodów w postaci listów. Trudno kłócić się z charakterystyką poetki stworzoną przez Arael Zurli, bowiem wszystkie tezy poparto fragmentami z korespondencji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. "Bagienna niezapominajka" jest arcyciekawą książką. Według mnie zasługuje na najwyższą ocenę. Oparta na źródłach, z bogatą bibliografią, lekko napisana, a co najważniejsze odkłamująca jednostronny i wyidealizowany obraz Lilki wykreowany przez Magdalenę Samozwaniec. Z przyjemnością sięgnę po kolejne pozycje Arael Zurli. Przede wszystkim po biografię ojca poetki "Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały".


Za polecenie książki dziękuję Autorce bloga Archiwum Mery Orzeszko :) Wspomniała o niej ponad rok temu w komentarzu pod moją opinią na temat biografii Wojciecha Kossaka.

Osobowość i podejście do życia Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej były dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Dwa tygodnie temu zamieściłem wpis, w którym przytoczyłem jeden z jej wierszy. Czytam go jeszcze raz i nie mogę uwierzyć, że autorka mogła być tak nieprzyjazna ludziom...

sobota, 8 lipca 2017

"Panie kresowych siedzib" Magdalena Jastrzębska

Nie wiem jak to się stało, że przegapiłem ubiegłoroczną premierę książki Magdaleny Jastrzębskiej. Jeszcze nie przeczytałem "Pań kresowych siedzib", a już ukazała się kolejna - "Portret Klementyny". Na szczęście rozpoczęły się wakacje, które sprzyjają nadrabianiu zaległości czytelniczych. Przechodząc do rzeczy: "Panie kresowych siedzib" to zbiór dwudziestu jeden opowieści o kobietach, które zapisały się w historii kresów. Przyznam, że mimo sympatii do autorki podszedłem trochę nieufnie do książki. Jestem przyzwyczajony do klasycznych biografii Magdaleny Jastrzębskiej tzn. jedna książka poświęcona jednej osobie. Wtedy można przedstawić wszystkie szczegóły z życia danej osoby, ukazać ją jako postać z krwi i kości, pokazać jej zalety i słabości. Cenię biografie Magdaleny Jastrzębskiej za powściągliwość w ocenach i dystans zachowywany w stosunku do prezentowanych postaci. Czytelnik sam może pokusić się o ustosunkowanie się do danej bohaterki. Tym razem na niespełna 250 stronach przedstawiono aż 21 kresowych dam. Trudno spodziewać się zatem pełnego portretu psychologicznego bohaterek. Zyskujemy za to coś innego - dostajemy próbkę wszystkich kobiet działających na kresach w XIX i na początku XX wieku. Możemy poznać życie całej grupy, a nie tylko jednej osoby. Oba podejścia mają swoje plusy i minusy. "Panie kresowych siedzib" są inne od poprzednich książek Magdaleny Jastrzębskiej. Inne, ale nie gorsze.

Przed lekturą zwracam uwagę na dwie rzeczy - okładkę i generalnie szatę graficzną oraz bibliografię. Okładka jak zwykle piękna. Wydawnictwu LTW można pogratulować grafika. Tekst wzbogaca prawie 150 ilustracji (zarówno czarno-białe, jak i w kolorze). Nie zdecydowano się na wkładkę z kredowym papierem, co dla mnie akurat nie jest minusem. Nigdy nie lubiłem wędrować pomiędzy głównym tekstem a ilustracjami z wkładki. Drugą istotną dla mnie kwestią, o której wspomniałem jest bibliografia. Nie przepadam za publikacjami, które wykorzystują jedynie dostępną na wyciągnięcie ręki literaturę przedmiotu. Magdalena Jastrzębska wykorzystała materiały archiwalne z Archiwum Narodowego w Krakowie, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Narodowej i i Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu oraz wiele artykułów z prasy.

Autorka wybrała naprawdę ciekawe postaci. Szczególnie zainteresowała mnie Regina Korzeniowska, która zdecydowanie wyróżniała się spośród dam swojej epoki. Nie wyszła nigdy za mąż, poświęcając się pracy naukowej. Niebywale pracowita. Stangreci skarżyli się, że zapala świeczkę w karecie, aby móc pracować nawet w czasie podróży. Była postacią nietuzinkową, z którą wiązało się wiele ciekawych historii i anegdot. Gdy uczyniła ślub, że będzie leżeć krzyżem przed obrazem Matki Boskiej Tywrowskiej jeśli zostanie wysłuchana, to oczywiście spełniła ją, ale za nią szedł lokaj... z materacem. "Nie ślubowałam ja przecie nabawić się reumatyzmów ani też wycierać mym nosem pyłu z waszych butów" - krótko skwitowała bohaterka.

Razem z autorką wędrujemy przez dworki i pałace, przyglądamy się życiu codziennemu kresowych kobiet, cieszymy się z ich sukcesów i smucimy poznając życiowe tragedie. Wchodzimy do świata, który choć przecież nieidealny, to jednak uporządkowany i mam wrażenie, że bardziej przyjazny człowiekowi niż ten dzisiejszy. Dziejowe zawieruchy ostatecznie pogrzebały tamtą rzeczywistość. Zostały z niej wspomnienia i trochę śladów materialnych, z których autorka buduje ciekawą opowieść.

"Panie kresowych siedzib" odczytałem jako opowieść o dobru. Ziemianki zapisały się przyjaźnie w pamięci okolicznej ludności za okazaną pomoc, hojność i ofiarowane innym serce. Niektóre były nadzwyczaj hojne. Jedna z bohaterek, Wanda z Łubieńskich Weyssenhoffowa, bywała oskarżana przez rodzinę o bezsensowną hojność. Wystarczyło, że rozmówca pochwalił należącą do niej rzecz, a ta już ją mu wręczała. Inna z bohaterek z kolei tyle przeznaczała na cele dobroczynne w trakcie jednego roku, ile inni może nie wydali przez całe życie. Może i uszczupliła znacznie stan swojego posiadania, ale niedługo później rewolucja bolszewicka i dwie wojny światowe zmiotły z ziemi większość fortun. Nie pozostało praktycznie nic po działalności tamtych ludzi poza dobrem, które ofiarowali innym.



A poniżej zdjęcie z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego z Lublina. Miesząca się w budynku biblioteki księgarnia "U Hieronima" reklamuje w holu biblioteki kilka pozycji, a wśród nich jedną z książek Magdaleny Jastrzębskiej:


Zdjęcie z dedykacją dla Autorki, bo wiem że tutaj zagląda :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...