sobota, 18 lutego 2017

Nowe wydanie "W salonie i w kuchni" z moimi słowami

Okładka wydania z 2008 roku.
Okładka nowego wydania.

Dziś się pochwalę. W tamtym roku napisała do mnie pani z wydawnictwa Zysk i S-ka. Poinformowała, że szykują nowe wydanie "W salonie i w kuchni" i zapytała, czy może wykorzystać fragmenty mojej recenzji. Wyraziłem zgodę. Okazało się, że na skrzydełkach nowego wydania znalazły się nie tylko fragmenty, ale prawie cała moja opinia. Tak jak dwa lata temu zachęcałem do lektury książki Elżbiety Koweckiej, tak i dziś zachęcam. To jedna z najlepszych pozycji o życiu codziennym w polskich dworach, jakie czytałem. Cieszy mnie to, że wydawnictwo zdecydowało się na wznowienie.

Nowe wydanie różni się znacząco od poprzedniego. Grafika na okładce bardziej żywa i przyjazna dla oka oraz twarda okładka z obwolutą. Zmianą na niekorzyść będzie dla niektórych papier. Poniżej przypominam moją opinię.




Rozstrzygające losy świata bitwy, znaczące traktaty pokojowe, międzynarodowe konferencje, następujące po sobie dynastie, wybitni dowódcy... - wszystko to ma oczywiście znaczenie i bez tych elementów nie można mówić o historii. Obok pałaców monarszych istnieją jednak zwykłe szlacheckie dworki. Punkty zwrotne dziejów państwa sąsiadują z nie mniej ważnymi dla zwykłych obywateli wydarzeniami - ślubami, pogrzebami, narodzinami dzieci, smutkami i radościami kolejnych dni. Zawsze życie kraju koegzystuje z codziennymi troskami tysięcy obywateli. I o nich jest ta książka. "W salonie i w kuchni" na pierwszy plan wysuwa zwykłego ziemianina zmagającego się przez cały XIX wiek z darami i przeciwnościami losu.

Przeglądałem kiedyś wydanie tej pozycji z lat siedemdziesiątych. Po zapoznaniu się z kilkoma akapitami stwierdziłem, że żadna pozycja dotycząca historii kultury materialnej nie dorówna jej pod względem językowym. Brakowało mi tylko odpowiedniego "opakowania" genialnej treści. Nowe wydanie z nawiązką zrekompensowało ten mankament. Nie dość, że kolejne rozdziały wzbogaca mnóstwo ilustracji, to jeszcze całość wydrukowano na bardzo dobrej jakości papierze. "W salonie i w kuchni" spełnia wszystkie warunki, aby stać się ozdobą domowej biblioteczki.

Elżbieta Kowecka zabiera nas w podróż, którą zaczynamy w sieni, a kończymy w kuchni. Po drodze poznajemy razem z autorką salony, sypialnie, pokoje rezydentów, bawialnie, gabinet pana domu, pokoje przeznaczone dla służby, biblioteki i sale balowe. Ogromnym atutem książki jest język, którym posługuje się autorka. Trudno w czasie lektury uwierzyć, że "W salonie i w kuchni" to książka historyczna. Czyta się ją jak najlepszą powieść o wartkiej narracji. Owszem, nie znajdziemy zaskakujących zwrotów akcji, ale spokojną gawędę urozmaicają setki ciekawostek. Cieszę się, że cytaty z pamiętników i dzienników nie dominują w kolejnych rozdziałach (a tak dzieje się niestety w wielu tego typu publikacjach i w efekcie autor ogranicza się do zdawkowych komentarzy).

Elżbietę Kowecką interesuje człowiek mieszkający w dziewiętnastowiecznym dworze lub pałacu oraz wszystkie osoby związane z nimi (guwernantki, służące, rezydenci, kamerdynerzy, kucharze itd.), a także wszystko to, co wiąże się z mieszkańcami: ubiór, wystrój wnętrz, potrawy, meble i wiele innych. Opisy kolejnych pokoi (taki układ rzeczowy przyjęła autorka) są wnikliwe, przekazują ogromną liczbę informacji, przy czym nie zanudzają czytelnika zasypując go datami. Dzieje kultury materialnej to chyba najlepszy sposób na popularyzowanie historii. Zwłaszcza jeśli jest podana w tak przystępnej i ciekawej formie, jak u Koweckiej.

Myślę, że nie tylko mi w trakcie lektury "W salonie i w kuchni" towarzyszy nostalgia, a nawet smutek. Sprzęty domowe i dekoracje goszczące w dziewiętnastowiecznych wnętrzach można odtworzyć, klimat jednak minął bezpowrotnie. Nikt i nic nie zdoła już go przywrócić. Stęsknionym za dawnymi czasami pozostają sentymentalne literackie podróże. Książka Elżbiety Koweckiej przy odrobinie uwagi może stać się portalem przenoszącym w świat ziemiaństwa doby XIX wieku.


Poniżej kilka zdjęć z nowego wydania:



piątek, 17 lutego 2017

"Dusza z ciała wyleciała" o. Leon Knabit

Jeszcze nie tak dawno zarzekałem się, że kończę z wywiadami-rzekami. Większość nic nie wnosi do mojego życia, a ich lektura w pewnym momencie zwykle staje się nużąca. Skusiłem się na wywiad z o. Leonem tylko dlatego, że polecał go ktoś, kogo opinie cenię i nie zawiodłem się jeszcze na jego rekomendacjach. Tym razem nie było inaczej. To, co rzuca się w oczy to wydanie książki. Jest przepiękne. Naprawdę. Reprodukcje zdjęć w tej książce to nie przysłowiowy kwiatek do kożucha jak to często bywa, ale integralna część książki. Idealnie pasują do poruszanej tematyki! Nie mam niestety swojego egzemplarza, a szkoda. Raz po raz kartkuję go tylko po to, żeby jeszcze raz przyjrzeć się zdjęciom. 

"Dusza z ciała wyleciała" to zbiór dwunastu rozmów przeprowadzonych z o. Leonem Knabitem przez Łukasza Wojtusika w tynieckiej rozmównicy. Wbrew tytułowi nie jest to książka jedynie o śmierci. Wszystkie rozmowy są w pewien sposób związane ze śmiercią, ale nie jest to książka o umieraniu. Jest to przede wszystkim książka o życiu. Wiem, że brzmi to jak z reklamy na okładce, ale tak rzeczywiście jest. Ojciec Leon dzieli się wieloma ważnymi spostrzeżeniami. Bez zbędnego napuszenia, bez wymądrzania się, bez patrzenia z góry na młodszych od siebie. Prawdziwa zakonna prostota i radość. 

To, co we mnie w jakiś sposób uderzyło to twierdzenie, że człowiek umiera w najlepszym dla niego momencie, bo Bóg jest dobry. Trudno czasami wytłumaczyć sobie przedwczesną śmierć. Ciekawe spojrzenie na temat. Widać w 86-letnim benedyktynie zderzenie przedsoborowej formacji z obecną retoryką Kościoła. Są oczywiście rozmowy o miłosierdziu, ale pojawia się też sprawiedliwość, o której niezbyt chętnie mówi się z ambony (jaki jest stosunek kazań poświęconych miłosierdziu w stosunku do kazań poświęconych Bożej sprawiedliwości? Skoro jedno i drugie jest nieskończone to obu przymiotom Boga powinno się poświęcać podobny czas). Z jednej strony o. Knabit przypomina, że: Pan Bóg nie obrazi godnie i uczciwie żyjących i nie wsadzi do nieba bandyty w zamian za dziesiątkę różańca, z drugiej zaś niechętnie odnosi się do przedsoborowego nauczania: Lęk i straszenie jest częścią starej ascetyki, myślenia przedsoborowego, warto o tym pamiętać. Nieco zraził mnie brak odcięcia od wartościowania różnych powołań. O. Knabit stwierdza, że powołanie do kapłaństwa w samym Kościele rozumiane jest często jako doskonalsze. Co prawda benedyktyn nie powiedział wprost, że podpisuje się pod tymi słowami, ale nie podjął się polemiki, nie opatrzył tego komentarzem. A szkoda. Zadufanie dużej części duchowieństwa bierze się przecież z przekonania o wyjątkowości swojego powołania, o wybraniu przez samego Boga, a przecież każde powołanie ma taką samą wagę. Powołanie kapłańskie nie jest w żadnym stopniu bardziej doskonałe niż powołanie do małżeństwa. 

Jeżeli ktoś szuka czegoś lżejszego od skomplikowanych traktatów teologicznych, a jednocześnie nie chce wybrać czczej paplaniny to jak najbardziej polecam książkę "Dusza z ciała wyleciała". Niezbyt długa (raptem 200 stron), szybko się ją czyta, łatwa w odbiorze, a jednocześnie mądra i pouczająca. Do tego pięknie wydana. Po raz drugi już w krótkim tekście zwracam na to uwagę, ale naprawdę przykuwa wzrok. 

czwartek, 16 lutego 2017

"Świat równoległy" Tomasz Michniewicz

Tytuł może zaskakiwać. Znajomi, którym podawałem tytuł obecnie czytanej książki byli zazwyczaj bardzo zdziwieni. Spodziewali się zapewne, że "Świata równoległego" musieliby szukać na półkach w dziale mistyka/ezoteryka. Tymczasem jest to zbiór ośmiu bardzo dobrych reportaży. Przyznam, że pierwszy raz zetknąłem się prozą Tomasza Michniewicza, ale ujął mnie już tą jedną książką, pokazującą jego spojrzenie na świat. Nie wymądrza się, nie udaje znawcy danej kultury po spędzeniu w niej kilku tygodni (ile książek podróżniczych powstaje na bazie dwu czy trzytygodniowej wycieczki...), nie daje jednoznacznych odpowiedzi, stawia więcej znaków zapytania niż kropek. Opisuje miejsca i ludzi, którzy teoretycznie są nam znani. Michniewicz pokazuje jednak, że prawda nie jest taka prosta, jak by się wydawało. Zwraca uwagę na motywy, którymi kierują się ludzie, stara się ich zrozumieć, nie osądza, nie wydaje pochopnych opinii i wyroków. Zderzenie tego, co mamy wdrukowane w głowach z rzeczywistością zdaje się dowodzić, że naprawdę istnieją światy równoległe.

"Świat równoległy" to zbiór reportaży z różnych, bardzo daleko położonych od siebie miejsc na kuli ziemskiej. Pojawiają się relacje z Polski, Pakistanu, Zimbabwe, Iraku, Afganistanu, Stanów Zjednoczonych, RPA, Egiptu, Tajlandii, Indii, Malediwów i Słowenii. W każdym z miejsc autor widzi jakieś drugie dno. Muzułmanie to terroryści? Tak, wielu terrorystów to muzułmanie, ale jednocześnie 80% ofiar wszystkich zamachów terrorystycznych to wyznawcy islamu. 20% mieszkańców Pakistanu to wyznawcy sufizmu głoszącego miłość do wszystkich ludzi. Sufi brzydzi się przemocą i nie przywiązuje wagi do pieniędzy. Liczą się dla niego inni ludzie, rodzina, miłość i szczęście. Sufiści są prześladowani przez radykalnych islamistów. Wydawałoby się, że sufizm to biała plama w islamskiej czerni. Tymczasem duchowi przywódcy sufistów częstokroć są zwykłymi hochsztaplerami, którzy do swoich skromnych samotni podjeżdżają drogimi samochodami. Gdzie leży zatem prawda? Może obok tych naciągaczy są "święci" (jak nazywają ich sufiści) rzeczywiście oddani drugiemu człowiekowi? Więcej tu szarości niż czarno-białego spojrzenia.

Zaznaczone najciekawsze fragmenty - sporo ich jak widać.
Migawka druga - Malediwy. Wakacje dla europejskich turystów w "egzotyce". Ile jest prawdy w tym miejscu? Przed rejsem na jedną z rzekomo dziewiczych wysp należącą do Malediwów przejeżdża serwis sprzątający, zbierający to co zostawili poprzedni turyści. Teatr zorganizowany dla naiwnych turystów. Migawka trzecia - więzienie w Kalifornii o najostrzejszym rygorze. Teoretycznie najgroźniejsi przestępcy odseparowani od społeczeństwa. W praktyce po zamknięciu ich za więziennymi murami nie zmienia się dosłownie nic. Zza krat kontrolują grupy przestępcze, którymi kierowali na wolności. Nie spadają nawet o jeden stopień w hierarchii. Jak zatem wygląda bezpieczeństwo skoro nawet po zamknięciu hersztów mafii nic się nie zmienia, a zorganizowane struktury działają jakby nic się nie stało? W statystykach policji wszystko się zgadza, w świecie realnym nie za bardzo.

Zaskakuje pokora autora i samokrytycyzm. Już na samym początku potrafi przyznać się, że kiedyś wyjeżdżał na trzy tygodnie do Etiopii, a po powrocie czuł się znawcą Afryki. Zastanawia się też nad sensem swojej pracy: Przyjechaliśmy kręcić dokument, nic innego nas nie obchodzi. Wrócę, puszczę materiał w  eter, książkę napiszę. Będą spotkania autorskie, gratulacje, uściski dłoni. W klimatyzowanej sali pokazywać będę zdjęcia z odległego Pakistanu, niczym ordery za bohaterstwo. A tutaj dach nadal będzie ciekł. Michniewicz doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudno dociec prawdy. To co widzi przybysz z innego kraju często jest jedynie przedstawieniem teatralnym. A nawet jeśli uda się tego uniknąć, to przecież sama obecność dziennikarza zmienia zastaną rzeczywistość. Nic z nim nie jest takie samo, jak bez niego. Ilu z tych, którym wydaje się, że dotykają prawdziwego świata unikając zorganizowanych wycieczek jedynie pogrąża się w swoich złudzeniach? Może obserwują nieco większy i lepiej zorganizowany, ale nadal teatr?

K. Carter, Dziewczynka i sęp [źródło]
W zakończeniu autor odnosi się do zdjęcia Kevina Cartera nagrodzonego nagrodą Pulitzera. Wychudzona dziewczynka, umierająca z głodu, a obok czyhający na nią sęp. Sto metrów dalej mieściła się stacja żywienia, do której dziewczynka próbowała się dostać, ale nie wystarczyło jej siły. Reporter zrobił zdjęcie i odszedł. Michniewicz: Uczą nas na studiach, że dziennikarstwo to obiektywizm, że mamy opisywać rzeczywistość, nie zmieniając jej, bo to już manipulacja. Że mamy tam być, ale jakby nas nie było. Pieprzyć to. Ja bym zaniósł tę dziewczynkę na miejsce. 


Skojarzyło mi się z dzisiejszym wpisem:

sobota, 24 grudnia 2016

Bóg się rodzi!

Ikona - narodzenie Chrystusa

Wszystkim Czytelnikom
z okazji nadchodzących świąt Narodzenia Pańskiego
życzę pokoju serca,
potrzebnych łask Bożych,
radości
oraz wytrwałości w niepewnej przyszłości.

środa, 23 listopada 2016

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka


      Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
      Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
      Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
      Nie było przykro podnieść się i odejść;
      Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
      Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
      Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
      gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
      na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
      lub świat
      Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
      Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
      Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
      w świecie
      czuł się jak u siebie w domu?

      Stanisław Barańczak

Wpisy z poezją są wprawdzie u mnie rzadkością, ale wiersz Stanisława Barańczaka tak mnie ujmuje, że postanowiłem podzielić się nim. Przynajmniej część czytelników z pewnością ma okazję przeczytać go po raz pierwszy. Zamieszczam w ramach listopadowych rozmyślań (tym bardziej, że aura zachęca do refleksji). 

poniedziałek, 21 listopada 2016

"Młody papież" - serial dla antyklerykała i pobożnego katolika

Jude Law jako Pius XIII [źródło]

Jak nie przepadam za serialami (właściwie oglądam tylko "Ranczo"), to potrafiłem obejrzeć tego samego dnia pod rząd trzy odcinki "Młodego papieża". Dawno nie widziałem tak dobrej produkcji. Serial jest niejednoznaczny, stawia wiele pytań, daje niewiele odpowiedzi, zostawia wiele do swobodnej interpretacji. Kadry są zachwycające. Świetny scenariusz (choć można zauważyć kilka nieścisłości) został zrealizowany w doskonały sposób. 

"Młody papież" to historia pierwszego amerykańskiego kardynała, 47-letniego Lenny'ego Belardo, wybranego na urząd następcy św. Piotra. Kardynał Belardo przyjmuje imię Piusa XIII, co już wskazuje na jego priorytety i poglądy na kształt Kościoła oraz jego posługi. Rzeczywiście Pius XIII jest zafascynowany tradycją. Przejawia się to chociażby w szatach liturgicznych oraz powrocie do dawnych zwyczajów. Zafascynowani stroną "I komu to przeszkadzało?" powinni być urzeczeni tym elementem serialu. Tiara na głowie papieża, pióropusze i sedia gestatoria to tylko niektóre z reliktów przeszłości. Pius XIII jest równie konserwatywny w poglądach i twardo broni doktryny. Jednocześnie zaś sprawia wrażenie nieco wyniosłego, bardzo pewnego siebie, czasami postępuje w arogancki sposób, podkreśla nadmiernie swoją władzę, bywa antypatyczny dla najbliższego otoczenia oraz nałogowo pali. Jest sprawnym politykiem, posuwającym się nawet do łamania tajemnicy spowiedzi. Ciągle poszukuje, ma mnóstwo rozterek, a nawet wątpi w istnienie Boga. To wszystko przedstawiono na tle skorumpowanej kurii rzymskiej, hierarchów posuwających się do przeróżnych podłości i ogólnego zepsucia centrum katolickiego świata. Po takim wstępie wydawałoby się, że "Młody papież" jest paszkwilem na Kościół. Nic bardziej mylnego. Pius XIII jednocześnie poświęca dużo czasu na modlitwę, za jego wstawiennictwem Bóg dokonuje cudów, jest szczerze zatroskany o kurię próbując ją oczyścić, bezwzględnie walczy z pedofilią, podejmuje starania w kierunku podniesienia poziomu seminarzystów i autentycznie chce zmusić katolików do poszukiwania Boga. Metody, które stosuje są czasami może nieco kontrowersyjne. Pius XIII nie pokazuje się wiernym. Po "Habemus papam" kazał wyłączyć oświetlenie papieskiego okna. Wierni zobaczyli jedynie kontur jego postaci. Papież nie pozwala utrwalać swojego wizerunku, rezygnując z zysków płynących dla Stolicy Apostolskiej ze sprzedaży pamiątek. Modlitwę "Anioł Pański" odmawia z papieskiego okna, ale tyłem do wiernych. Wesołość wzbudza papieski strój podczas pielgrzymki do Afryki przypominający arabską burkę. Na to wszystko nakładają się osobiste zranienia młodego Belardo. W dzieciństwie został porzucony przez rodziców i wychował się w sierocińcu. Nigdy nie pogodził się z tym, co się stało. Ciągle liczy na to, że odnajdzie matkę i ojca. Głęboki uraz ma wpływ na kształt jego pontyfikatu. Już po kilku moich zdaniach widać jak złożoną postacią jest Lenny Belardo. W jednym z pierwszym odcinków na pytanie "kim jesteś Ojcze Święty?" odpowiada: "jestem sprzecznością". Trudno o lepszą autoanalizę.

Pius XIII [źródło]

Moja opinia o Piusie XIII zmieniała się dosłownie z odcinka na odcinek. Praktycznie w każdym odcinku poznajemy papieża z innej strony. W pierwszych kilku odcinkach może wzbudzać niechęć. Pierwsze wystąpienie do zebranego tłumu na Placu św. Piotra i przemowa do kardynałów zmieniły moją ocenę tej postaci. Kolejne odcinki potwierdzały, że jest to osoba szczerze zatroskana o Kościół. Naprawdę jeśli po jednym lub dwóch odcinkach uznacie, że nie odpowiada wam ten serial to nie zniechęcajcie się. Bez żadnej przesady powiem, że ósmy odcinek wywarł na mnie ogromne wrażenie. Modlitwa papieża na parkingu przed tirami jest czymś mistycznym. W tym samym odcinku papież wygłasza przejmujące przemówienie podczas swojej pielgrzymki do Afryki. Ósmy odcinek dosłownie powala na kolana. Powala przed Bogiem, który prowadzi ludzi do doskonałości w tak różny sposób. 

Mimo, że pierwsza seria liczy zaledwie dziesięć odcinków to trudno zebrać tutaj wszystkie przemyślenia na temat serialu oraz problemów w nim poruszanych. "Młodego papieża" polecam wszystkim. Naprawdę wszystkim. Zacięci antyklerykałowie zobaczą w nim bagno kurii rzymskiej. Tradycjonaliści zachwycą się częścią decyzji Piusa XIII. Kościelni liberałowie zwrócą uwagę na negatywne aspekty konserwatywnej rewolucji. Letni katolicy co nieco zapewne przemyślą. Ci, którzy uważają się za głęboko wierzących dokonają zapewne rewizji stanu swojej wiary i być może zawstydzą się. Wreszcie zawiedzeni nie będą ci, którzy chcą po prostu obejrzeć dobry serial. To jest dokładnie taka produkcja, jakie ubóstwiam. Widz zamiast wyłączać myślenie (jak to się dzieje w przypadku większości seriali) jest zmuszony do nieustannego roztrząsania tego, co widzi na ekranie. Myśli tych nie da się zagłuszyć nawet po odłożeniu pilota czy zamknięciu komputera. 

niedziela, 20 listopada 2016

"Księża wobec bezpieki" Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Kapłan niezłomny. Zarówno w okresie PRL, kiedy urzędy marionetkowego państwa próbowały skłonić do do współpracy, był zastraszany, a nawet został dwukrotnie pobity przez tzw. "nieznanych sprawców", jaki i w "wolnej Polsce". Nie wiem, czy to co go spotkało w III RP (i to ze strony duchowieństwa) nie jest gorsze od trudności przeżywanych w latach osiemdziesiątych. Ks. Isakowicz-Zaleski po zapoznaniu się z materiałami zgromadzonymi w IPN-ie, dotyczącymi współpracy krakowskich księży z bezpieką, zwrócił się do władz kościelnych z prośbą o zajęcie stanowiska i pomoc w opracowywaniu materiałów. Pierwszy list pozostał bez odpowiedzi. W drugim hierarcha odpisał lakonicznie, polecając go opiece Matki Bożej. Po kolejnej próbie uzyskania odpowiedzi usłyszał w kurii, że lepiej będzie jeśli da sobie z tym spokój. Ks. Isakowicz-Zaleski nie zaniechał działań, uznając że wierność prawdzie jest ważniejsza. Metropolita krakowski zabronił mu wtedy zajmować się tą sprawą. Kilka miesięcy później otrzymał zakaz wypowiedzi publicznych dotyczących współpracy i kontaktów duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa. Mówi się, że św. Jan Paweł II nie miał szczęścia w polityce personalnej. Osoba kard. Dziwisza zdaje się najlepiej o tym świadczyć... Co kierowało kardynałem kneblując usta duchownemu zajmującemu się infiltracją środowiska księżowskiego przez SB? Jak wierni świeccy mają darzyć szacunkiem takiego "pasterza"? 

"Księża wobec bezpieki" to bardzo rzetelna praca, oparta na szerokim materiale źródłowym. Autor charakteryzuje jedynie te postaci, co do postępowania których nie ma cienia wątpliwości. Informacje wstydliwe, dotykające nawet już nieżyjących kapłanów, ks. Isakowicz-Zaleski pominął. Problem współpracy duchowieństwa z bezpieką został potraktowany w sposób bardzo życzliwy dla duchowieństwa. Nie ma zatem podstaw, aby w tym zakresie stawiać autorowi jakiekolwiek zarzuty. "Bohaterowie" książki powinni cieszyć się, że sprawą nie zajął się człowiek posiadający mniej wyczucia i wyrozumiałości (nie mówiąc już o zapiekłym przeciwniku Kościoła). 

Opracowania dotyczy inwigilacji Kościoła krakowskiego przez UB i SB. Uwagę czytelnika skupiają zapewne księża współpracujący z bezpieką. Autor przedstawia jednak panoramę postaw duchowieństwa wobec działań komunistów. Charakteryzuje przebieg działań operacyjnych, doniesienia, kapłanów którzy oparli się werbunkowi (często mimo stosowanego szantażu i idących za tym poważnych konsekwencji), księży zrywających współpracę oraz problem pozornej współpracy. Owszem, rozdział dotyczący rzeczywistej współpracy jest najdłuższy, ale nie można uznać go za główny wątek książki. Trzeba pamiętać, że duchowieństwo było jedną z najbardziej inwigilowanych grup w PRL-u. W kolaborację zaplątało się ok. 10 % księży. Trudno uznać to za wysoki odsetek. Wśród apostołów też trafił się jeden kolaborant, co stanowiło 8,5 % całości, a zatem jak widać to stała wartość;) 
Ks. Isakowicz-Zaleski [źródło]

Motywy podjęcia współpracy były różne: materiały obciążające (groziły sankcjami administracyjnymi lub sądowymi), materiały kompromitujące (najczęściej natury moralnej), tzw. uczucia patriotyczne  (pobudki ideologiczne) lub, najbardziej gorszące, pobudki materialne (paszport, pieniądze, markowe alkohole itd.). O pomstę do nieba woła sporządzanie przez niektórych księży raportów na podstawie informacji zdobytych podczas spowiedzi. Jednym z najbardziej znaczących duchownych z III RP współpracujących z bezpieką był ks. Juliusz Paetz (pseudonim "Fermo"), późniejszy arcybiskup poznański. Tak, ten sam od zatuszowanej afery związanej z molestowaniem kleryków poznańskiego seminarium. Arogancja tego człowieka nie zna granic. Ks. Isakowicz-Zaleski wysłał do każdego duchownego pojawiającego się na kartach książki list z prośbą o zajęcia stanowiska i ustosunkowanie się do zebranych materiałów. Część księży odpowiedziała, część nie. Paetz musiał się oczywiście wyróżnić (szkoda, że zawsze na minus). Nawet nie otworzył listu. Odesłał go nadawcy w innej kopercie. Cóż, Pan Bóg nierychliwy...

Warto przypomnieć bezkompromisową postawę kard. Wojtyły w stosunku do księży należących do "Caritasu". Ostrzegał, że wszyscy duchowni należący do tej organizacji będą ukarani, włącznie z suspendowaniem. Nazywał ich księżmi, którzy są na usługach państwa ateistycznego.

Kościół polski odniósł w XX wieku moralne zwycięstwo. Zdecydowana większość kapłanów mimo tak trudnych czasów pozostała wierna Ewangelii i ofiarnie służyła katolikom. Z Kościoła wyszedł impuls do przemian najpierw w Polsce, a następnie w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Niestety III RP (choć nie wiem, czy nadal w niej żyjemy; była już przecież IV RP, złośliwi twierdzą że teraz jest już w pół do V) rozleniwiła duchowieństwo. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że im lepiej Kościołowi w ziemskim aspekcie, tym gorzej dla jego duchowości. Przez pierwsze trzy stulecia chrześcijaństwo było najbardziej prześladowaną religią, a jednocześnie najdynamiczniej rozwijającą się. Dziś wielu hierarchów nie chce stanąć w prawdzie. Zachowują się jakby słowa św. Grzegorza I Wielkiego z VI wieku przestały obowiązywać: Nawet jeśli prawda może powodować zgorszenie, lepiej dopuścić się zgorszenia, niż wyrzec się prawdy.