czwartek, 2 marca 2017

Kwi pro quo. Fronda Lux 78

Pisałem już wielokrotnie o "Frondzie". Doceniam ten magazyn za podejmowaną tematykę, propagowane wartości leżących u podstaw naszej kultury i przywoływanie nieco przemilczanych zagadnień. Zdecydowanie kwartalnik wyróżnia się na tle innych. Nie jest to "prawicowość" niskich lotów kojarzona w ślepą wiarę w jedno ugrupowanie, jeden układ sił. Cenię "Frondę" za mnogość artykułów na temat kultury. Jej twórcy słusznie uważają, że prawa strona zaniedbała ten fragment rzeczywistości, który w największym stopniu kształtuje człowieka. Zajmowane stanowisko wobec współczesnego świata jest czymś stałym. Zmieniają się natomiast redaktorzy. Kwartalnik przeszedł w ciągu kilku ostatnich lat wiele zmian. Od tego, kto nim kieruje zależy kształt pisma, który raz mi pasuje i czytam je z zaciekawieniem, a kolejnym razem dystansuję się. Tym razem zbliżyłem się w pewnym stopniu do drugiego stanowiska.

Zdecydowanie nie odpowiada mi forma magazynu. Wiem, że zawsze było to pismo specyficzne. Zazwyczaj znajdowałem jednak dużo więcej artykułów napisanych w bardziej tradycyjny sposób. Nie kupuję silenia się na oryginalność, przykładania ogromnej wagi do tego, aby za wszelką cenę odróżniać się od innych i zaskakiwać formą. Być może na lewej stronie jest to czymś normalnym, ale czy musimy przejmować te wzorce? Odnoszę wrażenie, że twórcy stawiają sobie za cel stworzenie nazwijmy to "hipsterów prawicy", bądź dotarcie do nich (bo może już ta grupa istnieje?). Zajmuję inne stanowisko wobec nowoczesnych prądów i nie jest mi po drodze z taką formą. Forma to zatem dla mnie najsłabszy punkt numeru. Przejdźmy do treści.

Wiele artykułów poświęcono rzecz jasna transhumanizmowi. Jak to jednak zwykle bywa we "Frondzie" temat numeru zajmuje jedynie niewielką część całości (mniej niż jedną piąta). Znajdzie się zatem "coś" także dla tych, którym z tematem numeru nie jest po drodze. Przyznam, że i ja należę do tej kategorii czytelników. Spośród artykułów poświęconych innym zagadnieniom znalazłem za to wiele naprawdę ciekawych i pouczających. Najbardziej ujął mnie jeden z najkrótszych pt. "Trzy modlitewki" ukazujący to, że w ludowa pobożność często najtrafniej oddaje najtrudniejsze problemy. Nie mogłem również przejść obojętnie obok wywiadu dotykającego ukraińskiej tożsamości oraz rozmowy zatytułowanej "Pocztówka znad Dunaju", w której to pojawia się obraz dzisiejszych Węgier, kryzysu migracyjnego oraz nowego modelu przywództwa Orbana.

Nie sposób poruszyć wszystkich tematów pojawiających się w 78 numerze "Frondy" w krótkim wpisie. Powiem zatem krótko: treść jak najbardziej tak, forma niekoniecznie. Osoby zainteresowane kształtem współczesnej kultury oraz światem współczesnym nie powinny podczas lektury doznać zawodu.

Za egzemplarz dziękuję:

środa, 1 marca 2017

Miserere mei

Matthias Grunewald, Ukrzyżowanie, Ołtarz z Isenheim, 1512-1516.

"Chrystus tężcowy" - takim mianem Joris-Karl Huysmans, nawrócony na katolicyzm powieściopisarz, określił dzieło niemieckiego artysty Mathisa Grunewalda. Jest to fragment nastawy z zamykanymi skrzydłami do ołtarza w Isenheim, wiosce w Alzacji. Przerażający obraz nazywany także "Chrystusem od nieuleczalnie chorych". W Isenheim mieścił się średniowieczny szpital, którego część była przeznaczona dla trędowatych. Artystyczna wizja Grunewalda miała być dla nich pocieszeniem. Trędowaci w pokrytym ranami ciele Jezusa widzieli swojego Chrystusa. 
Siny i lśniący, krwią oznaczony, najeżony, niczym skorupka kasztana, kawałkami rózg, które utkwiły w ranach; na końcu nieproporcjonalnie długich ramion konwulsyjnie drgają dłonie, drapiąc powietrze; złączone ze sobą kolana są zwrócone do środka, a stopy, złączone gwoździem jedna na drugiej, są już tylko bezładną masą mięśni, na których zaczyna już gnić umęczone ciało i sine paznokcie; głowa, otoczona gigantyczną koroną cierniową zwisa na piersi, która jest jak nadęty wór, poprzecinany klatką żeber.
Joris-Karl Huysmans (1848-1907)
Cytat zaczerpnąłem z książki "Człowiek Krzyża. Historia w obrazach", o której pisałem dwa lata temu.

sobota, 25 lutego 2017

"Lalka i perła" O. Tokarczuk

"Lalka" to jedna z moich ulubionych lektur z liceum. Z tego względu sięgnąłem po "Lalkę i perłę" Olgi Tokarczuk. Słyszałem o tej pozycji dobre opinie i nie zawiodłem się na nich. "Lalka i perła" to bardzo ciekawa publikacja i to nie tylko dla sympatyków Bolesława Prusa. Książka jest raczej zbiorem przemyśleń na różne tematy niż systematycznym opracowaniem. Sprawia wrażenie dziennika z lektury. Zresztą w taki sposób powstała, co zaznacza sama autorka. Nie znajdziemy w niej rysu historycznego środowisk twórczych XIX-wiecznej Polski, dominujących wtedy prądów czy dziejów recepcji powieści. Otrzymujemy za to zbiór rozważań na problemy poruszane w "Lalce". Czy warto? Według mnie jak najbardziej. Pal sześć nowe spojrzenie na znaną wszystkim "Lalkę" Prusa. Dużo bardziej ciekawiły mnie rozmyślania na tematy uniwersalne.

Niektóre zagadnienia poruszane w "Lalce i perle" wydają się oczywiste. Może aż tak oczywiste, że na co dzień nieuchwytne. Nigdy nie doszukiwałem się popularności powieści w ludzkiej chęci do bezkarnego śledzenia ludzi, do zaglądania w ich myśli, osądzania i podążania krok w krok za nimi. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Ciekawie brzmi również proponowana przez autorkę definicja "wielkiego dzieła". Według niej nic nie jest dziełem, dlatego że jest "dobrze zrobione" ale z uwagi na potężne wrażenie, jakie po sobie pozostawia. Niesie ze sobą zawsze potężne przeżycie, co jest kategorią emocjonalną, a nie intelektualną. Emocjonalną, czyli prywatną, a nawet intymną. Szkoda, że autorzy programów nauczania, a zwłaszcza kluczy maturalnych odżegnują się od tej teorii, próbując narzucać swoją interpretację tekstu.

Olga Tokarczuk [źródło]
Autorka ciekawie podchodzi do tematu kryzysu. Wyjaśnia, że w jego wyniku burzy się status quo, w którym jeszcze niedawno mieściliśmy się. Pojawia się coś nowego. Przed człowiekiem odkrywają się nowe możliwości i pragnienia. Waha się jednak nadal między bezpieczeństwem tego, co znane a fascynacją nowym. Kryzys jest niebezpieczny, ale i konieczny dla rozwoju. Wszystko zależy od tego, jak zostanie przeżyty. Można z niego wiele wynieść, ale można skończyć jak Rzecki. Trauma wojenna odebrała mu życiowy rozmach. Rzecki przestraszył się życia. Trudne doświadczenia nie były dla niego okazją do rozwoju. W zamian pogrążył się w pewnego rodzaju letargu. Kryzys wymaga ogromnej mobilizacji sił, aby mógł nastąpić etap budowania kolejnej formy. Co jednak z tymi, którzy nie znajdują w sobie pokładu tak ogromnych sił? Skazani są na żywot starego subiekta?

Wydaje mi się za to, że Olga Tokarczuk nieco przecenia znaczenie literatury (a może to tylko moje odczucie?). Zgadzam się z nią, że psychika ludzka dotknięta przez literaturę zmienia się, ale nie sądzę, że w aż tak dużym stopniu. Bliższe jest mi zdanie Zofii Kossak, która twierdziła, że książki nie zmieniają ludzi (swoją drogą ciekawe, jak tłumaczyła sens swojej pracy pisarskiej, musiała to jakoś głębiej uzasadniać), a zmienia ich jedynie samo życie. Z pewnością jedno przeżyte naprawdę doświadczenie bardziej zmienia człowieka niż setki przeżyć w czasie lektury rozmaitych, nawet najlepszych książek.

Zdecydowanie warte uwagi jest wyjaśnienie, niezwykle aktualnego, "syndromu Wokulskiego". Pozwolę sobie w tym miejscu na dłuższy cytat:
Gdyby poczuć się przez chwilę psychologiem, można by określić na podstawie przypadku bohatera "Lalki" pewną jednostkę diagnostyczną - "syndrom Wokulskiego". Polegałby on na przeświadczeniu, że miłość, przyjaźń, szacunek innych można otrzymać tylko za to, co się robi, a nie za to, kim się jest. Określają mnie moje uczynki; działam, więc jestem. U podstaw takiego przekonania z pewnością leży poczucie niskiej wartości, które musiało powstać bardzo wcześnie, dotyczy bowiem dziecięcego "ja", które  jeszcze nic nie robi - "zaledwie" jest. To tęsknota za miłością bezwarunkową, naturalną i spontaniczną, tęsknota za prostym zachwytem sobą, głębokim fizycznym i psychicznym zadowoleniem z faktu, że się po prostu jest. Gdyby się tego stanu w dzieciństwie doświadczyło, miałoby się potem ogromny zapas samoakceptacji, który powinien wystarczyć na całe życie. W innym przypadku trzeba się wciąż wykazywać, trzeba sobie działaniem i osiągnięciami wyrobić prawo do istnienia. 
Ilu z nas cierpi na "syndrom Wokulskiego"? Czytelnikom, których interesują te i podobne do nich rozważania polecam "Lalkę i perłę". Zaryzykuję tezę, że do świadomej lektury książki Olgi Tokarczuk nie jest potrzebna dobra znajomość "Lalki" Prusa. "Lalka i perła" stanowi zdecydowanie samodzielną publikację. Nie rozpatruję jej jako wyjaśnienia problemów pojawiających się w powieści Bolesława Prusa. Według mnie są one jedynie pretekstem do snucia uniwersalnych rozważań, przekraczających nawet ramy wyznaczone przez autora "Lalki". 

czwartek, 23 lutego 2017

"Czwarta tajemnica fatimska?" A. Socci

Zazwyczaj jestem krytyczny wobec wszelkich sensacyjnych książek publikowanych przez dziennikarzy (Antonio Socci jest znanym watykanistą). Napis "Międzynarodowy bestseller!" na okładce jedynie mnie odstrasza. Cieszę się jednak, że nie dałem się zniechęcić i sięgnąłem po "Czwartą tajemnicę fatimską" (odpuszczę już sobie znak zapytania dla łatwiejszej odmiany; zresztą ten znak zapytania to jedynie chwyt marketingowy, autor w książce dowodzi przecież, że niezaprzeczalnie istnieje nieopublikowana tajemnica przekazana w Fatimie przez Maryję). Na pochwałę zasługuje logika wywodu, oparcie na źródłach, przypisy, krytycyzm wobec różnych dokumentów (nawet wobec tych, które popierają tezy autora) oraz lekkość języka. "Czwartą tajemnicę fatimską" czyta się jak powieść szpiegowską. Czytelnik dostaje na początku zagadkę, która po żmudnych poszukiwaniach ma zostać na końcu rozwiązana.

Zawsze wydawało mi się, że trzecia tajemnica fatimska została już w całości opublikowana i że mówi ona o zamachu na papieża Jana Pawła II. Przyjąłem na wiarę powszechnie przyjętą wersję. Mój błąd. Na wiarę można przyjmować, o ile jest się katolikiem, dogmaty Kościoła oraz prawa logiki i matematyki. Do całej reszty lepiej podchodzić z dystansem. W istocie wystarczy przyjrzeć się tekstowi upublicznionej trzeciej tajemnicy i porównać z oficjalną interpretacją Kościoła, żeby stwierdzić, że coś jest nie tak. Nie potrzeba nawet do tego książki Socciego. Trzecia tajemnica mówi o zabitym papieżu. Niczego nie ujmuję cierpieniu Jana Pawła II po zamachu, ale on przeżył. Do niego doskonale pasują objawienia z La Salette, ale nie z Fatimy. Poza tym nie on jeden padł ofiarą zamachu. Paweł VI w 1970 roku został pchnięty nożem w brzuch w Manili. To też był zamach na życie głowy Kościoła. Dlaczego zatem nie można go postawić w miejscu papieża z Polski? Dalej tajemnica mówi o wielu zabitych kapłanach PO zabójstwie papieża. Nic takiego dotychczas nie miało miejsca. 
Antonio Socci [źródło].

Nie będę streszczać arcyciekawego śledztwa Socciego. Zajęłoby to mnóstwo miejsca. Zresztą nie jest to moim celem. Jeśli myślicie jednak, że trzecia tajemnica fatimska została w pełni przekazana światu do wiadomości, to się mylicie. I nie potwierdza tego tylko jeden watykanista, ale szereg innych osób (nawet takie, które na głowie mają kapelusz kardynalski). Jakie? Dowiedziecie się po lekturze.

Do czego mógłbym się przyczepić? Pominę już kiepską w moim odczuciu okładkę, bo to kwestia gustu. Poważniejszym zarzutem jest kilka błędów w chronologii. Są to naprawdę drobne nieścisłości i pewnie nie przywiązałbym do nich większej wagi, gdyby nie to, że Socci wielokrotnie zarzuca dokumentom watykańskim błędy w datacji. Jeśli oczekuje od innych takiej drobiazgowości, to sam powinien się nią wykazać. Traktat niemiecko-sowiecki zawarto 23, a nie 22 sierpnia jak chce autor  (s. 274), a bitwa pod Lepanto miała miejsce 7, a nie 17 października 1571 roku (s. 317). Ogromnie zawodzi zakończenie. Brakuje podsumowania i wyciągnięcia wniosków. "Czwarta tajemnica fatimska" jest zapisem dziennikarskiego śledztwa. Tymczasem w zakończeniu autor przechodzi na poziom religijny, jakby zapominając o swoich wcześniejszych ustaleniach. Ewidentnie coś nie gra w ostatniej części. Należałoby zebrać ustalenia dokonane przez autora i je streścić. Zadziwia także przejście od krytycyzmu i świadomości nadchodzącego zła do trudno wytłumaczalnego optymizmu. Socci jako katolik wierzy na pewno w ostateczny tryumf dobra, ale zanim to się stanie na świecie ma dojść do niewyobrażalnego zła. Nieujawniona tajemnica z Fatimy mówi przecież o apostazji, która dotknie najwyższe struktury Kościoła i przerażających katastrofach naturalnych (swoją drogą nie jest to nic nowego, wystarczy zajrzeć do 8 i 13 rozdziału Apokalipsy św. Jana). Socci w ogóle nie odnosi się do tego w ostatnim rozdziale. W zamian trochę jak filip z konopi wyskakuje z cytatem z "Dzienniczka" św. s. Faustyny. Ostatnią sporną dla mnie kwestią jest wyobrażenie autora o przemianach ustrojowych w ZSRR i krajach satelickich. Socci twierdzi, że wciąż pozostaje tajemnicą, jak dokonała się dezintegracja systemu komunistycznego bez jednej wybitej szyby. To już od dawna nie jest tajemnicą. Ba, to co się stało na przełomie lat 80. i 90. było przewidywane już wcześniej (por. "Nowe kłamstwa w miejsce starych" Golicyna). "Demokratyzacja" ZSRR to jedna wielka mistyfikacja. Operacja przeprowadzona przez siły dawnego porządku w celu zachowania władzy.

Matka Boża Fatimska [źródło].

Mimo tych kilku drobnych mankamentów książka jest jak najbardziej godna polecenia. Liczy się tylko prawda. Rozumiem w pewnym sensie ludzi Kościoła, którzy nie chcą oficjalnie przyznać się do niej. Obawiają się, że media wykorzystałyby orędzie z Fatimy przeciwko Kościołowi, a wielu katolików mogłoby odejść od wiary. To jest racjonalne rozumowanie, jak najbardziej poprawne logicznie. Tyle tylko że mamy do czynienia z rzeczywistością nadprzyrodzoną, która wymyka się wszelkiej ziemskiej logice. Dlaczego stojący u steru Kościoła nie mogą po prostu uwierzyć, że spełnienie woli nieba może przynieść jedynie błogosławione skutki? Wbrew milczeniu Kościoła (choć niezupełnemu, bo wielu duchownych dawało do zrozumienia, co kryje nieujawniona tajemnica fatimska) warto być świadomym prawdy. Wszakże trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi.

wtorek, 21 lutego 2017

Końcówka zimy z poezją

Zdarza się, że publikuję niepochlebne recenzje. Myślę, że tego typu wpisy też są potrzebne. Warto ostrzegać. Czas tak szybko płynie, że szkoda go na mierne pozycje. Bardziej mi jednak zależy na pokazywaniu tego, co dobre i wartościowe. O poezji Barbary Wójcik wspominałem już kiedyś. Dziś po raz kolejny zamieszczam kilka wierszy jej autorstwa. Tłem do nich niech będą wykonane przeze mnie w styczniu zdjęcia. Na nich jedno z moich ulubionych zjawisk - sadź. Wpis był zaplanowany na późniejszy czas, ale w tym roku tak wcześnie zaczęło się przedwiośnie, że trzeba się śpieszyć. Dwa pierwsze wiersze dobrałem w pewnym sensie do pogody. 










sobota, 18 lutego 2017

Nowe wydanie "W salonie i w kuchni" z moimi słowami

Okładka wydania z 2008 roku.
Okładka nowego wydania.

Dziś się pochwalę. W tamtym roku napisała do mnie pani z wydawnictwa Zysk i S-ka. Poinformowała, że szykują nowe wydanie "W salonie i w kuchni" i zapytała, czy może wykorzystać fragmenty mojej recenzji. Wyraziłem zgodę. Okazało się, że na skrzydełkach nowego wydania znalazły się nie tylko fragmenty, ale prawie cała moja opinia. Tak jak dwa lata temu zachęcałem do lektury książki Elżbiety Koweckiej, tak i dziś zachęcam. To jedna z najlepszych pozycji o życiu codziennym w polskich dworach, jakie czytałem. Cieszy mnie to, że wydawnictwo zdecydowało się na wznowienie.

Nowe wydanie różni się znacząco od poprzedniego. Grafika na okładce bardziej żywa i przyjazna dla oka oraz twarda okładka z obwolutą. Zmianą na niekorzyść będzie dla niektórych papier. Poniżej przypominam moją opinię.




Rozstrzygające losy świata bitwy, znaczące traktaty pokojowe, międzynarodowe konferencje, następujące po sobie dynastie, wybitni dowódcy... - wszystko to ma oczywiście znaczenie i bez tych elementów nie można mówić o historii. Obok pałaców monarszych istnieją jednak zwykłe szlacheckie dworki. Punkty zwrotne dziejów państwa sąsiadują z nie mniej ważnymi dla zwykłych obywateli wydarzeniami - ślubami, pogrzebami, narodzinami dzieci, smutkami i radościami kolejnych dni. Zawsze życie kraju koegzystuje z codziennymi troskami tysięcy obywateli. I o nich jest ta książka. "W salonie i w kuchni" na pierwszy plan wysuwa zwykłego ziemianina zmagającego się przez cały XIX wiek z darami i przeciwnościami losu.

Przeglądałem kiedyś wydanie tej pozycji z lat siedemdziesiątych. Po zapoznaniu się z kilkoma akapitami stwierdziłem, że żadna pozycja dotycząca historii kultury materialnej nie dorówna jej pod względem językowym. Brakowało mi tylko odpowiedniego "opakowania" genialnej treści. Nowe wydanie z nawiązką zrekompensowało ten mankament. Nie dość, że kolejne rozdziały wzbogaca mnóstwo ilustracji, to jeszcze całość wydrukowano na bardzo dobrej jakości papierze. "W salonie i w kuchni" spełnia wszystkie warunki, aby stać się ozdobą domowej biblioteczki.

Elżbieta Kowecka zabiera nas w podróż, którą zaczynamy w sieni, a kończymy w kuchni. Po drodze poznajemy razem z autorką salony, sypialnie, pokoje rezydentów, bawialnie, gabinet pana domu, pokoje przeznaczone dla służby, biblioteki i sale balowe. Ogromnym atutem książki jest język, którym posługuje się autorka. Trudno w czasie lektury uwierzyć, że "W salonie i w kuchni" to książka historyczna. Czyta się ją jak najlepszą powieść o wartkiej narracji. Owszem, nie znajdziemy zaskakujących zwrotów akcji, ale spokojną gawędę urozmaicają setki ciekawostek. Cieszę się, że cytaty z pamiętników i dzienników nie dominują w kolejnych rozdziałach (a tak dzieje się niestety w wielu tego typu publikacjach i w efekcie autor ogranicza się do zdawkowych komentarzy).

Elżbietę Kowecką interesuje człowiek mieszkający w dziewiętnastowiecznym dworze lub pałacu oraz wszystkie osoby związane z nimi (guwernantki, służące, rezydenci, kamerdynerzy, kucharze itd.), a także wszystko to, co wiąże się z mieszkańcami: ubiór, wystrój wnętrz, potrawy, meble i wiele innych. Opisy kolejnych pokoi (taki układ rzeczowy przyjęła autorka) są wnikliwe, przekazują ogromną liczbę informacji, przy czym nie zanudzają czytelnika zasypując go datami. Dzieje kultury materialnej to chyba najlepszy sposób na popularyzowanie historii. Zwłaszcza jeśli jest podana w tak przystępnej i ciekawej formie, jak u Koweckiej.

Myślę, że nie tylko mi w trakcie lektury "W salonie i w kuchni" towarzyszy nostalgia, a nawet smutek. Sprzęty domowe i dekoracje goszczące w dziewiętnastowiecznych wnętrzach można odtworzyć, klimat jednak minął bezpowrotnie. Nikt i nic nie zdoła już go przywrócić. Stęsknionym za dawnymi czasami pozostają sentymentalne literackie podróże. Książka Elżbiety Koweckiej przy odrobinie uwagi może stać się portalem przenoszącym w świat ziemiaństwa doby XIX wieku.


Poniżej kilka zdjęć z nowego wydania:



piątek, 17 lutego 2017

"Dusza z ciała wyleciała" o. Leon Knabit

Jeszcze nie tak dawno zarzekałem się, że kończę z wywiadami-rzekami. Większość nic nie wnosi do mojego życia, a ich lektura w pewnym momencie zwykle staje się nużąca. Skusiłem się na wywiad z o. Leonem tylko dlatego, że polecał go ktoś, kogo opinie cenię i nie zawiodłem się jeszcze na jego rekomendacjach. Tym razem nie było inaczej. To, co rzuca się w oczy to wydanie książki. Jest przepiękne. Naprawdę. Reprodukcje zdjęć w tej książce to nie przysłowiowy kwiatek do kożucha jak to często bywa, ale integralna część książki. Idealnie pasują do poruszanej tematyki! Nie mam niestety swojego egzemplarza, a szkoda. Raz po raz kartkuję go tylko po to, żeby jeszcze raz przyjrzeć się zdjęciom. 

"Dusza z ciała wyleciała" to zbiór dwunastu rozmów przeprowadzonych z o. Leonem Knabitem przez Łukasza Wojtusika w tynieckiej rozmównicy. Wbrew tytułowi nie jest to książka jedynie o śmierci. Wszystkie rozmowy są w pewien sposób związane ze śmiercią, ale nie jest to książka o umieraniu. Jest to przede wszystkim książka o życiu. Wiem, że brzmi to jak z reklamy na okładce, ale tak rzeczywiście jest. Ojciec Leon dzieli się wieloma ważnymi spostrzeżeniami. Bez zbędnego napuszenia, bez wymądrzania się, bez patrzenia z góry na młodszych od siebie. Prawdziwa zakonna prostota i radość. 

To, co we mnie w jakiś sposób uderzyło to twierdzenie, że człowiek umiera w najlepszym dla niego momencie, bo Bóg jest dobry. Trudno czasami wytłumaczyć sobie przedwczesną śmierć. Ciekawe spojrzenie na temat. Widać w 86-letnim benedyktynie zderzenie przedsoborowej formacji z obecną retoryką Kościoła. Są oczywiście rozmowy o miłosierdziu, ale pojawia się też sprawiedliwość, o której niezbyt chętnie mówi się z ambony (jaki jest stosunek kazań poświęconych miłosierdziu w stosunku do kazań poświęconych Bożej sprawiedliwości? Skoro jedno i drugie jest nieskończone to obu przymiotom Boga powinno się poświęcać podobny czas). Z jednej strony o. Knabit przypomina, że: Pan Bóg nie obrazi godnie i uczciwie żyjących i nie wsadzi do nieba bandyty w zamian za dziesiątkę różańca, z drugiej zaś niechętnie odnosi się do przedsoborowego nauczania: Lęk i straszenie jest częścią starej ascetyki, myślenia przedsoborowego, warto o tym pamiętać. Nieco zraził mnie brak odcięcia od wartościowania różnych powołań. O. Knabit stwierdza, że powołanie do kapłaństwa w samym Kościele rozumiane jest często jako doskonalsze. Co prawda benedyktyn nie powiedział wprost, że podpisuje się pod tymi słowami, ale nie podjął się polemiki, nie opatrzył tego komentarzem. A szkoda. Zadufanie dużej części duchowieństwa bierze się przecież z przekonania o wyjątkowości swojego powołania, o wybraniu przez samego Boga, a przecież każde powołanie ma taką samą wagę. Powołanie kapłańskie nie jest w żadnym stopniu bardziej doskonałe niż powołanie do małżeństwa. 

Jeżeli ktoś szuka czegoś lżejszego od skomplikowanych traktatów teologicznych, a jednocześnie nie chce wybrać czczej paplaniny to jak najbardziej polecam książkę "Dusza z ciała wyleciała". Niezbyt długa (raptem 200 stron), szybko się ją czyta, łatwa w odbiorze, a jednocześnie mądra i pouczająca. Do tego pięknie wydana. Po raz drugi już w krótkim tekście zwracam na to uwagę, ale naprawdę przykuwa wzrok.